środa, 18 kwietnia 2018

9/2018 Cisza przed burzą; Niebezpieczna ścieżka, Erin Hunter (Wojownicy tom IV i V)


Zdrajca Klanu Pioruna został wygnany. Jednak Ogniste Serce nie może pozbyć się wrażenia, że Tygrysi Pazur czai się w mrokach lasu i szykuje się do zemsty. Nowy zastępca ma na głowie niemałe kłopoty – niezwykle gorące lato, ucznia skrywającego szokującą tajemnicę i przywódczynię, która stanowi cień samej siebie. A z każdym kolejnym upalnym dniem widmo nadciągającej burzy jest coraz bardziej realne... 
Opis z okładki: Cisza przed burzą
Klan Cienia wybrał nowego przywódcę. Ogniste Serce przeczuwa jednak, że stary wróg wciąż pragnie zemsty na swoim poprzednim klanie. Tymczasem w lesie pojawiło się nowe zagrożenie, które czyha na życie każdego kota.
Klan Pioruna może ulec zagładzie - jego przywódczyni odwróciła się od swoich przodków. Głowę Ognistego Serca zaprząta jedna myśl - może Błękitna Gwiazda ma rację? Może Klan Gwiazdy opuścił ich na zawsze? 
Opis z okładki: Niebezpieczna ścieżka
No i czytam kolejne tomy tej historii o wojowniczych kotach... Może i są to książki dla dzieci, ale wciągnęły mnie całkiem mocno i chcę przeczytać wszystkie. 

W czwartej i piątej części Wojowników nie znalazłam już żadnych nowych (bo stare się czasem powtarzały) irytujących i szkodliwych bzdur o kotach. Dla odmiany autorki tym razem wrzuciły w fabułę jeden ciekawy fakt: białe koty rzeczywiście często są głuche, całkowicie lub na jedno ucho, a jeśli mają do tego jeszcze niebieskie oczy, ryzyko wzrasta jeszcze bardziej. Szkoda mi tylko niewykorzystanego potencjału tej całej sytuacji. Głuchy kociak szybko zniknął ze sceny, a temat jego niepełnosprawności aż się prosił o rozwinięcie.

Szkoda też, że zagrożenia, z którymi koty będą musiały się zmierzyć w finale każdej książki, są dla mnie tak bardzo oczywiste. Gdybym była jakieś dwadzieścia lat młodsza, to zapewne czytałabym z zapartym tchem. Chociaż zastanawiam się, czy to na pewno jest cykl dal dzieci, bo w każdym tomie brutalnie ginie kilka kotów. To okrutne, ale jednocześnie realistyczne, bo wolno żyjące koty żyją średnio połowę krócej niż te niewychodzące.

W Ciszy przed burzą oraz Niebezpiecznej ścieżce najlepszym wątkiem był ten dotyczący religii. Koty wierzą, że po śmierci dołączają do Klanu Gwiazdy, patrzą z góry na swoich żyjących pobratymców i zsyłają im rady i ostrzeżenia. Ta religia ma więcej sensu niż wszystkie nasze ludzkie wiary, bo jest prawdziwa. Przywódcy klanów rzeczywiście dostają od Klanu Gwiazdy 9 żyć, medycy również dostają specjalne umiejętności, zdarzają się też wizje i prorocze sny. Przeważnie koty traktują swoją religię jako coś oczywistego i starają się przestrzegać Kodeksu Wojownika otrzymanego od Klanu Gwiazdy, jednak w książkach można zauważyć też inne postawy. Błękitna Gwiazda, przywódczyni Klanu Pioruna, obraża się na swoich przodków, wręcz wypowiada im wojnę, gdyż sądzi, że to oni zesłali na jej klan wszystkie nieszczęścia. Momenty, w których kotka miota się w bezsilnej złości, popada w apatię albo złorzeczy Klanowi Gwiazdy są smutne, ale bardzo dobrze napisane. Inaczej do tej sprawy podchodzi Obłoczna Łapa, siostrzeniec głównego bohatera. Dla niego wszystkie te opowieści to tylko bajki dla małych kociąt i absolutnie w nie nie wierzy. Nie dziwię mu się, bo nie był jeszcze świadkiem nadprzyrodzonego działania Klanu Gwiazd. Przeczuwam, że ten temat zostanie poruszony w ostatnim tomie serii i Obłoczna Łapa (a właściwie Obłoczny Ogon, gdyż kot ten został już wojownikiem i dostał nowe imię) jeszcze bardzo się zdziwi.

Zaczynam darzyć tę serię sympatią, jednak wciąż widzę wszystkie jej mankamenty, więc moja ocena to nadal 3/5. Sprawdzałam własnie kolejne tomy w necie i okazało się, że jest tego cała masa! W tłumaczeniu na polski ukazał się jak dotąd cykl Wojownicy, który niedługo kończę, drugi cykl Wojownicy. Nowa przepowiednia - jak dotąd jeden tom - oraz manga Bicz. Początek legendy, która ma mieć wkrótce premierę. A reszta? Cóż, będę musiała czekać albo czytać po angielsku...

Recenzja pierwszego tomu Ucieczka w dzicz
Recenzja tomów II i III Ogień i lód, Las tajemnic

piątek, 6 kwietnia 2018

8/2018 Rącze konie, Cormac McCarthy (Trylogia Pogranicza tom I)


Szesnastoletni John Grady Cole wyprowadza się z domu po śmierci dziadka i z dwoma kompanami wyrusza z rodzinnego Teksasu w stronę Meksyku. Co czeka młodych kowbojów na drugim brzegu Rio Grande, w tej dzikiej, bezkresnej i romantycznej krainie, w której za marzenia trzeba płacić krwią?... 
Rącze konie to hipnotyzująca opowieść o miłości, dojrzewaniu, utraconej niewinności, pierwszych męskich decyzjach i przyjaźni, z której trzeba zdać egzamin.
Opis z okładki książki. 
Sięgnęłam po tę powieść siłą rozpędu po bardzo dobrym Na południe od Brazos. Jeden western był świetny, to i może kolejny okaże się warty uwagi? Autora już znałam, tytuł też obił mi się o uszy, więc nie było to jakieś wielkie ryzyko. Rącze konie okazały się być tak świetne, że były pierwszą książką od bardzo dawna, przy której zasiedziałam się do późnej nocy. Podobały mi się nawet bardziej niż Na południe od Brazos, które przez wielu jest uważane za najlepszy western jaki kiedykolwiek powstał.

Pierwsza połowa książki ma dość spokojne tempo. Dwaj nastolatkowie uciekają z domu i kierują się w stronę Meksyku. Po drodze dołącza do nich trzeci chłopiec, który od razu wydaje się im  nieco podejrzany, ale postanawiają mu pomóc i przez jakiś czas podróżują razem. Jednak po meksykańskiej stronie granicy ich nowy znajomy pakuje się w kłopoty i ich drogi rozchodzą się. Dwaj przyjaciele jadą dalej, znajdują pracę na wielkim ranczu, zajmują się bydłem, ujeżdżają dzikie mustangi, po prostu żyją nieskomplikowanym życiem kowbojów. Główny bohater John zyskuje uznanie w oczach właściciela rancza, gdyż radzi sobie z końmi jak nikt, dodatkowo jeszcze zna się na ich hodowli. Chłopak ma widoki na dobrą karierę, zakochuje się w nim piękna córka szefa, a i jego przyjaciel jest zadowolony z życia w Meksyku. Jednak to byłoby zbyt piękne, więc w pewnym momencie wszystko się wali, kłopoty spowodowane przez ich dawnego towarzysza wracają do chłopaków ze zdwojoną siłą. I od tego miejsca nie było już dla mnie ratunku, musiałam dokończyć tę książkę, musiałam wiedzieć co będzie dalej.

Początkowy sielski i spokojny klimat książki zmienia się diametralnie. Robi się niebezpiecznie, mrocznie i dynamicznie. Autor oddał znakomicie dwa oblicza Meksyku: to przyjazne, gdzie przypadkowo spotkani ludzie dadzą ci kolację i uprzejmie wskażą dalszą drogę; oraz to brutalne, gdzie rządzi przemoc i zemsta, i lepiej nikomu nie podpaść i nie znajdować się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie.


Dialogi w książce wyglądają jak poezja, ale w niczym to nie przeszkadza.

Językowo Rącze konie to najwyższa półka. Wyrazy uznania należą się również tłumaczowi, bo przekład jest piękny i całość czyta się bardzo płynnie. Na początku zdziwiła mnie forma zapisu dialogów stosowana przez McCarthy'ego, bo nigdzie dotąd się z nią nie spotkałam, ale przyzwyczaiłam się bardzo szybko i sądzę, że sprawdzają się w tej książce świetnie. Są zwięzłe i konkretne, zupełnie jak główny bohater, który jest bardzo dojrzały jak na swój wiek i nie lubi gadać bez potrzeby.


Przypisy z tłumaczeniami hiszpańskich zwrotów są spoko, ale dlaczego czasami odsyłały mnie prawie na początek książki? Przetłumaczenie tego samego słowa dwa razy sprawdziłoby się tu lepiej.

Nie jest to typowy western, akcja książki dzieje się w 1949 roku, czyli bardzo późno jak na ten gatunek literacki. Nie ma tu Indian ani napadów na bank, to prosta historia o chłopaku, który kocha konie i marzy o pracy na ranczu, ale jest za młody by przejąć rodzinne gospodarstwo, którego nie chcą prowadzić jego rodzice. John bierze więc konia i najlepszego przyjaciela i wyjeżdża zrealizować swoje marzenia. Niby tylko tyle, ale jaka to jest piękna historia...

Mogę polecić Rącze konie absolutnie każdemu. Książka nie jest za długa, za trudna ani nudna. To pierwszy tom trylogii, ale jest na tyle zamkniętą całością, że można ją czytać samodzielnie. Jeśli nie wiesz po jaką książkę sięgnąć, to śmiało możesz spróbować z tym wspaniałym westernem. Oceniam oczywiście na 5/5, i jest to najlepsza książka, jaką przeczytałam od początku roku. 


Po takiej książce aż chciałoby się mieć konia, tak te zwierzęta są pięknie opisane, a główny bohater nie wyobraża sobie bez nich życia. Ja mam tylko koty, ale staram się, żeby były bardziej pożyteczne, więc Anakin od teraz pracuje jako podpórka na książkę.

niedziela, 1 kwietnia 2018

7/2018 Zakon Krańca Świata, Maja Lidia Kossakowska (tom I)


Nadszedł Koniec Świata.
 
A właściwie dwanaście Końców - każdemu wierzącemu według potrzeb. Były katastrofy ekologiczne i naturalne, wojna atomowa, atak kosmitów, zstąpienie Jeźdźców i wiele innych wersji Apokalipsy. Nieliczni sprawiedliwi szczęśliwcy trafili do swoich Rajów. Reszta ludzkości zdana jest sama na siebie i walczy o przetrwanie w świecie przepełnionym chaosem. 
Lars Bergerson jest jednym z tych, którzy radzą sobie świetnie.
Jest Grabieżcą - człowiekiem, który potrafi podróżować pomiędzy wymiarami, wchodzić do Rajów i wynosić z nich wyjątkowo cenne przedmioty, zwane pryzami. Jest silny, niezależny i samowystarczalny. Nikogo nie potrzebuje, za nikogo nie jest odpowiedzialny. Do czasu, gdy na jego drodze staje Miriam- wychowana w sekcie, bezbrzeżnie naiwna, uroczo bezradna. W kłopotach, jakie ściągnie na głowę Larsa nie ma jednak nic uroczego.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl
Zawiodłam się. Początek książki był bardzo obiecujący, ale im bliżej końca, tym więcej widziałam dziwnych rzeczy, które - według mnie - nie powinny były się w niej znaleźć.

Świat przedstawiony w powieści mi się podobał, to takie klimatyczne postapo, gdzie obecne zabawki i przedmioty codziennego użytku zyskały rangę artefaktów i magicznych amuletów, większość dorobku cywilizacyjnego popadła w zapomnienie i jedynie nieliczni korzystają z nowoczesnych technologii. I nie są to byle jakie technologie, bo przed upadkiem ludzkość nieźle poszła naprzód i rozwinęła naukę opartą o parapsychologię i uśpione dotąd możliwości umysłu. Szkoda, że występujące w książce urządzenia są opisane jedynie na zasadzie: nazywa się tak, robi to. Podstawą wszystkich technologii występujących  zwykle w science fiction jest aktualny stan wiedzy, a wynalazki przyszłości powinny być wynikiem rozwinięcia najnowszych teorii lub hipotez naukowych. To robi znakomicie Peter Watts w Ślepowidzeniu, a Maja Lidia Kossakowska nie umie się za to zabrać, więc jej nauka przyszłości wygląda raczej jak magia działająca na zasadzie bo tak.

Niby motorem całego postępu jest jakaś parapsychologia, ale zastała ona polana gęstym sosem religijnego symbolizmu. Mamy więc dwunastu (liczba oczywiście nieprzypadkowa) uczonych - Mistrzów Blasku -, którzy odkrywają u siebie tak wielkie umiejętności, że są w stanie stworzyć własne wymiary (raje) podporządkowane ich władzy i przenieść się do nich wraz ze swoimi zwolennikami (wyznawcami). Mistrzowie nie mogli odejść z Ziemi spokojnie, lecz zsyłają na świat apokalipsę - i to nie jedną, lecz całe dwanaście, bo tak się akurat przypadkowo złożyło, że każdy z nich był innego wyznania i budował wokół siebie swoją wspólnotę religijną. Ludzkość zostaje więc zdziesiątkowana, a Mistrzowie Blasku zabierają swoje zabawki i najwierniejszych ludzi idą bawić się do swoich światów. W których, nawiasem mówiąc, zwykłym ludziom żyje się jak w ZSRR albo w Korei Północnej, taki tam rygor. 

Najchętniej wywaliłabym tą całą mistyczno - religijną otoczkę (poza głównym wątkiem, bo on ma sens, ale o tym później) i zostawiła sam rdzeń tej opowieści: grupa naukowców odkrywa sposób na uzyskanie wielkiej potęgi, władza uderzyła im do głowy i postanowili zrealizować swoje chore ambicje. Podczas otwierania wrót do innych rzeczywistości coś idzie bardzo nie tak, robi się wielkie bum, które prawie unicestwia pozostałych na Ziemi ludzi. Myślę, że takie poprowadzenie tego wątku byłoby o wiele lepsze. Swoją drogą Maja Lidia Kossakowska mocno zainspirowała się pomysłem Jarosława Grzędowicza (który prywatnie jest jej mężem) z Pana Lodowego Ogrodu - tam też grupa naukowców zyskuje nadludzką moc i wykorzystuje ją do stworzenia swoich mrocznych utopii. Przypadek? Nie sądzę :)

Ale to wszystko na co narzekam od samego początku to tylko tło, drugi plan, na który inny czytelnik mógłby nawet nie zwrócić uwagi albo nie przejąć się tak bardzo jak ja. Bo główny wątek książki rozgrywa się na oko jakieś co najmniej sto lat po apokalipsie. Główny bohater Lars jest Grabieżcą, czyli zajmuje się włamaniami do światów Mistrzów Blasku i wykradaniem z nich cennych przedmiotów. Robi to za pomocą połączenia technologii i wędrówek astralnych - ciężko stwierdzić konkretnie jak, bo autorka nic dokładnie nie wyjaśnia. Jest to całkiem ciekawa postać: niby stara się być cynikiem i nie okazywać uczuć, ale tak naprawdę to wrażliwy i moralny człowiek, który ciągle tęskni za swoją zaginioną żoną. Ta dobroć w końcu ściąga na niego kłopoty. Postanawia pomóc znajdującej się w niebezpieczeństwie dziewczynie, co w końcu prowadzi do wielu niebezpiecznych wydarzeń. Dziewczyna ma na imię Miriam, wychowała się w sekcie i liczy sobie ponad siedemnaście lat (może 18 a może 20, książka tego nie wyjaśnia). I przede wszystkim jest tak utalentowana, że może sama, bez technologicznego wsparcia, przenosić się w krainy Mistrzów Blasku. Jednak jej talent jest dziki i niebezpieczny, bo nie potrafi go kontrolować. Lars na początku nie chce mieć z nią nic wspólnego, ale w końcu (oczywiście) ich drogi się krzyżują. O ile polubiłam Larsa, to Miriam jest niezwykle irytująca. Rozumiem, że wychowała się w izolacji nie potrafi funkcjonować w świecie poza sektą, ale, do cholery, dlaczego nie słucha bardziej doświadczonych? Niczego się nie uczy i jej upór raz po raz kończy się źle. Miałoby to sens, gdyby autorka odjęła jej parę lat, bo nastolatki często bywają wkurzające i wydaje im się, że wszystko wiedzą lepiej. Przykładami takich bohaterek są chociażby Ciri z Wiedźmina i Daenerys z Gry o tron, irytujące, ale bardzo dobrze i wiarygodnie napisane.

Gdyby tak nieco przepisać Miriam, to ta książka byłaby naprawdę dobra. Grabieżcze wyprawy głównego bohatera i jego dziwna relacja z Miriam zainteresowały mnie i dobrze mi się o tym czytało. Pomysł z tajemniczym, bardzo bogatym zleceniodawcą był spoko, podobnie jak pomysł z dziwną misją dotarcia do Drzewa Świata, którą Lars dostaje w trakcie dziwnych, nieco psychodelicznych wizjach. Drzewo to jawne nawiązanie do nordyckiego Yggdrasil, drzewa Odyna, które w sumie pasuje do tej historii, bo w oryginalnej wersji łączy ze sobą wiele światów. Mam wrażenie, że będzie to główny wątek drugiego tomu. Z chęcią o tym przeczytam i będę kibicować głównemu bohaterowi.

Na sam koniec mam jeszcze małe zastrzeżenie: gdybym miała oceniać autorkę tylko na podstawie tej książki, to wyszłoby mi, że to jedna z tych pań, które uważają inne kobiety za niewarte uwagi, bo one od dziecka bawiły się z chłopcami, ogólnie lepiej dogadują się z mężczyznami i zupełnie nie chciałyby pracować w żeńskim zespole albo pod kierowniczką - kobietą. Gdyż w Zakonie Krańca Świata nie ma ani jednej dobrze napisanej i ważnej postaci kobiecej. Miriam jest skopana, poza nią pojawia się jeszcze wyidealizowane wspomnienie żony Larsa, jego dawna znajoma dziwka oraz żona jego kolegi mechanika. Jeszcze epizodycznie mamy jedną z Grabieżców, której nikt nie lubi. Wszyscy wpływowi mieszkańcy postapokaliptycznej Ziemi to mężczyźni, tak samo jak dwunastu samozwańczych bogów, Mistrzów Blasku. W całej powieści nie ma żadnej wzmianki o dyskryminacji kobiet, więc nie było żadnych przeszkód, by umieścić w niej kilka fajnych babek. Odkąd zaczęłam zwracać uwagę na takie dysproporcje, to potrafię sobie popsuć przez to przyjemność z czytania. Tak było też przy Mroczniejszym odcieniu magii.

Sporo tych zastrzeżeń się uzbierało, ale koniec końców Zakon Krańca Świata nie jest taki zły. Przedstawia ciekawą wizję postapokaliptycznego świata i ma całkiem sensownego głównego bohatera. Książkę oceniam na 3/5, po drugi tom sięgnę na pewno.

poniedziałek, 26 marca 2018

6/2018 Korona śniegu i krwi, Elżbieta Cherezińska (Odrodzone królestwo tom I)


Czasy Wielkiego Rozbicia. Potężne ongiś królestwo w sercu Europy rozpadło się na księstwa, którymi władają skłóceni ze sobą Piastowie. Od wielu lat Polska nie ma króla, a tron pozostaje pusty. 
Na horyzoncie pojawia się nadzieja — skromny kantor Jakub Świnka odczytuje klątwę i jako pierwszy dostrzega księcia, który może ją odwrócić. Książę Starszej Polski Przemysł II spędza czas na turniejach i w poszukiwaniu rycerskich laurów. 
Na opustoszały królewski tron padają pożądliwe spojrzenia sąsiednich władców. W głębi lasów budzą się ludzie Starszej Krwi, a wraz z nimi zapomniane przez stulecia demony. Z herbów schodzą bestie, by w walce wspomóc swych panów. Sieć intryg coraz ciaśniej zaciska się wokół młodego księcia. 
Święte księżne, grzeszni książęta i szlachetni rycerze. Jaką rolę odgrywa wielki ród Zarembów o skrzętnie skrywanych początkach? Czy minezingerzy zaśpiewają pieśń zwycięską czy też chmury nad tronem pogrążą królestwo w wiecznym mroku? 
Czas rozpocząć bój o koronę, najwyższy czas zjednoczyć królestwo...
Opis z okładki książki. 
Z różnych opinii, które przeczytałam na temat tej książki (i całej trylogii) wynikało, że będzie to świetna powieść w stylu Gry o tron George'a R. R. Martina i Trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego. Bo walka o władzę, średniowiecze, historyczne postaci, czary, dawni bogowie, mityczne stworzenia. Brzmiało fajnie i zdecydowanie w moim guście, więc jakiś czas temu kupiłam sobie wszystkie trzy tomy w twardych oprawach. No i niestety teraz trochę tego żałuję.

Nie powiem, że Korona śniegu i krwi jest zła, bo to nieprawda. Ona po prostu mogłaby być o wiele lepsza i wcale nie trzeba byłoby włożyć w jej poprawę sporo pracy. Chociażby te wszystkie polityczne gierki o zdobycie korony - zostały oddane dobrze; łatwo orientujemy się kto jest z kim przeciwko komu i dlaczego tak jest. Bohaterowie zawierają mniej lub bardziej oficjalne sojusze, wzmacniają je zaaranżowanymi małżeństwami, ale nie mają też oporów przed zdradą czy wynajęciem morderców i nasłaniem ich na konkurenta - czyli robią dokładnie to, co wszyscy rządzący w ówczesnej Europie.

Co do samych bohaterów - tu mam bardziej mieszane uczucia. Autorka wykorzystała wiele postaci historycznych, o których co nieco wiadomo z zachowanych źródeł, a tam, gdzie zabrakło faktów, dołożyła trochę od siebie. Pojawiają się też bohaterowie w 100% wykreowani przez Elżbietę Cherezińską, ale są postaci drugoplanowe. W założeniu książka chyba nie miała mieć głównego bohatera, lecz jak Gra o tron całą plejadę postaci, z których perspektywy śledzimy wydarzenia, jednak nie sposób zauważyć, ze na pierwszy plan zdecydowanie wybił się książę Przemysł. Tylko on jest przedstawiony tak szczegółowo, że rozumiemy jego postępowanie, obserwujemy zmiany jego charakteru, ma wady i zalety, ogólnie jest taki, jaki powinien być pełnokrwisty bohater książkowy. Reszta natomiast jest typowym drugim planem, tłem, i boli mnie, że większość postaci w ogóle się nie rozwija, chociaż w trakcie książki mija kilkanaście lat. Może jeszcze Jakub Świnka i książę Władysław są bardziej rozbudowani, chyba ze względu na to, że będą odgrywać dużą rolę w kolejnych tomach (to żaden spoiler, przecież każdy, kto uważał na lekcjach historii dobrze wie, jak to wszystko się zakończy). Jakub Świnka to zresztą mój ulubiony bohater, spodobał mi się jego sympatyczny charakter i tajemnicze pochodzenie dopisane przez autorkę. Wielu postaci nie da się jednak lubić, bo składają się z imienia i jednej - dwóch cech, a przy tym są czarne lub białe, bez miejsca na odcienie szarości.


Książka jest pięknie wydana. Pomimo sporego formatu i odczuwalnej masy czytało mi się ją wyjątkowo dobrze.

Bardzo pochwalam wysiłek, jaki Elżbieta Cherezińska musiała włożyć w zapoznanie się ze średniowiecznymi realiami. Kultura dworska się zgadza, turnieje rycerskie też, stroje i uzbrojenie jak najbardziej w porządku. Wydarzenia historyczne również trzymają się kupy, choć oczywiście zostały dopasowane do potrzeb fabuły książki. Wiadomo, że charaktery postaci nie będą zgodne z oryginalnymi, bo to przecież powieść historyczna, a nie biografia, i trzeba tych ludzi uwspółcześnić na tyle, by byli przyswajalni dla dzisiejszego czytelnika. Najlepsze jednak było przypomnienie o reformie Kościoła zainicjowanej przez Jakuba Świnkę. To właśnie na skutek tych działań tak naprawdę schrystianizowano Polskę, bo do tego XIII wieku podstawy wiary chrześcijańskiej znały tylko elity i napływowi Niemcy, a zwykli ludzie może i coś tam słyszeli, byli ochrzczeni, ale na wszelki wypadek łączyli elementy nowej religii ze starymi słowiańskimi wierzeniami.

Przy całej dbałości o szczegóły i fakty zabrakło niestety dbałości o stylizację językową. Nie ma tu zbyt wielu archaizmów, język jest wręcz za bardzo współczesny - nie wyobrażam sobie człowieka z XIII wieku, który stwierdza, że ktoś ma na niego focha - a taki tekst pojawia się w książce. Wiadomo, że czysta staropolszczyzna byłaby dla nas prawie niezrozumiała, ale da się napisać pięknie stylizowana powieść historyczną, czego przykładem jest wspominana już przeze mnie Trylogia husycka Andrzeja Sapkowskiego.

Jednak Korona śniegu i krwi to nie tylko powieść historyczna, lecz także fantasy. Wykorzystanie elementów mitologii chrześcijańskiej i słowiańskiej jest super. Jezus przemawia do Jakuba Świnki, książę Henryk zawiera pakt z diabłem (to mogłoby być mega ciekawe, niestety zostało opisane po łebkach), kobiety nadal spotykają się na sabatach i oddają cześć Wielkiej Matce. Gdzieś czai się odwieczne zło (kompletnie niewykorzystany motyw wilkołaka), a herbowe zwierzęta potrafią ożyć i walczyć dla swojego właściciela. Te herbowe bestie są często krytykowane, ale dla mnie to całkiem sympatyczny pomysł - chociaż nadal nie potrafię sobie wyobrazić rybogryfa :)

W ogóle nie czytam erotyków, romansów staram się też unikać, ale niestety dziwne i śmiesznie opisane sceny seksu dopadły mnie w tej książce. Jest ich sporo i żadna mi się nie podobała, dodatkowo są do siebie bardzo podobne. Chętnie pozamieniałabym je na zdania w stylu: Następnie odprawił służbę i został w komnacie tylko ze swoją młodą żoną; albo: Uśmiechnęła się do niego, była pewna, że on też wspomina wczorajszą noc. Zero wyidealizowanego albo nierealistycznego seksu, a wyobraźnia pracuje i każdy może sobie dopowiedzieć to, co mu pasuje.

Na pewno przeczytam całą trylogię Odrodzone królestwo, i nie piszę tego tylko dlatego, że mam ją na półce i głupio byłoby tego nie zrobić. Korona śniegu i krwi miała wiele elementów, które mi się podobały i  mam nadzieję, że dalsze tomy utrzymają przynajmniej ten sam poziom. Nie nazwałabym jej jednak polską odpowiedzią na Grę o tron, a raczej rodzimym odpowiednikiem Sagi o Ludziach Lodu. Moja ocena to 3/5 i książkę mogę polecić, bo przyjemnie czyta się tą historię o władzy doprawioną szczyptą magii.


Lubię takie szersze marginesy, zdecydowanie ułatwiają czytanie. Szkoda tylko, że wydawnictwo przepuściło kilka literówek i jeden paskudny błąd ortograficzny. Gdyby nie te wpadki, byłby to mój książkowy ideał.

sobota, 3 marca 2018

5/2018 Ogień i lód; Las tajemnic, Erin Hunter (Wojownicy tom II i III)



Głęboko w mrokach lasu cztery klany wojowniczych kotów żyją w niełatwej harmonii. Tymczasem na horyzoncie pojawiają się nowe niebezpieczeństwa...
 
Ogniste Serce jest już pełnoprawnym wojownikiem Klanu Pioruna, jednak to nie koniec jego przygód. Nadchodzi zima, koty z Klanu Rzeki spoglądają groźnie na obfitujące w pożywienie ziemie innych klanów, a słaby Klan Wiatru ze wszystkich sił stara się uniknąć zagłady. Rosnące napięcie między klanami przekształca się w otwarty konflikt. Ogniste Serce obawia się zdrady wśród swoich... 
Opis z okładki: Ogień i lód 

Napięcie wśród kotów zamieszkujących las osiągnęło niespotykany dotychczas poziom. Wierność klanowi traci na znaczeniu. Dotychczasowy przyjaciel w okamgnieniu stać się może wrogiem, a niektóre koty skłonne są nawet zabić, by osiągnąć to, czego pragną. 
Ogniste Serce jest zdecydowany poznać prawdę o tajemniczej śmierci Rudego Ogona. Nie wie jednak, że lepiej, by pewne tajemnice nie ujrzały światła dziennego, mogą bowiem zachwiać niepewnym rozejmem między klanami. Ogniste Serce przeczuwa też, że wśród kotów z Klanu Pioruna kręci się zdrajca. 
Opis z okładki: Las tajemnic
Cykl Wojownicy o przygodach kota Ogniste Serce i o czterech kocich klanach żyjących sobie dziko z dala od ludzi to na pewno nie jest lektura ambitna ani bardzo wartościowa. Można się łatwo rozczarować, zwłaszcza jeśli szuka się w niej faktów i logiki. Ale kiedy na pewne sprawy przymknie się oko, to okazuje się, że kontakt z Wojownikami jest całkiem przyjemny. 

Ogniste Serce mieszka sobie w lesie wraz z Klanem Pioruna. Koty przeżywają mniejsze i większe rozterki - konflikty graniczne, nagłe zmiany sojuszy, nieszczęśliwe wypadki, zakazane miłości, wewnętrzną walkę o władzę. Wszystko dzieje się bardzo dynamicznie, a sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Te nagłe zwroty akcji przypominały mi południowoamerykańską telenowelę i sądzę, że taki format sprawdziłby się w razie ewentualnej ekranizacji: krótkie odcinki zakończone cliffhangerami. Z różnych motywów poruszanych w tych dwóch tomach najbardziej podobały mi się dwa: poszukiwanie własnej tożsamości oraz koci rasizm.

W pewnym momencie Ogniste Serce przechodzi kryzys tożsamości. Wraca w okolice swojego starego domu i spotyka siostrę, po czym postanawia odnowić z nią kontakt. Regularnie spędzają ze sobą czas, a w końcu stwierdza nawet, że jeśli wyrzuca go z klanu, to spokojnie może wrócić do ludzkiego domu i zamieszkać z siostrą. To trochę wyklucza się z pierwszym tomem, bo nagle okazuje się, że i sucha karma nie była taka okropna, dach nad głową i ciepłe legowisko też nie są już wstrętne jak na początku. Wątek ten jest rozpisany na ponad połową książki (a może i na dwa tomy, nie pamiętam, przeczytałam oba szybko jeden po drugim) i naprawdę dobrze czyta się te miejsca, gdzie Ogniste Serce zastanawia się, kim naprawdę jest: klanowym wojownikiem czy jednak ciągle domowym kotem.

Drugi motyw jest nieco związany z pierwszym. Siostra głównego bohatera, zafascynowana jego opowieściami o klanowym życiu, postanawia oddać mu swojego pierworodnego kociaka, by młody sierściuch mógł wychować się w klanie. Jednak część klanowych kotów to rasiści i nie do końca akceptują młodego urodzonego w domu. Mały Chmurka będzie musiał starać się dwa razy bardziej, a i tak zawsze będą koty uważające go za gorszego. A że Chmurka ma ciekawy charakter, to jego wątek w kolejnych tomach na pewno będzie należał do moich ulubionych. Koci rasiści nieprzychylnie patrzą też na związki kotów z różnych klanów (co dziwne, bo koty powinny dbać o różnorodność genetyczną). Poznajemy dwie historie nieszczęśliwych zakazanych miłości, a losy kociąt z tych związków nie są najlepsze. Oczywiście pozytywni bohaterowie nie mają problemu z pochodzeniem innych kotów i są dobrym przykładem dla młodszych czytelników.

Znalazłam też mnóstwo rzeczy, do których można się przyczepić, ale najbardziej denerwowały mnie te spiski i zagadki, z którymi Ogniste Serce męczył się przez całą książkę, a dla mnie były oczywiste niemalże od razu. Nagłe przeskoki w czasie i prawie zupełny brak dłuższych opisów: to też mnie drażniło. Widać, że to książki adresowane do młodszego odbiorcy i dzieci mogą być nimi absolutnie zachwycone (tylko ktoś powinien wyjaśnić młodym czytelnikom, że prawdziwe koty nijak się tak nie zachowują).

Pomimo tego, że zupełnie nie jestem w grupie docelowej, to na pewno sięgnę po kolejne książki z cyklu. Z przyjemnością będę tropić absurdy i nielogiczności dotyczące kotów i jednocześnie ekscytować się dalszymi losami Ognistego Serca i spółki. Ogień i lód oraz Las tajemnic oceniam na 3/5, bo mimo licznych wad dobrze się przy nich bawiłam i umiliły mi nudne dni w pracy.

Recenzja pierwszego tomu Ucieczka w dzicz.

środa, 28 lutego 2018

4/2018 Majstersztyk, Anna Kańtoch


Anna Kańtoch powraca do swojego debiutanckiego cyklu, dając kolejną mroczną zagadkę do rozwiązania Domenicowi Jordanowi, z wykształcenia lekarzowi, z zamiłowania zaś badaczowi czarnej magii i demonów. Jordan na prośbę biskupa Malartre'a zagłębia się w sprawę tajemniczego zaginięcia pewnego młodzieńca, którego ostatnio widziano podczas przedstawienia wędrownego sztukmistrza. Czy Wielki Gaston jest jedynie zwykłym kuglarzem, za jakiego się podaje? Czy też na scenie użyto prawdziwej magii?
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Majstersztyk można byłoby od biedy nazwać długim opowiadaniem, ale myślę, że minipowieść to lepsze określenie. Domenic Jordan tym razem rozwiązuje sprawę zniknięcia mężczyzny, które miało miejsce w trakcie występu cyrkowego magika. Niby sztuczka właśnie na tym polegała, ale ochotnik nie pojawił się z powrotem... Śledztwo zostało dobrze opisane, dodatkowo łączy się z pozornie rozwiązaną sprawą sprzed lat. Podejrzanych jest kilkoro, autorka mieszała tropy i mąciła, ale rozwiązanie zagadki jest satysfakcjonujące - ani za proste, ani za bardzo skomplikowane. Więcej o fabule nie napiszę, bo byłyby to już same spoilery.

Nie dowiadujemy się zbyt wiele o głównym bohaterze. Autorka widocznie doszła do wniosku, że po Majstersztyk sięgną czytelnicy, którzy są zaznajomieni z poprzednimi tomami opowiadań, więc nie trzeba im za dużo tłumaczyć. Mimo tego dostajemy pewną nową, dość istotną informację: otóż są takie kręgi w Kościele, które nieprzychylnie patrzą na działalność Jordana i gdyby nie protekcja biskupa, to nasz główny bohater miałby parę rzeczy do wyjaśnienia Świętemu Oficjum... To bardzo ciekawy wątek, który z powodzeniem mógłby być rozgrywany w następnych opowiadaniach czy powieściach, ale na razie nie zanosi się, by takowe miały powstać.

W poprzednich opowiadaniach z tego cyklu niezmiernie podobały mi się lokacje - zawsze świetnie opisane, niecodzienne, klimatyczne, pełne grozy czającej się gdzieś w kącie. Tutaj jest miasto; niby zagrożone powodzią, niby teatr jest trochę magiczny, niby dzielnica biedoty ciekawie opisana (ja jednak i tak niezbyt lubię czytać o biedzie i patologii), ale brakowało mi tego nieuchwytnego czegoś.

Ogólnie ta książka nie zrobiła na mnie większego wrażenia. To poprawna historia, dobra dla kogoś, kto zna wcześniejsze części cyklu. Oceniam na 3/5; ogólnie Domenica Jordana polecam, ale lepiej będzie zacząć czytanie od początku.

Tom pierwszy opowiadań: Diabeł na wieży - recenzja
Tom drugi: Zabawki diabła - recenzja

środa, 21 lutego 2018

Nowa książka: Twarzą w twarz (zbiór opowiadań)


Ten zbiór opowiadań z gatunku thriller/sensacja to owoc poszukiwań w wielkim koszu z przecenionymi książkami w Carrefourze. Bardzo lubię sobie grzebnąć w takich okazjach. Szkoda tylko, że często znajduję drugi tom jakiejś ciekawej serii, albo zniszczoną książkę z połamaną okładką, której nie kupię. Tym razem kosz był wyjątkowo ładnie poukładany, grzbiety dobrze widoczne, a sam towar nie miał żadnych rys i uszkodzeń. O samej antologii czytałam kiedyś, że jest całkiem dobra i warto się z nią zapoznać. Ostatnio w ogóle nie miałam styczności z tym gatunkiem, ciągle tylko ta fantastyka, więc stwierdziłam, że spoko, biorę, przyda się trochę zmienić klimat.

Poniżej zdjęcie ceny okładkowej oraz ceny faktycznej:


Różnica pomiędzy nimi jest znacząca i w związku z tym mam takie małe pytanie: czy wydawnictwo postanowiło zrobić czytelnikom prezent i obniżyło cenę o ponad 30 złotych, czy też książka jest faktycznie warta dychę i opłaca się ją za tyle sprzedać, a ta pierwsza cena jest dla frajerów, którzy dadzą się naciągnąć na kasę?