niedziela, 7 października 2018

27/2018 Słowa Światłości, Brandon Sanderson (Archiwum Burzowego Światła tom II)


Świetliści Rycerze muszą znów powstać.
W końcu wypowiedziano starożytne przysięgi, spreny powracają. Ludzie szukają tego, co zostało utracone. Być może ta misja ich zniszczy.
 
Wiatrowy zagubił się w strzaskanej krainie i balansuje na granicy między zemstą a honorem. Tkaczka Światła, którą powoli pochłania przeszłość, poszukuje kłamstwa, którym musi się stać. Kowal Więzi, zrodzony z krwi i śmierci, teraz próbuje odbudować to, co zostało zniszczone. Badaczka, od której zależą losy dwóch ludów, zostaje zmuszona do dokonania wyboru między powolną śmiercią a straszliwą zdradą wszystkiego, w co wierzy. 
Najwyższy czas, by się przebudzili, nadchodzi bowiem Wieczna Burza.
I przybył Skrytobójca.
Opis z okładki książki. 
Słowa Światłości to drugi tom monumentalnego cyklu fantasy Archiwum Burzowego Światła. Z pierwszej części byłam bardzo zadowolona, czy tak samo było z drugą? I tak, i nie. Owszem, uważam ją za fantastyczną książkę i polecam wszystkim lubiącym fantasy, mam jednak parę zastrzeżeń. Nie są one jakoś specjalnie duże, bardziej to moje czepialstwo.

Przeczytałam tę prawie tysiącstronicową cegłę w trzy dni: pierwszy był rozgrzewką, nie doszłam nawet do setnej strony, drugi zakończyłam w okolicy jednej trzeciej książki, a ostatniego to już poszło, do samego końca. Zaczęłam późno, więc zarwałam trochę nocki, ale jakże było warto. Aż mi się przypomniały czasy licealne, kiedy często mówiłam sobie: jeszcze jeden rozdział, ten był krótki, więc jeszcze jeden, no, może dwa... i tak robiła się druga, trzecia w nocy☺️. Teraz już rzadko mi się to zdarza, właściwie był to drugi raz odkąd prowadzę bloga. Brandon Sanderson mistrzowsko planuje fabuły swoich powieści, potrafi rozmieścić akcenty tak, że mnie sposób się od nich oderwać. Co ciekawe, część wydarzeń można bardzo łatwo przewidzieć, niektóre są wręcz spoilerowane przez autora. Nijak nie przeszkadza to w czytaniu książki, ba, wręcz nie mogłam się doczekać ciągu dalszego, by móc przekonać się, czy ostatecznie wydarzenia będą toczyć się tak, jak to założyłam, czy może autor jednak mnie zaskoczy.. I jeszcze finał, nie zapominajmy o finale, który wręcz ocieka epickością. Bitwa, spektakularna katastrofa magiczno-naturalna oraz wspomagany przez Burzowe Światło pojedynek dwóch latających mistrzów oręża - gdyby chcieć to sfilmować, to trzeba mieć budżet i efekty specjalne na poziomie najnowszych Avengers co najmniej. Nie wiem, czy w kolejnych częściach da się to przebić, na pewno będzie ciężko o coś równie fantastycznego.

Po sukcesie Gry o tron da się zauważyć pewną tendencję w książkach fantasy (ale nie tylko), mianowicie jest to wrzucanie do fabuły śmiałych scen erotycznych bez względu na to, czy są one potrzebne, czy też może jednak nie. Na szczęście Sanderson nie poszedł tą drogą, bo przy magiczno-wojenno-apokaliptycznej tematyce byłyby one naprawdę zbędne. Tylko jeden z głównych bohaterów jest w związku. Są fragmenty sugerujące fizyczną bliskość, bardzo subtelne, nie wulgarne. Są też sprośne żarty, ale takie zabawne, nie żenujące. Generalnie erotyka jest przedstawiona w tej książce tak, jak lubię najbardziej.


Tak niby wyglądają Pancerze i Ostrza Odprysku. Nie kupuję tej wizji, dla mnie zawsze będą one czymś bardziej zaawansowanym technologicznie, nowocześniejszym w wyglądzie. Jak egzoszkielety z superwytrzymałych materiałów zasilane energią Burzowego Światła, bardziej jak pancerze bojowe kosmicznych marines niż takie większe i lepsze wersje zwykłych zbroi i mieczyków. Może oglądam za dużo space oper, ale własnie tak to widzę. 
W Słowach Światłości pojawiło się coś, czego trochę brakowało mi w Drodze Królów: humor. Scena, gdy Kaladin uczy się jazdy konnej, rozmowa o kupie na pierwszej randce czy niektóre pyskówki Shallan były bardzo zabawne. W pewnych momentach autor przesadzał, lecz myślę, że robił to celowo, aby rozwinąć relację między postaciami - tak było z wieloma wymianami zdań pomiędzy Shallan a Kaladinem.

Tak jak w poprzedniej części, tutaj także poznajemy wydarzenia z perspektywy czterech postaci, ale nie są to dokładnie ci sami bohaterowie. Nie ma Szetha (w całej powieści ten zabójca w bieli pojawia się właściwie dwa, trzy razy), na jego miejsce wskoczył młody Adolin Kholin, który był obecny w Drodze królów jako ważna postać drugoplanowa. Teraz dostał własne rozdziały i okazało się, że to bardzo miły młody człowiek. Polubiłam go bardziej niż Kaladina. Adolin wykazał się podjęciem jednej, bardzo ważnej decyzji, której nie był w stanie podjąć jego ojciec (chyba nawet nie pomyślał o takim rozwiązaniu). Podziwiam go za to i myślę, że chłopak daleko zajdzie.

Jego ojciec, Dalinar, przez większość książki próbuje zdobyć większe wpływy bawiąc się w politykę, jednak jako że lepszy z niego wojownik niż dyplomata, to średnio mu to wychodzi. I tak myślę, że całkiem dobrze mu poszło, chociaż jego główny wróg arcyksiążę Sedes (tak, nadal go tak czytam) nie wahał się przed stosowaniem chwytów poniżej pasa. Dalinar stara się jak może zrobić to, co nakazują mu jego wizje - czyli zjednoczyć  wszystkich by ocalić ludzkość. Nie wie jednak, że nie tylko on dostał takie zadanie. Ktoś także próbuje to zrobić, i ten ktoś też jest przekonany o wyjątkowości swojej misji. Sądzę, że pomiędzy tymi postaciami dojdzie do solidnej konfrontacji w którymś z nadchodzących tomów cyklu.

Jest też Kaladin, który przez całą książkę szuka swojego miejsca w obozie wojskowym Dalinara. Teoretycznie ma wszystko, o co walczył - dobrą pozycję dla siebie i swoich ludzi oraz poczucie bezpieczeństwa (względnie, no bo przecież są na wojnie). W poprzednim tomie dałby się za to pokroić, a teraz ciągle mu czegoś brakuje. Nie do końca pasuje mu towarzystwo zwykłych żołnierzy, a jasnookiej szlachcie nie potrafi zaufać i ciągle podejrzewa wysoko urodzonych o nieczyste intencje, nawet jeśli nie ma ku temu żadnych podstaw. Nie dziwię się jego paranoi na tym punkcie, w końcu chłopak dużo przeszedł i nie raz został zdradzony. Kaladin nie byłby sobą, gdyby nie zrobił jakiejś spektakularnej głupoty, na szczęście w tym tomie nie poniósł aż tak strasznych konsekwencji swojego nieprzemyślanego zachowania. Myślę, że autor ma listę rzeczy, które muszą wydarzyć się w każdym tomie Archiwum Burzowego Światła, są na niej co najmniej trzy punkty: widowiskowy pojedynek, epicka bitwa, Kaladin robiący coś totalnie głupiego. Podoba mi się, że w Słowach Światłości Kaladin przestaje być już takim Specjalnym Płatkiem Śniegu. Okazuje się, że więcej postaci może pochwalić się nadnaturalnymi mocami, wyjaśnia się tez trochę czym one są i skąd pochodzą. To ważny element budowy świata, który okazuje się jeszcze bardziej skomplikowany, niż początkowo przypuszczałam.


Ogólnie mam mały problem z ilustracjami w tej książce. Niby rysowała je Shallan, która jest przedstawiana jako przegenialna artystka, ale powiedzmy sobie szczerze, są one zaledwie dobre. Oczywiście chciałabym tak umieć, ale myślę, że kilka miesięcy ćwiczeń i dałabym radę narysować taką bestię jak powyżej. Od Shallan oczekuję czegoś więcej, w moim headcanonie jest geniuszem i tworzy naprawdę magiczne prace.
Została mi do omówienia ostatnia pierwszoplanowa postać, czyli Shallan. Niektórzy w swoich recenzjach tego cyklu twierdzili, że nie przepadają za tą bohaterką, a jej wątek ich nudzi. Ja tak nie mam, dla mnie Shallan jest spoko. Czasem za bardzo cwaniakuje, ale na ogół jest całkiem sympatyczna. Miała tu jednak moment, w którym mnie zirytowała - kiedy postanowiła się pobawić w oszustkę i konspiratorkę. Generalnie ten wątek służył jedynie bliższemu przedstawieniu pewnej tajnej grupy, która i tak pojawia się w innych momentach książki. Myślę, że dałoby się go wyciąć bez szkody dla fabuły. Mam też malutki problem z retrospekcjami wyjaśniającymi przeszłość Shallan. Nie są one ani złe, ani nudne, ani niepotrzebne, wręcz przeciwnie, bardzo dużo wnoszą do postrzegania tej postaci. Są tylko trochę mniej ciekawe niż bieżąca historia i nieco mnie denerwowały jako niewygodne spowolnienie akcji. Za to wszelkie interakcje Shallan i Adolina uważam za jedne z lepszych momentów Słów Światłości.


Przypadkowo znalazłam coś, co wygląda jak zapowiedź gry toczącej się w tym uniwersum. To na razie krótka gierka skupiająca się na jednej postaci, ale potwierdza moje przypuszczenia: ten cykl znakomicie nadaje się na podwaliny porządnej gry w stylu Wiedźmina III.
Poza tymi nieszczęsnymi spowalniaczami w postaci retrospekcji Shallan książka nie ma wad, a i ta niedogodność zniknie w drugim czytaniu, bo będę już wiedzieć, co wydarzy się dalej i przestanę się tak gorączkować. Słowa Światłości uderzają we właściwe struny mojej czytelniczej wrażliwości, mają pięknie wykreowany, ciekawy i oryginalny świat, i wciągającą fabułę o epickim rozmachu. Największym złotem są tu jednak bohaterowie, napisani tak, że nawet jeśli trochę ich nie lubimy (ja tam lubię wszystkich, przynajmniej na razie) albo nie pochwalamy ich zachowania (Kaladin, teraz patrzę na ciebie), to i tak dobrze rozumiemy, dlaczego postępują tak, a nie inaczej. Dodatkowo w drugim tomie pojawiło się więcej humoru - to kolejny plus. Moja ocena nie może być inna niż 5/5, a trzeci tom, czyli Dawca Przysięgi, będzie kolejną książką, za którą się zabiorę.


I na koniec Anakin, który z opóźnieniem, ale jednak łaskawie przybył na sesję zdjęciową i teraz patrzy z wyrzutem, bo jak śmiałam robić fotki jakiejś książce, a nie jemu?
Recenzja tomu pierwszego: Droga Królów.

niedziela, 30 września 2018

Nowe książki: Wielkie Płaszcze tom I i II


Słyszałam wiele dobrego o tym cyklu: że świetnie się czyta, że to fajna przygoda, że nowa wersja Trzech muszkieterów Dumasa. Pomyślałam, że w końcu go przeczytam, ale nie miałam zamiaru kupować tych książek. Jednak cena, którą zaproponowała Biedronka, mnie przekonała: 30 złotych bez grosza za dwie pełnowymiarowe książki to naprawdę niewiele. Uwielbiam takie okazje.


Drugi tom jest o wiele grubszy od pierwszego. To dziwne, zwykle wieloczęściowe sagi są pisane w taki sposób, że książki wchodzące w ich skład są mniej więcej równe.


Niską cenę może tłumaczyć fakt, że na okładce drugiego tomu napisy nieco rozminęły się z tłoczeniami. To bardzo mały błąd, ledwo go zauważyłam, i na pewno nie będzie przeszkadzać w czytaniu.


Jest i kot. Z małym fochem, ale pozuje. Tym razem sam nie przyszedł, położyłam go tu.


I jeszcze raz Anakin, tym razem z głupią miną. Ale za to ładnie widać jego zimową grzywę. Jak widać daleko nie uciekł.


I na koniec bonusowy Anakin z jeszcze głupszą miną :)

czwartek, 20 września 2018

26/2018 Twarzą w twarz (antologia)

22 ulubieńców czytelników thrillerów. Nie mieli prawa się spotkać, a jednak stają twarzą w twarz. 
Jack Reacher, samotnik z powieści Lee Childa, spotyka się w bostońskim barze z prywatnym detektywem Nickiem Hellerem, wykreowanym przez Josepha Findera. A potem robią to, w czym obaj są najlepsi.  
John Rebus, kultowy inspektor z thrillerów Iana Rankina, i Roy Grace, stworzony przez Petera Jamesa, różnią się jak ogień i woda - wiekiem, pochodzeniem, a przede wszystkim metodami stosowanymi w śledztwie. Co może wyniknąć z ich współpracy? Lepiej nie pytać... 
Harry Bosch, detektyw Michaela Connelly'ego, i Patrick Kenzie, który wyszedł spod pióra Dennisa Lehane'a, występują razem w słusznej sprawie... Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. 
Komandor Gray Pierce z cyklu Sigma Force Jamesa Rollinsa i Cotton Malone z powieści Steve'a Berry'ego. No, to się musi skończyć czystą demolką! 
To tylko kilka przykładów tego, co znajdziecie na stronach tej książki. Każde opowiadanie jest poprzedzone wstępem przybliżającym autorów, ich bohaterów i historię powstania tekstu. Czeka was prawdziwa literacka uczta. Nie traćmy więc czasu i stańmy twarzą w twarz z bohaterami.
Opis z okładki książki. 
Twarzą w twarz jest zbiorem opowiadań napisanych przez członków International Thriller Writers, w którym ich najbardziej znani  bohaterowie i bohaterki mogli spotkać się ze sobą i narobić zamieszania. Co ciekawe książka ta jest sposobem stowarzyszenia na zarabianie pieniędzy, gdyż nie pobiera ono żadnych składek od swych członków.

Pomysł na crossovery jest bardzo dobry, ludzie je lubią - o czym świadczy chociażby popularność różnego rodzaju fanfików. Jeśli znasz większość postaci występujących w tej książce, to będziesz bawić się świetnie. Ja znałam dwie, a i tak było całkiem fajnie. Spodobały mi się te krótkie wprowadzenia przed każdym opowiadaniem, były naprawdę potrzebne. Same utwory generalnie są spoko, ale mają dwie główne wady: są krótkie, a ich protagoniści zlewają się ze sobą. Nie przepadam za historiami, które kończą się zanim zaczęły dobrze się rozkręcić, a tutaj właściwie każda taka jest. Ja tam lubię wielotomowe cykle, w których pojedyncza część ma co najmniej 500 stron. Można przywiązać się do bohaterów i naprawdę przejąć ich losem. W tym przypadku pierwszy raz czytałam o większości postaci i miałam z nimi problem, gdyż byli do siebie bardzo podobni. To zwykle emerytowani lub czynni zawodowo, wojskowi, policjanci czy agenci rządowi, czasem dorabiający jako prywatni detektywi. Obeznani z bronią, zawsze w dobrej formie, zawsze mają dobre pomysły. Rozumiem, że to taka konwencja i że bohater thrillera musi spełniać pewne kryteria, inaczej nie nadawałby się do tego gatunku, jednak kiedy czyta się te opowiadania jedno za drugim to podobieństwo jest uderzające.

Książka ma solidną twardą oprawę i ładną biało-czarno-czerwoną kolorystykę, dobrze pasującą do jej tematyki.
Chciałam opisać po kolei moje wrażenia po każdym opowiadaniu, tak jak zrobiłam to w recenzji antologii Szpony i kły, ale stwierdziłam, że jest ich za dużo. Wybrałam więc trzy, które podobały mi się najbardziej, i teraz postaram się wyjaśnić dlaczego.

Jeździec na panterze, Steve Martini i Linda Fairstein

To opowiadanie różni się od innych historii z tego zbioru. Główni bohaterowie (kobieta i mężczyzna) są prawnikami, a cała sprawa toczy się wokół kradzieży i sprzedaży starożytnego dzieła sztuki, tytułowej figurki chłopca siedzącego na panterze. Mało tu akcji, jest za to fajnie skonstruowany przekręt, którego ofiarą stała się nawet dwójka pierwszoplanowych prawników. Przekręt był tak dopracowany, że głównemu złemu udało się uniknąć aresztowania. Na szczęście dzięki plotce umiejętnie wypuszczonej przez głównych bohaterów w końcu spotyka go przewrotna sprawiedliwość. Najbardziej spodobało mi się właśnie to zakończenie z ciekawą i trochę zabawną puentą - brakowało mi tego w innych opowiadaniach.

Piekielna noc, Heather Graham i F. Paul Wilson

W tym opowiadaniu również mamy starożytny przedmiot, który jest czymś w rodzaju magicznego artefaktu dającego jego posiadaczowi dostęp do myśli innych ludzi, Nie jest to fajna supermoc pomagająca zdobyć władzę i bogactwo, lecz raczej przekleństwo, nad którym nie da się zapanować. Ale właściciel artefaktu jeszcze o tym nie wie, więc wynajmuje dwóch najemników i napuszcza ich na siebie, by przemoc powstała w wyniku ich starcia aktywowała moc magicznego przedmiotu. Najemnicy jednak nie są głupi i domyślają się, że ze zleceniem jest coś nie tak. Właściciel w końcu dostaje swoją błyskotkę, która - jak wspomniałam - nie działa tak, jak oczekiwał. Opowiadanie kończy się w taki sposób, że spokojnie mogłoby być początkiem czegoś większego, cyklu pełnego magii, tajemnic i przygód. Myślę, że książka w tym klimacie spodobałaby mi się, zwłaszcza, że główni bohaterowie byli sympatyczni. A dodatkowo akcja toczyła się w magicznym Nowym Orleanie - ciekawa lokacja zawsze podnosi wartość opowiadanej historii.

Postój, Raymond Khoury i Linwood Barclay

W tym przypadku spodobał mi się dobór głównych bohaterów: jeden jest standardowym dla tego gatunku agentem federalnym, drugi zaś budowlańcem, dla którego najważniejsze jest bezpieczeństwo córki. Jest też terrorysta z bronią biologiczną albo brudną bombą - nie zostało to dokładnie określone - który porywa samochód z córeczką budowlańca w środku. Wywiązuje się z tego ciekawy pościg na autostradzie. Myślę, że wyglądałoby to dobrze na ekranie, gdyby nakręcił go utalentowany reżyser. O dziwo nie przeszkadzała mi postać cwanej i przemądrzałej dziewięciolatki, chociaż zwykle nie przepadam za takimi dziećmi. Ta mała była całkiem sympatyczna. Opowiadanie jest bardzo przewidywalne i myślę, że nie ma czytelnika, który źle obstawił zakończenie. Mimo to sprawdziłoby się jako prosty, typowo rozrywkowy film sensacyjny, wystarczyłoby dopisać z dwa, trzy wątki, bo materiału raczej nie starczyłoby na półtorej godziny ekranizacji.

Nie dam Twarzą w twarz najwyższej oceny, bo według mnie zasługuje na takie solidne 3/5. To dobra książka do poczytania przed snem: opowiadania są rozrywkowe, poprawne i krótkie. Więcej frajdy będą mieć wielbiciele thrillerów, którzy znają autorów tej antologii i ich sztandarowe postaci.

poniedziałek, 10 września 2018

25/2018 Klęska ważki, Adrian Tchaikovsky (Cienie pojętnych tom II)


Dziś nie zamieszczam opisu fabuły od wydawnictwa, bo nie jest on szczególnie ładny i ma za dużo spolierów. Jeśli jednak ktoś chciałby się z nim zapoznać, to zapraszam tutaj. Jednak ze względu na to, że Klęska ważki jest drugim tomem cyklu, w mojej recenzji mogą pojawić się mniejsze lub większe spoilery.

Po przeczytaniu drugiej części jestem już pewna: Cienie pojętnych zawładnęły moją wyobraźnią. Nawet znana i ceniona Droga królów Sandersona nie trafiła aż tak bardzo w mój gust czytelniczy. Ostatnią książką, której się to udało, były Opowieści z meekhańskiego pogranicza.

Co decyduje o tym, że książka aż tak do mnie przemawia? Przede wszystkim musi wywoływać emocje, efekt wow i chęć natychmiastowego przeczytania kolejnej strony. Lubię lekko patetyczne sceny militarne, których tutaj nie brakowało. No i bohaterowie, świetnie napisani. Pierwszy tom miał za zadanie ich przedstawić, a teraz zaczęła się już prawdziwa jazda. Każdy ma swój charakter, a jeśli pojawiają się stereotypy, to jestem pewna, że jest to celowy zabieg i w kolejnych tomach zostaną one twórczo wykorzystane. No i najważniejsze, czyli klimat. Klimat to taki termin, który dla każdego będzie oznaczać co innego i ciężko go zdefiniować, ale jeśli książka go ma, to czujemy go od pierwszej strony. Ja wyczuwam w Cieniach pojętnych olbrzymie ilości mojego ulubionego klimatu.

Cieszę się, że akcja cyklu zaczyna nabierać coraz większego rozmachu. Wojna na Nizinach jest już faktem, inwazja Imperium Os oficjalnie się rozpoczęła. Mieszkańcy Nizin się bronią, to oczywiste. Wojna przyciąga również uwagę sąsiadów, którzy chcieliby na niej jakoś skorzystać. Świat powieści rozszerza się i mam wrażenie, że to jeszcze nie koniec, w następnych tomach poznamy nowe ziemie i nowe rasy. Jeśli chodzi o fabułę, to kręci się ona wokół dwóch oblężeń miast i jednej większej bitwy. We wszystkich tych wydarzeniach biorą udział główni bohaterowie znani z pierwszego tomu oraz kilka nowych postaci drugoplanowych. Odległości w świecie przedstawionym nie są (na razie) duże, da się je przebyć w kilka, kilkanaście dni, bohaterowie - no, większość z nich - wciąż podróżują, co owocuje zmianą ekip i mieszaniem się składów. Ten zabieg spowodował zwiększenie dynamiki akcji i dość szybki przepływ informacji. Na szczęście nie jest tak, jak w Grze o tron, gdzie postaci idą, idą, i idą latami, a spotkać się nie mogą - chociaż wszyscy byśmy chcieli, żeby wreszcie się to stało.

Przy poprzednim tomie trochę narzekałam na braki w opisach walki i większych potyczek, teraz sytuacja bardzo się poprawiła. Co prawda przy pojedynkach bywa jeszcze nieco niezdarnie i czasem gubiłam się w tym kto kogo kopnął, jak wyciągnął rękę, gdzie uderzył mieczem, itp., ale przy długich bitwach postęp jest ogromny. Wreszcie czuje się emocje, jest też trochę patosu. Znalazłam też jedno przemówienie, które nasunęło mi na myśl postać Johna Sheridana z serialu Babylon 5 - ależ on uwielbiał przemawiać! A jeśli porównuję coś do Babylonu, to świadczy o tym naprawdę dobrze, bo uważam ten serial za arcydzieło. Jest jeszcze jeden motyw, który mi się z nim skojarzył, a mianowicie jedna z postaci walcząca po stronie Imperium Os jest przekonana, że wojna jest w porządku, bo napędza rozwój technologiczny, co powoduje także rozwój społeczeństw. Silniejsi wygrają ten wyścig i jeszcze bardziej urosną w siłę, a słabsi, cóż, odpadną. Takie sami podejście miała rasa Cieni, potężnych kosmitów z uniwersum Babylonu.

Rozwój technologii militarnych jest świetnie opisany w Klęsce ważki i kojarzy mi się z naszą ludzką historią, a dokładniej z drugą połową XIX wieku aż po okres I wojny światowej. To były czasy szalonych pomysłów, ulepszania i rozwijania wszystkiego, nowości, innowacji i użytecznych prowizorek. Taki sam klimat ma książka, znajdą się tam tak fajne elementy jak np. rywalizacja genialnych wynalazców, gorączkowe przerabianie cywilnych urządzeń na potrzeby wojska, wprowadzanie do produkcji nowych rodzajów broni, sabotaż i szpiegostwo przemysłowe. Technologia tego uniwersum to misz-masz pary, elektryczności i dziwnych mechanizmów na sprężone powietrze. Mamy niby-samoloty, prawie-czołgi, tak jakby-karabiny i najprawdziwsze pociągi z parowymi lokomotywami. Gratuluję autorowi wyobraźni, bo wszystkie te dziwaczne machiny robią świetne wrażenie - zwłaszcza w połączeniu z oddziałami tradycyjnie wyposażonymi w miecze i tarcze. Trochę jakby ktoś grał w Civilizaton i miał jednostki na różnych poziomach, ale tu wszystko dobrze do siebie pasuje. Jeszcze większe gratulacje należą się Adrianowi Tchaikovskiemu za to, że nie zapomniał o takich drobiazgach jak logistyka, zaopatrzenie, zapasy surowców i warsztaty produkujące na potrzeby wojenne. To wszystko dowodzi, że ten świat jest naprawdę przemyślany i zaplanowany w najdrobniejszych szczegółach. 

Ciekawą sprawą w uniwersum Cieni pojętnych jest magia. Większość w nią nie wierzy, uważa, że odeszła ze świata po rewolucji przemysłowej, że może jeszcze posługują się nią ci dziwni ciemcy, ewentualnie inne nieucywilizowane niepojętne ludy, które nie potrafią nawet obsłużyć kuszy, o żadnym bardziej skomplikowanym urządzeniu nie wspominając. Jeśli autor próbuje nam wmówić, że magia jest nieważna, to oczywiste jest, że odegra ona dużą rolę. I zaczynają się pojawiać tropy, które właśnie na to wskazują. Przede wszystkim, jest to potężny artefakt, który chcą zdobyć obie strony konfliktu, oraz postać z rasy moskitów, którą to rasę wszyscy uznawali za wymarłą. Mam swoje podejrzenia co do dalszego rozwoju magicznej sytuacji - czuję, że będzie się działo.

To drugi tom z dziesięciu, więc ciężko napisać coś o fabule. Książka raczej nie mogłaby być samodzielną całością, jest po prostu elementem czegoś większego. Tytułowa ważka to nowo wprowadzona postać drugoplanowa. Jej wątek może i będzie ważny w kontekście całości, ale w tym tomie nie poświęcono mu specjalnie dużo miejsca. Bardzo ciesze się, że przede mną jeszcze osiem części tej historii, nagły spadek jakości nie wydaje mi się prawdopodobny. Oprócz tych nieszczęsnych pojedynków, które mogłyby być opisane trochę lepiej, nie widzę w Klęsce ważki żadnych wad. To znaczy pewnie jakieś są, ale całość podoba mi się tak bardzo, że nie potrafię ich dostrzec. Moja ocena? Oczywiście 5/5, i polecam ten cykl każdemu, kto lubi fantasy, a jeszcze go nie czytał.

Recenzja tomu pierwszego Imperium Czerni i Złota

piątek, 31 sierpnia 2018

Nowe książki: Mustaine oraz Top Gear od środka czyli And on That Bombshell


Te dwie książki powyżej to moje ostatnie książkowe zakupy (chociaż nie do końca, bo autobiografię Dave'a Mustaine'a mój mąż dostał od brata na urodziny). Tym razem to nie fantastyka ani science fiction, lecz coś bliższego naszej rzeczywistości, co jednak wciąż pozostaje w sferze moich zainteresowań. 

Dave Mustaine to założyciel i wokalista jednego z najsłynniejszych trash metalowych zespołów świata, czyli Megadeth. Zespół bardzo lubię, Dave'a już mniej, bo jest on osobą... cóż, specyficzną. Jego autobiografia będzie na pewno ciekawą lekturą, bo któż opisze szalone życie muzyka lepiej niż on sam? Mąż już ją przeczytał i twierdzi, że jest o wiele bardziej udana, niż książka o Metallice, którą kiedyś oboje czytaliśmy.


Mustaine ma ciekawy krój liter i ogólnie całą szatę graficzną. I mnóstwo zdjęć Dave'a.

Są też zdjęcia kolorowe, na których jest mnóstwo ludzi z charakterystyczną dla lat 80. fryzurą na pudla.
Książkę o programie Top Gear kupiłam dzisiaj, wygrzebałam ją z kosza w Tesco, a jej cena to tylko 10 zł bez grosza. Jak na taką wygrzebana pozycję mój egzemplarz jest w bardzo dobrym stanie, widywałam bardziej zniszczone książki stojące na półce w Empiku. Jej autorem jest scenarzysta programu i bardzo liczę na ciekawostki zza kulis i zabawne anegdotki o Jeremym, Jamesie i Richardzie. Swego czasu uwielbiałam Top Gear, obejrzałam naprawdę wiele odcinków, poza ostatnią serią i The Grand Tour, bo to nie było już to samo. Najfajniejsze według mnie serie to te z lat 2003 -2007, i może jeszcze niektóre odcinki specjalne z następnych lat. W pewnym momencie program zrobił się za bardzo wyreżyserowany i czuć było od niego sztuczność, miałam wrażenie, że te dobre pomysły już się skończyły. Mimo tego mam do niego olbrzymi sentyment i chętnie czytam książki napisane przez jego prezenterów (np. ta książka Jamesa Maya, czy ta książka Richarda Hammonda).


Top Gear też ma kolorowe zdjęcia, a na jednym z nich wypatrzyłam kultowy sweterek Jamesa Maya :)

Moje nabytki. Czy już mogę nazwać je stosikiem?

wtorek, 21 sierpnia 2018

24/2018 Gildia magów, Trudi Canavan (Trylogia Czarnego Maga tom I)

Co roku magowie z Imardinu gromadzą się, by oczyścić ulice z włóczęgów, uliczników i żebraków. Mistrzowie magicznych dyscyplin są przekonani, że nikt nie zdoła im się przeciwstawić, ich tarcza ochronna nie jest jednak tak nieprzenikniona jak im się wydaje. Kiedy bowiem tłum bezdomnych opuszcza miasto, młoda dziewczyna, wściekła na traktowanie jej rodziny i przyjaciół, ciska w tarczę kamieniem - wkładając w cios całą swoją złość. Ku zaskoczeniu wszystkich świadków kamień przenika przez barierę i ogłusza jednego z magów. Coś takiego jest nie do pomyślenia. Oto spełnił się najgorszy sen Gildii: w mieście przebywa nieszkolona magiczka. Trzeba ją znaleźć - i to szybko, zanim jej moc wyrwie się spod kontroli, niszcząc zarówno ją, jak i miasto.
Opis z okładki książki. 
Jestem już w takim wieku, że zamiast wczuwać się w historię i kibicować głównej bohaterce tylko kiwałam głową z politowaniem i uśmiechałam się pod nosem. Nie zapałałam do Sonei jakąś szczególną sympatią, bo uważam ją za typową przedstawicielkę gatunku nie znam się, a się wypowiem, ale ogólnie jako całość Gildia magów mi się podobała. Książka powstała w 2001 roku, a założę się o wszystkie pieniądze, że jest lepsza od wielu dziś wydawanych young adult w dekoracjach fantasy. Owszem, jest prosta i dość przewidywalna, ale nie głupia (chociaż są momenty, w których próbowała traktować mnie jak idiotkę, ale nie aż tak, bym poczuła się na serio oburzona).

Podoba mi się sposób zapisu telepatycznych dialogów: kursywą, z tyldą na początku. Jeszcze takich nie widziałam. Ale autorka znalazła jeszcze jedno, okropne zastosowanie dla kursywy...
Mamy tutaj tylko dwa wątki: Sonea próbuje za wszelką cenę uniknąć schwytania przez magów oraz magowie próbują za wszelką cenę schwytać Soneę, która pozostawiona sama sobie zacznie zagrażać całej okolicy - to tylko kwestia czasu. Gdzieś w tle książka próbuje podejmować tematykę społeczną mówiąc o konfliktach na linii biedni - bogaci, a także o odpowiedzialności władzy, ale średnio to wychodzi, a pojawiające się gdzieniegdzie pochwały złodziejstwa mnie zniesmaczyły. Muszę przyznać, że po wszystkich modnych obecnie wielowątkowych historiach z mnóstwem bohaterów (takich jak Gra o tron, Droga królów, czy cykl Cienie pojętnych, który teraz czytam) obcowanie z taką prostą fabułą było dla mnie dziwnym doświadczeniem. Książka nie jest cienka, ma ponad pięćset stron, ale odczuwam po niej duży niedosyt jeśli chodzi o informacje o świecie przedstawionym. Niby autorka opisała miasto i kraj, w którym dzieje się akcja, organizację Gildii magów i masę innych rzeczy, ale użyła do tego typowych dialogów i scenek ekspozycyjnych. Ok, rozumiem, Sonea jest nowa w świecie magii i trzeba jej wiele rzeczy wytłumaczyć, ale to tak bardzo widać... aż oczy bolą... Zdecydowanie wolę gdy autor rzuca informacje o stworzonym przez siebie świece gdzieś tam mimochodem i to czytelnik ma je sobie poskładać do kupy. Tutaj tej prostej ekspozycji było trochę za duże, myślę, że w niektórych miejscach można było odpuścić i zamienić ją na coś subtelniejszego.


Nie wiem po co, ale czasem autorka wyróżnia niektóre słowa kursywą, jakby chciała podkreślić ich znaczenie. Dzięki pani Canavan, ale mam swój rozum i potrafię sama zinterpretować tekst,
Gildia magów zawodzi pod względem opisów. Niby jakieś są, ale jak na mój gust suche takie i mało plastyczne. O wiele lepiej jest z kreacją bohaterów, może dlatego, że nie mają jakiś szczególnie rozbudowanych charakterów. Niemniej postaci skonstruowane są dobrze i nie miałam problemów z odróżnieniem od siebie tych wszystkich magów ze skomplikowanymi imionami. Sonea jest naiwna i na pewno nie zostanie moją ulubienicą, ale nadaje się na główną bohaterkę tej historii. Ma w sobie wewnętrzny konflikt: z jednej strony Gildia kojarzy się jej ze wszystkim, co najgorsze, a z drugiej tylko magowie mogą nauczyć ją kontrolować swoją moc tak, żeby nikomu nie zagrażała. Świetne były te momenty, w których mag Rothen gasił Soneę celnymi spostrzeżeniami, a ona musiała skonfrontować swój czarno-biały pogląd na świat z nowymi informacjami, które nieco się z nim gryzą. To takie urocze patrzeć na młoda kobietę, która właśnie dowiaduje się, że nie ma monopolu na prawdę i być może się myli, bo nie wie wszystkiego o świecie :) Tak jak wspominałam wcześniej: może nie będę jej kibicować, ale na pewno z ciekawością będę śledzić jej dalsze losy. 

Postacią, która ma największy potencjał, jest niewątpliwie Akkarin, czyli sam Wielki Mistrz. Ma olbrzymią moc magiczną, mimo dość młodego wieku cieszy się szacunkiem innych magów oraz posługuje się zabronioną magią krwi, co stawia go w pozycji nieco ukrytego czarnego charakteru - aczkolwiek uważam, że jest to ściema, i okaże się, że wszystkie jego posunięcia są dobrze umotywowane, albo po prostu wykonuje królewskie rozkazy. Ogólnie Akkarin po prostu nie może być zły i Sonea w końcu na to wpadnie - obstawiam, że w końcówce trzeciego tomu.

Mogę nazwać Gildię magów pozytywnym zaskoczeniem, bo jednak spodziewałam się czegoś słabszego. Jest to sprawnie napisane fantasy przeznaczone raczej dla młodszego/początkującego w tym gatunku odbiorcy. Jednak motyw nauki czarów jest jednym z moich ulubionych i zwykle jestem zainteresowana wszystkim, co go zawiera. Po prostu szkoły magii nigdy dość i tutaj też to na mnie działa - przynajmniej na razie. Założę się (a nie robiłam sobie żadnych spoilerów), że drugi tom będzie skupiał się na tym, jak Sonea radzi sobie z nauką, więc może podobać mi się jeszcze bardziej. Na razie daję Gildii magów 3/5. To niezła ocena, pozytywna, ale bez szału - czyli idealnie pasuje do tej książki. 


Dawno już nie wrzucałam zdjęć kotów... Było tak gorąco, że nie chciało im się nawet podejść do książek, którym robiłam zdjęcia. Tym razem to książka przyszła do kota, a on nawet nie raczył się ruszyć - otworzył tylko oko. Jedno...

czwartek, 16 sierpnia 2018

23/2018 Nie mamy pojęcia. Przewodnik po nieznanym wszechświecie, Jorge Cham, Daniel Whiteson

Już za chwilę dowiecie się o wszystkim, czego nie wiemy o naszym dziwnym i tajemniczym wszechświecie! Wiedza człowieka o otaczającym świecie pełna jest luk. I nie są to luki małe - takie, które można bez obaw zignorować. Mowa tu raczej o ziejących pustką otchłaniach! Tak! Aż do tego stopnia nie mamy pojęcia jak działa wszechświat! 
Ta książka to ilustrowany wstęp do największych nierozwikłanych tajemnic fizyki, ale to nie wszystko: to także pasjonująca lektura, która odczarowuje i wyjaśnia wiele rzeczy, o których bardzo dużo już wiemy: od kwarków i neutrin, przez fale grawitacyjne, aż do wybuchających czarnych dziur. Jorge i Daniel zachęcają, by spojrzeć na wszechświat jak na niezmierzony i niezbadany obszar, który wciąż możemy poznawać. A czynią to, pisząc niezwykle lekko, z ogromnym poczuciem humoru. 
Opis z okładki książki. 
Jestem pod wielkim wrażeniem: Nie mamy pojęcia to świetna książka popularnonaukowa. Koncentruje się właściwie tylko na budowie wszechświata, ale autorzy postarali się wyjaśnić to zagadnienie bardzo wyczerpująco, zarówno w skali mikro, jak i w makro. Strasznie podoba mi się to, że autorzy nie przedstawiają tu nauki jako prawdy objawionej (Hej, to jest takie i takie, a tamto dzieje się bo cośtam, i koniec, tak własnie jest, i już), ale potrafią pokazać starsze, nieaktualne już teorie, wyjaśnić obecny stan wiedzy oraz wskazać problemy i zagadnienia, które ciągle czekają na odkrycie, a na koniec stwierdzić jeszcze, że za kilkaset lat być może będziemy się śmiać z dzisiejszej nauki, bo okaże się, że wszechświat działa zupełnie inaczej, niż zakładaliśmy.


Złożone problemy fizyczne da się przedstawić za pomocą zabawnych rysunków lam...

Tak naprawdę w tej książce podobało mi się wszystko, od pojawiającego się co chwilę tytułowego stwierdzenia, przez przejrzyste i dobrze wyjaśnione zagadnienia fizyczne, do przyjemnego humoru i zabawnych ilustracji. Nie mamy pojęcia nie jest aż tak śmieszna, żeby trzeba było tarzać się po podłodze, ale w trakcie czytania uśmiech pojawiał się na mojej twarzy wielokrotnie. Pomimo lekkości i przystępności formy nie poleciłabym tej książki dzieciom, bo może okazać się dla nich po prostu zbyt trudna. Myślę, że młody człowiek w wieku licealnym może już śmiało po nią sięgać, pod warunkiem, że naprawdę interesuje się taką tematyką. Dla niezainteresowanych wszechświatem lektura Nie mamy pojęcia może być drogą przez mękę. Ja sama czasem dochodziłam do ściany, musiałam zatrzymać się, pomyśleć, przeczytać jeszcze raz albo cofnąć się do poprzednich rozdziałów. A wydawało mi się, że jestem całkiem nieźle zaznajomiona z kosmiczną tematyką... Okazało się jednak, że o ile skalę makro jako tako ogarniam, to przy mikro pojawiły się problemy, a od myślenia o kwarkach, bozonach i leptonach parował mi mózg. Panowie Jorge i Daniel są jednak tak dobrymi przewodnikami po świecie nauki, że ostatecznie udało mi się to pojąć - chociaż wiem, że za jakiś czas ta wiedza wyparuje, więc przydałoby się powtarzać tę książkę co parę miesięcy (zapewne będzie mi na to szkoda czasu). Nie mamy pojęcia zmieniło całkowicie moje błędne pojęcie o przestrzeni - podejrzewam, że było tak też w przypadku jakiś 95% czytelników.

... albo bardziej profesjonalnego diagramu (ale z zabawnym podpisem, żeby przypadkiem nie zrobiło się zbyt poważnie).
Nie mogę ocenić tej książki inaczej niż 5/5. Chciałabym, żeby powstawało więcej pozycji tego typu, żeby miała je każda biblioteka szkolna, żeby nauczyciele polecali je najbardziej zainteresowanym uczniom. I nie chodzi mi jedynie o fizykę, dobre książki popularnonaukowe przydałyby się przy nauce każdego przedmiotu.


Ależ bym nosiła taką koszulkę - oczywiście bez uprzedniej wizyty w czarnej dziurze.