piątek, 27 maja 2016

18/2016 "Ja, inkwizytor. Głód i pragnienie" Jacek Piekara - recenzja


OTO ON, INKWIZYTOR I SŁUGA BOŻY CZŁOWIEK GŁĘBOKIEJ WIARY Oto świat, w którym Chrystus zszedł z Krzyża i objął władzę nad ludzkością. Świat tortur, stosów i prześladowań. Mogę być waszym najgorszym koszmarem, jeśli tylko zechcecie. Imię jego Mordimer Madderdin - przed sąd inkwizycyjny posłał dziesiątki ludzi. Nawet nie przypuszczasz, ile rzeczy da się wyrzeźbić za pomocą jednego dłuta.
Opis fabuły: księgarnia Matras

Mordimer Madderdin to niewątpliwie najbardziej paskudny i odrażający bohater literacki z jakim do tej pory miałam styczność. Chyba nikt z nas nie chciałby go spotkać na swojej drodze. Mimo to "Sługa Boży" to ciekawa książka oparta na oryginalnym pomyśle, którą przeczytałam z zainteresowaniem. Było to coś nowego, coś świeżego - aczkolwiek trochę obrzydliwego, bo autor lubi szokować brutalnością i makabrą. Drugi tom również był niezły, potem pewne schematy zaczęły się powtarzać, ale spokojnie mogę stwierdzić, że do "Łowców dusz" da się ten cykl czytać bez problemów. Ale to jest recenzja jednego z prequeli i dalej nie będzie już tak pozytywnie.

Generalnie wygląda to tak, jakby pan Piekara chciał wydać wszystkie opowiadania o Mordimerze jakie kiedykolwiek przyszły mu do głowy. Zbiera je po kilka, dopisuje z przodu "Ja, inkwizytor" i wysyła wydawcy gotową powieść. To niewątpliwie dobry sposób na pewne źródło dochodu, gdyż fanów tej serii jest wielu i książka będzie się sprzedawać. Ale ja jednak wolałabym, żeby autor skupił się bardziej na jakości niż na ilości swoich dzieł. W "Ja, inkwizytor. Głód i pragnienie" nie znalazłam żadnej świeżości, żadnej nowej jakości. Mordimer jest ciągle taki sam, ma te same metody, gadki i przemyślenia. Trochę mnie to wkurzylo, bo ile razy można odgrzewać tego samego kotleta?

Książka składa się z dwóch opowiadań: "Wiewióreczka" oraz "Głód i pragnienie". Pierwsze to historia finansowego oszusta, który jest ścigany przez (już byłych) wspólników. Wykiwani wspólnicy wynajmują Modimera by pomógł im odzyskać dług. Dzięki sprytowi inkwizytora udaje się odzyskać nie tylko listy zastawne i inne papiery wartościowe, ale także diamenty, które dłużnik ukrył tam, gdzie ojciec Butcha z "Pulp fiction" chował swój zegarek przed Wietnamczykami. I tyle. Koniec. To cała fabuła tego opowiadanka, które kończy się bardzo szybko i zupełnie nic nie wnosi. Jedyną ciekawostką może być fakt, że autor ochrzcił występujących tu biznesmenów nazwiskami znanych ludzi. 

"Głód i pragnienie" jest opowiadaniem o wiele lepszym. Nasz "ulubiony" inkwizytor podejmuje się śledztwa w sprawie zaginionej córki bogatego kupca. Przy okazji dziewczyna jest krewną przełożonego Mordimera. Śledztwo się komplikuje, pojawia się dziwny trup - wskazuje to na działanie potężnego demona, ale Madderdin nie kwapi się z wzywaniem na pomoc swoich kolegów po fachu. Główny wątek jest dobry, ale poboczne kuleją - romans jest dziwny, gadki o równouprawnieniu płci też. Jakby były doklejone na siłę. W tym opowiadaniu inkwizytor pierwszy raz spotyka Bliźniaków, którzy zaczynają dla niego pracować. Tu trochę zaspoileruję: Bliźniacy robią dla drużyny przeciwnej, ale nagle decydują się pomagać Mordimerowi. Dlaczego? Tego autor nie wyjaśnił, po prostu ot, tak zmieniają strony. Dziwne to i głupie.

Oceniam tę książkę na 2/5 i jest to już raczej moje ostatnie spotkanie z inkwizytorem. Jeśli ktoś nigdy nie czytał tego cyklu to polecam zapoznanie się z jego pierwszymi tomami. Może jeśli zostaniecie fanami to spodoba wam się całość. A jeśli nie, to mam radę: zakończcie lekturę tam, gdzie coś zacznie wam nie pasować. Nie warto tego ciągnąć na siłę.   

środa, 25 maja 2016

17/2016 "Pan Lodowego Ogrodu" (tom I) Jarosław Grzędowicz - recenzja

Główny bohater, Vuko Drakkainen, wyposażony w zdobycze najnowszej techniki, czyniące z niego prawie nadczłowieka, szuka na obcej planecie, zwanej Midgaard, naukowców z placówki badawczej, z którymi utracono wszelki kontakt dwa lata wcześniej. Zadanie jest jednak nadzwyczaj trudne, gdyż planetę zamieszkuje antropoidalna cywilizacja, ale przede wszystkim - obecna jest tam magia. Aby upodobnić się do lokalnych mieszkańców Vuko zostaje poddany operacji oczu oraz przyjmuje lokalne imię Ulf Nitj’sefni. 
Równolegle przedstawione są losy młodego księcia Tygrysiego Tronu, który pobiera wszechstronne nauki na dworze swojego ojca. W tym samym czasie w cesarstwie powraca pradawna wiara w Podziemną Matkę, a w miastach powstają świątynie – Czerwone Wieże. Wzmagają się niepokoje społeczne powodowane klęską suszy. Cesarz postanawia zniszczyć Czerwone Wieże. W wyniku przewrotu władzy cesarska rodzina ginie, a młody syn cesarza jako ostatni potomek rodu musi ratować się ucieczką. Towarzyszy mu Brus, zaufany człowiek obeznany w sztuce walki i przetrwania. We dwóch podróżują po bezdrożach i obserwują upadek cesarstwa oraz przejęcie władzy przez fanatycznych wyznawców Podziemnej Matki.
Opis fabuły: wikipedia 
Po prawie trzech latach w nowym mieście wreszcie udało mi się zebrać w sobie i zapisać się do biblioteki. Jest ona mała, a przejścia między półkami są wyjątkowo ciasne, ale jeśli chodzi o książki - jest w czym wybierać, a to przecież najważniejsze. Pierwszą książką, którą wypożyczyłam, jest właśnie "Pan Lodowego Ogrodu". I był to dobry wybór.

Technicznie rzecz biorąc jest to science - fiction: przyszłość, badawcza ekspedycja na inną planetę, modyfikacje poprawiające głównemu bohaterowi zmysły, siłę i szybkość. Ale cały Midgaard to tak naprawdę świat fantasy: potwory, magia i bogowie i to właśnie w tej konwencji napisana jest cała książka.

Głównych bohaterów jest dwóch: wysłany z Ziemi na misję ratunkową Vuko Drakkainen i młody "miejscowy" następca tronu Terkej Tendżaruk. Ich historie na razie nie łączą się, ale można się domyślić, że w kolejnych tomach panowie się spotkają.

Bardziej do gustu przypadł mi Vuko. To już dojrzały mężczyzna, trochę outsider (dlatego to właśnie jemu powierzono solową misję). Podobają mi się podejmowane przez niego decyzje i to, jak traktuje ludzi i zwierzęta. Bardzo podobają mi się jego wewnętrzne monologi. Jest ciekawy nowego świata, stara się go poznać jak najszybciej i wchłonąć jak najwięcej. Jednocześnie tęskni za Ziemią i wygodami, jakie daje ziemska cywilizacja. W rozdziałach poświęconych Vuko autor zastosował ciekawy zabieg: część pisana jest w narracji pierwszoosobowej, co pozwala dokładnie poznać czytelnikowi co też bohaterowi siedzi w głowie, a w części występuje narracja trzecioosobowa - głównie przy opisach walk czy scen, w których ogólnie sporo jest akcji. Według mnie jest to świetne rozwiązanie i daję za to panu Grzędowiczowi ogromnego plusa. W rozdziałach poświęconych Vuko znajdziemy też trochę dobrej klasy humoru.

Drugi bohater to Terkej Tendżaruk, jeden z synów cesarza. Podoba mi się, że autor pokazał szkolenie i edukację cesarskich dzieci rozciągniętą w czasie na kilka lat - przez co czytelnik może obserwować dojrzewanie bohatera. Nie tak łatwo przygotować dobrego następcę tronu. Okazuje się, że najodpowiedniejszy na to stanowisko będzie właśnie Terkej. Chłopak ma czerwone włosy (ach ta nadreprezentacja rudzielców w fantasy :) ale nie czepiam się za bardzo, w tamtym świecie był to popularny kolor włosów). Elementem edukacji przyszłego cesarza jest też wychowanie seksualne - ponętna nauczycielka przekazuje szesnastoletniemu Terkejowi wszystkie sekrety ars armandi pozwalające mu "pokonać" kobietę. Ten fragment z miejsca mi się nie spodobał i wywołał skojarzenia z moim ulubionym Specjalnym Płatkiem Śniegu Kvothem, którego w tej materii szkolił wcale-nie-sukkub (tutaj moja recenzja książek Rothfussa). Później doszłam do wniosku, że ten wątek jednak ma sens. Kvothe staje się najlepszym kochankiem ever właściwie bez przyczyny, tak tylko żeby dołożyć mu jeszcze jedną super umiejętność. Terkej jako przyszły cesarz nie może dać się zmanipulować pierwszej lepszej pięknej kobiecie, która zapragnie przejąć władzę wykorzystując swoje ciało. Musi znać swoje potrzeby i potrafić je zaspokoić zachowując przy tym trzeźwość umysłu. Takie wyjaśnienie kupuję, ale nadal sądzę, że autor mógł to opisać w trochę inny sposób. Ale na szczęście seksualna edukacja nie trwa zbyt długo i akcja wraca na właściwe tory. W cesarstwie odradza się dawny matriarchalno-komunistyczny kult Podziemnej Matki, wybucha bunt, wojska prawowitego władcy przechodzą na stronę wroga lub zostają wyrżnięte. Rodzina cesarska ginie. Ratuje się tylko Terkej wraz z jednym wiernym towarzyszem i razem udają się na wygnanie by móc kiedyś powrócić i odzyskać władzę. Ciekawą postacią w tym wątku jest Nahel Ifriji, ni to bogini, ni czarodziejka. Ma wielkie moce i to właśnie ona stoi za powrotem kultu Podziemnej Matki. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach dowiem się o niej czegoś więcej, chociaż mam już pewne podejrzenia...

Trochę zawiodła mnie końcówka książki. Vuko odnajduje jednego z naukowców. Okazuje się, że uczony odkrył w sobie magiczne moce i szykuje armię by podbić świat. Ok, ale nie kupuję groteskowo - potwornej otoczki, która temu wszystkiemu towarzyszy. Może naukowiec jest świrem i lubi takie klimaty... Ja niezbyt i dlatego też te ostatnie strony czytało mi się jakoś dziwnie.
  
Ogólnie oceniam tę książkę na 4/5, czyli dobrze, z tendencją do bardzo dobrze w niektórych momentach. Może zrobię sobie małą przerwę i przeczytam coś innego, a potem wędruję do biblioteki po drugi tom. 

poniedziałek, 23 maja 2016

16/2016 "Projekt Kraken" Douglas Preston


Wyman Ford, były mnich i agent CIA, a obecnie prywatny detektyw, otrzymuje nowe niebezpieczne zlecenie. Ma odnaleźć szefową ekipy programistów Projektu Kraken. która po wybuchu, do jakiego doszło w Centrum Lotów Kosmicznych Goddarda podczas testowania sondy przeznaczonej do badań na Tytanie, zaszyła się w niedostępnych górach na pustkowiach Kolorado. Ford wyrusza w ślad za uciekinierką, by poznać prawdę o jej tajnej misji stworzenia najnowocześniejszego oprogramowania i sztucznej inteligencji, która wyrwała się spod kontroli i zamiast stać się przełomowym osiągnięciem technologii, może okazać się pierwszym krokiem ku zagładzie ludzkości.
Opis fabuły z okładki książki
Mam z tą książką spory problem. Po pierwsze: mamy tu kilkoro bohaterów: wspominany już Wyman Ford, detektyw, programistka Melissa Shepherd, sztuczna inteligencja Dorotka, czternastoletni upierdliwy Jacob i dwóch przestępców z Wall Street, których imion nie pamiętam. Tyle postaci, a każda z nich płaska jak deska i słabo zarysowana. Akcja skacze z miejsca na miejsce, od bohatera do bohatera i tak naprawdę nie mamy czasu, żeby poznać kogoś bliżej. Chyba najlepiej scharakteryzowana w powieści została Dorotka, która przecież jest tylko programem komputerowym. Z ludzi mogę wyróżnić jedynie Jacoba. Bez trudu można uwierzyć, że nastolatek, który na skutek wypadku uszkodził sobie nogę i nie może przez to dalej uprawiać ulubionego sportu, jest egoistycznym bubkiem, który ma pretensje do całego świata, tylko nie do siebie. Te dwie postaci rozwinęły się w trakcie trwania powieści, a reszta to takie papierowe tło, które jest tylko dlatego, że musi.

Po drugie: czytając "Projekt Kraken" nie mogłam pozbyć się wrażenia, że książka powstała po to, by być scenariuszem filmu akcji klasy B, takiego z nikomu nieznanymi aktorami i marnymi efektami specjalnymi. Naprawdę prawie już widziałam tę ekranizację lecącą późnym wieczorem na TV4 albo na TV Puls :)

No i po trzecie: jeśli jesteście informatykami lub jeśli nawet tylko trochę znacie się na technologii - omijajcie tę książkę szerokim łukiem. Internet to zbiorowisko patologii i perwersji, a przemierzająca go Dorotka  natrafia jedynie na przemoc i nienawiść (gdzie te wszystkie zdjęcia i filmiki ze słodkimi kotkami?). Istnieje mapa internetu, na którą można sobie popatrzeć. Dorotka potrafi zwizualizować sobie internet i zostajemy uraczeni jego kilkoma dziwacznymi opisami. Generalnie wszystkich komputerowych "szpeców" z tej książki wyobrażam sobie mniej więcej tak:



Nie wiedziałam jaką ocenę wystawić "Projektowi Kraken", ale przypomniał mi się fragment o bardzo złych policjantach, którzy aresztują niewinnych kierowców i wymuszają od nich kasę za odholowanie auta i kaucję, a w przypadku braku współpracy posługują się starą, dobrą, policyjną pałą... Wyszłaby z tego dobra parodia, ale problemem jest to, że autor napisał to jak najbardziej na serio. Naprawdę nie ma w tej książce niczego, co zasługiwałoby na dużego plusa. Ot, taki akcyjniak lekko w klimacie sf, nawet nie średniak, bo za dużo przeróżnych głupotek tam znalazłam. Daję 1/5, bo nawet "Arrow" oglądam z większym zainteresowaniem, a ambitny serial to to nie jest :) Wydałam na tę książkę całe 10 zł, ale jutro zanoszę ją do pracy i kładę na bookcrossingowej półce, może komuś spodoba się bardziej.   

wtorek, 17 maja 2016

15/2016 "Ucieczka z raju" Robert J. Szmidt - recenzja


Połowa dwudziestego czwartego stulecia. Ludzkość po skolonizowaniu niemal dziesiątej części Ramienia Oriona trafia w końcu na obcą, zaawansowaną cywilizację, która nie wykazując najmniejszej woli kontaktu, rozpoczyna wojnę totalną. Stawką jest nie tylko podbój nowego terytorium, ale też fizyczne unicestwienie wroga... 
Na jednej z ewakuowanych pośpiesznie planet zrehabilitowany kapitan Święcki toczy swoją prywatną wojnę o ocalenie jak największej liczby ludzi. Kolonia na Delcie Ulietty kryje jednak o wiele większą tajemnicę, która być może pozwoli odmienić losy całej wojny.  
Opis fabuły z okładki książki

"Ucieczka z raju", czyli drugi tom cyklu "Pola dawno zapomnianych bitew" nie mógł zbyt długo czekać na półce, nie po tak dobrym pierwszym tomie. Przeczytałam tę książkę bardzo szybko: nie jest gruba, a akcja rozwija się płynnie. Głównym bohaterem jest znany z pierwszej części Henryan Święcki, przed którym postawiono zadanie ewakuacji planety. Wokół tego wątku krążą kolejne, związane z drugoplanowymi postaciami z "Łatwo być Bogiem". Jest to bardzo dobry zabieg: autor nie tworzy nowych postaci, lecz buduje historię wokół już poznanych bohaterów. Dzięki temu możemy wytworzyć z nimi głębszą więź, a powieść nie komplikuje się ponad potrzebę.

Strasznie podoba mi się ta kameralność książek Szmidta. Nie znajdziemy tu epickiego rozmachu rodem z "Gry o tron", ale informacje o całym uniwersum są zgrabnie wplecione w fabułę. Nie spowalniają akcji, nie sprawiają wrażenia sztucznych wtrętów. Czasem można spotkać pewne uproszczenia, ale ja to całkowicie wybaczam autorowi.

Kolejnym plusem powieści jest jej plastyczność. Wielokrotnie wyobrażałam sobie film lub serial, który mógłby powstać na jej podstawie. Widziałam statki i stacje orbitalne rodem z serialu "The Expanse". Bardzo chętnie obejrzałabym coś takiego.

Najlepsza w "Ucieczce z raju" jest fabuła, ale nie będę się o niej rozpisywać, żeby nie narobić spoilerów. Napisze tylko, że powód, dla którego Obcy zaatakowali ludzkość jest niesamowity, a epilog książki miażdży. Daję 5/5 i polecam!

PS. Henryan Święcki mnie nie zawiódł :)

niedziela, 15 maja 2016

14/2016 "Kocia magia" Jackson Galaxy, Joel Derfner - recenzja


Jackson Galaxy, gwiazda popularnego programu "Kot z piekła rodem", opowiada historię kota, który nadał sens jego życiu i sprawił, ze Jackson stał się amerykańskim Kocim Tatą. 
Galaxy, uzależniony od alkoholu i narkotyków muzyk rockowy, zatrudnił się w schronisku, usiłując znaleźć sens swojego istnienia w opiece nad zwierzętami. Pewnego dnia bardzo liczna gromada psów i kotów powiększyła się o jeszcze jedno nieszczęsne stworzenie - kota Benny'ego z roztrzaskaną miednicą. Właścicielka, która zostawiła Benny'ego w schronisku, stwierdziła, że od początku nie można było nawiązać z nim kontaktu. Nic nie mogło być dalsze od prawdy. 
Opis z okładki książki
Jeśli oglądacie czasem telewizję, to pewnie spotkaliście już kiedyś Jacksona Galaxy'ego - to taki charakterystyczne wyglądający koleś, który uczy ludzi jak lepiej opiekować się kotami. Ja znam i lubię jego program, więc kiedy zobaczyłam tę książkę na bookcrossingowej półce w pracy (swoją drogą ja używam tej półki jak biblioteki - biorę coś, czytam i odnoszę) wiedziałam, że muszę ją przeczytać.

Przede wszystkim "Kocia magia" okazała się być inna, niż przypuszczałam. Spodziewałam się poradnika okraszonego wątkami autobiograficznymi, a dostałam coś zupełnie odwrotnego. Przede wszystkim jest to historia człowieka, który mógł skończyć na dnie, ale udało mu się wyjść na prostą. Dzięki kotom odnalazł swoje życiowe powołanie i nie poddał się w najtrudniejszych chwilach.

Strasznie podoba mi się, że Galaxy nie próbuje się usprawiedliwiać za wszelką cenę. Dobrze wie, że był uzależniony i nie wstydzi się tego przyznać. Wie, że był żałosnym egoistą. I że bez kotów by sobie z z tym nie poradził.

Muszę was ostrzec, że "Kocia magia" jest pierońsko wzruszająca - jest to pierwsza z recenzowanych przeze mnie książek, która wycisnęła mi łzy z oczu. Myślę, że inna historia nie zrobiłaby na mnie aż takiego wrażenia, ale trafiło do mnie połączenie zwierząt, które uwielbiam i kolesia, którego znam z TV i lubię. Rzadko czytam książki tego typu, ale bardzo cieszę się, że "Kocia magia" trafiła w moje ręce, mogłam się z nią zapoznać, trochę popłakać  (no dobra, trochę więcej niż trochę) i dać zasłużone 5/5.




Anakin lubi spać na książkach. Jak mógłby nie zasnąć na takiej z kotami w tytule?

środa, 11 maja 2016

13/2016 "Łatwo być Bogiem" Robert J. Szmidt - recenzja


W połowie XXIV wieku ludzkość ma za sobą skok cywilizacyjny. W ciągu piętnastu pokoleń skolonizowano ponad tysiąc planet i zbadano kilkanaście tysięcy systemów gwiezdnych. Stoczono też krwawą wojnę domową. Teraz cywilizacja stoi w obliczu rewolucyjnych zmian. W systemie Xan 4 naukowcy i wojskowi Federacji, w tym zwolniony czasowo z kolonii karnej sierżant Henryan Święcki, obserwują ze stacji orbitalnej tych, których od dawna chcieli spotkać - dwie rasy Obcych. Sierżant ma zidentyfikować osoby, które wbrew procedurom próbują ocalić jedną z ras. Stawką jest nie tylko przetrwanie Wojowników Kości, ale i życie Henryana. 
Tymczasem w odległym systemie New Rouen "Nomada", okręt Korpusu Utylizacyjnego usuwający zniszczone jednostki, natrafia na tajemniczy wrak. Zaawansowana technologia jest imponująca, ale odnaleziona na jego pokładzie istota może wstrząsnąć podstawami ludzkiej cywilizacji...
Opis fabuły z okładki książki

"Łatwo być Bogiem" to pierwszy tom cyklu "Pola dawno zapomnianych bitew", polskiej space opery autorstwa Roberta J. Szmidta. Jest to książka niezbyt gruba (nieco ponad 400 stron) i niezbyt "obszerna" fabularnie - krótkie wprowadzenie, a potem niemal od razu przechodizmy do głównego bohatera Henryana i jego losów. Ludzkość skolonizowała już spory kawałek galaktyki, ale nie jesteśmy zarzuceni milionem nazw planet, statków, nazwiskami ludzi, itp. Myślę, że jest to świetny chwyt. Autor nie odkrywa przed czytelnikiem od razu wszystkich kart; zamiast tego pokazuje stworzony przez siebie świat kawałek po kawałku, co mocno zaostrza apetyt na kolejne tomy. 

Wątek kontaktu ludzkości z obcymi cywilizacjami jest stale obecny w science-fiction. Tutaj tematyka ta została użyta bardzo zręcznie. Okazuje się, że rozumne życie nie jest powszechne i żeby na takowe natrafić trzeba się trochę naszukać. Kosmici są od nas zupełnie odmienni, a kontakty między rasami są opisane w taki sposób, że bez trudu mogę wyobrazić sobie, że własnie tak mogłyby wyglądać.  

Przyznam, że początek powieści niezbyt mi się podobał. Jest to historia załogi statku "Nomada", która wysadza stare pola minowe, szabruje pozostałości statków i oczyszcza z resztek wraków pola bitew dawnej wojny domowej, aż w końcu natrafia na coś naprawdę wyjątkowego. Nie mam nic do akcji tej części książki, ale wkurzał mnie język i sposób opisu. Jedyna kobieta na statku jest charakteryzowana poprzez wielkość jej piersi, oczywiście jest "własnością" kapitana i nowy ma jej nie ruszać, ale ona oczywiście ładuje mu się do łóżka przy pierwszej okazji... Takie to wszystko było nieco prostackie i odniosłam wrażenie (na szczęście mylne), że książka jest adresowana do brzuchatych i wąsatych andrzejów i januszy, którzy lubią oglądać mecze z piwem w ręku ubrani w spłowiałe gacie i białe, obowiązkowo poplamione, koszulki... Ale potem akcja przeskakuje do właściwego bohatera i wraz z pojawieniem się Henryana Święckiego zmienia się styl powieści. Aha, autorze, obrażę się na ciebie, jeśli w kolejnych tomach każesz Henryanowi przelecieć jakąś dziunię, z którą zna się ledwo od dwóch stron. Henio to gość na poziomie i taki ma pozostać, rozumiemy się? ;)

Ok, teraz na poważnie: "Łatwo być Bogiem" to dobra książka i bardzo dobry pierwszy tom serii. Robert J. Szmidt zaserwował nam porządną kosmiczną historię i sprawił, że chcemy jeszcze (przynajmniej ja chcę). Udowadnia też, że jest sprawnym pisarzem - żeby zmienić styl w trakcie trwania powieści trzeba mieć dobry warsztat pisarski. Daję książce 4/5, a drugi tom już czeka na półce. Raczej nie zabiorę się za niego od razu, ale myślę, że nie będzie to zbyt długa przerwa.    

czwartek, 5 maja 2016

12/2016 "Kraken" China Miéville - recenzja


W Londynie, jakiego nie znamy, niezwykłej metropolii, poruszanej odwiecznymi prądami mitów i magii, przestępcy, policjanci, okultyści i magowie toczą bezwzględną wojnę o przetrwanie naszego świata...
Głęboko w skrzydle badawczym Muzeum Historii Naturalnej znajduje się bezcenny eksponat, jeden z tych, które trafiają się badaczom rzadziej niż raz na pokolenie - idealnie zachowana kałamarnica olbrzymia. Co może oznaczać nagłe, tajemnice zniknięcie tego okazu? Dla kustosza muzeum, Billy'ego Harrowa, to jedynie początek drogi wiodącej w sam środek podziemnego Londynu, pełnego walczących ze sobą kultów, surrealistycznej magii, apostatów i zawodowych zabójców. Możliwe, że istota, którą zakonserwował w formalinie, jest nie tylko biologiczną ciekawostką - niektórzy uważają, że to sam Bóg. Bóg, którego wyznawcy modlą się o koniec świata... 
Opis fabuły z okładki książki
Książka taka jak "Kraken" trafia się raz na jakiś czas. Otwierasz ją, zaczynasz czytać... i już po kilku stronach wiesz, że to jest TO. Że właśnie trafiła ci się niesamowita historia, która wciąga bardziej niż ruchome piaski. I czytasz ten skarb z pełnym zaangażowaniem, ale gdzieś na obrzeżach krąży natrętna myśl: "żeby autor tego nie spieprzył, żeby tylko tego nie spieprzył..."

I tym razem udało się w pełni. Autor, China Miéville, napisał książkę, która idealnie trafiła w mój gust. Wcześniej czytałam stworzone przez niego "Miasto i miasto", które było dobre i oparte na niezwykle oryginalnym pomyśle, ale "Kraken" jest jeszcze lepszy. 

Największą zaletą "Krakena" jest niewątpliwie kreacja świata przedstawionego. Książka należy do gatunku urban fantasy i jej akcja dzieje się w Londynie, w środowisku londyńskich magów, wyznawców różnych dziwnych religii, strażników miasta i przy udziale nadzwyczajnego wydziału policji. Przy tworzeniu tej całej cudownej otoczki China Miéville wykazał się niesamowitą wyobraźnią. Zaskakiwał mnie co kilka stron czymś genialnym, jakimś nowym rodzajem magii czy postacią z nadnaturalnymi zdolnościami. Kojarzycie może cykl urban fantasy autorstwa Kate Griffin zapoczątkowany tomem "Szaleństwo aniołów"? Ciekawych i oryginalnych pomysłów z tej książki starczyłoby na może trzy czy cztery rozdziały "Krakena", a obie mają podobną tematykę. Wyobraźnię pana Miéville'a mogę porównać tylko do Stephena Kinga - co znaczy, że prawdopodobnie nie ma ona granic.

W "Krakenie" mamy też masę akcji, ponad sześćset stron wypełnionych akcją - z krótkimi przerwami, żeby czytelnik mógł odrobinę odpocząć. Wielka kałamarnica znika w bardzo niewyjaśnionych okolicznościach, a interesem wszystkich jest ją odnaleźć. Jest jednak pewien haczyk: jeśli zrobią to niewłaściwi ludzie, zacznie się apokalipsa, która pochłonie cały wszechświat. Ma to sens od początku do końca. Zakończenie jest trochę niestandardowe - przez co zaskakuje czytelnika - ale według mnie dobrze pasuje do całości.

Autor zarzuca nas mnóstwem postaci, lecz na szczęście są one tak wyraziste, że nie sposób utonąć w ich natłoku. I mówię wam to ja, jako osoba, która miewa problemy z zapamiętywaniem imion, wyglądu, funkcji i takich tam faktów o trzecioplanowych bohaterach. Przy okazji: w "Krakenie" występuje jeden z najbardziej przerażających czarnych charakterów (właściwie jest to para), o których ostatnio czytałam. Więc jeśli idzie po was Goss i Stubby nawet nie musicie uciekać - i tak jest już po was.

Jest też maleńki minusik - opisy mogłyby być bardziej plastyczne. Może jest to spowodowane szybkim tempem powieści, ale chętnie dołożyłabym ze sto stron, żeby pewne sprawy zostały opisane bardziej szczegółowo. Ale ogólnie "Kraken" jako pierwsza książka w tym roku dostaje ode mnie 5/5 i będę polecać go wszystkim, którzy lubią fantasy i chcieliby przeczytać coś naprawdę oryginalnego.

poniedziałek, 2 maja 2016

Nowe książki: "Łatwo być bogiem", "Ucieczka z raju", "Ręka mistrza" i "Tarkin"



Skąd tyle nowych książek? Dziś moje urodziny i wszyscy już wiedzą jakie prezenty cieszą mnie najbardziej :) "Łatwo być bogiem" i "Ucieczka z raju" to dwa pierwsze tomy cyklu "Pola dawno zapomnianych bitew" utrzymanego w klimacie space opery. Książki mają bardzo dobre recenzje i chętnie się z nimi zapoznam. "Tarkin" to pierwsza z książek, których akcja osadzona jest w nowym disneyowskim uniwersum "Gwiezdnych wojen". Lubię "Gwiezdne wojny", więc z chęcią poczytam sobie coś o Wielkim Moffie Tarkinie. A "Rękę mistrza" kupiłam sobie sama, w ramach prezentu. Czytałam ją już kiedyś i uważam ją za jedną z najlepszych powieści Kinga. Uznałam, że warto mieć ją na półce i kiedyś do niej wrócić.


Standardowy widok dla każdego posiadacza kotów: sierściuchy muszą zrobić inspekcję każdej nowej rzeczy, jaka pojawi się w domu. To chyba ich jakieś niepisane prawo...


Od lewej: mój Tarkin kotowaty i Tarkin gwiezdnowojenny. Uważam, że jest między nimi pewne podobieństwo. Może kiedyś, gdy wcześniej wrócę z pracy, nakryję mojego Tarkina i Anakina na próbie skonstruowania kartonowej Gwiazdy Śmierci? Nie zdziwiłoby mnie to zbytnio, w końcu wśród kotów