niedziela, 17 kwietnia 2016

9/2016 "Metallica. Wczesne lata i rozkwit metalu" Neil Daniels - recenzja


Jedyna taka książka, opisująca olbrzymi wpływ pierwszych czterech albumów zespołu Metallica na międzynarodową scenę trash metalu. Przedstawia narodziny i wzrost znaczenia dzisiejszego muzycznego monstrum o nazwie Metallica. Łączy ten zespół i amerykańską scenę metalową ze słynnym ruchem "New Wave of British Heavy Metal" i jego inicjatorami jak Black Sabbath i Judas Priest.
Opis z okładki 
Bo ja lubię metal i ogólnie gitarowe brzmienia. Nie każdy zespół i nie każdy utwór, ale czasem z przyjemnością słucham sobie Metalliki, Megadeth czy nawet niektórych piosenek Slayera. Dlatego uznałam, że przeczytanie tej książki będzie dobrym pomysłem.

"Metallikę" dostał kiedyś mój narzeczony, który jest prawdziwszym metalowcem ode mnie. Przeczytał ją już dawno temu i tak sobie leżała na półce, no i w końcu ja się za nią wzięłam. I niestety rozczarowałam się. Oczekiwałam czegoś innego: być może anegdotek o członkach zespołu, więcej historii z tras. Na początku książka jest ok, nawet fajnie opisuje założenie zespołu i charaktery jego członków. Potem autor zaczyna szeroko opisywać inspiracje muzyczne Metalliki strzelając przy tym nazwami zespołów i tytułami piosenek z prędkością karabinu maszynowego. Później omawia cztery pierwsze płyty wchodząc w takie techniczne szczegóły, jakich nie jest w stanie ogarnąć człowiek, który w życiu nie trzymał gitary w ręku. Jestem w sumie "niedzielną fanką" metalu i dla mnie było to mało przystępne. Chciałabym więcej o muzykach, mniej o muzyce.

Myślę, że zadowoleni z lektury byliby raczej wierni fani Metalliki, zwłaszcza ci, którzy sami próbują grać w zespole. Ja się zawiodłam i daję tylko 2/5.

czwartek, 14 kwietnia 2016

Nowe książki: "Kraken" i "Wyścig na orbitę"


Kupiłam już jedną książkę z krakenem w nazwie, przyniosłam do domu, postawiłam na półce i kiedyś pewnie ją przeczytam, ale na razie jakoś mi się nie spieszy. Sądzę jednak, że z tym "Krakenem" będzie inaczej, gdyż jego autorem jest China Mieville. Czytałam jego "Miasto i miasto" i uważam tę książkę za udaną i intrygującą - czasem wracam do niej myślami. Opis na okładce "Krakena" daje nadzieję na kolejną ciekawą powieść.

"Wyścig na orbitę" to książka popularnonaukowa. Autor, Michael d'Antonio to dziennikarz, uhonorowany Nagrodą Pulitzera. W "Wyścigu na orbitę" przedstawia dzieje amerykańskiego programu kosmicznego w końcu lat 50. - czyli w czasie, gdy trwała najbardziej zaciekła rywalizacja ze Związkiem Radzieckim. Książka o tej tematyce po prostu nie może być dla mnie nudna! 

niedziela, 10 kwietnia 2016

8/2016 "Akta Harry'ego Dresdena" (4 tomy) Jim Butcher - recenzja


Seria książek detektywistyczno-fantasy autorstwa Jima Butchera. Narratorem każdej powieści jest główny bohater, Harry Dresden, profesjonalny mag i detektyw działający we współczesnym Chicago.
W świecie Harry’ego Dresdena magia, jak również wampiry, demony, duchy, elfy, wilkołaki i inne istoty nadprzyrodzone istnieją naprawdę. Jednak większość ludzi, których chroni Dresden, nie wierzy w magię, ani w mroczne siły, które regularnie spiskują przeciw nim. Przez to Harry ma problemy ze znalezieniem pracy jako prywatny detektyw czy mag i często odczuwa problemy finansowe. Na szczęście regularnie wynajmuje go Wydział Śledczy do Spraw Specjalnych w Chicago, prowadzony przez porucznik Karrin Murphy.
          Opis fabuły: wikipedia
Harry Dresden to mag, który oferuje swoje usługi do wynajęcia, a także pomaga policji w rozwiązywaniu dziwnych i pozornie nierozwiązywalnych spraw. Przeczytałam na razie cztery tomy jego przygód, bo tylko do tylu udało mi się dotrzeć, ale z pewnością jeszcze wrócę do tego cyklu. Nie dlatego, że uważam go za arcydzieło fantasy, ale oferuje solidną rozrywkę i jest ciekawie napisany.

Przede wszystkim Harry Dresden nie mógł uniknąć porównań z Johnem Constantine - szczególnie z jego wersją z serialu sprzed roku. Dresden jest opisywany jako ciemnowłosy, wysoki i szczupły mężczyzna, ale ja przez dłuższy czas widziałam go z twarzą Matta Ryana. Nawet mieszkanie Dresdena kojarzyło mi się z kryjówką Constanitne'a. Dopiero gdzieś w okolicach trzeciego tomu odpędziłam od siebie te porównania - prawdopodobnie dlatego, że świat wykreowany przez Jima Butchera rozrósł się i zaczął mnie wciągać.

Generalnie kolejne tomy czytało mi się jak książki oparte na scenariuszach filmowych. W każdej części mag Dresden zajmował się inną sprawą - najpierw zły czarodziej, potem wilkołaki, upiory i wampiry, na końcu wojna dwóch elfich stronnictw. W tle przewijały się pewne elementy powracające potem w kolejnych tomach. Taka budowa przypomina m. in. filmy o Jamesie Bondzie - w każdym mamy innego złoczyńcę, ale niektóre wątki ciągną się dłużej. 

Trochę brakowało mi plastycznych opisów. Niby opisy jakieś są, ale wydają mi się one zbyt zwyczajne, pozbawione pewnego stylu. Zupełnie odmienne od tego, co tak bardzo podobało mi się w "Wiekach światła". Czuję, że film byłby tu świetnym uzupełnieniem cyklu. Powstał już co prawda serial na motywach "Akt Dresdena", ale czytałam jego recenzje i nie były jakieś zachwycające, a największym zarzutem było odejście od książkowego oryginału.

Podoba mi się u Jima Butchera to, że z każdym tomem rozszerza swoje uniwersum dodając nowe elementy lub opisując szerzej to, o czym wcześniej tylko wspominał. Mam jednak nadzieję, że pisarz ma jakieś określone granice, których będzie się trzymał i nie będzie w dalszych tomach wymyślał nowości na siłę, bo w pewnym momencie może nastąpić przesyt i dalsze przygody Harry'ego Dresdena mogą być już mało wiarygodne. 

"Akta Dresdena" to książki dość krótkie i napisane prostym językiem. W sam raz na podróż pociągiem lub na długi wieczór. Mogę je z czystym sumieniem polecić właściwie każdemu, kto tylko pomyślał, że mogłyby się mu spodobać. Nie są to zbyt ambitne lektury i mam do nich parę zastrzeżeń, ale ogólnie oceniam je na mocne 3/5 i kiedyś na pewno powrócę do tego cyklu.

środa, 30 marca 2016

7/2016 "Negocjator" Frederick Forsyth - recenzja

Przebywający w Wielkiej Brytanii młody Amerykanin zostaje uprowadzony. Kiedy do negocjacji z porywaczami zostaje zaangażowany najlepszy fachowiec w branży, wychodzi na jaw, kim jest porwany i jakie są żądania w zamian za jego uwolnienie. Narastający na świecie kryzys paliwowy może doprowadzić do utraty miliardowych fortun. Jest jeden człowiek, który zdolny jest wpłynąć na cenę ropy naftowej i właśnie porwanie jego syna ma gwarantować korzystną decyzję.
Opis fabuły z portalu lubimyczytac.pl 
Rok 1991. Kurczące się zasoby ropy naftowej zmuszają USA i ZSRR do zmiany dotychczasowej polityki i ograniczenia wyścigu zbrojeń. Już niebawem ma wejść w życie pozozumienie w tej sprawie. Jednak pewnym przesiębiorcom działającym w branżach paliwowej i zbrojeniowej taki układ jest absolutnie nie na rękę... By obronić swój dotychczasowy stan posiadania posuną się nawet do porwania. A jeśli już mamy porwanie to należy zatrudnić tytułowego negocjatora: Quinna, mistrza w swoim fachu, który zrobi wszystko, by doprowadzić sprawę do końca. 

Swego czasu czytałam sporo literatury tego typu: Forsytha, Ludluma, Morrella, Clancy'ego... Może i mówią, że to męska literatura, ale ja mam sentyment do szpiegowskich historii z czasów zimnej wojny i potomków nazistów usiłujących przejąć władzę nad światem.

Nie spodziewajcie się w tej książce nie wiadomo jakich fajerwerków i zaskoczeń. Quinn to typowy amerykański bohater: były wojskowy, stracił rodzinę w tragicznym wypadku, a do tego obwinia się za fiasko negocjacji sprzed lat i ukrywa się przed światem na hiszpańskiej prowincji. Jest do bólu szlachetny i pracuje sam - tak naprawdę to nie, towarzyszy mu agentka FBI Sam, ale jest ona postacią na tyle bezbarwną, że właściwie mogłoby jej nie być. Mamy więc śledztwo, jankeskiego kowboja, który próbuje uratować świat i towarzyszącą mu blondynę. Schemat, który jakże dobrze znamy z innych powieści i filmów.

Ale nie jest źle, bo "Negocjator" jest solidnie napisany i dobrze się go czyta. Autor podaje mnóstwo szczegółów, co uwiarygadnia całą historię. Podoba mi się opis porwania i postępowania z zakładnikiem, a także cały przebieg negocjacji. Fajnie są też przedstawione radzieckie tajne służby - nie jako "ci źli", ale jako ludzie, z którymi można współpracować mimo różnic. Największą wadą jest rozegrane bardzo szybko zakończenie, jakby autor pomyślał sobie "ok, to już trzeba kończyć, spoko, coś tam wymyślę". Oceniam "Negocjatora" na 3/5, bo to dobra historia, aczkolwiek czytałam lepsze.  

czwartek, 24 marca 2016

6/2016 "Wieki światła" Ian R. MacLeod - recenzja


Najwybitniejsze dzieło nowego nurtu New Weird. Powieść inspirowana m.in. Klubem Pickwicka rozgrywa się w XIX w. w industrialnej Anglii w środowisku lewicowego proletariatu. Ian MacLeod pokazuje wpływ magii na rewolucję industrialną i na proces demokratyzacji systemu władzy. Tylko że MacLeod odrzuca wszystkie ograniczenia konwencji gatunku i sprowadza swoją magię do postaci eteru – kopaliny wydobywanej z ziemi jak kolejny surowiec naturalny. Wszelkie mechanizmy zmian społeczno-ekonomiczno-politycznych poddane są wpływom wynikającym z posiadania, i nieposiadania tego surowca. System załamuje się, gdy złoża się wyczerpują i na moment znowu podlega prawom Historii, aż do odkrycia nowych źródeł eteru. Magia powraca i wszystko ponownie zamiera.
Opis fabuły z portalu lubimycztac.pl 
Uwielbiam książki napisane tak, że czytając wszystko się wizualizuje, niemalże jakby oglądało się film. "Wieki światła" są właśnie tak plastyczne, co pozwala poczuć niesamowity klimat tej powieści. Pod tym względem bardzo przypomina "Lód" Jacka Dukaja, który zrobił na mnie takie samo świetne wrażenie (chciałabym kiedyś obejrzeć dobry serial na podstawie "Lodu", najlepiej zrobiony przez HBO, AMC lub Netflixa...). To nie ostatnie podobieństwo do powieści Dukaja. Mamy tu alternatywną historię, magiczny surowiec, który ma kolosalny wpływ na przemysł, bohatera - idealistę i gęściutki klimat - w tym przypadku jest to XIX-sto wieczna Anglia

Powieść niestety jest trochę nierówna. Początek opisujący dorastanie Roberta, głównego bohatera, w małym przemysłowym miasteczku - miodzio. Wciągnęłam się od razu. Kolejna część to wyjazd Roberta do Londynu i jego działania w ruchu socjalistycznym - tu jest trochę dziwnie i naiwnie, ale, na szczęście, potem jest tylko lepiej. Zakończenie jest niemalże idealne - wyważone i bardzo prawdziwe. Lubię takie zakończenia - nie przesłodzone happy endy, nie śmierć wszystkich bohaterów i ogólna katastrofa, ale właśnie takie rozwiązania akcji, w które bez trudu można uwierzyć.

Podoba mi się także pomysł autora na wykorzystanie eteru, owego magicznego surowca. W połączeniu z odpowiednim zaklęciem nadaje on niezwykłą wytrzymałość materiałom i dzięki temu można zrobić np. most ze słabej stali. Chociaż w sumie podobnie było w "Lodzie"... Nie ma jednak co narzekać na podobieństwo tych książek, bo byłoby to jak narzekanie, że jest się podobnym do pięknej aktorki czy przystojnego aktora. "Wieki światła" są po prostu dobrą powieścią, którą oceniam na 4/5, a gdyby nie ta dziwna część, która podobała mi się mniej, spokojnie dałabym maksymalną ocenę.

środa, 16 marca 2016

5/2016 "Cmętarz zwieżąt" Stephen King - recenzja


Lubię czytać książki Stephena Kinga. Lubię te jego zwariowane pomysły, gawędziarski styl i przedmowy, w których zwraca się bezpośrednio do nas, czytelników. Niektórzy twierdzą, że to tylko sprawny rzemieślnik, który pisze taśmowo i schematycznie. Nieprawda, kompletna nieprawda. Podziwiam niesamowitą wyobraźnię tego człowieka - bo potrzeba jej naprawdę wiele by wymyślić tyle historii co King. 

Według Wikipedii Stephen King jest autorem 65 książek (powieści, zbiory opowiadań, książki non - fiction). Przeczytałam około połowę z nich i prawie wszystkie podobały mi się mniej lub bardziej - oprócz "Komórki", to była kompletna kaszana, zresztą niezbyt przepadam za motywem zombie. "Cmętarz zwieżąt" jest gdzieś pośrodku skali. To takie typowe dla Kinga, porządne, dobre czytadło. Dobrze było znowu znaleźć się w lesistym i pełnym mrocznych tajemnic stanie Maine. Tym razem odwiedziłam tę krainę razem z doktorem Louisem Creedem i jego rodziną, którzy przeprowadzili się tam z innej części USA. Stary, drewniany dom okazał się nie być nawiedzony, ale na tyłach posiadłości znajduje się pewna ścieżka prowadząca w dziwne miejsce, gdzie miejscowe dzieciaki od pokoleń grzebią swoje zwierzątka, które odeszły za tęczowy most. A jakby tego było mało, za zwierzęcym cmentarzem rozciąga się jeszcze bardziej dziwny las, a w nim stare, indiańskie miejsce kultu...

Historia ta jest sprawnie opisana i przyjemnie się ją czyta - chyba, że ktoś naprawdę boi się horrorów, wtedy może podczas lektury odczuwać niepokój. Ja jestem z tych, którzy się nie boją, ale lubią je czytać. Oprócz grozy można tu jeszcze znaleźć dobrze nakreślony portret amerykańskiej rodziny. Właściwie to Kingowi prawie zawsze udaje się stworzyć świetnie skonstruowane postaci, niezwykle realistyczne i obdarzone bogatą historią. Podoba mi się też nawiązywanie do innych książek - uważny czytelnik dostrzeże aluzje do "Cujo" i "Miasteczka Salem". King często wplata w swoje powieści takie nawiązania i mamy przez to wrażenie, że tworzą one jedno spójne uniwersum.

"Cmętarz zwieżąt" dostaje ode mnie solidne 3/5, gdyż jest to dobry horror, ale wiem, że Kinga stać na wiele, wiele więcej.

niedziela, 13 marca 2016

4/2016 "Saga o zbóju Twardokęsku" Anna Brzezińska - recenzja


Przeczytanie tej sagi zajęło mi około miesiąca, ale po pierwsze: to cztery grube tomy, no i po drugie: niestety nie mogłam ostatnio poświęcić na lekturę tyle czasu ile bym chciała. Nie jest to książka nudna, o nie. Kiedy już zanurzymy się w wykreowany świat i trochę go poznamy, akcja wciągnie nas i nie puści aż do ostatniej strony. Ja wpadłam gdzieś w okolicy połowy pierwszego tomu i musiałam, po prostu musiałam poznać zakończenie. Zdecydowanie jest to jedna z tych książek, którą zabiera się ze sobą nawet do toalety a potem myśli się o niej przed zaśnięciem.

Dla niektórych może być to trudna lektura: wiele wątków, mnóstwo postaci, nazw, imion, krain... A do tego jej język jest stylizowany na staropolszczyznę. Dla mnie to olbrzymi plus, bo widać, że autorka nie traktuje czytelnika jak idioty, którego trzeba prowadzić za rączkę i wszystko wyjaśniać jak dziecku. Ta ogromna ilość szczegółów świadczy też o tym jak dokładnie obmyślony jest świat, w którym dzieje się akcja sagi. Podoba mi się też sposób, w jaki autorka opisuje sceny walki. Swobodnie posługuje się nazwami różnorodnej broni i opancerzenia. Chyba jeszcze nie spotkałam się z tak dobrą znajomością tematu u kobiety. Brawo Anna Brzezińska, i oby było więcej tak rzetelnie piszących autorek.

Według mnie zbój Twardokęsek wcale nie jest głównym bohaterem sagi. Poznajemy go kiedy postanawia przejść na emeryturę, okrada kompanów i ucieka na południe by tam żyć sobie wygodnie i spokojnie. Jednak na jego drodze staje rudowłosa Szarka, której przeznaczeniem jest zabić jednego z bogów. Tyle, że taka opcja niezbyt jej odpowiada i robi wszystko, żeby się z tego wyplątać. Szarka to bardzo dobra wojowniczka, w jej żyłach krąży krew nieśmiertelnych, ma nadnaturalne zdolności, jest piękna, mądra i - podkreślę to jeszcze raz - rudowłosa, ma też dwa magiczne zwierzątka. Brzmi jak przepis na antypatyczną bucówę, ale na szczęście tak nie jest. Szarka jest postacią świetnie napisaną, Czytelnik może poczuć bijące od niej emocje: głównie złość i gniew, ale także odczuć jej samotność w świecie, do którego nie pasuje. W dalszą podróż ruszają już razem, a potem dołącza do nich wiedźma, która - cóż za zaskoczenie - także ma magiczne zwierzątko. Stężenie magicznych zwierzątek na bohaterkę jest tu całkiem duże. 

Twardokęsek, Szarka i wiedźma spotykają Koźlarza, który jest ukrywającym się księciem, prawowitym władcą Żalników. Jego kraj został podbity przez niegodziwego Wężymorda, który dostał nieśmiertelność i magiczne wsparcie od swojego niegodziwego boga Zird Zerkuna (zupełnym przypadkiem jest to ów bóg, którego ma zabić Szarka). Koźlarzowi udało się uciec z pomocą innego boga, ale jego siostra, Zarzyczka, została zakładniczką Wężymorda. Warto też wspomnieć, że Koźlarz uznał, że nadszedł najwyższy czas na rebelię i odzyskanie władzy, a pomóc w tym ma mu między innymi pewien magiczny miecz, który nosi na plecach...

I to moim zdaniem jest szóstka głównych bohaterów powieści. Moi ulubieni to Zarzyczka i Wężymord. Ona jest inteligentną dziewczyną, która lubi alchemię. Jest zakładniczką swojego wroga, ale z czasem pojawiają się wątpliwości: czy Wężymord aby na pewno jest taki okropny? Czy nadal jest posłuszny swojemu bogu? I czego tak naprawdę od niej chce...

Mogłabym jeszcze długo pisać o fabule - to powyżej to tylko zarys głównych wątków - i o bohaterach drugoplanowych, ale najlepiej będzie, jeśli sami sięgniecie po książkę i się przekonacie, że rozmachem "Saga o zbóju Twardokęsku" wcale wiele nie ustępuje "Sadze o wiedźminie" czy "Pieśni lodu i ognia".

Są też minusy. Autorka wprowadza nam zatrzęsienie rudowłosych. Szarka jest ruda, jej matka była ruda (to akurat logiczne), ale co i rusz któraś z postaci drugo, trzecioplanowych czy epizodycznych też okazuje się ruda. Spokojnie możnaby połowę z nich obdarzyć innym kolorem włosów. Trochę się czepiam, ale zawsze trochę mnie wkurza nadreprezentacja rudzielców w fantasy: niby to takie oryginalne, ale jeśli w co drugiej książce mamy tak "umaszczoną" bohaterkę lub bohatera to robi się to zwyczajnie nudne.

Po drugie - nie lubię Twardokęska. Nie zaprzeczę, że jest to postać dobrze i wiarygodnie napisana, ale nie lubię go i już. To zwykły prosty zbój, który chciałby tylko ograbić, pogwałcić, napić się i dobrze zjeść. Trochę zmienia się w czasie trwania akcji, ale nie na tyle, żebym poczuła do niego szczerą sympatię. 

Koźlarz i jego rebelia też jest taka trochę niefajna. Niby prawowity władca chce odzyskać to, co mu się należy, ale ja wolałabym żyć pod władzą Wężymorda, gdzie prawo jest jednakowe dla wszystkich i panuje względny porządek. Koźlarz zapowiadał wprawdzie, że jego rządy też będą twarde, ale mam wrażenie, że będą się tam liczyć koligacje, pokrewieństwa, układy i układziki.

No i jeszcze zakończenie. Trochę za krótkie jak na tyle różnych wątków. Dwadzieścia stron więcej wcale by nie zaszkodziło. Zakończenie generalnie jest dobre, oprócz jednego motywu, mojego ulubionego (żmijowie, gdyby ktoś już czytał). Spodziewałam się czegoś bardziej spektakularnego, a dostałam takie... coś. Nie, ten wątek definitywnie zasługiwał na coś więcej. Przez pewien czas chciałam dać "Sadze o zbóju Twardokęsku" maksymalną ocenę, ale ostatecznie przyznaję jej 4/5 i naprawdę serdecznie polecam, bo to kawał dobrego polskiego fantasy jest.