środa, 31 maja 2017

29/2017 Żniwa zła, Robert Galbraith


Robin Ellacott dostaje przesyłkę, w której z przerażeniem odkrywa odciętą kobiecą nogę. Jej szef, prywatny detektyw Cormoran Strike, zachowuje zimną krew. Spotkał już w życiu ludzi zdolnych do niewyobrażalnego okrucieństwa. Policyjne śledztwo skupia się na mężczyźnie, w którego winę Strike wątpi. Detektyw i jego asystentka biorą sprawy w swoje ręce i zagłębiają się w zdegenerowaną psychikę pozostałych podejrzanych. Czas nagli, gdyż dochodzi do kolejnych zatrważających aktów przemocy... 
Żniwa zła to trzeci tom cyklu o prywatnym detektywie Cormoranie Strike'u o jego asystentce Robin Ellacott. Piekielnie zmyślny kryminał, ale też wciągająca historia mężczyzny i kobiety, którzy znaleźli się na rozdrożu w życiu zawodowym i prywatnym.
Opis z okładki książki.
Żniwa zła. Zła to jestem ja, na cały ten wątek miłosny Robin i jej narzeczonego. Ależ mnie to irytowało! Ile można wytrzymać z gościem, który jest zazdrosny, wiecznie niezadowolony i nie potrafi poszanować potrzeb swojej kobiety? Cieszyłam się, kiedy wreszcie się rozstali, ale oczywiście musiała w końcu mu wybaczyć... Obraziłam się na książkę i odłożyłam ją na dwie godziny. Dobrze, że nie czytam romansów, bo gdyby chociaż w co drugim z nich jakiś bohater albo wątek tak mnie irytował, to czytanie szybko stałoby się mordęgą, a nie przyjemnością.

No to się wygadałam, teraz mogę przejść do normalnej recenzji. W trzecim tomie cyklu prywatny detektyw Cormoran Strike i jego sekretarka Robin muszą zmierzyć się z bardziej osobistym zagrożeniem. Ktoś przysłał do agencji odciętą nogę młodej kobiety, a Strikę od razu wytypował czterech gości, z którymi miał kiedyś na pieńku, a którzy byliby zdolni do czegoś takiego. Śledztwo opiera się głównie na sprawdzeniu wszystkich czterech podejrzanych, a są oni całkiem niezłymi psycholami. Przy okazji na jaw wychodzi wiele szczegółów z przeszłości Cormorana i Robin. Kryminalna zagadka to mocny punkt fabuły (niestety jest przeplatana tym wkurzającym romansem). Przyznaję. że nie wytypowałam mordercy, pomimo wielu podrozdziałów prowadzonych z jego punktu widzenia (oczywiście bez ujawnienia tożsamości). Ale też autorka - przypominam, że książka została napisana przez J. K. Rowling, Robert Galbraith to tylko pseudonim - zrobiła wszystko, żeby utrudnić zadanie czytelnikowi.

Zaskoczyła mnie ilość brutalności i przemocy, czegoś takiego nie było w poprzednich częściach tego cyklu. Na szczęście nie jest obrzydliwie i da się normalnie czytać.

Przyzwyczaiłam się do głównych bohaterów i cieszę się, że kolejny tom o oryginalnym tytule Lethal white jest już zapowiedziany. Na pewno obejrzę też serial produkcji telewizji BBC na podstawie książek, chociaż aktor wybrany do roli Cormorana średnio mi pasuje, młody jakiś i za bardzo urodziwy z twarzy - ale wierzę w cudowną moc charakteryzacji. Ogólnie cieszę się, że powstaje dużo seriali na podstawie książek. Ostatnio oglądałam Człowieka z Wysokiego Zamku, teraz jestem w trakcie Amerykańskich bogów i aż piszczałam z radości, gdy dowiedziałam się o planowanym Wiedźminie w wykonaniu Netflixa we współpracy z Tomkiem Bagińskim i Andrzejem Sapkowskim.

Może Żniwa zła zasługują na najwyższą ocenę, ale ja dam tylko 4/5 ze względu na wiele irytujących momentów trochę psujących mi lekturę. Ci. którzy nie są uczuleni na beznadziejne romanse, na pewno będą bardziej zadowoleni. Generalnie jednak jestem usatysfakcjonowana i mogę książkę polecić. Kto wie, może nawet kiedyś kupię sobie całą serię w twardych okładkach i będę czytać jeszcze raz?

Recenzja Wołania kukułki (I tom)
Recenzja Jedwabnika (II tom)

piątek, 26 maja 2017

28/2017 Na krawędzi zagłady, Robert J. Szmidt (Pola dawno zapomnianych bitew tom III)


Bezwzględni Obcy atakują rubieże Federacji. Ludzkość została zmuszona do chaotycznego wycofania się z dziesiątków podbitych systemów. Jedyną szansą na opóźnienie marszu wroga jest stworzenie setek fałszywych kolonii. Jeśli to nie zadziała, Flota będzie zmuszona stawić czoło najeźdźcy w serii otwartych bitew, co grozi jej unicestwieniem. Politycy nie baczą jednak na konsekwencje. Ich celem jest zachowanie władzy, nawet za cenę śmierci miliardów ludzi. Sztab trzeciego metasektora musi więc zarazem sprostać wymaganiom Rady Federacji i nie dopuścić do zagłady jedynych sił, które bronią ludzkości. Ta wojna ma jeszcze jeden wymiar - bardziej ludzki i osobisty. Major Święcki staje do walki o uratowanie kolonistów, których musiał zostawić na Delcie Ulietty...
Opis z okładki książki.
Na krawędzi zagłady to kontynuacja świetnej space opery Roberta J. Szmidta, a nawet bezpośrednia kontynuacja drugiego tomu Ucieczka z raju. Henryan uratował kolonistów, Obcy zaczynają atakować, akcja zaczyna się rozkręcać - czyli mamy tu wszystko to, co lubię. 

Historia jest przedstawiona z kilku punktów widzenia: polityków na Ziemi, wojskowych w sztabie na Rubieżach, uchodźców z Delty Ulietty i samego Henryana Święckiego, którego jednak jest rozczarowująco mało. Najbardziej podszedł mi wątek konfliktu na linii wojskowi - politycy. Politycy robią wszystko, żeby tylko utrzymać się przy korycie, co obejmuje stosowanie nielegalnych podsłuchów, zatajanie faktów, manipulację opinią publiczną oraz wysyłanie ludzi na pewną śmierć. Wojskowi są w tym układzie tymi dobrymi, dbają o swoich ludzi, stawiają się przełożonym i próbują zminimalizować straty. Jednak najgorsi są właściciele korporacji, którzy dla osiągnięcia zysków byliby w stanie nawet współpracować z Obcymi i scena, w której pani kanclerz robi z nimi porządek niesamowicie mnie usatysfakcjonowała. Autor zaskoczył mnie (pozytywnie) rozwiązaniem wątku uciekinierów z Ulietty, to było dość oryginalne i jestem ciekawa, co będzie dalej. Henryan jest tu takim Panem Idealnym, któremu wszystko wychodzi i ma najlepsze pomysły, ale ok, kupuję taką konwencję. Mało jest samej walki z Obcymi, ale ta jedyna potyczka jest dobrze wyreżyserowana. Najpierw dostajemy obszerne wyjaśnienie strategii, a później samo starcie, a właściwie wyliczone co do sekundy odpalenie rakiet. Nie ma tu kosmicznych pojedynków w stylu gwieznowojennym; okręty wystrzeliwują swoją salwę zgodnie z planem i wykonują określone manewry, a ich załogi mają tylko nadzieję, że osłony wytrzymają ostrzał wroga. Przypomina to walkę łodzi podwodnych i jest bardzo przekonujące.

Trochę zawiodłam się na akcji, gdyż właściwie niewiele się tu dzieje. Henryan wypełnia misję, wraca z niej, przygotowuje się do drugiej, a następnie ją wykonuje. W tle mamy rozgrywki polityczne, dalsze losy ewakuowanych kolonistów i krótką scenkę w więzieniu, w którym nasz główny bohater siedział w pierwszym tomie. Domyślałam się, że tak będzie, kiedy zobaczyłam w księgarni internetowej, że książka ma tylko 368 stron. Brzmi to raczej jak wstęp do czegoś większego i nie wyobrażam sobie, jak Robert J. Szmidt chce zakończyć całą historię w następnym, ostatnim, tomie. Spodziewałam się większej epickości, a dostałam historię bardzo dobrą, ale kameralną. 

Akapit wyżej brzmi jak narzekanie, ale generalnie Na krawędzi zagłady nie ma większych wad i czytało mi się tę space operę naprawdę dobrze. Mam nadzieję, że całość ładnie zgra się w ostatniej części i wszystkie wątki zostaną domknięte. Daję 4/5, bo jednak ostatnio Głębia Podlewskiego była lepsza, i apeluję o więcej rozmachu w wielkim finale. 

Recenzja Łatwo być Bogiem (Pola dawno zapomnianych bitew tom I)
Recenzja Ucieczki z raju  (Pola dawno zapomnianych bitew tom II)

poniedziałek, 22 maja 2017

27/2017 Morze Drzazg, Joe Abercrombie (trylogia)


Tym razem pominę opis fabuły od wydawcy, bo jest on bardzo spoilerowy, a ja nie chcę zdradzać ważnych wydarzeń komuś, kto tej trylogii jeszcze nie czytał, a ma taki zamiar. 

Trylogia Morze Drzazg to fantasy teoretycznie skierowane do nastoletniego odbiorcy. Dlaczego teoretycznie? Bo ja jestem dziesięć lat starsza od grupy docelowej, a mimo to książki mnie zainteresowały, w niektórych momentach nawet bardziej niż dorosłe powieści tego autora.

Joe Abercrombie ma swój charakterystyczny styl, do którego już przywykłam po przeczytaniu większości jego książek z uniwersum Pierwszego Prawa. Po Morzu Drzazg spodziewałam się jednak czegoś oryginalnego. Tak też było w pierwszym i drugim tomie. Bardziej kameralna fabuła skupiona na jednej lub dwóch postaciach to już jest powiew świeżości. W Pół króla głównym bohaterem jest Yarvi, młodszy syn króla, który nie lubi walki i stereotypowo męskich rozrywek. Nie ma też do tego odpowiednich warunków fizycznych, gdyż urodził się ze zdeformowaną dłonią. Za to chłopak jest bystry i uczy się, by zostać ministrem - czyli kimś w rodzaju wykształconego dyplomaty i królewskiego doradcy. Jednak na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności to Yarvi musi zasiąść na tronie. Sprawowanie władzy nie będzie łatwe, zwłaszcza jeśli ma się bardzo ambitnego wuja... W drugim tomie (Pół świata) Yarvi wyrusza w długą podróż, by pozyskać nowych sojuszników. Towarzyszą mu między innymi waleczna i pyskata Zadra oraz żądny przygód Brand, któremu jednak z dnia na dzień przestaje się podobać wymarzone życie wojownika. To właśnie oni są głównymi postaciami i z ich punktu widzenia poznajemy całą historię. Miło było czytać o ich perypetiach, treningach, kłótniach, fochach i dogryzaniach. Nawet zawiązujący się pomiędzy nimi romans mi się podobał, bo był zgrabnie wymieszany z innymi wydarzeniami. Oczywiście autor nie porzucił postaci z pierwszej części i tutaj gdzieś w tle możemy śledzić ich dalsze losy. Pierwszy i drugi tom to dość lekkie przygodowe fantasy z bohaterami w wieku nastoletnim. Myślałam, że ta dobra tendencja utrzyma się do samego końca, ale niestety...

Tom trzeci, czyli Pół wojny, jest powrotem do typowego stylu autora. Bohaterów jest tu wielu (w tym nowa postać: anorektyczna księżniczka Skara, która w ciężkich czasach musi walczyć o swoją pozycję) i narracja została podzielona praktycznie pomiędzy wszystkich. Tematyka też zrobiła się ciężka. Yarvi nie jest w stanie dłużej odkładać starcia z Najwyższym Królem, a jeśli już musi brać udział w wojnie, to zrobi wszystko, żeby ją wygrać, a potem zagarnąć jak najwięcej władzy dla siebie. Wyraźnie widoczna jest ewolucja postaci, a zwłaszcza Yarviego, który z sympatycznego, pokojowo nastawionego młodzieńca stał się bezwzględnym politycznym graczem. Mamy tu również charakterystyczne dla Abercrombiego antywojenne nuty. Chyba jednak wolałabym, żeby zakończenie trylogii było lżejsze i bardziej pozytywne. Nie żebym miała pojęcie jakby ono miało wyglądać, ale spodziewałam się czegoś innego. 

Za to świat Morza Drzazg zupełnie mnie oczarował. Wyobrażałam go sobie w stylu skandynawskim, może trochę germańskim. Do tego doszły elementy zapożyczone ze starożytności: wiosłowe galery i niewolnictwo. No i oczywiście egzotyczne, orientalne krainy dalekiego Południa, które są już takim samym schematem w fantasy jak rudowłosi wybrańcy. Czuć, że świat żyje, w przeciągu tych kilku lat trwania akcji wiele się pozmieniało. Podobał mi się tez społeczny podział ról. Mężczyźni tradycyjnie mieli zajmować się wojaczką i uprawą roli, a kobiety prowadziły gospodarstwo domowe i różnorakie interesy. I w taki oto sposób matka Yarviego dorobiła się na handlu i jest lokalnym Billem Gatesem, bije nawet własną monetę, a siostra Branda prowadzi dobrze prosperującą kuźnię. Do tego autor dorzucił jeszcze coś ekstra: pewne elementy, które sugerują, że wspominane w książce elfy wcale nie były elfami, a ten świat to nie jakieś tam zwyczajne fantasy, ale raczej odległe postapo.

Morze Drzazg to dobra rozrywka nie tylko dla nastoletniego czytelnika. Ciekawi bohaterowie i przemyślany świat to największe zalety tej serii. Sama fabuła jest też niczego sobie, ale znalazło się kilka elementów (zwłaszcza w trzecim tomie), które chętnie bym zmieniła, ale w sumie nie wiem na co, więc i tak jestem zadowolona. Wystawiam ocenę 4/5 i trochę żałuję, że na liście została mi tylko jedna książka tego autora, bo bardzo polubiłam się z jego twórczością. 

niedziela, 21 maja 2017

26/2017 Pasterska korona, Terry Pratchett


Głęboko w Kredzie coś się poruszyło. Sowy i lisy to wyczuwają. Tiffany także, przez swoje buty. To dawny nieprzyjaciel gromadzi siły. To czas zakończeń i początków, starych przyjaciół i nowych, rozmycia granic i przesunięcia mocy. Teraz to Tiffany stoi pomiędzy światłem i ciemnością, dobrem i złem. Horda elfów szykuje się do inwazji i Tiffany musi wezwać wszystkie czarownice, by stanęły przy niej. By broniły świata. Jej świata.
Będzie rozliczenie...
Opis z okładki książki
Ostatnio nie jestem na bieżąco ze Światem Dysku, ogólnie z czterdziestu jeden tomów przeczytałam może z dwanaście. Ale nie mogłam ominąć Pasterskiej korony, no bo przecież jest to ostatnia część. I więcej już niestety nie będzie.

Początek książki był najlepszy: wzruszające pożegnanie babci Weatherwax, przywódczyni czarownic - a przynajmniej byłaby nią, gdyby czarownice miały oficjalną przywódczynię. Cykl Świat Dysku znany jest ze swojego parodystycznego stylu i wielu humorystycznych elementów, a tu proszę, taki smutek, że aż mi się łezka w oku zakręciła. Było to dla mnie zaskoczeniem, ale bardzo pozytywnym.

Główne wątki powieści to przejęcie władzy w świecie czarownic przez młodą Tiffany Obolałą oraz walka z elfami, które planują najazd na ludzi. Pojawia się też ciekawa postać: Geoffrey, pierwszy mężczyzna, który chce zostać czarownicem. Trochę słabszy był wątek starych mężczyzn uciekających przed żonami do nowego wynalazku: szopy, gdzie mogli spędzać czas według swoich upodobań. Ogólnie było to zabawne, ale myślę, że Pratchett potraktował tu małżeństwa odrobinę za bardzo stereotypowo. 

Oceniam Pasterską koronę na 5/5, i to wcale nie ze względu na sentyment do serii. Jest to po prostu bardzo dobrze napisana książka z ważnym przekazem dotyczącym wielu kwestii: przemijania, ochrony przyrody, równości ludzi, a nawet dobrych uczynków. Gdyby autor mógł nad nią popracować dłużej, to na pewno rozwinąłby bardziej wiele wątków, ale powieść nie sprawia wrażenia niedokończonej. Jedno jest pewne: Terry Pratchett będzie żył w nas tak długo, jak długo będziemy czytać jego książki.

czwartek, 18 maja 2017

Nowe książki: trylogia Krucze pierścienie oraz Na krawędzi zagłady



Ostatnio dociera do mnie sporo nowych książek. Tym razem zakupiłam trylogię Krucze pierścienie oraz trzeci tom space opery Roberta J. Szmidta Na krawędzi zagłady. Z Kruczych pierścieni czytałam tylko pierwszy tom, podobał mi się na tyle, że chciałam jak najszybciej dorwać resztę. Niestety dalszych części nie było w bibliotece, więc kupiłam całość. Czy tylko ja nie uważam tych okładek za brzydkie? Wiele razy spotkałam się z taką opinią w blogosferze. Owszem, są trochę makabryczne, ale dzięki temu bardzo oryginalne i wyróżniają się na tle tych wszystkich modnych obecnie kolorowych napisów wkomponowanych w zdjęcia obejmującej się pary czy też dziewczyny z warkoczem.

Trzeci tom Pól dawno zapomnianych bitew był zakupem obowiązkowym i wezmę się za niego jak tylko skończę czytać to, co mam aktualnie rozpoczęte - czyli najdalej pojutrze. Pierwsza część tego cyklu została niedawno przełożona na angielski i mam nadzieję, że zdobędzie popularność, bo to dobra space opera i świetny materiał na serial. Netflix wziął się za Wiedźmina, więc może kiedyś przyjdzie kolej na książki Szmidta.

Dostałam też mały gratisik od księgarni internetowej: zabawną zakładkę, ale to znowu nie są moje kolory... Dołączyła ona do innych nieużywanych zakładek, a ja nadal katuje moją sfatygowaną magnetyczną z Zakopanego.


Recenzja Dziecka Odyna (Krucze pierścienie tom I)
Recenzja Łatwo być Bogiem (Pola dawno zapomnianych bitew tom I)
Recenzja Ucieczki z raju  (Pola dawno zapomnianych bitew tom II)

poniedziałek, 15 maja 2017

25/2017 Cienioryt, Krzysztof Piskorski


W portowym mieście Południa, Serivie, każdy cień jest bramą do groźnej i niezbadanej cieńprzestrzeni, w której tunele ryją adepci tajemnych sztuk. Sześciu grandów walczy o wpływy trucizną, zdradą i stalą, małoletni król z trudem trzyma się przy władzy, a inkwizycja rośnie w siłę. Tymczasem w małej izbie przy ulicy Alaminho mieszka Arahon Caranza Martenez Y'Grenata Y'Barratora, doświadczony nauczyciel szermierki. Arahon pragnie jedynie zapewnić bezpieczeństwo bliskim i odłożyć dość pieniędzy, by opuścić miasto. Do czasu, gdy w jego ręce wpada cienioryt - wypalony na szkle obraz przedstawiający tajemniczą postać...
Opis z okładki książki.
Po świetnej powieści Czterdzieści i cztery autorstwa Krzysztofa Piskorskiego miałam duże oczekiwania co do Cieniorytu. Zwłaszcza, że książka ta zdobyła w 2013 roku Nagrodę im. J. Zajdla, czyli najwyższe wyróżnienie w polskiej fantastyce. Może nastawiłam się na zbyt wiele, bo nie do końca wszystko mi się podobało.

Na pewno muszę pochwalić niezwykłą wyobraźnię autora, który wykreował świat pełen mistycznych świateł i cieni. Świat, w którym jasna strona ma swoje odbicie w strefie mroku. Na tym założeniu opiera się cały świat przedstawiony razem z jego ustrojem społecznym, nauką i religią. Powieść nie jest zbyt długa (ok. 450 stron), ale to w zupełności wystarcza na zapoznanie się z nim. I super, że nie mamy podanego wszystkich wyjaśnień na tacy od samego początku, pozwala to wyobraźni działać na pełnych obrotach.

Miejsce akcji to wariacja na temat siedemnastowiecznego hiszpańskiego miasta portowego. Gorące dni, wąskie uliczki, targowiska, płaszcze, rapiery - to wszystko tworzy oryginalną całość. Nie jest to alternatywna historia, a raczej jakiś alternatywny wszechświat rządzący się swoimi prawami.

Główny bohater, Arahon, to trochę podupadły szermierz do wynajęcia. W młodości był sławny, ale te czasy już minęły. Teraz mieszka w biednej dzielnicy, prowadzi małą szkołę walki i przyjmuje zlecenia - o ile jeszcze ktoś sobie o nim przypomni. Arahon wplątuje się w wielki spisek, trochę przypadkowo, trochę przez zlecenie odnalezienia porwanego dziecka. Sama konstrukcja spisku obejmującego swoim zasięgiem cały świat bardzo mi się spodobała. Wszystkie elementy dobrze do siebie pasują, nie brakuje też emocjonujących scen walk i pościgów rodem z Trzech muszkieterów. Lubię takie klimaty i czytało mi się to zdecydowanie bardzo dobrze. Konstrukcja postaci również zasługuje na pochwałę, bohaterowie drugoplanowi są od siebie odróżnialni i mają wiarygodne motywacje, a sam Arahon jest wielowymiarowy i po prostu ludzki. 

Niestety książka nie porywa od razu, i to chyba jest jej największa wada. Potrzebowałam aż czterech dni, żeby przekroczyć 150 stronę. Potem akcja rozkręciła się i poszło już z górki, ale początek był ciężki. Nie spodobała mi się też sama końcówka. W zamiarze pisarza miało być zaskakujące czytelnika wielkie wow, ale ja odebrałam to raczej jako wtf. Z tych względów wystawiam Cieniorytowi ocenę 4/5, ale polecam tę książkę, bo to wielki popis wyobraźni i umiejętności operowania słowem Krzysztofa Piskorskiego.

czwartek, 11 maja 2017

Nowe książki: Ucieczka w dzicz i Czarna kolonia


Moje nowe nabytki pochodzą z wyprzedaży prowadzonej na blogu Miasto książek. Oba tytuły to pierwsze tomy serii, które chciałam przeczytać już od jakiegoś czasu. Ich cena była tak atrakcyjna, że postanowiłam je kupić i przekonać się, czy są one w moim guście i czy będę je kontynuować. 

Ucieczka w dzicz ma przepiękną okładkę. Być może jest to książka dla młodszego czytelnika, ale kto by się tym przejmował, przecież ja zawsze będę młoda duchem. No i za nic nie przepuściłabym historii o kotach. 

Czarna kolonia to space opera, na LC ma przeciętne oceny, ale jeśli tylko nie ma w niej dużych głupot i absurdów fabularnych, to pewnie będę się przy niej dobrze bawić. Mój mąż też wyraził chęć zapoznania się z tą powieścią. Recenzje obu tych książek na pewno pojawią się na blogu  zaraz po tym, jak je przeczytam. Mam nadzieję. że żadna z nich mnie nie zawiedzie.

środa, 10 maja 2017

24/2017 Głębia. Napór, Marcin Podlewski (tom III)


Wypaloną galaktyką wstrząsa kosmiczny konflikt, jakiego nie widziano od tysięcy lat. Zagrożone są nie tylko systemy gwiezdne, ale i całe galaktyczne Ramiona. Linia frontu przesuwa się w głąb Systemów Wewnętrznych. Na tym tle problemy skokowca Wstążka wydają się mało istotne, a oni sami stają się zaledwie pionkami na galaktycznej szachownicy. Ale czy na pewno? Rozpoczyna się bowiem gra, która zadecyduje o losie całego, postapokaliptycznego Wszechświata. Kosmiczny zegar tyka. Nadchodzi północ.  
Kosmos zasiedlony przez różne cywilizacje, konflikty zbrojne na skalę galaktyczną, technologie i kultury zmieniające rasę ludzką w odmienne gatunki. cieszę się, że polscy autorzy znowu piszą dobre space opery, takie jak cykl Głębia Marcina Podlewskiego. Polecam! - Tomasz Kołodziejczak 
Świat za oknem zbyt nudny, zbyt szary, zbyt nijaki? Ruszaj w Głębię jej mać! Podlewski w dobrym stylu. - Andrzej Ziemiański
Opis z okładki książki 
Głębia wciąga tak bardzo, że musiałam przeczytać tę część zaraz po skończeniu poprzedniej. Teraz nie wiem ja będę robić do premiery kolejnego tomu... Nie no, tak naprawdę to mam mnóstwo książek na liście do przeczytania, w tym najnowszą część Pól dawno zapomnianych bitew, którą mam zamiar wkrótce kupić, więc klimat science fiction cały czas będzie mi towarzyszyć.

Ale i tak ciężko będzie mi się rozstać z Wypaloną Galaktyką, załogą Wstążki i, przede wszystkim, Kirke Bloom. Tą bohaterkę lubię szczególnie, i to już od samego początku. Inteligentna, uzdolniona kobieta, która nie snuje intryg ani nie manipuluje innymi, ale szczerze mówi, czego chce i sama zabiera się do pracy, by to osiągnąć. Potrafi przy tym solidnie się wkurzyć i nieźle rzucić mięsem. No, czasem przesadza z alkoholem, ale na jej miejscu wielu zaczęłoby częściej sięgać po kieliszek. Ciekawą postacią jest też Jar/Antenat/Jedyny, czy jak tam się kazał nazywać. Nie, że go lubię, czy też mu kibicuję, bo to czystej wody psychol, ale rozumiem jego postępowanie i doceniam kreację.

Cieszy mnie bardzo spowolnienie tempa książki. Dłuższe rozdziały trzymające się jednego bohatera lub bohaterów przebywających w jednej lokacji pomagały zachować orientację w tym rozległym uniwersum. Świetnym pomysłem były też retrospekcje przedstawiające wydarzenia prowadzące do upadku Imperium Galaktycznego, rozwiały wiele wątpliwości i odpowiedziały na ważne pytania. Wreszcie rozumiem, dlaczego Głębia to kosmiczna postapokalipsa: współczesna technologia jest tylko słabą pozostałością technicznych cudów doby Imperium. Wcześniej nie czułam tej degeneracji świata. Napór wyjaśnia i zamyka wiele wątków, stawiając przy tym nowe pytania. Pojawiają się nowe zagrożenia, przy których Druga Wojna Kseno to mały pikuś. Widać jednak, że koniec tej historii jest już bliski i kolejny tom będzie tym ostatnim.

Nie będę rozpisywać się o fabule, bo każde zdanie byłoby dużym spoilerem. Napiszę tylko, że książka strasznie mi się podobała, bardziej od poprzedniego tomu. Obawiałam się trochę, że wątki mistyczne będą tu nie na miejscu, ale one idealnie się tu wpasowały. Wystawiam oczywiście ocenę 5/5 i naprawdę gorąco polecam cały cykl.


niedziela, 7 maja 2017

23/2017 Głębia. Powrót, Marcin Podlewski (II tom)


Wieści o zakazanym ładunku Wstążki docierają do najwyższych władz Zjednoczenia. Machina Triumwiratu idzie w ruch. Skokowiec kapitana Myrtona Grunwalda staje się najbardziej poszukiwaną jednostką we Wszechświecie. Ale jego załoga ma poważniejsze problemy niż ścigająca ją Flota Kooperacyjna. Nadchodzi bowiem coś, co raz na zawsze odmieni Wypaloną Galaktykę... i to na dobre. 
Bohaterowie Podlewskiego powracają w drugiej odsłonie wyśmienitej space opery, odzwierciedlającej z niezwykłą dbałością kształt i sektory Drogi Mlecznej, zniszczonej przez serię potwornych wojen z Obcymi i Maszynami. 
Powróć na pokład Wstążki wplątanej w międzygwiezdną aferę. Powróć na Krzywą Czekoladkę Tartusa Fima i Ciemny Kryształ Kirke Bloom. Powróć do fantastycznych planet i wypalonych, gwiezdnych sektorów. Powróć do Głębi.
Opis z okładki książki.
Budka Suflera, Noc Komety, źródło: youtube

Wstawiam tę piosenkę nieprzypadkowo. Autor uczynił z fragmentu jej tekstu motto całej książki. Znam i lubię Noc Komety i w trakcie czytania często nuciłam sobie pod nosem. Świetnie pasuje do Głębi, oddaje jej klimat niepewności i zagrożenia, i teraz natychmiastowo będzie mi się z nią kojarzyć.

Za mną drugi tom tej niezwykłej space opery. Marcin Podlewski całkowicie mnie nią kupił. Owszem, znalazłam parę niedociągnięć i rzeczy, które średnio mi się podobały, ale generalnie rzecz biorąc była to świetna lektura. 

Na początku napiszę o czymś, co może być spoilerem (ale tylko dla tych, którzy nie przeczytali pierwszego tomu):  jak wskazuje sam podtytuł, Ci, Którzy Odeszli stali się w tej części Tymi, Którzy Powrócili. A ich zamiary oczywiście nie są zbyt przyjazne. To zmienia całkowicie układ sił w Galaktyce i jest dobrym pretekstem do pokazania kilku fajnych kosmicznych bitew. Za każdym razem przy takiej scenie batalistycznej wyobrażałam sobie jakby to wyglądało w dobrze zrealizowanym serialu. Ostatnio oglądam sporo science fiction i przyłapałam się na tym, że łatwiej mi było wyobrazić sobie wygląd statków kosmicznych i stacji orbitalnych niż twarzy postaci. Oprócz powrotu Obcych ważny jest też drugi wątek metafizycznych i bardzo niebezpiecznych istot z Głębi. Na razie jest on dopiero zaznaczony, ale myślę, że odegra dużą rolę w kolejnych tomach.

W pierwszej części główne skrzypce grała załoga skokowca Wstążka na czele z kapitanem Myrtonem Grunwaldem, sporo miejsca autor poświęcił też Kirke Bloom, a reszta pojawiała się gdzieś w tle jako typowi bohaterowie drugoplanowi. Tym razem Marcin Podlewski potraktował swoich bohaterów niemal równorzędnie i dzięki temu możemy brać udział we wszystkich wydarzeniach i obserwować je z wielu perspektyw. To generalnie dobrze, ale na początku nie podobał mi się styl, w jakim autor to rozegrał: mnóstwo krótkich podrozdziałów i stale zmieniająca się perspektywa trochę irytowała, zwłaszcza, że wydarzenia ucinały się oczywiście w najciekawszym momencie. Ale gdzieś około połowy książki akcja przyspieszyła i wciągnęła mnie tak, że przestałam na to zwracać uwagę. Znalazło się nawet miejsce na króciutki, zaledwie dwustronicowy, podrozdzialik pisany z perspektywy kota Głoda - dla mnie, jako wielbicielki , było to po prostu niesamowicie urocze.

Drugim małym minusikiem był brak jednej z moich ulubionych postaci, czyli samego Myrtona Grunwalda. Przez większą część powieści był on, że tak powiem, nieosiągalny. Na szczęście dużo nadrobiła Kirke Bloom, jej wątek jest szalenie ciekawy, a jej sprzeczki z Tartusem Fimem sprawiały, że wybuchałam śmiechem przy czytaniu.

Druga część Głębi imponuje swoim rozmachem fabularnym i szczegółowością opisu. Porównanie z Grą o tron jest tu jak najbardziej na miejscu: sporo tu różnorakich stronnictw, frakcji i zawiłości politycznych, ale pojawiają się też elementy magiczne/metafizyczne. Całość jest dobrze przemyślana i czuć, że zmierza do czegoś wielkiego. Słyszałam, że twórczość Roberta J. Szmidta ma zostać przełożona na angielski i wydana w USA. Tego samego życzę Marcinowi Podlewskiemu, bo naprawdę na to zasługuje.

Głębia. Powrót to oczywiście 5/5 (tym razem żaden z bohaterów mnie nie irytował). Mam na półce dwie ciekawe książki z biblioteki, ale będą musiały poczekać, bo za chwilę kończę tę recenzję i idę zanurzyć się w kolejny tom Głębi.

Recenzja pierwszego tomu Głębia. Skokowiec

środa, 3 maja 2017

22/2017 Dragon Age. Utracony tron, David Gaider

Wojna, zdrada, pożądanie na ziemiach Fereldenu znaczone są krwią i śmiercią. Władzę dzierżą najokrutniejsi, a udręczony lud pragnie sprawiedliwości. Książę bez królestwa, oszukany i zdradzony, staje w szeregach rebelii. Rozpoczyna się gra o utracony tron. Zemsta odmieni oblicze świata.
Opis z okładki książki. 
Tak, to jest najgorzej napisany okładkowy blurb jaki do tej pory widziałam. W dodatku czytając go można odnieść mylne wrażenie, że będzie to dobra, epicka opowieść o walce o władzę. Ja się na to niestety nabrałam. Może dlatego, że byłam świeżo po lekturze Echopraksji i szukałam w bibliotece czegoś lekkiego. I gdyby ta książka była właśnie taką niezobowiązującą rozrywką w stylu fantasy... Ale nie, jest to literacki koszmarek i doczytałam go do końca tylko dzięki mojemu wrodzonemu optymizmowi.

Opis z okładki zupełnie nie wyjaśnia fabuły, więc postaram się sama zrobić krótkie streszczenie. Główny bohater to osiemnastoletni książę Maric, prawowity władca Fereldenu. Jego matka została zdradzona i zamordowana, a on sam musi uciekać przed żołnierzami uzurpatora. Podczas ucieczki trafia do obozu banitów, gdzie poznaje Loghaina. Loghain jest synem przywódcy banitów. Niechętnie zgadza się pomagać Maricowi, ale potem oczywiście zostaną przyjaciółmi. Dwaj młodzi mężczyźni uciekają dalej, aż napotykają resztki armii matki Marica dowodzone przez jej najlepszego generała. Córka owego generała, Rowan, to świetna wojowniczka, a przy tym narzeczona Marica. Ich rodzice zaaranżowali ten związek dawno temu. Książę traktuje ją raczej jak przyjaciółkę, ale ona jest w nim na serio zakochana. Robi nam się z tego klasyczny trójkąt, bo Loghain zakochuje się w Rowan. Maric niezbyt pewnie czuje się w roli władcy (bo przez osiemnaście lat matka nie przygotowała go do objęcia władzy, tylko twierdziła, że jeszcze ma czas wszystkiego się nauczyć, co za głupota...), ale jakoś udaje mu się stać symbolem walki o wolność i nawet odbija jakieś miasto i zdobywa nowych sojuszników. Uzurpator to idiota, który myśli, że stłumi rebelię wieszając paru niewinnych ludzi i nadziewając kilka głów na piki. Na szczęście jeden z jego doradców jest trochę bardziej ogarnięty i wysyła do księcia Marica super hiper szpiega asasyna elfkę Katriel, która ma zaprowadzić wojska rebeliantów w pułapkę. Maric jest idiotą i od razu leci na podstawioną elfkę i nawet nie każe jej sprawdzić, ani nic. Elfka też ma coś z głową, bo powinna być profesjonalistką, ale zamiast tego zakochuje się w tej ciapie Maricu i coraz ciężej jest jej wypełniać zlecenie. Udaje jej się jednak doprowadzić do znacznej klęski rebeliantów, ale w ostatniej chwili ratuje życie księcia.

Potem następuje długi opis wędrówki czwórki głównych bohaterów krasnoludzkimi tunelami, w trakcie której Maric ostatecznie jest z Katriel, a Loghain z Rowan (nudne rozterki sercowe, ciężko było mi to czytać). Książę przekonuje do swojej sprawy oddział krasnoludów, potem cudem trafia na resztki swojej armii i wspólnymi siłami rozgramiają uzurpatora. A potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie. A tak naprawdę to nie, bo Loghain wreszcie zdecydował się użyć mózgu i odkrył, że Katriel była podstawiona. Maric zabija elfkę (po co? Teraz już nie była żadnym zagrożeniem, mogli to po prostu olać i żyć dalej), ale wpada przez to w depresję, bo przecież tak bardzo ją kochał... Rowan dla dobra kraju postanawia do niego wrócić i odnowić zaręczyny. Szkoda, do końca miałam nadzieję, że kopnie go w cztery litery i ułoży sobie życie z kimś mądrzejszym.

To mniej więcej tyle. Książka jest prequelem gier komputerowych z serii Dragon Age. Próbowałam kiedyś sobie zagrać, ale źle mi się sterowało drużyną bohaterów, więc odpuściłam. Może powinnam też odpuścić lekturę tej powieści, ale cóż, stało się, przeczytałam do końca. Zdecydowanie najgorsze było tłumaczenie. Nie wiem jak Fabryka Słów mogła odwalić taką fuszerkę, ale całość wygląda tak, jakby tłumaczył to przy użyciu translatora średnio zdolny nastolatek w ramach treningu przed maturą. Zdarzają się dosłowne kalki z angielskiego, brakuje płynności językowej. Bohaterowie to zbiór chodzących stereotypów (chociaż Rowan była nawet spoko). Ten zły wprawdzie nie rozdeptywał szczeniaczków, ale za to zdarzało mu się katować służących dla rozrywki. Maric to idiota czystej wody i raczej symbol niż prawdziwy władca, bo bez przyjaciół wspierających go na każdym kroku jego głowa skończyłaby na pice ku uciesze uzurpatora. Fabuła obfituje w zaskakujące inaczej zwroty akcji i niesamowite inaczej zbiegi okoliczności. Mimo to oceniam tę książkę na 2/5, bo tak mniej więcej do momentu pojawienia się Katriel czytało mi się ją dość dobrze, pomimo tego skopanego tłumaczenia. W drugiej połowie jednak stężenie absurdu przekracza wszystkie granice i końcówkę czytałam już mniej więcej tak:


Nie polecam nikomu i przestaję dziwić się Andrzejowi Sapkowskiemu, że tak wkurzyło go wydanie Wiedźmina w okładkach z grafikami z gier. Robi mi się słabo, że przez to ktoś mógł uznać jego świetną sagę za coś podobnie słabego jak Dragon Age. Utracony tron.

poniedziałek, 1 maja 2017

Nowe książki: Harry Potter i Głębia ciąg dalszy


Maj zawsze jest dla mnie czasem wspaniałych zdobyczy książkowych - mam urodziny i wszyscy wiedzą, co najbardziej mnie ucieszy. Tym razem nie było wielkich zaskoczeń, dostałam kolejne dwa tomy przepięknie wydanego Harry'ego Pottera oraz drugi i trzeci tom cyklu science fiction Głębia (tutaj recenzja pierwszej części).

Głębię zacznę czytać bardzo szybko, jestem ogromnie ciekawa dalszego rozwoju wydarzeń. Co do Harry'ego - mam zamiar dozbierać kolekcję do końca (co pewnie nastąpi w grudniu) i dopiero potem powtórzyć sobie całość od początku do końca. Który to już będzie raz? Piąty, ósmy, nie pamiętam, ale coś koło tego. Jedno jest pewne: Harry nigdy mi się nie znudzi.




Kiedy chcesz zrobić zdjęcie książek, ale masz w domu koty...