piątek, 11 października 2019

24/2019 Krew modliszki, Adrian Tchaikovsky (Cienie pojętnych tom III)

Imperium Os szykuje się do podboju Nizin, gromadząc wojska i doskonaląc nowe bronie. Uwagę imperatora od sukcesów militarnych odwraca jednak niewolnik obiecujący mu nieśmiertelność. Stawką w grze jest zdobycie tajemniczej Szkatuły Cienia, starożytnego artefaktu kryjącego w sobie mroczną potęgę Darakyonu. 
Żukowcy także zorientowali się już w mocy przedmiotu i posłali na jego poszukiwania kilku agentów i Osowców, którzy mają wspierać wysłanników Kolegium swą wiedzą o metodach działania Imperium. Czy rzeczywiście nie złamią przyrzeczenia danego Stenwoldowi? Czy oprą się pokusie przejęcia szkatuły?
Opis ze strony lubimyczytac.pl
Być może zrobiłam sobie za dużą przerwę pomiędzy drugim a trzecim tomem, bo Krew modliszki nie weszła mi aż tak dobrze, jak poprzednie części tego cyklu. Nadal jest dobrze, klimatycznie i oryginalnie, ale pojawiły się pewne zastrzeżenia, których nie miałam wcześniej.

Mam wrażenie, że w tym tomie akcja (szczególnie na początku) była poprowadzona zbyt fragmentarycznie. Bohaterów jest sporo, podzielili się na mniejsze drużyny i rozjechali po świecie. Lubię ten sposób narracji z wielu perspektyw, bo pozwala odkryć więcej świata, niestety tutaj rozdziały były za krótkie i akcja skakała co chwilę z miejsca na miejsce, zamiast skupić się na kimś dłużej. Przeszkadzało mi to zwłaszcza na początku książki, zanim wątki nabrały tempa. Takie same zarzuty miałam też do drugiego tomu Głębi Marcina Podlewskiego, nie oznacza to jednak, że książka mi się nie podobała.

Większą wadą był w moich oczach wątek Stenwolda Makera. Bohater ten jest kreowany na ponadprzeciętnie inteligentnego, nie rozumiem więc, dlaczego tyle czasu zajęło mu podjęcie decyzji, którą już od początku uważałam za oczywistą. To znaczy wiem, że to wahanie było potrzebne do zawiązania intrygi zakończonej próbą zamachu. Pojawiły się wątpliwości grożące rozpadem młodego sojuszu. Brzmi interesująco, ale niestety było trochę za bardzo przeciągnięte i zaczynało nużyć. Aczkolwiek wydaje mi się, że część czytelników nie zwróciłaby na to uwagi i cały czas dobrze się bawiła.

Oprócz tego było świetnie. Pojawiły się nowe klimatyczne lokacje i ciekawi bohaterowie drugoplanowi. Świat przedstawiony robi się coraz większy i bardziej złożony, a postaci będzie niedługo tyle, co w Grze o tron. I każda z nich jest na tyle charakterystyczna, że nie myliły mi się ani nie zlewały ze sobą. Większego znaczenia nabrał też motyw magii, która w tym uniwersum jest już niemal zapomniana, uważana przez wykształconych pojętnych za coś mistycznego, co może i kiedyś było na świecie, ale teraz to tylko bajki. Bardzo lubię w tej serii motywy polityczne, militarne i technologiczne, ale ta magia znakomicie je dopełnia i po prostu pasuje do tego świata. Może nie chciałabym, żeby wysunęła się na pierwszy plan, ale niech tam będzie, bo z nią jest fajnie.

W Krwi modliszki zabrakło tak spektakularnych starć, o jakich mieliśmy okazję poczytać w Klęsce ważki. Troszeczkę szkoda, chociaż rozumiem, że nie można powtarzać tego samego w dwóch książkach z rzędu. Znalazło się miejsce na opis buntu w mieście, walk powietrznych i działań partyzanckich. Szczególnie na wyobraźnię działają starcia powietrzne, te wszystkie latające machiny bardzo kojarzyły mi się ze steampunkiem i ze szkicami Leonarda da Vinci. Chętnie przyjęłabym też więcej partyzantki księcia Salmy, bo to szalenie interesujące. Jeden opis skutków ataku na pociąg tylko zaostrzył mi apetyt. Może w następnych tomach będzie tego więcej.

Wszystko, co wytknęłam książce na początku recenzji, to nawet nie są wady, tylko moje osobiste czepialstwo. To nadal jest bardzo dobra seria i na pewno miałabym lepsze odczucia, gdybym zabrała się za ten tom zaraz po poprzednich. Obiecuję, że z kolejnym nie będę zwlekać aż tak długo. Niemniej nie mogę dać Krwi modliszki maksymalnej oceny, poprzestanę na porządnym 4/5, zwłaszcza, że mam wysokie oczekiwania i wiem, że autora stać na więcej.

Recenzja tomu pierwszego Imperium Czerni i Złota
Recenzja tomu drugiego Klęska ważki

niedziela, 6 października 2019

23/2019 Prochy Babilonu, James S. A. Corey, (Expanse tom VI)

Wolna Flota - grupa skorych do przemocy Pasiarzy w czarnorynkowych okrętach wojennych - okaleczyła Ziemię i rozpoczęła kampanię piractwa i przemocy wśród planet zewnętrznych. Statki kolonizacyjne kierujące się do tysiąca nowych planet po drugiej stronie pierścieni wrót obcych są łatwą zdobyczą, a żadna flota nie ma dość sił, by ich chronić. 
James Holden i jego załoga lepiej niż inni znają mocne i słabe strony nowego przeciwnika. Mając do czynienia z silniejszym i liczniejszym wrogiem, znękane pozostałości dawnych potęg politycznych wzywają Rosynanta do desperackiej misji polegającej na dotarciu do stacji Medyna w samym sercu sieci wrót.
Opis z okładki książki.
Prochy Babilonu są już szóstą częścią cyklu, więc gdyby akcja w nich spowolniła, albo wystąpiło jakieś zmęczenie materiału, to byłoby to w pewien sposób zrozumiałe. Na szczęście jednak nic takiego nie miało miejsca. Różni się trochę od poprzedniego tomu, który był istną petardą. Teraz emocje nieco opadły, bohaterowie otrząsnęli się z pierwszego szoku i zastanawiają się, co dalej, bo ich świat nigdy już nie będzie taki sam. I to jest moim zdaniem największa zaleta tej książki: nie próbuje przebić poprzedniczki pod względem akcji i emocji, lecz stawia na logiczny rozwój fabuły.

Nie będę zagłębiać się w szczegóły, bo nikt nie lubi spoilerów, ale ze względu na to, że to środek cyklu, jakieś jednak mogą się pojawić. Widziałam już w necie jedną opinię, w której autor narzekał na rozwiązanie problemu znikających statków. Owszem, nie jest to nic super wow, mieliśmy pełne prawo spodziewać się więcej, ale ja to kupuję. Postać, która znalazła klucz do tej zagadki, już we wcześniejszych tomach była przedstawiana jako bardzo inteligentna i kreatywna osoba, więc logiczne jest, że mogła sobie dać radę z problemem, który przerastał wielu innych. Poza tym może wiemy już, dlaczego statki znikają, ale nie mamy pojęcia, co się z nimi dzieje - zostały jeszcze jakieś tajemnice do odkrycia. Jak już wspominałam wcześniej, Prochy Babilonu są świetną kontynuacją, taką, która rozwija postaci zgodnie z ich charakterami i zgodnie z regułami rządzącymi światem przedstawionym. Nie idzie w kierunku taniej sensacji, nie próbuje przeskakiwać rekina - i chwała jej za to.

Oczywiście znalazłam coś, do czego mogę się przyczepić, a jest to wątek botanika Praksa. Dokonuje on bardzo ważnego odkrycia, pojawia się regularnie gdzieś do połowy książki, a potem znika. I nie mówię, że to zły wątek, ale naprawdę chciałabym się dowiedzieć, jaki miał wpływ na resztę bohaterów. Wystarczyłoby, żeby ktoś o tym wspomniał gdzieś pod koniec. Albo to zwykłe przeoczenie, albo autorzy świadomie zostawili tę sprawę na następny tom, co jednak byłoby w moich oczach decyzją dziwną. 

Szósty tom Expanse dał mi coś, czego nie miały poprzednie części: taki rodzaj emocji, który sprawił, że się wzruszyłam, i to dwukrotnie. Spokojnie można powiedzieć, że znam tych bohaterów od lat i jestem z nimi zżyta. Nic dziwnego więc, że w pewnych momentach przy wątkach Avasarali i Praksa łezka zakręciła mi się w oku...

Uważny czytelnik zauważy w Prochach Babilonu ciekawy easter-egg, mianowicie jeden z marsjańskich statków nazywa się Mark Watney. Jest to imię i nazwisko głównego bohatera Marsjanina Andy'ego Weira, więc czyżby obie książki działy się w tym samym uniwersum? Otóż niestety nie, szukałam informacji na ten temat i okazało się, że to tylko taki mały żarcik. Ale te książki pasują do siebie tak dobrze, że nic nie przeszkodzi mi myśleć o nich jak o jedności.

Rozumiem, jeśli komuś ta część nie spodoba się aż tak bardzo, jak mi, zwłaszcza jeśli jego ulubionym motywem w Expanse była protomolekuła i obcy. Tutaj te tematy praktycznie nie istnieją, całość kręci się wokół polityki - co jest moją ulubioną częścią tego uniwersum. Dodajmy do tego sporo scen batalistycznych i dostajemy bardzo dobrą space operę, której nie potrafię dać oceny innej niż 5/5.

Recenzje tomu pierwszego Przebudzenie Lewiatanastara i nowa.
Recenzja tomu drugiego Wojna Kalibana
Recenzja tomu trzeciego Wrota Abaddona
Recenzja tomu czwartego Gorączka Ciboli
Recenzja tomu piątego Gry Nemezis

poniedziałek, 30 września 2019

Nowe książki: wrzesień 2019


We wrześniu moje zakupy to głównie kontynuacje serii, które już mam, i pierwszy tom trylogii, którą znam i chciałam mieć już od dawna. Tak się jakoś złożyło, że wszystkie książki są utrzymane w ciepłej jesiennej tonacji kolorystycznej - to niezamierzone, ale wygląda bardzo ładnie.


Piąty tom cyklu Pola dawno zapomnianych bitew Roberta J. Szmidta to książka, wobec której nie mam szczególnie dużych oczekiwań. Końcówka poprzedniej części była rozczarowująca, ale kto wie, może Ostatnia misja Asgarda zatrze to niemiłe wrażenie. Ogólnie przecież ta seria nie jest zła i myślę, że warto ją kontynuować.


Krew świętego to trzeci tom Wielkich Płaszczy, porządnego cyklu fantasy, który jednak czasem bywa zabawny w sposób, którego autor raczej nie przewidział. Nie jest to nic wybitnego, jednak dwa pierwsze tomy zachęciły mnie wystarczająco, bym chciała poznać zakończenie tej historii.


A oto nowa miss mojej biblioteczki, czyli Zorza polarna, pierwszy tom trylogii Mroczne materie. To przepiękna książka, zachęcam was wszystkich, żebyście obejrzeli ją sobie dokładnie jeżeli będziecie tylko mieli taką możliwość będąc w jakiejś księgarni. Już wcześniej chciałam kupić sobie całość w poprzednim wydaniu, które również było całkiem ładne, ale stwierdziłam, że niedługo wychodzi serial i na pewno z tej okazji będzie wznowienie. Tak też się stało, a wydawnictwo MAG naprawdę się postarało tworząc to cudo. Swoją drogą zwiastun serialu również jest niesamowity i mam wrażenie, że będzie to hit.


I książka ostatnia, czyli Prochy Babilonu, szósty tom space opery Expanse. Poprzednia część zakończyła się w taki sposób, że już dosłownie za chwilę biorę się za czytanie tej kontynuacji. Jak zawsze przy okazji tego cyklu polecam również serial The Expanse, już niedługo zaczyna się czwarty sezon i na niego również nie mogę się doczekać.

niedziela, 29 września 2019

22/2019 Krótka historia czasu, Krótkie odpowiedzi na wielkie pytania, Stephen Hawking

 

Krótka historia czasu to już klasyczna pozycja literatury popularnonaukowej. Przedstawione w niej idee prezentują najnowsze odkrycia w dziedzinie badania wszechświata. Autor wykracza poza teorię względności, mechanikę kwantową i wielki wybuch, aby sięgnąć do tańca geometrii, który doprowadził do powstania wszechświata, krainy zjawiskowych zdarzeń fizyki cząstek elementarnych, w której materia zderza się z antymaterią. Ta fascynująca książka umożliwia poznanie ogromu przestrzeni międzygalaktycznej.
Opis z okładki Krótkiej historii czasu.
Stephen Hawking - człowiek legenda. Wybitny naukowiec i ikona popkultury w jednym. Większość osób go kojarzy, chociaż może nie wszyscy wiedzą konkretnie, czym się zajmował. Ja z racji ogólnego zainteresowania astrofizyką (oczywiście na podstawowym poziomie, nie jestem żadną ekspertką) znałam mniej więcej obszar zainteresowań badawczych Hawkinga i jego osiągnięcia, ale nie czytałam jeszcze żadnej jego książki. Teraz udało mi się to nadrobić, od razu pochłonęłam dwie z nich. To całkiem udane pozycje popularnonaukowe, jednak mam do nich pewne zastrzeżenia.

Obie te książki wyszły spod pióra jednej osoby i traktują właściwie o tym samym, ale jednak różnią się od siebie. Krótka historia czasu powstała wcześniej (pierwsze wydanie jest z roku 1988), ma formę wykładu, który po kolei przedstawia różne zagadnienia dotyczące budowy wszechświata. Krótkie odpowiedzi na wielkie pytania są, jak sama nazwa wskazuje, zbiorem pytań i odpowiedzi. Myślę, że ta druga forma jest bardziej przyjazna współczesnemu czytelnikowi i to właśnie tę książkę polecam, gdybyście mieli wybrać do przeczytania tylko jedną z nich. Krótka historia czasu jednak trochę się zestarzała i lepiej sprawdza się jako ciekawostka dla fanów tematu, niż jako pozycja mająca zafascynować młodą osobę nauką.

Okładka Krótkiej historii czasu podoba mi się bardziej, jest taka kosmiczna. Ale dlaczego mąż musiał kupić mi jedną w miękkiej, a drugą w twardej oprawie? Troszkę cierpię patrząc na to, jak nie do końca do siebie pasują. 
Hawking sporo miejsca poświęca swojemu ulubionemu tematowi, czyli czarnym dziurom. Na początku jego kariery istnienie tych obiektów nie było nawet ostatecznie potwierdzone, a teraz wiemy już o nich całkiem sporo, między innymi dzięki jego badaniom. Wielka szkoda, że nie dożył pierwszego zdjęcia czarnej dziury, na pewno bardzo by go ucieszyło.

Ogólnie rzecz biorąc przeczytałam obie te pozycje z zainteresowaniem (trochę większym w przypadku Krótkich odpowiedzi na wielkie pytania) i spokojnie mogę je polecić. Dam 4/5, ale jeśli miałabym wybrać tylko jedną książkę popularnonaukową, to byłaby to Nie mamy pojęcia, gdyż jest aktualniejsza i przystępniej napisana. Myślę też, że bardziej rozbudza zainteresowanie nauką wskazując obszary, w których jest jeszcze tyle do odkrycia, w przeciwieństwie do omawianych dziś przeze mnie książek, które pozostawiają mylne wrażenie, że wiemy już prawie wszystko.

wtorek, 10 września 2019

21/2019 Mitologia Halo. Przewodnik po uniwersum Halo


Poznaj historię uniwersum Halo. Po raz pierwszy masz okazję przeczytać kompletną kronikę tego niezwykłego świata - od czasów, gdy galaktyką władali tajemniczy Prekursorzy, aż po desperackie zmagania ludzkości z przytłaczającymi siłami Przymierza i Plagi. Mitologia Halo została napisana przez ekspertów 343 Industries i wzbogacona ponad pięćdziesięcioma zachwycającymi ilustracjami. To oficjalny przewodnik obejmujący przeszło dziesięć milionów lat historii. 
Opis z okładki książki.
Kupiłam tę książkę, bo jest ładna. Wcześniej miałam znikomy kontakt z uniwersum Halo, ograniczający się tylko do tego, że zasnęłam na pierwszym odcinku serialu, którego już później nie kontynuowałam. Ale jako, że lubię space opery (co można zauważyć śledząc tego bloga), stwierdziłam, że co mi szkodzi, jeśli treść mnie nie zainteresuje, to przynajmniej popatrzę sobie na ładne obrazki. No i jeszcze cena, za tę pięknie wydaną pozycję w twardej okładce zapłaciłam tylko 7,99. Kto by nie wziął, prawda?

Ależ to ładne, złoto, błysk i mat. Na pewno ta okładka będzie się rysować, ale na razie jest piękna. Ogólnie cała ta książka jest zaskakująco ciężka, robi dziwne wrażenie jak się ją pierwszy raz podniesie. 
Wspominałam o ilustracjach, i są one naprawdę oszałamiające, graficy odwalili kawał dobrej roboty. Większość z nich spokojnie mogłabym używać jako tapet na pulpit, lubię takie militarno space operowe scenki i zwykle takie sobie ustawiam (albo zdjęcia własnych kotów, w zależności od nastroju). Książka na pierwszy rzut oka jest albumem, ale znajduje się w niej zaskakująco dużo tekstu. Zgodnie z tytułem jest to rodzaj przewodnika, leksykonu, a ja niestety niezbyt przepadam za tą formą. 

To przykład typowej ilustracji z tej książki, scena batalistyczna w kosmosie utrzymana w niebieskiej, fioletowej lub szarej tonacji kolorystycznej. Lubię takie widoczki.
Czytałam Mitologię Halo jakby była podręcznikiem do historii alternatywnego wszechświata, więc nie była to pozycja zbyt porywająca. ogólnie staram się unikać tego typu książek. Raz skusiłam się na Silmarillion i było średnio... Świadomie nie czytałam Ognia i krwi Martina o dynastii Targaryenów, chociaż samą Pieśń lodu i ognia bardzo lubię. Poza tym mam też zastrzeżenia co do treści. Zdecydowanie zbyt często jak na mój gust space opera zamieniała się w operę mydlaną pełną pseudo dramatyzmu i powtarzalnych wydarzeń. Wiem, że wszystko to powstało na bazie gier komputerowych, które generalnie nie mają (jeszcze) skomplikowanych i wiarygodnych fabuł. Gracz bezpośrednio uczestniczy w wydarzeniach, bardziej się angażuje, w lepszych produkcjach może nawet dokonywać wyborów, dlatego też fabuły mogą być prostsze niż w przypadku książek i filmów, a i tak dobrze spełnią swoje zadanie. No i w grach dochodzi jeszcze problem kontynuacji, od których zwykle oczekuje się więcej tego samego - bo jeśli pierwsza część się sprzedała, to druga musi być podobna. I tak oto mamy uniwersum Halo, w którym cyklicznie dochodzi do wielkich, dramatycznych tragedii kończących się niemalże zagładą ludzkości. Lubię ten motyw i na pewno ruszyłby mnie, gdybym poznała tę historię jako powieść lub serial (dobry, dla odmiany). Niestety dostarczony w tak beznamiętnej formie nie zrobił na mnie większego wrażenia.

Jeśli ktoś lubi cieplejsze kolory, to takie ilustracje też się znajdą, zwykle przedstawiają starcia na powierzchni planet.
Jest jednak pozytywny wyjątek gdzieś w środku tej książki, czyli moment, w którym ludzkość walczy z Przymierzem. Mam wrażenie, że jest to najlepiej dopracowany konflikt w całej historii. Jeśli okazałoby się, że twórcy Halo wymyślili to na samym początku, nie byłabym zaskoczona. Czytałam ten fragment ze sporym zainteresowaniem, chociaż stylistycznie nie różnił się od reszty, więc musiało być w nim coś przyciągającego uwagę.

A ten akurat obrazek skojarzył mi się z Łotrem 1 i finałową walką na planecie Scarif. W Mitologii Halo mało jest zieleni, ta ilustracja jest wyjątkiem.
Dla fanów serii Mitologia Halo będzie przemiłym dodatkiem. Dla takich jak ja, którzy chcieliby wejść w to uniwersum, będzie czymś przydatnym, ale niekoniecznym. Niezainteresowani science fiction powinni trzymać się z daleka :) Ostatecznie daję tej pozycji 3/5 , bo spełniła swoje zadanie - mam teraz ochotę zobaczyć ten krótkometrażowy serial animowany (Czy tak się mówi? Może to po prostu zbiór krótkometrażówek?) miniserial Halo, który jest na Netflixie.

czwartek, 5 września 2019

20/2019 Mroczna Wieża. Rewlowerowiec. Bitwa o Tull, Człowiek w czerni, Stephen King

W swej wędrówce przez pustynię Mohaine ścigający człowieka w czerni Roland Deschain trafia do Tull. Nie jest mile widziany w tym mieście, w którym poza diabelskim zielem brakuje właściwie wszystkiego... a zwłaszcza litości. 
Gościnę - a także swoje łózko - ofiarowuje mu barmanka Allie. Kiedyś pewnie była piękna, ale teraz pozostała jej tylko blizna na twarzy i whiskey do znieczulania się. I tajemnica, którą powierzył jej człowiek w czerni, kiedy przybył do Tull i uzdrowił konającego od ziela trzydziestopięcioletniego starca. 
Opis z okładki Bitwy o Tull
To moje pierwsze komiksy od naprawdę bardzo, bardzo dawna... Zdarzyło mi się przeglądać marvelowego Venoma i Doktora Strange'a, ale to tak tylko przy okazji, więc uznaję, że się nie liczą. Te komiksy z cyklu Mroczna Wieża były już świadomym wyborem i przeczytałam je uważnie.

Komiks jest zwykle owocem pracy wielu ludzi, i tak też jest w tym przypadku. W tytule uwzględniłam tylko Stephena Kinga, bo to jego nazwisko jest eksponowane na okładce - prawdopodobnie po to, by zwiększyć sprzedaż. Odpowiada on za koncepcję literacką i kierownictwo wykonawcze, czegokolwiek by to nie oznaczało. Scenariuszem, redakcją i ilustracjami zajmowali się inni, ale nie będę ich wszystkich wymieniać, bo litania nazwisk byłaby długa.

Niezbyt czuję się na siłach, by oceniać to nowe dla mnie medium jakim jest komiks, ale i tak postaram się to zrobić. Fabularnie cały cykl komiksów o Rewolwerowcu zaczyna się w młodości Rolanda i jest prequelem książkowej Mrocznej Wieży. Jednak te pierwsze numery są trudno dostępne, w necie osiągają spore sumy, a ja na razie nie wygrałam w lotka, więc nieprędko je zdobędę. Te dwie części kupiłam po dziesięć złotych za sztukę, czyli w niezłej promocji. W tym momencie serii komiksy dogoniły już książki Bitwa o Tull to początek Rolanda (czyli pierwszego tomu Mrocznej Wieży), a Człowiek w czerni jest jego zakończeniem. Pomiędzy nimi jest luka, jeszcze jeden komiks Przydrożny zajazd, ale go nie mam :( Niemniej fabula była mi znana, co trochę ułatwiło mi odbiór. Jednak pierwsze minuty i tak były trudne, mózg musiał mi się przyzwyczaić do nowego medium. I tak łapałam się na tym, że najpierw czytałam tekst, a potem oglądałam ilustracje, bo nie mogłam ich ogarnąć na raz. Na szczęście im dalej, tym szło mi lepiej, i nie mam zamiaru na to narzekać.

A to jedna z alternatywnych okładek do Człowieka w czerni, która podobała mi się bardziej niż ta ostateczna. Na końcu każdego tomu zamieszczono ich po kilka, według mnie to świetny pomysł.
Co do ilustracji, to oceniam je bardzo pozytywnie. Często było tak w Empiku, że stałam przy tej półce z komiksami, przeglądałam je i chciałam coś kupić, ale oprawa graficzna mnie odrzucała. Mangi - niezbyt, Marvel - też nie, Wiedźmin - paskudny jak nieszczęście, chociaż podobno fabularnie fajny. Mroczna Wieża pod tym względem podpasowała mi od razu, zwłaszcza te plansze pokazujące krajobrazy rodem z Dzikiego Zachodu. No może twarze bohaterów mogłyby być odrobinę ładniejsze, ale to taka brudna konwencja, ostatecznie to kupuję.

Ostatnio mam fazę na Johnny'ego Casha, więc ta kwestia mnie ubawiła :) Tak na marginesie polecam film Spacer po linie, który jest biografią tego ciekawego artysty.
4/5, czyli całkiem dobrze - tak właśnie widzę te komiksy (z zaznaczeniem, że Człowiek w czerni podobał mi się odrobinę bardziej). Chciałabym częściej sięgać po to medium, bo wiem, że warto, że można znaleźć tam ciekawe i wartościowe rzeczy, jednak z moją awersją do niektórych stylów graficznych może być ciężko. Ostatnio znalazłam całkiem fajnego Batmana, więc coś rusza się w tym temacie - chociaż na razie jest on na samym końcu listy rzeczy do przeczytania, więc jego recenzja pojawi się zapewne gdzieś za rok :)

sobota, 31 sierpnia 2019

Nowe książki: sierpień 2019



W tym miesiącu u mnie bardzo komiksowo: mam komiks z Batmanem i biografię Stana Lee, chyba najbardziej znanego twórcy Marvela. DC i Marvel trochę się nie lubią, dlatego też postawiłam je na innych półkach, żeby się nie pogryzły :)

Książkę o Stanie Lee polecała mi koleżanka, zbierała też same dobre opinie w internecie, dlatego też cieszę się, że ją mam. A komiks o Batmanie to moja kolejna próba powrotu do tego medium. Jestem własnie w trakcie czytania moich wcześniejszych nabytków z cyklu Mroczna Wieża i jest nieźle. Zdecydowałam się na tego konkretnego Batmana ze względu na jego oprawę graficzną - ilustracje niezwykle mi się spodobały, zresztą wrzucam tu niżej przykładowe zdjęcia. Podobno fabułę też ma dobrą, to klasyczne starcie Batmana i Jokera. Dla takiej nowicjuszki jak ja to nawet lepiej.

Już sama okładka robi dobre wrażenie, taki poważny, posągowy Batman się na mnie gapi. Słynna jaskinia Batmana też wygląda tak, jak powinna; mrocznie i futurystycznie zarazem, a takim batmobilem mogłabym jeździć po mieście (tam, gdzie nie ma progów zwalniających oczywiście). Kobieta-Kot za to ma całkiem ciekawy kostium, jakby przed chwilą skończyła walkę z Wolverine'm :)