sobota, 6 stycznia 2018

1/2018 Droga królów, Brandon Sanderson (Archiwum Burzowego Światła tom I)

Tęsknię za dniami przed Ostatnim Spustoszeniem. Epoką, zanim Heroldowie nas porzucili, a Świetliści Rycerze zwrócili się przeciwko nam. Czasem, gdy na świecie wciąż była magia, a w sercach ludzi honor... 
Obserwujemy cztery postaci. Pierwszą jest chirurg, zmuszony do porzucenia swej sztuki i zostania żołnierzem w najbardziej brutalnej wojnie naszych czasów. Drugą - skrytobójca, morderca, który płacze, kiedy zabija. Trzecia osoba to oszust, młoda kobieta skrywająca za płaszczem z kłamstw swoją prawdziwą naturę. Ostatnią jest arcyksiążę, wojownik, owładnięty żądzą krwi. 
Świat może się zmienić. Wiązania Mocy i Odpryski mogą powrócić, magia starożytnych dni znów może należeć do nas. Ta czwórka jest kluczem. Jedno z nich może nas zbawić. A jedno nas zniszczy. 
Opis z okładki książki.
Brandon Sanderson to znany i chętnie czytany autor fantasy. Nie wiedziałam o nim zbyt wiele: tylko tyle, że w szybkim tempie pisze bardzo grube książki, które są dobrze przyjmowane przez czytelników. Postanowiłam zacząć czytać Sandersona i na pierwszy ogień poszło rozpoczęcie cyku Archiwum Burzowego Światła, czyli Droga królów.

959 stron tekstu w formacie większym niż standardowy - ta książka robi wrażenie. Na okładce rycerz w zbroi sugerującej kolejne quasi-średniowiczne fantasy w stylu chociażby takiej Gry o tron - i to jest pierwsza zmyłka. O ile pod względem konstrukcji i ilości wątków rzeczywiście przypomina dzieło Martina, to już cały świat przedstawiony jest czymś zupełnie oryginalnym, wręcz obcym. Opis i mapy całego kontynentu, specyficzny klimat z powtarzającymi się co kilka-kilkanaście dni arcyburzami, dostosowane do surowej pogody rośliny i zwierzęta, dziwne stosunki społeczne, magia i potężne artefakty. dawno nie czytałam niczego tak dopracowanego. Podziwiam ogrom pracy włożony w kreację tak złożonego uniwersum oraz wyobraźnię potrzebną by je wymyślić. 

Na uwagę zasługuje również magia napędzana Burzowym Światłem (czyli energią arcyburz przechowywaną w klejnotach). Niby jest to magia, ale jakoś dziwnie podobna do zaawansowanej technologii - pozwala na zabawy z grawitacją typu lewitacja, bieganie po suficie, sklejanie ze sobą przedmiotów. Jeszcze bardziej przypomina system walk z dobrej gry komputerowej typu RPG. Jestem pewna, że książka nie została przerobiona na grę tyko dlatego, że jak dotąd wyszło dopiero trzy tomy z planowanych dziesięciu i twórcy gier nie mają pełnego obrazu świata wykreowanego przez Sandersona. A gra byłaby murowanym hitem: walka z powracającym cyklicznie złem przy wykorzystaniu magii Burzowego Światła oraz Pancerzy i Ostrzy Odprysku dających nadludzkie możliwości (przy czym Pancerze przypominają egzoszkielety, a Ostrza można porównać do mieczy świetlnych). Kupiłabym taką grę i patrzyłabym, jak mój mąż morduje wrogów i ratuje świat, albo sama próbowałabym ją przejść na najniższym poziomie trudności :)

Ciężko napisać coś o fabule, bo jest to zaledwie wstęp do czegoś większego, a ja nie czytałam spoilerowych recenzji kolejnych tomów i nie wiem, co będzie dalej. Poznajemy cztery główne postaci, ich charaktery, miejsce w świecie, motywacje i pragnienia. Każdy z bohaterów jest pod jakimś względem wyjątkowy, wyróżniający się talentem lub umiejętnościami. 

Szeth to niewolnik-zabójca o niejasnej przeszłości. Walczy przy użyciu Ostrza Odprysku oraz magii Burzowego Światła. Autor poświęcił mu najmniej miejsca, ale morderstwa, jakie popełnia, mają ogromny wpływ na obecne i przyszłe wydarzenia.

Shallan to jeszcze nastolatka, która pragnie ocalić swoją rodzinę przed upadkiem i bankructwem. W tym celu zdobywa przychylność znanej uczonej, ale nie po to, by zdobywać wiedzę, lecz by ukraść należący do mistrzyni magiczny przedmiot pozwalający na przekształcenia materii. Jednak dziewczynie z prowincji ciężko będzie oszukać jedną z najinteligentniejszych kobiet świata... Dodatkowo Shallan niesamowicie rysuje i potrafi uchwycić na rysunkach rzeczy, których większość ludzi zupełnie nie dostrzega.

Dalinar to jeden z arcyksiążąt, wuj samego króla. Jest dobrym żołnierzem, postępuje według kodeksu honorowego i próbuje wpoić takie same zasady swoim synom. Podczas arcyburz ma wizje, w których doświadcza wydarzeń z dalekiej przeszłości. Wizje stoją w sprzeczności z oficjalną religią i historią, ale Dalinar nie ma żadnych wątpliwości co do ich autentyczności. Jest też przekonany, że niedługo wydarzy się coś bardzo złego, ale inni nie chcą wierzyć w jego ostrzeżenia.

Czwartym bohaterem, najbardziej rozwiniętym w tym tomie, jest Kaladin. Pochodzi z niższej warstwy, ale jego ojciec - chirurg zadbał o jego wykształcenie medyczne. Miał nadzieję na społeczny awans i stabilną przyszłość, ale nieszczęśliwy zbieg okoliczności pokrzyżował te plany i Kaladin wylądował w wojsku. Okazał się być mistrzem walki włócznią i dobrym dowódcą, ale udało mu się strzelić największą głupotę życia i został niewolnikiem. Skończył jako trybik w armii jednego z arcyksiążąt, w najgorszym oddziale będącym w zasadzie mięsem armatnim (tyle, że bez armat, ich tam nie znają). Kaladin odkrywa u siebie zdolność, która ustawia go na pozycji klasycznego Wybrańca literatury fantasy. Ogólnie mam wrażenie, że autor nieco przedobrzył z Kaladinem. Jest tak napisany, że niemalże musimy go polubić, musimy mu kibicować, i zastanawiać się, jak wyjdzie z kolejnych tarapatów. Chciałabym myśleć, że po prostu lubię Kaladina za to, jaki jest, a nie dlatego, że Brandon Sanderson tak postanowił. Szkoda, że tak bardzo widać te starania autora, chociaż na szczęście jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało. 

Przez całą książkę cztery główne postaci są jak pionki pieczołowicie ustawiane na szachownicy. Ich losy już zaczynają się ze sobą łączyć, a w kolejnym tomie zapewne splotą się już na dobre. Pojawia się również wiele ciekawych postaci drugoplanowych (w tym arcyksiążę Saedes, którego mój mózg uparcie odczytywał jako zwykły sedes) oraz wstawki pozornie niepasujące do całości, dziejące się gdzieś daleko, które na pewno nabiorą znaczenia w przyszłości.

Droga królów to powieść oryginalna, wielowątkowa, i dająca się czytać wiele razy, a za każdym kolejnym przeczytaniem ujawniająca coś więcej. Oceniam ją na mocne 5/5, bo właściwie jest pozbawiona większych wad - a przynajmniej ja się tak wciągnęłam w historię, że żadnych takich nie dostrzegłam. Cały cykl ma zadatki na bycie prawdziwą petardą, na bycie jedną z moich ulubionych serii fantasy.

PS. Ciekawi mnie, która broń byłaby lepsza: Ostrze Odprysku czy miecz świetlny?...


Nigdy nie sądziłam, że to napiszę, ale cieszę się, że trzeci tom Archiwum Burzowego Światła został podzielony na dwie części. Czytałam moją Drogę królów raz, w domu, w komfortowych warunkach, i już ma ślady użytkowania. Twarda oprawa lub mniejsza objętość, jedna z tych rzeczy jest tej serii niezbędna. 


W Drodze królów kotów nie ma, ale i tak jest zarąbiście :)

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Podsumowanie 2017 roku

Podsumowanie

Na początek trochę statystyki: 
w roku 2017 umieściłam na blogu 59 postów z przeczytanymi książkami, niektóre z nich były trylogiami lub cyklami, po przeliczeniu na sztuki daje to 66 książek. Dla porównania w roku 2016 było to również 66 sztuk, a w 2015 - 44. Cieszę się, że utrzymałam formę sprzed roku, chociaż wiem, że mój wynik mógł być lepszy. Niestety zaczynam się już starzeć i czasami bóle kręgosłupa uniemożliwiają mi długotrwałe przebywanie w jednej pozycji, a co za tym idzie również czytanie. 

Najczęściej czytane posty 2017 roku:
były to książki względnie nowe, co nie zaskoczyło mnie jakoś szczególnie, bo sama chętnie czytam recenzje nowości.

Miejsce 3.

450 stron, Patrycja Gryciuk


Książka z gatunku, po który nie sięgam zbyt często, a na dodatek jeszcze niezbyt mi się podobała. Na moim blogu nie będzie zbyt wiele literatury obyczajowej, chociaż na pewno podniosłoby mi to statystyki. Ale nie chodzi mi o to, by pisać pod publikę.

Miejsce 2.

Zgromadzenie cieni, V. E. Schwab (Odcienie magii tom II)


Świeża młodzieżówka fantasy, drugi tom popularnej trylogii, napisana całkiem nieźle, chociaż niektóre elementy są ewidentnie do poprawy. Lubię czytać recenzje książek z tego cyklu u innych blogerów.

Miejsce 1.

Na krawędzi zagłady, Robert J. Szmidt (Pola dawno zapomnianych bitew tom III)


Recenzowałam tę książkę niedługo po premierze, a że cykl nie jest zbyt popularny wśród blogerów (których większość stanowią jednak młode dziewczyny czytające głównie młodzieżówki, obyczajówki, kryminały, erotykę i to, co przyślą im wydawnictwa), trafiłam w niezagospodarowaną niszę - ten post zebrał dwa razy więcej wyświetleń od poprzedniego.

Jednak rekordzistą jest mój stary post z 2016 roku z recenzją cyklu fantasy Kroniki Drugiego Kręgu, który był wyświetlany jak szalony. Nie mam pojęcia, co spowodowało jego popularność: czyżby nagle wszyscy zainteresowali się tymi książkami? Są one jak najbardziej warte przeczytania, aczkolwiek cykl nie jest zakończony i nic nie wskazuje na to, by autorka go dopisała.

Hity i kity 2017

Ten rok był dobry pod względem jakościowym: ocenę 1/5 dostała tylko jedna książka. Dwójek było kilka, a trójkę uznaję już za ocenę pozytywną. Oto książki, których definitywnie nie polecam:

Miejsce 3.

Piąta fala. Ostatnia gwiazda, Rick Yancey, (Piąta fala tom III)


Najgłupsi kosmici we Wszechświecie atakują Ziemię. Szansę na ocalenie ma tylko grupa wygłaszających podniosłe banały dzieci i nastolatków. Ta książka próbuje żerować na emocjach czytelnika, a logika tam leży i kwiczy. Lepszy w temacie kosmicznej inwazji (chociaż bycie lepszym od Piątej fali nie jest jakieś szczególnie trudne) jest chociażby serial Colony, który aktualnie oglądam i polecam.

Miejsce 2. 



Książka, która raz na zawsze obrzydziła mi inne pozycje napisane na podstawie gier komputerowych. Naprawdę ciężko znaleźć gorsze i bardziej schematyczne fantasy z równie płaskimi bohaterami.

Miejsce 1.

Czarna kolonia, Arkady Saulski (Kroniki Czerwonej Kompanii tom I)


Jedyna tegoroczna jedynka, która w pełni zasłużyła na swoją ocenę. Sensu w niej tyle, co kot napłakał. Ciężko mi sobie wyobrazić, jak można byłoby jeszcze bardziej schrzanić temat kolonizacji Marsa, chyba pan Saulski zrobił to wręcz perfekcyjnie. Coś dla siebie znajdą tu jedynie miłośnicy opisów ran postrzałowych.

Były najgorsze, teraz czas na najlepsze. Rozdałam w tym roku wiele piąteczek, ale wybór był w sumie prosty - dobrze wiem, co zrobiło na mnie największe wrażenie i do czego jeszcze wrócę.

Miejsce 3.

Wielki marsz, Richard Bachman


To klasyk Stephena Kinga napisany pod pseudonimem. Przez wiele lat jakoś się z tą książką mijałam, ale kiedy wreszcie się spotkaliśmy... Książka mocna, poruszająca i uruchamiająca wyobraźnię. Zdecydowanie polecam.

Miejsce 2. 

 Głębia, Marcin Podlewski (tomy I, II, III)


Co prawda pierwszy tom dostał ode mnie ocenę 4/5, ale jako całość Głębia jest świetna. To rasowa space opera z elementami postapo, którą czyta się lekko i z przyjemnością kibicuje się ulubionym bohaterom. Mnogość stronnictw, postaci i lokacji sprawia, że cały świat żyje i dynamicznie się zmienia w miarę postępu akcji. Życzę tym książkom jak największej międzynarodowej popularności i wysokobudżetowego serialu, jak najbardziej na to zasługują.

Miejsce 1.

Jakie książki lubię najbardziej? Właśnie takie, jak Meekhan. Jestem tym cyklem absolutnie zauroczona. Pisząc zeszłoroczne podsumowanie życzyłam sobie czegoś w stylu Mrocznej Wieży, i moje życzenie spełniło się w 100%. Magia, wojna, bogowie oraz cała plejada bohaterów, którym można kibicować. Chcę więcej i nie mogę doczekać się kolejnych tomów, których docelowo ma być aż 10.

Zmiany na blogu w 2018 roku

Na razie nie mam zamiaru wprowadzać większych innowacji. Postaram się jedynie zamieszczać więcej własnych zdjęć, co widać już w tym poście. Nie straciłam zapału do prowadzenia bloga, więc wpisy będą pojawiać się w miarę regularnie. Tematyka pozostaje niezmieniona: nadal będę opisywać wszystko, co uda mi się przeczytać. Mam nadzieję, że ustrzegę się jakościowych wpadek i trafię na wiele ciekawych i wartościowych pozycji, czego i Wam życzę, moi Odwiedzający. Udanego roku 2018 i do zobaczenia gdzieś w odmętach Internetu!

środa, 27 grudnia 2017

59/2017 Zdrajca, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom XI)

Harry zawsze stara się unikać kłopotów, jeśli chodzi o Białą Radę Magów, ale jego dawne postępki nie zostały zapomniane. Co stawia go w niezręcznej sytuacji. Morgan, niegdyś jego główny prześladowca w Radzie, zostaje niesłusznie oskarżony o zdradę. Zagrożony najwyższą karą potrzebuje kogoś obdarzonego talentem i upodobaniem do wspierania słabszych, choć ten ktoś nie jest zbytnio zainteresowany jego obroną. Harry rozpoczyna poszukiwania prawdziwego zdrajcy, żeby oczyścić imię niezbyt sympatycznego Morgana, który ukrywa się przed Radą i jednocześnie przed łowcami nagród. Jeden błąd może sprawić, że - całkiem dosłownie - potoczą się głowy. I jedna z nich może być jego głową.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
To ostatnia (na razie) z wydanych w Polsce części Akt Harry'ego Dresdena. Ostatnia, ale jak dotąd najlepsza. Jim Butcher wykorzystał w Zdrajcy osoby i miejsca już znane z poprzednich tomów, dzięki czemu miałam wrażenie jak przy oglądaniu kolejnego sezonu ulubionego serialu - mogłam cieszyć się akcją i śledzić ciekawą intrygę, zamiast od początku poznawać postaci i czytać o tym, że ona jest kimśtam, a on ma taki i taki charakter. Poza tym bardziej lubimy to, co już znamy - a po dziesięciu książkach z tego uniwersum mogę powiedzieć, że znam Dresdena i spółkę całkiem dobrze.

Główną osią fabularną tego tomu jest śledztwo w sprawie zamordowania maga, jednego z członków Białej Rady. Co prawda jest już jeden podejrzany, Morgan, złapany nad ciałem z zakrwawionym nożem w ręce, ale Harry ma poważne wątpliwości co do jego winy. W końcu to Morgan jest znany z bezwzględnego przestrzegania prawa, czego Harry, lubiący życie na krawędzi, kilkukrotnie doświadczył na własnej skórze. W magicznym środowisku obaj panowie są znani jako zaciekli wrogowie, więc kiedy Morgan prosi Dresdena o pomoc oznacza to, że znalazł się w naprawdę beznadziejnej sytuacji. Znalezienie prawdziwego mordercy nie jest łatwe, okazuje się, że tak naprawdę nikt tego nie chce. Ktoś potężny próbuje uciszyć Harry'ego i nasyła na niego Skórozmiennego - przerażającą istotę rodem z indiańskich mitów, którą pierońsko ciężko zabić (chociaż Morganowi kiedyś się udało... z pomocą bomby atomowej). Równie nieuchwytny ktoś próbuje również skłócić Białą Radę Magów z Białym Dworem wampirów. To wszystko brzmi skomplikowanie i cieszę się, że autor nie rozwiązał wszystkich wątków w jednej książce, lecz zaplanował sobie wątek główny cyklu i konsekwentnie się go trzyma. Nie ma nic lepszego niż spójne uniwersum.

Podoba mi się również widoczna w tym tomie zmiana głównego bohatera. Harry Dresden nie jest tu już chłopcem do bicia, który cudem wychodzi cało z kolejnych kłopotów, a potem musi odleżeć przynajmniej dwa tygodnie w szpitalu. Przez te dziesięć poprzednich części wyrobił już sobie reputację i inni czarodzieje zaczynają się zastanawiać: co takiego jest w Harrym, że zdołał tyle przetrwać? Czy to wszystko, co się o nim opowiada, to prawda? Czemu ten dziwny Dresden jest idolem wielu młodych magów? Te zabiegi świetnie budują klimat książki. Oby w kolejnych tomach  również znalazło się miejsce na coś podobnego.

Od samego początku jasnym punktem cyklu były relacje Harry'ego z innymi postaciami. Lubiłam zwłaszcza jego związek z przyrodnim bratem Thomasem, który teraz przeszedł na kolejny poziom. Może nie jestem do końca zadowolona z kierunku tej zmiany, ale na pewno w następnych częściach będzie ciekawie. Mam też duże oczekiwania wobec ciągle rozwijającej się relacji Harry'ego z jego dawnym mentorem. W przeszłości było między nimi wiele nieporozumień i żalu, ale teraz stoją po tej samej stronie barykady i muszą sobie ufać.

Zdrajca wysoko zawiesił poprzeczkę, ale nie sądzę, by kolejne tomy mnie zawiodły. Jim Butcher z książki na książkę robi się coraz lepszy. Harry Dresden ma swoich wiernych fanów, ale chciałabym, żeby był jeszcze bardziej znany i dobrze zekranizowany (o serialu wolę raczej nie pamiętać). Potencjał serii jest ogromny, a ma się ona skończyć epicką apokaliptyczną trylogią. Już nie mogę się doczekać :) Niewykluczone, że za następny tom zabiorę się w oryginale, chociaż nie próbowałam czytać po angielsku od czasów Tańca ze smokami. Niestety, weszłam na Wikipedię i zrobiłam sobie spore spoilery odnośnie dalszych losów Dresdena i jego uczennicy. Zapowiada się ciekawie i nieprzewidywalnie - sama nie wpadłabym na taki rozwój wydarzeń. Jak już wspominałam, Zdrajca to najlepszy z dotychczas przeczytanych przeze mnie Dresdenów. Oceniam go na solidne 5/5.     

Recenzja tomu X                                                                                                                                                         

wtorek, 26 grudnia 2017

Nowe książki: Harry Potter tomy 6 i 7 oraz Gildia magów (Trylogia Czarnego Maga tom I)


Oto moje tegoroczne świąteczne zdobycze: szósty i siódmy tom Harry'ego Pottera oraz Gildia magów, czyli pierwszy tom Trylogii Czarnego Maga. Wszystko to jest bardzo magicznie, ale ja strasznie lubię czarodziejskie klimaty. 

To już cała kolekcja Harry'ego Pottera, teraz zostało mi tylko przeczytać ponownie całość. Już nawet nie pamiętam, który to będzie raz, ale wydaje mi się, że piąty, może szósty, a tomy od 1 do 5 czytałam jeszcze więcej razy. Może nie jest to cykl, który sprawił, że zaczęłam czytać, bo w sumie czytam sporo od czasów przedszkolnych, a na Harry'ego trafiłam w wieku 14 lat, kiedy zaczął zyskiwać dużą popularność w naszym kraju. Pamiętam, że zaczęłam od czwartego tomu, który właśnie wyszedł, i czytając później Więźnia Azkabanu już wiedziałam, że Syriusz jest dobry... Od tamtej pory staram się już czytać wszystkie serie w prawidłowej kolejności.

Na Gildię magów miałam oko już od momentu jej polskiego wydania, ale do tej pory jakoś nie udało mi się jej przeczytać. Słyszałam, że kolejne cykle tej autorki nie są już tak udane, ale z tym pierwszym warto się zapoznać. Mam nadzieję, że mi się spodoba.


A tu Tarkin, który uznał, że układam książki specjalnie po to, żeby mógł się o nie oprzeć. 

środa, 20 grudnia 2017

58/2017 Diabeł na wieży, Anna Kańtoch

Dr Jordan używa rozumu na równi ze szpadą i... wodą święconą. Ilu badaczy szkicuje w swoich notesach wyniki sekcji wilkołaka? Ilu gotowych będzie stanąć oko w oko z samym diabłem? 
Domenic Jordan to człowiek oświecenia. Choć wierzy w logikę i prawa natury, liczy się z tym, co wykracza poza grancie ludzkiego umysłu. 
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Diabeł na wieży to pierwszy tom opowiadań z doktorem/detektywem/egzorcystą Domenikiem Jordanem w roli głównej. Przypadkowo zaczęłam czytać od tomu drugiego -  zdecydowanie powinno zostać wprowadzone prawo nakazujące wydawnictwom czytelną numerację kolejnych części serii. Nie przepadam za czytaniem od środka, ale tutaj na szczęście każde opowiadanie jest zamkniętą całością i można zapoznawać się z nimi niezależnie.

W książce znajduje się sześć opowiadań o podobnej konstrukcji: Domenic Jordan przybywa do klimatycznej lokacji, w której dzieje się coś dziwnego, a następnie rozwiązuje zagadkę używając sprytu i inteligencji. Schematycznie, ale dobrze napisane. Jak zwykle u tej autorki opisy dają radę, chociaż te opowiadanka były trochę krótsze niż w drugim tomie, więc siłą rzeczy świat przedstawiony jest mniej obszernie. Znalazłam tu odpowiedź na jedno pytanie, które nurtowało mnie po przeczytaniu Zabawek diabła (recenzja tutaj): czas akcji to alternatywny wiek XVII. Obstawiałam stulecia od XVII do XIX, więc trafiłam. Pojawiły się też dwie nowe magiczne rasy (w drugim tomie mieliśmy już wampiry): wilkołaki i jacyś nieludzie żyjący w miejscach , do których nie dotarła jeszcze cywilizacja. Trochę więcej dowiedziałam się również o świętych, którzy, jak się okazało, mogą mieć całkiem duży wpływ na rzeczywistość. Ogólnie cały ten mistyczny świat jest ciekawy i do mnie trafia. Szkoda, że żadne reguły nim rządzące nie zostały jasno sprecyzowane; niesie to ryzyko dopisywania coraz to nowych cudów i dziwów. Ryzyko to nie jest jednak duże, gdyż autorka napisała tylko trzy tomy i chyba nie zamierza wracać do tego uniwersum. Teraz pisze podobno bardzo udane powieści obyczajowo-kryminalne osadzone w realiach PRL-u.

Jasnym punktem wszystkich opowiadań jest ich główny bohater, czyli ubrany zawsze na czarno, błyskotliwy i trochę aspołeczny Domenic Jordan (który na pewno nie wygląda jak na tej paskudnej okładce). Polubiłam go, bo nie jest kolejnym skrzywdzonym przez los antybohaterem, lecz złożonym człowiekiem, który stara się postępować dobrze. Generalnie polecam te opowiadania wszystkim zainteresowanym polską fantastyką (i nie tylko), bo są przykładem tego, co potrafią nasi rodzimi autorzy. Mam jedno zastrzeżenie dotyczące obu tomów: Anna Kańtoch w drugiej części wrzuciła kilka opowiadań dotyczących młodości Domenica, natomiast w pierwszej takich wątków nie ma. Myślę, że byłoby lepiej, gdyby porozmieszczać te wspomnienia w miarę równomiernie po obu tomach. To taka mała wada, która nie obniża mojej końcowej oceny, która wynosi 4/5 - czyli tyle samo, jak w przypadku Zabawek diabła

środa, 13 grudnia 2017

57/2017 Zgromadzenie cieni, V. E. Schwab (Odcienie magii tom II)


Upłynęły cztery miesiące, odkąd w ręce Kella wpadł czarny kamień. Cztery miesiące, odkąd przecięły się ścieżki antariego i dziewczyny z Szarego Londynu, Delilah Bard. Cztery miesiące, odkąd książę Rhy został ranny, Kell i Lila pokonali rządzące Białym Londynem bliźniaki Dane, a kamień wraz z umierającym Hollandem wrzucili w otchłań Londynu Czarnego. 
Pod wieloma względami sytuacja prawie wróciła do normalności, chociaż... Rhy spoważniał, a Kella dręczą wyrzuty sumienia. Antari nie przemyca już przedmiotów między światami – jest nerwowy, nawiedzany przez sny z udziałem złowieszczej magii, skupiony na myślach o Lili, która zniknęła mu z oczu w porcie, tak jak zawsze tego pragnęła.  
Tymczasem w Czerwonym Londynie trwają przygotowania do Igrzysk Żywiołów, spektakularnego i kosztownego międzynarodowego turnieju – mającego na celu rozrywkę i zachowanie dobrych stosunków z sąsiednimi mocarstwami. Na zawody przybędzie wielu gości, a wśród nich starzy przyjaciele na pewnym statku pirackim. 
Jednakże, podczas gdy wszyscy w Czerwonym Londynie skupiają się na czekających ich emocjach sportowych i towarzyszących igrzyskom przyjęciach, w innym Londynie rozkwita życie, a ci, którzy mieli rzekomo odejść na zawsze, powracają. Jak cień, który znika w nocy, lecz pojawia się znów kolejnego dnia, tak odżywać zdaje się Czarny Londyn. Tyle że magia wymaga równowagi, więc by odrodził się Czarny Londyn, inne miasto musi upaść...
Opis fabuły z portalu lubimyczytac.pl 
To nie jest najlepsza książka. Powiela błędy pierwszej części (Lila jest za bardzo wykoksowana, znów brakuje istotnych interakcji pomiędzy żeńskimi postaciami) i nic nie wskazuje na to, że w ostatnim tomie będzie lepiej. Nie jest nawet szczególnie oryginalna, w końcu magia i światy równoległe to jedne z podstawowych motywów występujących w fantasy.

Ale pomimo wszystkich wad ja i tak bardzo lubię ten cykl. Kit z tym, że fabuła jest przewidywalna, potrafię to wybaczyć. Magiczny turniej organizowany z wielkim rozmachem w Czerwonym Londynie - o czymś takim chcę czytać, nawet jeśli opisy walk są odrobinę zbyt pobieżne. Kell rozdarty pomiędzy swoimi uczuciami a obowiązkiem wobec królestwa - super. Książę Rhy, który dojrzewa i zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, co naprawdę oznacza bycie władcą, a przy tym autorka zręcznie rozgrywa wątek jego biseksualizmu - świetnie. Lila, która w cztery miesiące uczy się magii na poziomie najlepszych magów świata, a potem podstępem bierze udział w turnieju i awansuje niemalże do finału, a do tego kradnie statki i ma ciętą ripostę na każdą okazję - a nie, to już nie było takie dobre. Za szybko to wszystko się stało, za szybko. Jestem skłonna uwierzyć w talent Lili - zwłaszcza, że przecież już od pierwszego tomu wiem, kim ona dokładnie jest, i przypuszczam,  że tak z 90% czytelników też się tego domyśliło - ale osiągnąć taki poziom w zaledwie cztery miesiące? Lila będąc na statku co prawda trenowała ze swoim kapitanem, ale nawet nie zbliżyła się do poziomu, który później zaprezentowała na turnieju. To dokładnie tak samo, jakbym ja poszła na siłownię, zaczęła ćwiczyć pod okiem kogoś, kto zna się na rzeczy, a za cztery miesiące już doszłabym do finałów mistrzostw w podnoszeniu ciężarów.

Przypomina mi to kontrowersje związane z Rey z Przebudzenia Mocy i jej ekspresowym odkryciem mocy Jedi, dzięki której pokonała wyszkolonego (choć co prawda osłabionego) Kylo Rena. W obu przypadkach niewątpliwie utalentowane panie powinny dostać więcej czasu. Bo to przecież trening czyni mistrza.

Lila to niewątpliwy minus tej trylogii, ale za to jak świetnie napisana jest relacja Kell - Rhy. Są dla siebie jak bracia, i chociaż mają różne własne problemy, to zawsze będą troszczyć się o siebie nawzajem. I to nie tylko przez magiczną więź, która niejako ich do tego zmusza, ale przez szczerą przyjaźń, która łączy ich jeszcze bardziej. Podoba mi się również rozszerzenie perspektywy politycznej, jakie nastąpiło w tym tomie (chociaż Gra o tron to to nie jest i nigdy nie będzie). Dowiadujemy się, że Kell to nie tylko międzywymiarowy listonosz i przyszywany członek rodziny panującej, lecz również symbol królestwa, niemalże filar podtrzymujący królewską władzę. Jedyny posiadacz potężnej mocy, na którego władcy innych krajów patrzą z zazdrością. Trochę szkoda, że ten wątek nie został bardziej rozbudowany, bo ja bardzo lubię takie intrygi. Niestety, to młodzieżowe fantasy i być może autorce wydawało się, że polityka zanudzi potencjalnych odbiorców.

Przebieg wydarzeń w finałowym tomie da się już jako tako przewidzieć. Na pewni ważną rolę odegra nowa postać z Białego Londynu, Ojka. Jest ona tak dziwnie opisana, że na początku myślałam, że to jeszcze dziecko. Zdziwiłam się, kiedy inni bohaterowie określili ją słowem kobieta. Zapewne jest kreowana na późną nastolatkę w wieku 16-18 lat, ale naprawdę chętniej widziałabym w roli uczennicy złego maga dziewczynkę około dziesięcioletnią, byłoby to bardziej diaboliczne.

Mogłabym jeszcze trochę ponarzekać, bo jest na co, ale ta książka jest tak bardzo magiczna i wciągająca, że te wszystkie niedociągnięcia gdzieś się gubią i nie rzucają się w oczy. Szkoda, że nie było poprawy względem pierwszego tomu, ale na szczęście nie zauważyłam pogorszenia. Z tego względu Zgromadzenie cieni oceniam tak samo jak Mroczniejszy odcień magii (swoją drogą te tytuły są mało adekwatne do treści książek, na pewno dało się wymyślić lepsze), czyli na 4/5. Ostatni tom przeczytam na pewno - i mam nadzieję, że autorka nie zboczy za bardzo w stronę romansu. 

wtorek, 5 grudnia 2017

56/2017 Powrót Cienia, Tad Williams (Marchia Cienia tom III)


Zamek Marchii Południowej znalazł się w kleszczach dwóch nieprzejednanych wrogów - starożytnych nieśmiertelnych Qarów i szalonego króla-boga autarchy Xis. Dwójka jego młodych obrońców zaś, księżniczka Briony i książę Barrick, przebywają z dala od domu i muszą walczyć o własne życie. 
Tymczasem pod zamkiem budzi się coś potężnego i straszliwego, czego ludzie nie oglądali od tysięcy lat... 
Barrick, Briony, Qinnitan, zdesperowana zbiegła niewolnica autarchy, i lojalny żołnierz Ferras Vansen oraz garstka innych zwykłych i niezwykłych ludzi muszą znaleźć sposób na uratowanie swojego świata, bo inaczej będą świadkami nadejścia strasznej ery ciemności...
Opis fabuły z portalu lubimyczytac.pl
To już trzeci, przedostatni, tom z tej serii. Ciężko mi napisać coś konkretnego o rozwoju akcji, bo nie chcę za wiele spoilerować, ale powiem tak: wszystko idzie w dobrym kierunku. Wątki poszczególnych postaci zaczynają się do siebie zbliżać i już z grubsza można domyślić się kształtu wielkiego finału. Polubiłam kilkoro spośród głównych bohaterów i z przyjemnością im kibicowałam, ale niestety coraz większą rolę w cyklu zaczyna odgrywać wątek bogów, który nie interesuje mnie aż tak bardzo. Autor stworzył swoją mitologię i wyszło mu to całkiem nieźle, chociaż nieszczególnie oryginalnie. Jak każda faktycznie istniejąca mitologia, jest ona czymś w rodzaju latynoskiej telenoweli, bogowie to tacy podkręceni na maksa ludzie, którzy przeżywają podkręcone na maksa wydarzenia: zdrady, miłości, wygnania, morderstwa, wojny i inne takie. Bardziej od tego kręciły mnie rozgrywki polityczne i militarne, ale mam przeczucie, że w ostatnim tomie będzie ich mniej.

W finale serii najpewniej przeczytam o klasycznym ratowaniu świata, ale w końcu wszystkie książki Tada Williamsa takie są - klasyczne. To nie wada ani zaleta, po prostu taki styl autora. Ja już się do niego przyzwyczaiłam, chociaż pierwszy tom wydawał mi się nieco nudnawy. Teraz jednak kupuję tę konwencję, dobrze się bawię w trakcie lektury i nawet schematy przestały mi aż tak bardzo przeszkadzać. Powrót Cienia oceniam na 4/5, a po ostatni tom na pewno sięgnę za jakiś czas.

Recenzje poprzednich tomów:
- tom I
- tom II