wtorek, 8 stycznia 2019

1/2019 Przebudzenie Lewiatana, James S. A. Corey (Expanse tom I)


Ludzkość zasiedliła Układ Słoneczny - Marsa, Księżyc, Pas Asteroid i dalej - ale gwiazdy wciąż pozostają poza jej zasięgiem.  
Jim Holden jest pierwszym oficerem lodowcowca kursującego z pierścieni Saturna na stacje górnicze Pasa. Gdy wraz z załogą trafiają na opuszczony statek Scopuli, w ich ręce wpada niechciany sekret. Ktoś jest gotów dla niego zabijać, i to na skalę niewyobrażalną dla Jima i jego załogi. Układowi grozi wojna, chyba że uda się odkryć, kto i dlaczego porzucił tajemniczy statek. 
Detektyw Miller otrzymuje zlecenie odszukania Julie Mao, dziewczyny, która na własne życzenie zrezygnowała z wygodnego życia u boku bogatych i wpływowych rodziców - po to, by walczyć o prawa uciskanych mieszkańców Pasa. Ślady śledztwa prowadzą do statku Scopuli, krzyżując w ten sposób drogi Millera i Jima Holdena. Okazuje się, że dziewczyna może być kluczem do rozwiązania każdej zagadki. 
Holden i Miller muszą lawirować między rządem Ziemi, rewolucjonistami z Sojuszu Planet Zewnętrznych  i pełnymi sekretów korporacjami, mając wszystkich przeciw sobie. Jednakże w Pasie obowiązują inne reguły i jeden mały statek może zmienić los wszechświata. 
Opis z okładki książki.

Tak, ta książka już kiedyś była na moim blogu, w innym (o wiele gorszym) wydaniu, ale była. Teraz jednak chcę przeczytać cały dotychczas wydany w Polsce cykl (jak dotąd cztery tomy), więc zaczęłam od pierwszego.

Tamto stare wydanie z Fabryki Słów miało wszystkie wady, jakie tylko można sobie wyobrazić. Rozbicie przeciętnej grubości książki na dwa tomy, żeby czytelnik musiał zapłacić dwa razy za jedną opowieść. Miękka okładka z grafiką niezbyt pasującą do treści. Tłumaczenie strasznej jakości, zapewne robione na szybko i po kosztach. Do dziś pamiętam te nieszczęsne elewatory, które tłumacz wstawił w miejsce wind... Koszmar. Nowe Przebudzenie Lewiatana z Wydawnictwa MAG jest wizualnie piękne. Twarda oprawa, żywe kolory i grafika uznanego Dark Crayona. Widziałam w necie petycję amerykańskich fanów do tamtejszych wydawców tej serii, by wypuścili reedycję z polskimi okładkami. Niestety w środku nie jest już tak idealnie. W zdaniach pojawia się losowo kursywa, którą wyróżniane są pojedyncze słowa. Po co? Ja nie wiem, może ktoś, kto to wymyślił, chciał skierować uwagę czytelnika na wybrane słowa. Według mnie taki zabieg jest bez sensu, odbiorca powinien sam wybrać sobie z tekstu to, co jest dla niego najważniejsze. Widziałam też co najmniej jedną wpadkę w stosowaniu kursywy: poprawnie zaznaczono nią nazwę statku kosmicznego, ale kursor przesunął się komuś za daleko i kolejne słowo też zostało przechylone. Problemem jest również zastosowany w książce krój pisma. Zbitki liter ct i st są ze sobą połączone na górze takim jakby mostkiem. Nie przyzwyczaiłam się do tego, przez całą książkę wybijało mnie to z lektury. I jeszcze jedna rzecz: ktoś w MAGu uznał, że przypisy do takich słów jak bulaj i krypa to dobry pomysł... Nie wiedziałam, że jest to książka dla dzieci :) Nawet w czytanej przeze mnie równolegle na czytniku młodzieżówce ten sam bulaj nie został objaśniony. Jeśli trafiam w książce na słowo, którego nie znam, to albo staram się zrozumieć je z kontekstu, albo szybko sprawdzam w necie. Te przypisy naprawdę nie są potrzebne. Mimo tych wszystkich wpadek i tak milion razy wolę nowe MAGowe wydanie od starego fabrycznego koszmarka.



Te dziwne ct i st - nigdzie indziej takich nie widziałam.



I kursywa w losowych miejscach.


Oraz jeden z dwóch zbędnych przypisów. Poza takimi wpadkami książka jest wizualnie fantastyczna.
Teraz przejdę wreszcie do samej treści książki. Przebudzenie Lewiatana to dość klasyczna space opera. Może nie ma tu galaktycznej wojny pomiędzy różnymi rasami obcych, ale są za to trzy ludzkie stronnictwa i konflikty między nimi dają radę. Na razie nie ma otwartej wojny, jednak drobne starcia i konkretne groźby sprawiają, że mieszkańcy Ziemi, Marsa i pasa asteroid nie mogą spać spokojnie. Czy ludzkość będzie potrafiła zjednoczyć się w obliczu zagrożenia z zewnątrz? To się dopiero okaże. Ach jak ja lubię takie fabuły! Właśnie dla nich w ogóle czytam książki. Mam jednak malutki problem z Przebudzeniem Lewiatana: wersja książkowa i serialowa zlały mi się ze sobą. Czytam o postaciach i widzę odgrywających ich aktorów, chociaż czasem różnice w opisie są spore. Dodaję sobie sceny, których nie było w książce, a jeśli coś opuszczono w serialu, to i tak sobie to wizualizuję. Te dwa dzieła stworzyły w moim mózgu symbiozę, dokładnie tak samo jak książki i filmy z cyklu Harry Potter

Ważne jest to, że serial nie odbiega zbytnio od książek, bo autorzy (przypominam, że Przebudzenie Lewiatana napisało dwóch panów kryjących się za jednym pseudonimem) aktywnie brali udział w jego powstawaniu. W powieści lepiej wypadły kreacje postaci, zwłaszcza dwóch głównych bohaterów, którzy dostali sporo miejsca ą wiarygodnie wykreowani. Lepsze jest też wrażenie upływu czasu . Podróże między lokacjami trochę trwaj, bohaterowie mają czas na zbudowanie relacji, zżycie się ze sobą. Mam wrażenie, że serial jest pod tym względem za szybki, cięcie i bach, przeskok w miejsce, gdzie statek z super napędem leci kilka tygodni. Teleportacje jak w siódmym sezonie Gry o tron :)

Już za chwilę będę czytać dalsze części i już wiem, że nie uniknę porównań z serialem, ale to mi zupełnie nie przeszkadza. Lubię Expanse, czekam z niecierpliwością na kolejny sezon i na kolejne tomy polskiego wydania. Przebudzenie Lewiatana oczywiście dostaje 5/5 i bardzo go polecam.

wtorek, 1 stycznia 2019

Podsumowanie 2018 roku

Podsumowanie

Zacznę od statystyk:
W 2018 roku przybyło mi na blogu 32 posty z recenzjami przeczytanych książek. Część z nich to trylogie lub cykle, więc na sztuki wyjdzie ich więcej, konkretnie 40. To nieco mniej niż w poprzednich latach (2017 - 66, 2016 - 66, 2015 - 44), ale znam powody takiego stanu rzeczy.  Nie mogę już tyle czytać w pracy, oprócz dotychczasowego siedzenia i czekania, aż ktoś będzie miał do mnie jakąś sprawę doszły mi nowe obowiązki, które muszę wykonać. Na początku roku miałam przeprowadzkę i remont, to też zabrało sporo czasu. Ale nie zamierzam przestać czytać i prowadzić tego bloga, o nie.

Najczęściej czytane posty 2018 roku:
były to książki dobrze znane i ogólnie lubiane, więc ich popularność mnie nie zdziwiła.

Miejsce 3.

Słowa Światłości, Brandon Sanderson (Archiwum Burzowego Światła tom II)


Ten cykl cieszy się zasłużoną popularnością, dlatego też na kolejnym miejscu jest...

Miejsce 2.

Droga Królów, Brandon Sanderson (Archiwum Burzowego Światła tom I) 


Brandonowi Sandersonowi udało się zaistnieć w świadomości fanów fantasy na całym świecie, a jego książki będą polecane przez długie lata. Nie czytałam jeszcze innych cykli jego autorstwa, ale ten jeden bardzo mi się podoba - i odwiedzającym tego bloga też.

Miejsce 1.

Rącze konie, Cormac McCarthy (Trylogia Pogranicza tom I)


To moje drugie i jak dotąd najbardziej udane spotkanie z tym autorem. Rącze konie to książka która potrafi oczarować, ale nie zanudzić. Wciąga, ale nie sprawia, że przewracam oczami ze zniecierpliwienia (jak drugi tom tego cyklu i słynna Droga).

Hity i kity 2018

Było jeszcze lepiej niż w zeszłym roku: żadnej jedynki! I nie zdarzyło mi się też porzucenie książki w połowie. Niemniej jednak trafiały się pozycje słabe, i to właśnie od kitów zacznę.

Miejsce 3.

Zakon Krańca Świata, Maja Lidia Kossakowska (tom II)


Po całkiem miłym w odbiorze pierwszym tomie było to duże rozczarowanie. Fabuła tej historii mogłaby się zmieścić na pięćdziesięciu stronach, a autorka porzuciła opisy ciekawego świata postapo na rzecz mistycznych przeżyć głównego bohatera. Jednym słowem słabizna.

Miejsce 2.

CEO Slayer, Marcin Przybyłek


Kompletnie nie rozumiem celu powstania tej książki. Ok, autor miał pomysł, chciał ją wydać, udało mu się - spoko. Ale według mnie to takie lepsze wattpadowe opko z self insertem w roli głównego bohatera. Może ja jestem zbytnią idealistką i mam za dużo wiary w ludzi, ale nie kupuję wizji  świata przyszłości Przybyłka. 

Miejsce 1.

Płomienna korona, Elżbieta Cherezińska (Odrodzone królestwo tom III)


Powiem tak: wszystkie krytyczne opinie, które słyszeliście na temat tej książki (i całej serii) to prawda. Dwa pierwsze tomy mają jeszcze ręce i nogi, ale w trzecim autorka popłynęła na całego... Jest łatwy przepis na naprawienie tych książek: wystarczyłoby wziąć pierwszy tom, przepisać go od nowa skupiając się bardziej na rozwoju charakteru postaci i wydać go jako trylogię tak po 400 stron każdy tom. I mielibyśmy fajną polską powieść historyczną z elementami fantasy o niezbyt znanym księciu pragnącym zjednoczyć swój kraj. Ostatnią sceną byłaby epicka koronacja Przemysła. A tak dostaliśmy książkę o (dosłownie) wszystkim i niczym. Korona królów połączona z Sagą o Ludziach lodu, nie żadna polska odpowiedź na Grę o tron

No to teraz najlepsze książki, które stanęły mi na drodze w ubiegłym roku. Było ich sporo - i dobrze, chociaż jakby się tak zastanowić, to jednak wolę pisać bardziej krytyczne recenzje.

Miejsce 3. 

Cykl Cienie pojętnych, Adrian Tchaikovsky, tomy I i II


Miałam pewne zastrzeżenia do pierwszego tomu, ale generalnie jest to świetna historia, i dziwi mnie, że nie jest powszechnie znana i lubiana. Takie militarne fantasy z nutką steampunku to dokładnie mój klimat i wsiąkłam w ten świat okropnie. I jeszcze ta wyobraźnia autora: ludzie z cechami owadów, wszystkie te dziwne rodzaje broni... Po prostu uwielbiam.

Miejsce 2. 

Rącze konie, Cormac McCarthy (Trylogia Pogranicza tom I)


To jest przykład książki, która powinna spodobać się większości czytelników. Są takie uniwersalne historie, które trafiają prosto w serduszko, i to zdecydowanie jedna z nich. Na mnie zadziałało.

Miejsce 1.

Archiwum Burzowego Światła, Brandon Sanderson (tom I, II, III)


No cóż, tu się nie ma co rozpisywać, jestem kupiona. Marzę o kolejnym tomie (mam nadzieję, że Sanderson będzie pisał nieco szybciej od George'a R. R. Martina), mam kilka teorii na temat przeszłości oraz dalszego biegu wydarzeń, lubię oglądać fanarty, mam nadzieję, że powstanie z tego dobry serial - po prostu jestem fanką.

Zmiany na blogu w 2019 roku

Wciąż jestem zadowolona z wyglądu bloga i nie będę go na razie zmieniać, ale jest jedna nowość, którą już wprowadziłam i będę kontynuować, a mianowicie robienie zbiorczego posta z kupionymi książkami ostatniego dnia miesiąca. Ostatnio więcej kupuję i posty z serii Nowe książki musiałyby się ukazywać dwa, trzy razy w miesiącu, a wtedy mogłoby być ich więcej niż recenzji. Chciałabym tego uniknąć, i właśnie dlatego będę robić takie miesięczne podsumowania. To nie jest jakiś rewolucyjny pomysł, na większości blogów tak jest, ale ja jakoś wcześniej nie miałam takiej potrzeby. Teraz ją poczułam i będę tak robić u siebie.

Zaprzestałam chodzenia do biblioteki, bo często przynosiłam stamtąd rzeczy przeciętne czy wręcz słabe - jak ten nieszczęsny CEO Slayer. Za to mam na półce ponad dwadzieścia nieprzeczytanych papierowych książek, chcę również powtórzyć niektóre cykle przed przeczytaniem najnowszych tomów, więc materiału na bloga mi nie braknie. Zawsze są też e-booki, z którymi nieco przystopowałam, ale nie zerwałam całkowicie. Chciałabym, żeby ten 2019 rok był rokiem samych fajnych książek - dla mnie i dla Was, Czytelnicy. I żadnego bólu pleców - czytanie w takim stanie to istna męczarnia.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Nowe książki: grudzień 2018


Trochę się tego uzbierało w grudniu... Na mojej półce zaczęło już brakować miejsca i musiałam trochę pokombinować, żeby wszystko się ładnie zmieściło. Chyba już nadszedł czas na zakup kolejnej biblioteczki, zwłaszcza, że zaczynam kupować coraz więcej grubych książek.


Trzy powyższe książki dostałam na Gwiazdkę. Ogień przebudzenia to pierwszy tom trylogii o smokach, której byłam ciekawa od dłuższego czasu. Niektóre utwory zawarte w zbiorze autorstwa Ursuli K. LeGuin już czytałam, ale chętnie je sobie odświeżę. Terror znam w wersji serialowej, porównanie go z książką to zdecydowanie dobry pomysł.


A to książki, które dostał mój mąż. Za muzyczne nie mam zamiaru się brać, bo akurat za Slayerem i SOaD nie przepadam, ale Utracone gwiazdy z uniwersum Star Wars chętnie przeczytam - zwłaszcza, że to podobno najlepsza powieść, jaka wyszła w tzw. nowym kanonie.


To natomiast jest prezent, który zrobiłam sobie sama jeszcze przed świętami. Trzeci i czwarty tom cyklu Expanse oraz piąty tom Opowieści z meekhańskiego pogranicza były czymś, co zdecydowanie musiałam mieć.


Te trzy książki wygrzebałam z kosza z Tesco. Ostre cięcia już kiedyś czytałam, ale uznałam, że warto je mieć. Czas zabijania jest moją ulubioną powieścią Johna Grishama i na pewno do niej wrócę, a 90 najważniejszych książek dla ludzi, którzy nie mają czasu czytać ma formę komiksu i po pobieżnym przekartkowaniu wydaje się być bardzo zabawne.

wtorek, 25 grudnia 2018

32/2018 Zwycięstwo albo śmierć, Robert J. Szmidt (Pola dawno zapomnianych bitew tom IV)


Wojna z Obcymi wkracza w decydującą fazę. Perspektywa rychłego zwycięstwa podsyca tlące się od dawna wewnętrzne konflikty. Politycy walczą o przyszłe splendory i wpływy, nie dbając o to, jak wysoką cenę przyjdzie zapłacić za militarny sukces. Wielki admirał Farland stawia na szali wszystko, by nie dopuścić do blamażu i kęski floty. Henryan Święcki musi zmierzyć się nie tylko z bolesną prawdą o motywach, którymi kierują się obecni przywódcy Federacji, ale również z nie mniej mrocznymi demonami własnej przeszłości. 
Kto wyjdzie zwycięsko z kolejnych prób? Kto przetrwa, a komu nie będzie to dane? Kto naprawdę za tym wszystkim stoi? 
Opis z okładki książki. 
Na szczęście nie było z tą książką tak źle, jak zapowiadał mój mąż - chociaż mam zastrzeżenia, i to duże. Jednak ogólnie finał Pól dawno zapomnianych bitew jest świetny. Uwaga, będą spoilery.

Miałam za złe Szmidtowi, że z każdym kolejnym tomem nieco zmniejszał skalę kosmicznego zagrożenia, z którym zetknęła się ludzkość. Najpierw byli obcy w lepszych statkach, które ciężko jest pokonać, a jeśli już się uda, to straty są duże. Potem okazuje się, że to właściwie nie obcy, lecz obca mafia chcąca zniszczyć ślady swoich nielegalnych interesów, które prowadziła w tym rejonie galaktyki setki tysięcy lat temu. Jeszcze później pojawiają się przypuszczenia, że statkami wroga kieruje sztuczna inteligencja, którą łatwiej jest oszukać niż istoty żywe. Ludzie uczą się skutecznych technik walki z najeźdźcą i wydaje się, że pokonanie obcych to tylko kwestia czasu. Nie takiego obrotu sprawy oczekujemy od militarnej space opery, i na szczęście w Zwycięstwo albo śmierć dostajemy wreszcie spodziewane mocne uderzenie. Zaczyna się wyścig z czasem, politycy i wojskowi przestają skakać sobie do gardeł (przynajmniej tak to na początku wygląda), ludzka flota ma plan, który może zadziałać, ale zależy to od wielu czynników. Bitwy wreszcie trzymają w napięciu, a im bliżej końca książki, tym bardziej kibicujemy głównym bohaterom, bo czujemy, że wiele rzeczy może pójść nie tak.

I idzie. Pani kanclerz Modo okazuje się być Wielką Złą tego uniwersum, miejscowym Hitlerem, dla której liczy się tylko władza i jeszcze więcej władzy. Niestety nie jest to postać dobrze napisana, taka, która bylibyśmy w stanie zrozumieć. Nie poznajemy jej motywacji. Jest zła - i tyle. Ostatni raz widziałam takich złoli w starych filmach o Bondzie - jest tu nawet scena, w której Modo dokładnie wyjaśnia swój Wielki Zły Plan. Oczywiście sympatyzowałam z Henryanem Święckim, gdy ten zbierał haki na Modo i zamierzał ją pogrążyć, jednak nie było w tym wątku prawdziwych emocji. Zaskoczył mnie wynik tego starcia: ku mojemu zdziwieniu dla obu tych postaci skończyło się ono tragicznie. Modo mi nie szkoda, ale Henryan... PANIE SZMIDT, JAK ŻEŚ PAN MÓGŁ TO ZROBIĆ! Nie robi się takich rzeczy czytelnikom, którzy lubią głównego bohatera. To zupełnie jakby Harry Potter naprawdę umarł by powstrzymać Voldemorta, a chwilę później na Hogwart spadła atomówka... I tu znów będą olbrzymie (Robert Szmidt napisałby gargantuiczne) spoilery.

Obcy ostatecznie zostają pokonani, to jasne. Henryan, wykreowany na bohatera i symbol tej wojny, ma przemawiać na uroczystych obchodach zwycięstwa. Wykorzystuje tę okazję do publicznego ujawnienia wszystkich występków Modo oraz planowanego przez nią zamachu stanu. Potem wszystko idzie nie tak, wybuchają bomby, Henryan ginie, a władzę przejmuje typ, którego Modo chciała wyeliminować, ale on o wszystkim wiedział i wyprzedzał każdy jej krok, wykorzystując między innymi niczego nieświadomego Henryana. Henryana, który jak już wspomniałam, ginie głupio i niepotrzebnie. Ale kit z tym, jeszcze jestem w stanie zrozumieć takie zakończenie tej historii. Obcy pokonani, zła Modo też, Święcki w pewien sposób się poświęcił, aby prawda o niej mogła wyjść na jaw. To, co dzieje się później, to dopiero jest kompletna katastrofa.


Zwycięstwo albo śmierć ma najładniejszą okładkę. To, że statki w książce wyglądają zupełnie inaczej, to drobny szczegół, grafik miał narysować statki kosmiczne, to narysował, na ch... drążyć temat.
Rozumiem, że ta wybitnie niepotrzebna końcówka zepsuła mojemu mężowi odbiór całości. Ja nie mam aż tak negatywnych odczuć, ale dobrze nie jest. Bo wiecie, autor wymyślił sobie prequel i sequel tej opowieści. Wątek, który miałby zostać poruszony w prequelu jest zgrabnie zasygnalizowany. Mamy oto pewien przedmiot z przeszłości, który nie jest ważny dla głównej fabuły, ale historia z nim związana zaciekawia czytelnika, który później chętnie sięgnie po poświęcone jej książki. Za to wprowadzenie do ewentualnej kontynuacji jest... nie złe, bo kupuję ten pomysł, ale niepotrzebne. Bo oto świętującą zwycięstwo nad obcymi i złą kanclerz Ziemię napadają inni obcy - i ją niszczą. Walka prowadzona przez naszych ulubionych bohaterów od samego początku serii, ich wysiłki i poświęcenie idzie na marne, nie ma już żadnego znaczenia. Bo ostatecznie i tak się nie udaje. Porażka ludzkości jest całkowita, co zostaje potwierdzone po zaskakującym przeskoku w czasie, Potem ocalali bohaterowie co prawda deklarują dalszą walkę, pomszczenie ludzkości i odbudowę cywilizacji, co jest samo w sobie pozytywne, ale nie zaciera tej całej przytłaczającej beznadziei. To jest chyba polska specjalność, coś, co ciągnie się w literaturze od romantyzmu: nic się nie może udać, wreszcie pójść dobrze; główny bohater musi zginąć, albo przynajmniej stracić chęć do życia. Mam już tego serdecznie dość, tak samo jak głównych postaci będących dupkami.

Myślę jednak, że pomysł na kontynuację jest dobry, kupuję tych nowych mega zaawansowanych technologicznie kosmitów, podróż w czasie, zagładę gatunku ludzkiego, ogólnie wszystko. Ale ten ostatni rozdział nie powinien być epilogiem Pól dawno zapomnianych bitew, lecz prologiem nowej serii. Książka spokojnie mogłaby się skończyć sceną, w której nowy kanclerz jest na Księżycu i szykuje się do testów systemu obrony planetarnej Ziemi. Jeśli my, czytelnicy, myślelibyśmy, że wszystko jest ok, przez dłuższy czas żylibyśmy w świadomości niemal happy-endu, to szok wywołany przez taki mocny początek byłby większy.

Na pewno jednak przeczytam tę kontynuację i wszystko, co wyjdzie spod ręki Szmidta i będzie osadzone w tym uniwersum. Oceniam Zwycięstwo albo śmierć na 4/5, zresztą cały ten cykl według mnie zasługuje na taką ocenę i mogę go z czystym sumieniem polecać. Ma pewne wady, ale wywołuje emocje i zostaje w pamięci - a to przecież ważne w przypadku książek.

PS naliczyłam pięć przypadków użycia słowa gargantiuczny, za szóstym chyba autor zorientował się, że z nim przesadza  i wymienił je na gigantyczny.

Recenzje wcześniejszych tomów cyklu:

sobota, 8 grudnia 2018

31/2018 Pola dawno zapomnianych bitew, Robert J. Szmidt (tomy I-III)

Połowa dwudziestego czwartego stulecia. Ludzkość po skolonizowaniu niemal dziesiątej części Ramienia Oriona trafia w końcu na obcą, zaawansowaną cywilizację, która nie wykazując najmniejszej woli kontaktu, rozpoczyna wojnę totalną. Stawką jest nie tylko podbój nowego terytorium, ale też fizyczne unicestwienie wroga...
Fragment opisu z okładki II tomu Ucieczka z raju 
Postanowiłam powtórzyć sobie ten cykl przed przeczytaniem czwartej, ostatniej już książki. To była dobra decyzja, bo teraz oceniam tę space operę nieco lepiej - zwłaszcza trzeci tom, który wcześniej mnie zawiódł. Podam tu linki do moich pierwszych recenzji (jeśli kogoś one interesują): tom I Łatwo być Bogiem, tom II Ucieczka z raju, tom III Na krawędzi zagłady.

Generalnie nie zmieniłam zdania na temat książek pana Szmidta - nadal podoba mi się ta militarna space opera z ciekawym głównym bohaterem i jednym z moich ulubionych wątków, czyli pierwszym kontaktem z obcą cywilizacją. Trochę sobie poczytałam na jej temat i okazało się, że autor zgrabnie wplótł w tekst dwa swoje stare opowiadania. Jedno to sam początek pierwszego tomu, zawiązanie akcji i wprowadzenie jednej rasy obcych, co jest punktem wyjścia całej tej historii. Drugie znajduje się w drugim tomie i jest już mniej związane z główną fabułą. To historia z dalekiej już przeszłości, którą niby można szantażować jedną z drugoplanowych postaci, ale zupełnie nic by się nie stało, gdyby je całe wyciąć i po prostu pominąć cały ten wątek. Myślę, że tytuł całej serii, który odwołuje się do fabuły pierwszego opowiadania, czyli sprzątania resztek po starych wojnach, jest nieco nietrafiony. Owszem, książka tak się zaczyna, ale potem bardzo rzadko do tego wraca. Może czwarta część bardziej go uzasadni, ale teraz lepiej pasowałoby coś odnoszącego się do obcych. I krótszego, zdecydowanie krótszego: Pola dawno zapomnianych bitew nie są ani trochę chwytliwe.

Pierwszy tom cyklu został przetłumaczony na angielski i wydany w USA. Bardzo mnie to cieszy, bo chciałabym, żeby jak najwięcej dobrych polskich pisarzy i pisarek było znanych w świecie. Książka zebrała przychylne recenzje, chociaż jest znana raczej w wąskim kręgu wielbicieli militarnego sf - co i tak jest dobre na początek.

Może Henryan Święcki  i ogólnie wojsko jest tu przedstawione w sposób zbyt idealistyczny, ale ja się tego czepiać nie będę - lepsze to od kolejnych antybohaterów. Tomy I-III to dobra rozrywka i oceniam je ogólnie na 4/5. Teraz czeka na mnie ostatnia część o dramatycznym tytule Zwycięstwo albo śmierć. Mąż był nim rozczarowany, więc nie nastawiam się na jakieś arcydzieło, ale i tak jestem ciekawa - zwłaszcza tego, ile jeszcze razy Robert Szmidt użyje słowa gargantuiczny :) 

piątek, 30 listopada 2018

Nowe książki: listopad 2018


W tym miesiącu było kosmicznie: kupiłam sobie książkę o kosmosie, jaki mamy, i o kosmosie, jakiego oczekujemy :) Książka Hawkinga to klasyka astrofizycznej literatury popularnonaukowej, więc chętnie ją kupiłam. Album o uniwersum gry Halo wzięłam przy okazji, przypadkiem, bo spodobały mi się ilustracje i wydanie. Samej gry nie znam, próbowałam oglądać serial na jej podstawie, ale usnęłam na odcinku pilotowym. Myślę jednak, że taki piękny album może zachęcić mnie do bliższego poznania tego świata.  Ilustracje robił ktoś bardzo utalentowany, co dobrze widać choćby na zdjęciu poniżej.


Kupiłam też nową kolorowankę z bardziej realistycznymi obrazkami. Mam już trochę dość swojej starej kolorowanki antystresowej, w której większość ilustracji to abstrakcja i mam problem jak właściwie je pokolorować. Ta jest zdecydowanie prostsza i przyjemniejsza, a zimowy klimat akurat jest na czasie.

 

A teraz dwie książki, które nie są nowe, ale dopiero teraz przywiozłam je z domu rodzinnego, bo chcę je przeczytać jeszcze raz. W sumie przejrzałam na strychu karton ze swoimi rzeczami (to się własnie dzieje z dobytkiem, który zostawicie po przeprowadzce) i jest tam jeszcze wiele książek, które chciałabym jeszcze sobie przywieźć, no ale nie wszystko na raz.

Utopia nad Wisłą to popularnonaukowe opracowanie dziejów PRL-u. No, może bardziej naukowopopularne, ale książkę czyta się dobrze, jest przystępnie napisana i ładnie porządkuje wiedzę o tej epoce. Oprócz faktów ma też mnóstwo kultowych zdjęć, fragmenty poezji, artykułów prasowych, przemówień, reprodukcje obrazów - czyli wszystko to, co czyni historyczna książkę jeszcze ciekawszą.


 

Przywiozłam też klasyczną powieść Komu bije dzwon w paskudnym dwutomowym wydaniu z 1973 roku. Czytałam ją już, ale tak dawno temu, że nie za wiele pamiętam, oprócz tego, że bardzo mi się podobała, a jej akcja toczy się w trakcie hiszpańskiej wojny domowej. Chętnie ją sobie odświeżę.


I na sam koniec zdjęcie wszystkich nowości z listopada:

poniedziałek, 26 listopada 2018

30/2018 Nowicjuszka, Trudi Canavan (Trylogia Czarnego Maga tom II)


Imardin to miasto ponurych intryg i niebezpiecznej polityki, gdzie władzę sprawują ci, którzy obdarzeni są magią. W ten ustalony porządek wtargnęła uboga dziewczyna o niezwykłym talencie magicznym. Odkąd wstąpiła do Gildii Magów, jej życie zmieniło się nieodwracalnie - na lepsze czy gorsze? Sonea wiedziała, że nauka w Gildii Magów nie będzie łatwa, ale nie przewidziała niechęci, jakiej dozna...
Opis fabuły z lubimyczytac.pl 
Nie pamiętam kiedy ostatnio aż tak się wynudziłam czytając książkę. 3/4 Nowicjuszki spokojnie można byłoby skompresować do kilku rozdziałów, a i tak nic by nas nie ominęło. Fabułę można streścić w dosłownie kilku zdaniach: Dannyl podróżuje śladami Akkarina, który wiele lat temu szukał wiedzy w dziwnych miejscach, rozmyśla nad własną seksualnością i w końcu odkrywa, że jednak jest gejem. Sonea uczy się, próbuje unikać prześladujących ją uczniów i Akkarina, który napawa ją przerażeniem. I to w sumie tyle, inne postaci dostały bardzo mało czasu antenowego.

Szkoda, że autorka nie przedstawiła niektórych wydarzeń z punktu widzenia Akkarina, bo jest on zdecydowanie najciekawszą postacią. Niestety Wielki Mistrz prawie nie rozmawia z innymi, on tylko rozkazuje, a później dziwi się, że ludzie się go boją i uważają za mordercę. Zapewne w następnej części okaże się, że Akkarin jest tym dobrym, który używa zakazanej magii krwi tylko dlatego, że wrogowie (dotąd tylko zasugerowani) się nią posługują i bez niej nie miałby szans na wygraną.

Szkoda też, że szkolne życie Sonei poznajemy niemal wyłącznie pod kątem walki z prześladującą ją grupą uczniów. Zabrakło mi opisów samej magii, na które bardzo liczyłam. W sumie dowiedziałam się tylko jak magowie stawiają tarcze i atakują przeciwnika. Mało, strasznie mało. Za to opisów Sonei przemykającej się po tajnych korytarzach Gildii tak, aby nie spotkać Regina i jego kumpli chcących spuścić jej konkretny wpierdziel jest na pęczki. 

Coś zaczyna się dziać dopiero w samej końcówce, którą czytało mi się dobrze, bo przecież ogólnie ta książka nie jest tragiczna ani źle napisana. Wątek pojedynku uratował jednak Nowicjuszkę przed niską oceną, bo czego jak czego, ale nudy w fantastyce wyjątkowo nie cierpię. Dam 3/5, ale to taka słaba trója na szynach. Fabularnie jest to przeciętna opowieść, o której nie mam nawet zbyt wiele do powiedzenia. Myślę, że gdzieś w necie krąży mnóstwo fanfików do Gildii Magów, które są bardziej porywające, a może po prostu zwyczajnie lepsze od oryginału. Mimo braku zalet będę czytać dalej - bo magia, a magię lubię zawsze.