sobota, 31 grudnia 2016

47/2016 "Mroczna Wieża" Stephen King (cykl) - recenzja


Cykl opowiada historię Rolanda Deschaina, którego celem życiowym jest dotarcie do tytułowej Mrocznej Wieży, mitycznego budynku, który może być istotą całego istnienia, znajdującego się w centrum wszystkich światów. Roland jest ostatnim żyjącym członkiem bractwa rycerskiego znanego jako rewolwerowcy. Początkowo bohater jest bardzo tajemniczy, nie znamy nawet jego wieku, jednakże wraz z rozwojem historii poznajemy jego historię i przyczyny jego podróży. Na swej drodze pomaga napotkanym ludziom w imię kodeksu honorowego zwanego Drogą Elda, jest także zmuszony do dokonywania wielu trudnych wyborów, takich jak wybór pomiędzy życiem przyjaciela a kontynuowaniem podróży do Wieży.
Opis fabuły: wikipedia
Ratowanie świata to motyw często używany w literaturze fantasy. Jednak King poszedł dalej i kazał swojemu bohaterowi uratować wszystkie wszechświaty! Wszyscy wiedzą, że przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę, tak więc przeznaczenie - lub, jak kto woli ka - stawia na drodze ostatniego rewolwerowca Rolanda towarzyszy, by nie wędrował on samotnie. Jednak czy wszyscy dotrą do Mrocznej Wieży? Tego nie zdradzę, nie chcę psuć niespodzianki tym, którzy książek jeszcze nie czytali.

Pozostając przy postaciach: jak zwykle u Kinga są one nakreślone z wielką dbałością o szczegóły. Pisarz nie boi się "marnować" miejsca na szczegółowe opisy bohaterów, nawet drugoplanowych i epizodycznych. Taki zabieg nadaje postaciom głębi, a mnie pozwala lepiej je poznać i zżyć z nimi. Wiem, że niektórzy nie lubią tego kingowego słowolejstwa, ale ja je w pełni popieram.

"Mroczna Wieża" to niezwykły cykl. Powstawał latami, a sam King uważa go za ukoronowanie swojej twórczości. Odniesienia do niego znajdujemy w innych książkach tego pisarza (np. ojciec Callahan debiutował w "Miasteczku Salem", a  w "Mrocznej Wieży"odgrywa ważną rolę). Ogrom i epicki rozmach - tak można opisać to dzieło pełne różnych światów, retrospekcji, symboli, legend, snów i opowieści słuchanych nocą przy ognisku. Więc jeśli lubisz takie klimaty, nie znasz jeszcze przygód Rolanda a zastanawiasz się właśnie co by tu takiego przeczytać - serdecznie polecam "Wieżę", może jej magia oczaruje cię tak samo jak mnie.

Dla mnie było to już drugie spotkanie z Rolandem i jego ekipą - lub ka-tet, jak on sam by ich określił. Pierwszy raz czytałam "Mroczną Wieżę" siedem lat temu. Wtedy również wywarła na mnie takie samo niesamowite wrażenie. Teraz udało mi się skompletować nowe, piękne wydanie w twardej oprawie, w którym pierwszy tom został nieco przeredagowany przez autora. Czytałam całość od października pomiędzy innymi lekturami. Do tego wydania należy również dopisany przez Kinga w 2012 roku tom 4 i pół "Wiatr przez dziurkę od klucza". Są to dwie dobre opowieści przybliżające czytelnikowi świat Rolanda, ale nie wnoszące niczego ważnego do głównej fabuły. Myślę, że coś podobnego chciał zrobić Andrzej Sapkowski wydając "Sezon burz", ale jakoś niespecjalnie mu to wyszło... 

To na pewno nie jest obiektywna recenzja i nie znajdziecie tu wypunktowania wad, bo ja po prostu kocham tę serię i nie mogę o niej złego słowa powiedzieć. No, może czasem King za bardzo ułatwia swoim bohaterom stosując zabiegi w stylu deus ex machina - ale nawet to jest fabularnie uzasadnione. Jako olbrzymia fanka nie mogę dać "Mrocznej Wieży" oceny innej niż 5/5


Anakin leżący na mojej ulubionej części, czyli na "Powołaniu trójki", drugim tomie cyklu.

wtorek, 27 grudnia 2016

46/2016 "Zemsta najlepiej smakuje na zimno" Joe Abercrombie - recenzja


Od dziewiętnastu lat płynie krew. Okrutny wielki książę Orso zaciekle zmaga się ze skłóconą Ligą Ośmiu, wykrwawiając kraj. Podczas gdy maszerują armie, spadają głowy i płoną miasta, bankierzy, kapłani oraz starsze, mroczniejsze potęgi toczą śmiertelną zakulisową rozgrywkę, usiłując wskazać, kto zostanie królem.
Być może wojna to piekło, jednak dla Monzy Murcatto, Węża Talinsu, najstraszliwszej i najsłynniejszej najemniczki na usługach wielkiego księcia Orso, jest także znakomitym sposobem na zarobek. Jej zwycięstwa uczyniły ją sławną — nieco zbyt sławną jak na gust jej pracodawcy, który każe ją strącić z górskiego szczytu. Zdradzonej Monzie pozostają jedynie strzaskane ciało i paląca żądza zemsty. Bez względu na cenę, siedmiu ludzi musi umrzeć. 
Sojusznikami Monzy zostają najbardziej zawodny pijaczyna i najbardziej zdradziecki truciciel w całej Styrii, masowy morderca z obsesją na punkcie liczb oraz barbarzyńca, który chce jedynie czynić dobro. W poczet jej wrogów zalicza się ponad połowa narodu. A to jeszcze nie koniec, gdyż wkrótce jej tropem zostaje posłany najniebezpieczniejszy człowiek na świecie, który ma dokończyć to, co zaczął książę Orso...
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Byłam naprawdę miło zaskoczona trylogią "Pierwsze prawo" Abercrombiego i postanowiłam w miarę szybko zabrać się za inne książki jego autorstwa. Zdecydowałam się czytać je w kolejności napisania i tak oto zapoznałam się z "Zemstą...". Jest to świetnie napisana powieść, w której prawie wszystko zagrało, jak należy.

Pomysł na fabułę nie jest zbyt innowacyjny - oszukana najemniczka mści się na byłym pracodawcy, który zamordował jej brata, a ona sama ledwo uszła z życiem. Jednak samo wykonanie - dla mnie miodzio. Akcja rozwija się dynamicznie, w tej ponad ośmiuset stronicowej cegiełce nie ma miejsca na nudę. Momenty spowolnienia są starannie zaplanowane, a po chwilowym uspokojeniu zwykle następuje nagły zwrot akcji. Nagły, i co najlepsze - nieprzewidywalny (przynajmniej dla mnie). I to chyba największa siła tej książki, była w stanie mnie zaskoczyć, chociaż w życiu przeczytałam już sporo fantasy.

Dobrym elementem powieści są również bohaterowie. Część postaci spotkaliśmy już na kartach "Pierwszego prawa" (akcja "Zemsty..." dzieje się kilka lat po zakończeniu trylogii), byli to bohaterowie drugoplanowi, którzy teraz dostali więcej czasu antenowego i mogą rozłożyć skrzydła. Poza Monzą doszło też kilka nowych osób, i tak oto powstała barwna drużyna dobrze napisanych i solidnie umotywowanych mścicieli. Mimo tego żaden z bohaterów nie wydał mi się jakiś szczególnie sympatyczny i nie potrafiłam zaangażować się emocjonalnie. Rozumiałam ich, ale nie polubiłam. I to chyba mój największy zarzut: brak miłych postaci. Poza tym książka jest mega, autor świetny, będę czytać dalej, polecam i daję 4/5

niedziela, 25 grudnia 2016

Nowe książki: "Harry Potter" tomy 1-3 J. K. Rowling


Tak, spodziewałam się "Harry'ego Pottera" pod choinką, ale tylko jednego tomu. A tu niespodzianka, dostałam trzy :) Piękny początek kolekcji. I do tego przepiękną zakładkę w kształcie piórka. 

To nowsze wydanie strasznie mi się podoba, kiedyś zobaczyłam całość na wystawie i od tamtej pory chcę go mieć. Do pierwszego wydania mam sentyment, ale tak szczerze - za piękne to one nie było. Kiedy już uzbieram wszystkie siedem tomów, przeczytam je i na pewno zrecenzuję, chociaż ocena tego książkowego fenomenu może być tylko jedna ;)

środa, 21 grudnia 2016

45/2016 "Wojna starego człowieka" John Scalzi - recenzja


Dobra wiadomość jest taka, że ludzkość potrafi już podróżować między gwiazdami. Zła jest taka, że możliwych do zamieszkania planet jest mało, a obcych ras, które chcą o nie walczyć, bardzo dużo. Własnie dlatego z dala od naszego globu od dziesięcioleci toczy się krwawa, brutalna i bezwzględna wojna. 
Ziemia to zaścianek kosmosu. Większość zasobów naturalnych należy do Sił Obronnych Kolonii. Wszyscy wiedzą, że po osiągnięciu wieku emerytalnego można się zaciągnąć do SOK-u. Armia nie chce młodych ludzi; zależy jej na osobach posiadających kilkudziesięcioletnie doświadczenie. Opuścisz Ziemię i już nigdy na nią nie wrócisz. Odsłużysz dwa lata na froncie. Jeśli przeżyjesz, dostaniesz na własność piękne gospodarstwo w jednej z ciężko wywalczonych kolonii.
John Perry zgadza się na te warunki. Nie wie jednak, czego się spodziewać. Okrucieństwo wojny, w której będzie musiał wziąć udział wiele lat świetlnych od Ziemi, dalece przekroczy jego wyobrażenia. To, czym stanie się on sam, okaże się jeszcze bardziej zaskakujące.
Opis fabuły z okładki książki.

Byłam ciekawa tej książki, więc nie pozwoliłam jej za długo stać na półce. Być może moje oczekiwania były trochę za duże, ale muszę to przyznać: trochę się zawiodłam.

"Wojna starego człowieka" była ostatnio chwalona na wielu blogach. Głównie za pomysł, i ja też muszę przyznać, że główne założenia powieści są świetne. Rekrutujemy staruszków, którzy nie mają już nic do stracenia, za pomocą nowoczesnej technologii zamieniają ich w superżołnierzy i wysyłają na front. To (oraz różne inne poboczne wątki) bardzo mi się podobało. Widzicie już mnóstwo możliwości na wykorzystanie tej idei? Niestety autorowi przy pisaniu coś poszło trochę nie tak...

Po pierwsze: wcale nie czuć, że bohaterowie mają już za sobą jedno przeżyte życie. Niby to staruszkowie, ale po wcieleniu do wojska zachowują się jak przeciętni rekruci w każdej innej książce czy filmie o żołnierzach. Coś, co miało odróżniać tę powieść od innych, jest właściwie niezauważalne. Myślę, że autorowi zabrakło tu kunsztu pisarskiego. W sumie jest to jego debiut, więc można mieć nadzieję, że kolejne części (gdyż jest to cykl) będą pod tym względem bardziej udane.

Drugą ważną sprawą, która w "Wojnie starego człowieka" kuleje, jest sama konstrukcja powieści. Wstęp, czyli opis całej procedury wstąpienia Johna Perry'ego do wojska zajmuje około połowy książki - jak dla mnie jest to o wiele za dużo. Potem mamy dość krótki trening, kilka różnych misji porozdzielanych przeskokami w czasie i najlepszy według mnie moment: finałowa misja i towarzyszące jej wydarzenia. Cała fabuła jest poszatkowana i mało spójna, nie stanowi zamkniętej całości. To pierwszy tom cyklu i, niestety, jest to bardzo widoczne. Autor rozpoczął kilka ważnych wątków i specjalnie ich nie zamknął, żeby zainteresowany czytelnik sięgnął po kolejną część. Średnio lubię takie zabiegi, dla mnie idealny cykl to taki, w którym każdy tom to zamknięta historia i da się je czytać osobno.

Pomimo tych wszystkich wad "Wojna starego człowieka" jest ciekawa i wciągająca. Została napisana prostym językiem. Ja czytałam ja "na dwa razy", ale spokojnie da się to zrobić w ciągu jednego wieczoru. Moja ocena to 3/5, ale chcę przeczytać dalszy ciąg i przekonać się, czy będzie on lepiej napisany. Jednak jeśli szukacie dobrej space opery, to bardziej polecam takie książki jak "Przebudzenie Lewiatana", "Niebiańskie pastwiska" czy choćby cykl Roberta J. Szmidta.     

niedziela, 11 grudnia 2016

44/2016 "Cała prawda o planecie Ksi. Drugie spojrzenie na planetę Ksi" Janusz A. Zajdel - recenzja


Osnową powieści jest sprawa grupy osadników, którzy mieli się osiedlić na planecie innego układu, lecz z nieznanych przyczyn zerwali kontakt z Ziemią. Z Ziemi wyrusza ekspedycja mająca za zadanie wyjaśnić, co się wydarzyło. Ekspedycja napotyka jeden ze statków osadników, wracający ku Ziemi, z jednym tylko człowiekiem na pokładzie. Człowiek ten, były pilot kosmiczny, jest w stanie zupełnego rozstroju psychicznego...
Opis fabuły z okładki książki.
Na wstępie muszę zaznaczyć, że nigdy nie poznamy finału tej historii. Drugi tom, czyli "Drugie spojrzenie na planetę Ksi", nie został zakończony przez autora. Zajdel miał problemy z wydawcą, który chciał mu zapłacić za nową książkę jakąś skandalicznie niską sumę, potem zajął się pisaniem czegoś innego. Później niestety zachorował i zmarł, a z historii planety Ksi pozostał jedynie konspekt oraz trzy rozdziały. Jest to jednak materiał na tyle obszerny, że mogłam sobie wyobrazić dalszy przebieg akcji.

Książka Zajdla to dystopia dziejąca się w kosmosie, co jak dla mnie było świetnym pomysłem. Porównałabym ją do takiego hiciora jak "451 stopni Fahrenheita". Wyprawa kolonizacyjna na inną planetę to idealny pretekst do przeprowadzenia przewrotu i założenia osady rządzonej w sposób totalitarny. Historię tę poznajemy z dwóch punktów widzenia: kosmicznego pilota Slotha, którego Ziemia wysyła z misją zbadania zaginionej ekspedycji oraz Pradziadka, jednego z kolonistów, który postanowił uciec z planety Ksi. Duże znaczenie ma dziennik Pradziadka, z którego poznajemy początki kolonii.

Podoba mi się strasznie tematyka tek książki poruszająca zagadnienia terroryzmu i totalitaryzmu. Najważniejsze jest to, że książka Zajdla nie jest smutna i pesymistyczna, jak np. "Rok 1984". Ludzie żyją w opresyjnym, totalitarnym systemie, ale mimo tego dalej sobie pomagają, oszukują władzę, pędzą bimber i starają się dawać jakoś radę. To takie ludzkie i prawdziwe.

Język nie jest mocną stroną powieści - jest ona napisana prosto i bez polotu. Całość czyta się dobrze i lekko. Dużym plusem jest kreacja głównych postaci (Slotha i Pradziadka), jednak bohaterowie drugoplanowi trochę się ze sobą zlewają. Moja ogólna ocena opowieści o planecie Ksi to 5/5 i naprawdę jestem zaskoczona, że nie słyszałam wcześniej o tej książce. Myślę, że jest lepsza niż "Nowy wspaniały świat" i jeśli lubicie dystopie - czytajcie Zajdla.

wtorek, 6 grudnia 2016

Nowa książka: "Wojna starego człowieka" John Scalzi


Dziś 6 grudnia, więc zapewne nie tylko ja dostałam książkę. Moim prezentem jest "Wojna starego człowieka", powieść sf, o której słyszałam i czytałam wiele dobrego i miałam ją w planach czytelniczych. Mąż dobrze o tym wiedział, więc nie było to dla mnie jakieś olbrzymie zaskoczenie (alternatywą był właściwie tylko "Harry Potter i kamień filozoficzny" w twardej oprawie, gdyż mam zamiar zacząć zbierać cały cykl). W sumie ja też nie zaskoczyłam mojej drugiej połowy - dostał ode mnie ostatni tom "Wiedźmina" w białych okładkach. Darzy akurat to wydanie sentymentem i od dwóch lat obdarowywałam go kolejnymi tomami. 

Problemem w moim prezencie jest jedynie okładka - to, co na niej widzimy, jest jawnym plagiatem z gry "Halo" (wystarczy wyszukać w googlach "Master Chief Halo", podobieństwo jest uderzające). Najgorzej, że takie przedstawienie bohatera na okładce nie ma żadnego związku z fabułą powieści - tak wynika z internetowych recenzji. Wygląda na to, że wydawnictwo rzuciło jakiemuś grafikowi hasło: hej, zrób nam jakiegoś kosmicznego żołnierza, no i grafik zrobił, a że książki nie czytał, to wyszło, jak wyszło... Szkoda, bo ja lubię, kiedy okładka koresponduje z treścią. 

sobota, 3 grudnia 2016

43/2016 "Inne pieśni" Jacek Dukaj - recenzja


Hieronim Berbelek kiedyś był wielkim strategosem, póki nie dostał się w czasie wojny pod wpływ Formy nieprzyjaciela, ona omal nie pozbawiła go tożsamości i woli życia. Może odrodzi się teraz, w kontakcie ze swymi dorastającymi dziećmi, których nie widział od lat, gdy udadzą się w podróż do Afryki, krainy złotych miast i bestii amorficznych, do serca Czarnego Lądu, gdzie pod tajemniczą Formą rodzą się potworne cuda i przerażające piękno...
Opis fabuły: empik.com 
Nie zdziwcie się, jeśli opis fabuły jest niezrozumiały - tak właśnie zaczyna się ta książka, atakuje czytelnika mnóstwem dziwnych terminów (które najczęściej pochodzą z greki). Pierwsze kilkadziesiąt stron przypomina dżunglę, w której bardzo łatwo się pogubić, ale później uczymy się już znaczenia obcych słów i stają się one równie zrozumiałe jak te używane na co dzień. Takie nasycenie "Innych pieśni" obcojęzycznymi pojęciami oraz własnym słowotwórstwem autora buduje niesamowity klimat, który strasznie mi się spodobał. Jednak trzeba o tym wspomnieć: do pełniejszego zrozumienia powieści wskazana jest znajomość historii epoki starożytnej. Sądzę, że bez przynajmniej podstawowej wiedzy z tego zakresu czytelnik poczułby się bardzo zagubiony.

Przeciwwagą dla skomplikowanej formy powieści jest w sumie prosta fabuła. Gdyby obedrzeć książkę ze wszystkich ozdobników zostałaby nam solidna przygodówka z wątkami politycznymi i militarnymi. Daje nam to rusztowanie, które obroniłoby się jako samodzielna książka, ale po dodaniu tego specyficznego dla Dukaja sznytu powstało dzieło, którego nie sposób szybko zapomnieć. 

Autor potrafi tworzyć bohaterów. Jego postacie są intrygujące i wiarygodnie napisane. Czasem zdarza się, że pisarz nie daje sobie rady z kreacją postaci płci przeciwnej (za przykład podam chociażby Tolkiena czy Sienkiewicza), ale Dukaja to zupełnie nie dotyczy. Kobiety w "Innych pieśniach" są równie dobre jak mężczyźni i co najważniejsze - nie są tylko dodatkiem do głównego bohatera, lecz zajmują ważne i uzasadnione miejsca w fabule.

Książka ta to dobry kompromis pomiędzy czystą rozrywką a ambitną, filozoficzną literaturą. Wymaga od czytelnika zaangażowania, ale nie męczy i nie trzeba się nad nią bardzo zmóżdżać. Lubię takie rozwiązania i czytało mi się ją naprawdę dobrze. Na początku zachowanie głównego bohatera wydawało mi się dziwne w niektórych momentach, ale w miarę rozwoju fabuły wszystko ładnie się wyjaśniło i poukładało. "Inne pieśni" oceniam na 5/5. Jest to moje drugie (po "Lodzie") spotkanie z twórczością Jacka Dukaja - i na pewno nie ostatnie

czwartek, 24 listopada 2016

42/2016 "Tron Szarych Wilków" Cinda Williams Chima (Siedem Królestw tom III) - recenzja


Han Alister był przekonany, że utracił już wszystkich, których kochał. Gdy jednak odnajduje swoją przyjaciółkę Rebekę Morley bliską śmierci w Górach Duchów, wie, że zrobi wszystko, by ją uratować. Gotów jest podjąć każde wyzwanie, lecz nic nie jest w stanie przygotować go na to, co wkrótce odkryje: że piękna, tajemnicza dziewczyna, którą znał jako Rebekę, to w rzeczywistości Raisa ana’Marianna, następczyni tronu królestwa Fells. Han czuje się zraniony i zdradzony. Wie, że nie czeka go przyszłość z błękitnokrwistą Raisą, w dodatku obwinia rodzinę królewską o zamordowanie jego mamy i siostry. Jeżeli jednak Han ma się wywiązać z dawno zawartej umowy, musi zrobić, co w jego mocy, by Raisa została królową.
Tymczasem niektórzy nie cofną się przed niczym, by nie dopuścić do objęcia tronu przez Raisę. Po każdym kolejnym zamachu na jej życie dziewczyna zastanawia się, ilu jeszcze prób potrzebują jej wrogowie, by w końcu dopiąć swego. Serce podpowiada jej, że może obdarzyć zaufaniem eks-złodzieja, który okazał się czarownikiem. Księżniczka chce w to wierzyć – przecież już nie raz ją uratował. Jednak w sytuacji, gdy niebezpieczeństwo czyha na nią z każdej strony, może polegać jedynie za własnym rozsądku i żelaznej woli przeżycia – czy to wystarczy?
Opis fabuły z okładki książki. 
Za mną trzeci już tom młodzieżowego fantasy "Siedem Królestw", który okazał się być chyba najlepszym (jak dotąd). Jest to w dużej mierze zasługa akcji - tak, tutaj wreszcie coś się dzieje, są pościgi, zamachy, knowania i intrygi. Pojawia się też więcej polityki, a i dorośli bohaterowie mają większy wpływ na fabułę. 

Przyzwyczaiłam się już do Raisy i nawet nie przeszkadzało mi to, że niektóre jej poczynania były trochę głupie. To po prostu taka bohaterka, jeszcze nieco naiwna i ma dobre serce. Generalnie jednak zachowuje się bardziej dojrzale niż wcześniej i widać, że trudne wydarzenia trochę ją zmieniły. W sumie dobrze, że zdarzają jej się potknięcia, bo gdyby szło jej za dobrze, byłaby irytująco doskonała. Postać Hana Alistera ciekawi mnie bardziej, chłopak ewidentnie coś knuje i wydaje mi się, że to właśnie on będzie centralną postacią ostatniego tomu.

Nie będę się za bardzo rozpisywać, bo nie chodzi o to, żeby narobić spoilerów. "Tron Szarych Wilków" podobał mi się, ale nie aż tak bardzo, żeby podnieść mu ocenę. Wystawiam więc 3/5, głównie ze względu na końcówkę, w której na pierwszy plan wychodzą wątki romansowe - a to mnie niezmiennie drażni. Nie jest tak, że absolutnie nie cierpię romansu, bo dobrze napisany i komponujący się z resztą fabuły jest jak najbardziej ok. 

Nie udało mi się od razu wypożyczyć czwartego tomu, ale będę na niego polować w bibliotece, więc w końcu go przeczytam i umieszczę tutaj jego recenzję.

wtorek, 22 listopada 2016

41/2016 "Kłamstwa Locke'a Lamory" Scott Lynch (Niecni Dżentelmeni tom I) - recenzja


Powiadają, że Cierń Camorry to niezwyciężony fechmistrz, złodziej nad złodziejami, duch, który przenika ściany. Pół miasta wierzy, że jest legendarnym bohaterem i obrońcą biedaków; druga połowa uważa, że opowieści o nim to mit dla głupców. Jedni i drudzy się mylą. Drobny i słabo władający rapierem Locke Lamora rzeczywiście jest (ku swemu utrapieniu) Cierniem Camorry. Z pewnością nie cieszy się z plotek towarzyszących jego wyczynom – a specjalizuje się w najbardziej złożonych oszustwach. Istotnie, okrada bogatych (kogóż innego warto okradać?), ale biedni nie oglądają ani grosza z jego zdobyczy. Wszystko, co zdobędzie, przeznacza na użytek swój i swojego nielicznego gangu złodziei: Niecnych Dżentelmenów. Wielobarwny i kapryśny światek przestępczy wiekowej Camorry jest ich jedynym domem. 
Niestety, w ostatnich czasach nad miastem zawisło widmo tajemnicy, która grozi wybuchem wojny gangów i rozdarciem półświatka na strzępy. Locke’a i jego przyjaciół, wplątanych w śmiertelną rozgrywkę, czeka niezwykle trudna próba pomysłowości i lojalności. Jeśli chcą żyć, muszą z niej wyjść zwycięsko.
Opis fabuły ze strony lubimyczytac.pl 
"Kłamstwa Locke'a Lamory" to łotrzykowska powieść fantasy, która samym początkiem nieomal zanudziła mnie na śmierć. Z założenia ten gatunek powinien odznaczać się wartką akcją, ale tutaj w pierwszej połowie książki było jej tak niewiele, że poważnie zastanawiałam się nad przerwaniem lektury. Nie zrobiłam tego, bo kilka elementów już zdołało mnie zaciekawić, ale napiszę to od razu: szału nie było.

Generalnie książka jest napisana dobrze, przystępnym językiem, tam gdzie trzeba, autor używa wulgaryzmów. Czepię się trochę humoru: definitywnie przydałoby się go więcej, ale tam, gdzie już się pojawia, jest ok. Podobało mi się też tło wydarzeń, jakim jest miasto Camorra. Położone na wyspach może trochę przypominać Wenecję. Scott Lynch postarał się, żeby czytelnicy poczuli klimat każdej opisywanej dzielnicy. Najlepszym elementem tej książki, według mnie, jest tajemnicza przeszłość miasta i dziwny lud, który kiedyś zamieszkiwał te tereny, a potem odszedł pozostawiając po sobie budowle z niezwykle wytrzymałego szkła. Intryguje mnie też przewijająca się gdzieś w tle magia i alchemia.

Jeśli chodzi o główne elementy powieści - czyli bohaterów i fabułę - to tu już tak dobrze nie jest. Postaci są napisane mocno schematycznie, np. mały, chudy cwaniak mózg szajki; duży, potrafiący walczyć osiłek. Starałam się, ale nie potrafiłam ich polubić. Może dlatego, że wyznawali swoją pokręconą złodziejską filozofię typu jak kogoś okradliśmy to znaczy, że na to zasłużył. Przyznam, że marzyłam o tym, żeby w końcu zostali aresztowani. Ale nie, bo przecież Locke i jego banda są tak idealni, że praktycznie zawsze im się udawało. Znacznie większą sympatią darzyłam Nocnych (czyli coś w stylu służb specjalnych księstwa Camorry), Niestety autor nie zdecydował się na ich większy udział w fabule, zamiast tego skupił się na rywalizacji pomiędzy grupami przestępczymi.

Budowa powieści jest dość prosta: Locke z kumplami pakuje się w tarapaty, potem niemalże cudem udaje im się z nich wybrnąć, po czym pakują się w kolejne, jeszcze większe bagno. Całość jest przerywana retrospekcjami z dzieciństwa Locke'a, czyli czasów, w których uczył się złodziejskiego fachu. Nie brzmi to zbyt ambitnie i takie nie jest, ale w kategorii czystej rozrywki daje radę.

Trochę sobie ponarzekałam na tę książkę, ale ogólnie nie było aż tak źle. W końcówce wreszcie coś się dzieje, ale najfajniejszy i tak był klimat i postaci drugoplanowe. Wystawię ocenę 3/5, ale nie wiem, czy w najbliższym czasie wezmę się za czytanie kolejnych tomów. Raczej nie, chociaż w końcu pewnie skończę tę serię.

piątek, 11 listopada 2016

40/2016 "Buntowniczka" Mike Shepherd - recenzja


W kosmosie nie ma przypadków. Kris Longknife, córka premiera odległej planety, wychodzi z cienia swojej wpływowej rodziny i wstępuje w szeregi marines. Wojsko uczy Kris bezwzględnej walki z przeszkodami i z własnym strachem. 
Spokojne dotąd negocjacje z flotą Ziemi nie przynoszą oczekiwanych efektów. W Galaktyce wrze. Kosmiczna wojna staje się faktem.

Opis fabuły z okładki książki.
Byłam bardzo ciekawa tej książki, bo po przeczytaniu opisów fabuły i opinii w necie wydawało mi się, że będzie to coś dokładnie w moim stylu. Niestety pozytywne recenzje nie wystarczyły i "Buntowniczka" okazała się być rozczarowaniem.

Kosmos, wojsko i młoda, ambitna bohaterka - po takiej mieszance spodziewałam się przede wszystkim dynamicznej akcji. A tymczasem wydarzenia w tej książce toczą się leniwie. Zwłaszcza początek był taki jakiś nijaki, nie mogłam przebrnąć przez kilka pierwszych rozdziałów. Przez większą część książki jesteśmy świadkami przygód młodej pani oficer. Kris najpierw dowodzi misją ratunkową, potem zostaje wysłana z misją humanitarną na planetę dotkniętą wybuchem superwulkanu. Gdzieś w tle autor buduje podwaliny pod wielką intrygę. Problem w tym, że zabrakło w tym wszystkim subtelności i wszystko to, co powinno zostać jedynie zasugerowane, jest napisane jasno i wyraźnie dużymi literami. Nie lubię, kiedy książka traktuje mnie jak kretyna, a tu się trochę tak czułam.

Kolejna rzecz, która niezbyt mi się podobała, to wojskowo-patetyczna otoczka, którą przesiąknięta jest cała książka. Znacie to z niektórych amerykańskich filmów: brakowało tylko gwiaździstego sztandaru majestatycznie powiewającego w tle i eskadry przelatujących F-16. Te przemówienia, te wojskowe historie, no normalnie powinnam już biec zapisać się do armii. Było to dziwne, nachalne i zupełnie niepotrzebne.

Bohaterowie też nie są najmocniejszą częścią tej historii. Cała akcja kręci się wokół Kris. Jest ona napisana dobrze, ale bez żadnej rewelacji. Postaci drugoplanowe to przeważnie imiona, nazwiska i ewentualnie jedna czy dwie cechy. Prościej się już chyba nie dało. Nawet przyjaciel Kris, który towarzyszy jej przez praktycznie cały czas jest tak nijaki, że notorycznie zapominałam jego imienia (chyba Tom, ale nie chce mi się sprawdzać) i nazywałam go w myślach przydupasem. Generalnie autor mógłby pozbyć się Toma (?) lub zastąpić go innymi postaciami, a fabuła nic by na tym nie straciła.

W sumie nie jestem w stanie dokładnie stwierdzić o czym dokładnie była to książka. Przygodowe science-fiction? Chyba najbardziej tu pasuje, chociaż styl pana Shepherda nie porwał mnie i trochę się męczyłam przy lekturze. Saga rodziny Longknife? Owszem, poznajemy wielu członków rodziny Kris, a niektóre wydarzenia z ich przeszłości są autentycznie ciekawe, ale to wszystko jest zbyt powierzchownie zarysowane. Space opera? Niezbyt, za mało jest tu intryg politycznych z prawdziwego zdarzenia. Militarne science-fiction? Pomimo wojskowych klimatów, którymi "Buntowniczka" jest przesiąknięta, scena batalistyczna jest tu tylko jedna. Za to kosmiczna rozwałka wypadła naprawdę dobrze i wniosła do całości dużo dynamizmu. Myślę, że autor powinien pójść tą drogą i opisać chociażby wielką wojnę z kosmitami sprzed 70 lat, w której brał udział pradziadek Kris. Taką książkę czytałoby mi się o wiele lepiej (właśnie sprawdziłam na wiki i faktycznie książka o tej wojnie z kosmitami istnieje, ale nie została wydana w Polsce).

"Buntowniczkę" oceniam na 2/5, pomimo pewnych zalet i nienajgorszej fabuły czytało mi się ją zaskakująco ciężko. Drugi tom cyklu, "Dezerterka", leży na mojej półce i pewnie go przeczytam, ale nie mam do tego szczególnego zapału.

czwartek, 10 listopada 2016

39/2016 "Pierwsze prawo" Joe Abercrombie (trylogia) - recenzja

Logena Dziewięciopalcego, cieszącego się złą sławą barbarzyńcę, opuszcza w końcu szczęście. Czeka go los martwego barbarzyńcy, który pozostawi po sobie tylko pieśni i równie martwych przyjaciół. Jezal dan Luthar, uosobienie egoizmu, żywi jedno pragnienie: odnieść zwycięstwo w kręgu szermierczym. Lecz zbliża się wojna, a na polach bitewnych lodowatej Północy walczy się według brutalniejszych zasad niż w turnieju.
Inkwizytor Glokta, kaleka, który stał się oprawcą, nie ucieszyłby się z niczego bardziej niż z widoku Jezala powracającego do domu w trumnie. Z drugiej strony człowiek ten nienawidzi każdego. Konieczność tępienia zdrady w sercu Unii, przesłuchanie za przesłuchaniem, nie zyskuje mu przyjaciół, a kolejne zwłoki pozostawiają za sobą ślad, który może doprowadzić do samego skorumpowanego serca rządu - jeśli Glokta utrzyma się dostatecznie długo przy życiu, by owym tropem podążyć... 
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Joe Abercrombie to znany pisarz fantasy z ugruntowaną już dobrą opinią. Mimo tego jakoś do tej pory nie czytałam nic jego autorstwa. Trylogia "Pierwsze prawo" była pierwsza i teraz już wiem, że jestem fanką, a przeczytanie reszty książek Abercrombiego to tylko kwestia czasu.

Nie będę streszczać fabuły, bo narobiłabym tylko spoilerów, a nie o to przecież chodzi. Napiszę tylko, że jak to często bywa w fantasy przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę. Oprócz epickiej wędrówki na koniec świata mamy tu też dużo polityki, scen batalistycznych (świetnie napisanych, naprawdę wielki plus za to) w większej i mniejszej skali, a nawet trochę romansu. No i mnóstwo ironicznego poczucia humoru, które uwielbiam.

Strasznie podoba mi się w tym cyklu rozwój wydarzeń. Niby zgadzają się wszystkie schematy znane z fantasy, wydaje się, że już wiem, jak to się skończy, już się domyślam... a tu niespodzianka, autor nagle zaskakuje czymś zdecydowanie łamiącym moje wyobrażenia. I zachowuje przy tym logikę i spójność świata przedstawionego. Lubię takie rozwiązania, bo sprawiają one, że czytanie jest jeszcze bardziej ekscytujące.

Kolejną olbrzymią zaletą "Pierwszego prawa" są postacie. Cała galeria świetnie napisanych, skomplikowanych i niejednoznacznych typów. Większość z nich nie jest zbyt sympatyczna i nie za bardzo da się lubić, ale naprawdę podziwiam ich kreację, Bohaterowie pierwszoplanowi i drugoplanowi mają swoje motywacje i nawet jeśli im nie kibicujemy, to jesteśmy w stanie ich zrozumieć. Pod tym względem mogę porównać dzieło Abercrombiego do "Gry o tron". Chętnie też obejrzałabym ekranizację tej trylogii w formie dobrego serialu...

Ale oprócz tych wszystkich pozytywów znalazłam też rzeczy, do których można się doczepić. Przede wszystkim pierwszy tom: trochę za długi i rozwleczony. Poszczególni bohaterowie opisywani są osobno, dopiero zaczynają się ze sobą "schodzić", a ich historie zazębiać. Przez to trochę ciężko wgryźć się w akcję i mogłoby to odbyć się szybciej. Poza tym klimat jest bardzo ciężki, można nawet powiedzieć, że depresyjny. Może autor chciał napisać prawdziwe dark fantasy, gdzie wszyscy są źli i podli? W kolejnych tomach jest pod tym względem o wiele lepiej, mamy więcej humoru, a część bohaterów zaczyna zachowywać się bardziej szlachetnie i prawo. Mam też zastrzeżenia do postaci kobiecych, bo starałam się bardzo, ale nie potrafię się utożsamić z żadną z nich. Ardee miała być taką kobietą nowoczesną, wyzwoloną, ale ja widziałam w niej raczej żałosną alkoholiczkę. Ferro, twarda wojowniczka i asasynka, jest znowu za bardzo dziwna i pełna nienawiści. Rozumiem dlaczego autor napisał je tak, a nie inaczej, ale nie zmienia to faktu, że ich po prostu nie lubię. Reszta żeńskich postaci przewija się gdzieś na trzecim planie i nie poznajemy ich aż tak dobrze.

Generalnie jestem jednak pod dużym wrażeniem, i jak już napisałam na początku, mam zamiar czytać kolejne książki tego autora. "Pierwsze prawo" oceniam na 4/5, ale jest to takie naprawdę mocne 4. To dobrze napisane, mocne fantasy, i bardzo szkoda, że pierwszy tom trochę odstaje od kolejnych, które są naprawdę bardzo, bardzo dobre.

poniedziałek, 24 października 2016

38/2016 "Wygnana królowa" Cinda Williams Chima (Siedem Królestw tom II) - recenzja


Han Alister wędruje na południe, by rozpocząć naukę w Mystwerku w Oden's Ford. Wyjazd z Fells nie oznacza jednak, że nie grozi mu już niebezpieczeństwo. Każdy jego krok śledzą Bayarowie, potężna rodzina czarowników, pragnąca odzyskać stary amulet. Także w Mystwerku czają się zagrożenia. Han poznaje tam Kruka, tajemniczego czarownika, który zgadza się uczyć go tajników czarnej magii. Czy Han tego nie pożałuje?
Tymczasem księżniczka Raisa ana'Marianna ucieka przed małżeństwem z przymusu w towarzystwie swojego przyjaciela Amona i jego drużyny kadetów. Najbezpieczniejszym dla niej miejscem jest Wien House, akademia wojskowa w Oden's Ford. Jeżeli księżniczce uda się uchodzić tam za zwykłą kadetkę, uczelnia zapewni jej zarówno schronienie, jak i wykształcenie potrzebne do tego, by podołać roli kolejnej królowej z dynastii Szarych Wilków. Wszystko się zmienia, gdy ścieżki Hana i Raisy krzyżują się w tej epickiej baśni o niepewnych przyjaźniach, bezwzględnej polityce i nieodpartej sile uczuć.
Opis fabuły z okładki książki.
Znalazłam w bibliotece drugi tom tego młodzieżowego fantasy (recenzja pierwszego tomu tutaj) i muszę przyznać, że chętnie zabrałam się za lekturę. Nie jest to jakaś literatura najwyższych lotów, ale można się nią cieszyć kiedy przymknie się oko na pewne niedociągnięcia.

W drugim tomie wszyscy nasi nastoletni bohaterowie lądują w szkole. Księżniczka udaje zwykłą kadetkę i uczęszcza na zajęcia  z historii wojskowości, stosunków międzynarodowych i innych tego typu nauk, które na pewno przydadzą jej się w przyszłych rządach. Uczelnia znajduje się na terenie innego państwa i jest to pewna ochrona przed jej nieco szaloną matką. Były bandzior Alister okazuje się być czarodziejem, więc podjęcie przez niego nauki czarów również jest logicznym posunięciem. Podoba mi się, że autorka dość długo trzymała tę dwójkę osobno, a i inne postaci również (do czasu) nie wpadały na siebie. Pomogła w tym sama kreacja uniwersytetu, który znajdował się nad rzeką. Na jednym jej brzegu usytuowano wydział magiczny i artystyczny, na drugim wojskowy, ekonomiczny i techniczny; a i studenci z obu brzegów tradycyjnie nie darzyli się wielką sympatią. Autorka ma talent do opisów miejsc i dzięki temu mogłam dokładnie wyobrazić sobie wszystkie przedstawione w książce lokacje. Gorzej jest już z wydarzeniami. Chociażby lekcje czarów, taki wdzięczny temat, a niestety opisane bez polotu. Słabo wypadają też postaci trzecioplanowe i epizodyczne, nikt za bardzo nie zapada w pamięć. Czytając porównywałam sobie te aspekty z "Harrym Potterem" i niestety to porównanie nie wypadło zbyt dobrze. 

Nie znajdziemy tu szybkiej i spektakularnej akcji, ten tom jest chwilą oddechu i przygotowaniem przed nadchodzącymi wydarzeniami. Raisa musiała się gdzieś ukryć i przeczekać, a Alister poznać podstawy magii. W kolejnych tomach na pewno będzie walczył z prawdziwymi czarodziejami i głupio byłoby, gdyby dawał sobie radę tak bez żadnego przygotowania. Plus dla autorki, że pomyślała o takich rzeczach. Wciąż nie podoba mi się przedstawianie historii wyłącznie z punktu widzenia nastolatków. Znów odwołam się do "Pottera": tam autorka dała radę opisać wszystko z perspektywy rożnych pokoleń, dzięki czemu obraz sytuacji był pełniejszy. Strasznie brakuje mi tego w "Siedmiu Królestwach". Już zresztą okazuje się, że niektóre wydarzenia z pierwszego tomu zostały przez naszą uroczą nastoletnią księżniczkę źle zrozumiane i teraz razem z nią dowiadujemy się prawdziwej prawdy. A mogliśmy wiedzieć od początku, gdyby tylko autorka rozszerzyła nieco swoją narrację...

"Wygnana królowa" jest pełna wątków romansowych. Praktycznie wszystkie postaci zakochują się, są w związkach czy randkują, Nie jestem fanką romansów, więc te fragmenty trochę mnie nudziły. Ale nie było tak najgorzej i dało się to przeczytać. Zakończenie tego tomu jest mocne i wydaje mi się, że kolejny będzie lepszy. Tymczasem oceniam tę książkę na 3/5. Było nieźle, może trochę słabiej niż w tomie otwierającym serię, ale ta historia wciąż mi się podoba i będę rozglądać się w bibliotece za kolejną częścią. 

czwartek, 13 października 2016

37/2016 "Moja piątka z Cambridge" Yuri Modin - recenzja


1947 rok. Modin, zaledwie dwudziestopięcioletni agent, jest już uznawany za asa radzieckiego wywiadu. Wraz z rodziną zostaje oddelegowany do Wielkiej Brytanii, gdzie ma pracować jako oficer prowadzący tak zwanej piątki z Cambridge - Burgessa, Philby'ego, Macleana, Blunta i Cairncrossa - najniebezpieczniejszej siatki szpiegowskiej w historii Zjednoczonego Królestwa. Modin opisuje sposoby werbowania szpiegów do KGB, skomplikowane zadania, jakim musieli podołać agenci, ich motywacje, poglądy oraz życie prywatne - niełatwe ze względu na wykonywaną pracę. Po zdemaskowaniu grupy pomaga w ucieczce trzech z nich do ZSRR.
Opis fabuły z okładki książki.
Dobrze czyta mi się książki, w których autor opowiada o swoim udziale w wydarzeniach historycznych. Tutaj autorem jest Yuri Modin, szpieg KGB. W swojej książce przedstawia nam swoich podopiecznych: pięciu Brytyjczyków, którzy z powodu ideologii postanowili współpracować z ZSRR dostarczając im ważne strategicznie materiały. Nie było to dla nich specjalnie trudne, gdyż zajmowali wysokie stanowiska w brytyjskiej administracji państwowej, dyplomacji czy wręcz w służbach wywiadowczych. Kim Philby został nawet szefem jednej z sekcji brytyjskiego kontrwywiadu! To wręcz niesamowita sytuacja, wyobraźcie sobie tylko jak wartościowe dla Rosjan były informacje, które mógł dostarczyć im ktoś zajmujący taką pozycję.

Książka zaczyna się wspomnieniami Modina dotyczącymi jego młodości, edukacji, wybuchu II wojny światowej i początków pracy w radzieckim wywiadzie. Potem następuje charakterystyka wszystkich pięciu szpiegów i opis ich działalności. Na końcu autor omawia problemy związane z rozszyfrowaniem przez Amerykanów starych telegramów wysyłanych przez radziecki wywiad, co doprowadziło do dekonspiracji czwórki agentów i zakończyło się ucieczką trzech z nich do ZSRR. Najlepiej czytało mi się pierwszą część książki, w której Modin poruszył wątki autobiograficzne. Potem, kiedy przechodzi do swoich podopiecznych, ton jego narracji staje się suchy i encyklopedyczny, na czym powieść dużo traci. Wstawki o życiu w Londynie czy o stosunkach z żoną od razu ją ożywiają. Żałuję też, że nie opowiedział o swojej pracy w słynnej "szkole szpiegów", w której nauczał po zakończeniu czynnej kariery zawodowej.

"Moja piątka z Cambridge" jest ciekawą lekturą dla ludzi interesujących się historią, Do jej pełnego zrozumienia potrzebna jest przynajmniej podstawowa wiedza z zakresu historii XX wieku. Należy pamiętać, że autorem jest agent KGB i nie przedstawi on obiektywnej prawdy o wydarzeniach tamtego okresu. Czy Brytyjczycy zdradzili swój kraj tylko dlatego, że wierzyli w komunizm? Może na początku, w latach 30. i 40. owszem, widzieli w ZSRR jedyną przeciwwagę dla faszyzmu i nazizmu. Potem Związek Radziecki był sojusznikiem Wielkiej Brytanii, a przekazywane przez nich informacje dotyczyły głównie wojsk niemieckich, można więc to zrozumieć. Ale później, kiedy zaczęła się zimna wojna i rywalizacja amerykańsko-rosyjska, nie wierzę, że ich komunistyczne idee i proradzieckie poglądy pozostały niezmienne. Myślę, że raczej bali się kompromitacji i aresztowania po ujawnieniu ich współpracy z KGB. Może nawet radzieckie służby posunęły się do jakiegoś szantażu? Ciężko stwierdzić, nie zagłębiałam się bliżej w tę tematykę, ale na pewno nie było tak cukierkowo jak opisywał to Modin.

W książce nie znajdziemy też krytyki totalitarnego systemu komunistycznego czy chociażby osoby Stalina, który przecież był ludobójcą. Chociaż w tej sprawie trudno się dziwić Modinowi, w końcu ten system dał mu wykształcenie, dobrze płatną pracę, którą bardzo lubił, umożliwił mu zagraniczne wyjazdy. Yuri trochę narzeka na polityków radzieckich z lat 60. i późniejszych, ale to tylko takie marudzenie. Krytykował też niektórych swoich szefów, ale stwierdził też, że agenci KGB byli intelektualną elitą Związku Radzieckiego i to oni powinni sprawować władzę. A teraz taka ciekawostka: od pracy w KGB w późnych latach 80. zaczynał swoją karierę nie kto inny jak obecny rosyjski prezydent Władimir Putin.

Generalnie "Moja piątka z Cambridge" trochę mnie zawiodła i ocenię ją na 3/5. Chętniej przeczytałabym autobiografię Modina, w której opowiedziałby więcej o swoim życiu, a mniej miejsca poświęcił swoim brytyjskim podopiecznym. Yuri wydaje się być całkiem miłym człowiekiem, ale przecież to agent, pewnie tego go uczyli na kursach. W jego opowieści walka brytyjskiego i radzieckiego wywiadu jest rodzajem gry, pojedynkiem wybitnych umysłów, taką sztuką dla sztuki. Nie można jednak zapominać jaki był cel tego całego szpiegowania: zdobycie przewagi w ewentualnej wojnie, do której obie strony prowadziły intensywne przygotowania. Wojnie, w której tereny Polski i Niemiec miały zostać prewencyjnie zarzucone dużą ilością bomb atomowych, aby uniemożliwić szybkie przejście wojsk lądowych i czołgów. Tak więc nie Yuri, nie byłeś miłym człowiekiem.

czwartek, 6 października 2016

36/2016 "Wołanie kukułki" Robert Galbraith - recenzja


Ciało supermodelki Luli Landry zostaje znalezione pod oknem balkonu jej londyńskiej rezydencji. Policja stwierdza samobójstwo, ale brat celebrytki w to nie wierzy, dlatego zatrudnia prywatnego detektywa, Cormorana Strike’a. 
Strike jest weteranem wojennym, podczas służby w Afganistanie ucierpiał i fizycznie i psychicznie. Ma kłopoty finansowe i właśnie rozstał się z kobietą swojego życia. Sprawa Luli jest dla niego szansą na odbicie się od dna, ale im bardziej detektyw wikła się w skomplikowany świat wyższych sfer, tym większe grozi mu niebezpieczeństwo.
Wciągająca, elegancka intryga zanurzona w atmosferze Londynu - od spokojnych uliczek Mayfair, przez ciasne bary East Endu, aż po zgiełk Soho - sprawia, że "Wołanie kukułki" jest nadzwyczajną książką.
To pierwsza powieść z Cormoranem Strikem napisana przez J. K. Rowling pod pseudonimem "Robert Galbraith".
Opis fabuły: lubimyczytac.pl
Od dawna wiedziałam, że autorką tej i kolejnych książek z cyklu jest pani Rowling. Nie czytałam jej "Trafnego wyboru", ale kryminały wydane pod pseudonimem miałam już wciągnięte na listę. Pierwszą część znalazłam w bibliotece i okazała się być całkiem ciekawą i wciągającą historią z trupem w tle.

Największą siłą tej książki są dobrze wykreowane postaci, Każdy z bohaterów, nawet drugoplanowych, jest "jakiś". Prywatny detektyw Cormoran Strike to były wojskowy z ciekawą przeszłością i sytuacją rodzinną. Nie jest jakiś mega przystojny, ale za to potężną posturą i twarzą boksera wzbudza respekt. Jego sekretarka Robin to miła dziewczyna, która przypadkiem zaczęła pracę w agencji detektywistycznej. Jest ciekawska, spostrzegawcza i dobrze zorganizowana i coraz mniej podoba jej się perspektywa zmiany tej tymczasowej pracy na  karierę w korporacji. Postać Robin jest trochę mniej rozwinięta, ale mam nadzieję, że w kolejnych tomach poznam ją bardziej.

Dobrym posunięciem było umieszczenie akcji w środowisku londyńskich celebrytów. Supermodelki, projektanci, muzycy, miło czytało mi się o tym świecie, który jest jakże odmienny od mojej przeciętnej codzienności. Podobało mi się jak została opisana sesja zdjęciowa: to wielogodzinna praca sztabu osób, a nie pięć minut pykania fotek, jak jeszcze myślą niektórzy.

Sam wątek kryminalny jest dobry. Może niezbyt odkrywczy, bardziej klasyczny, ale całkiem solidnie rozpisany. Kandydatów na morderców znalazłoby się kilku i ciężko jest stwierdzić, kto naprawdę zabił, a kto kłamie tylko dlatego, żeby zatuszować swoje inne ciemne sprawki. Bardziej lubię inny typ kryminału, w którym od razu znamy mordercę i obserwujemy wysiłki organów ścigania zmierzające do jego aresztowania. Ale i to klasyczne ujęcie było bardzo w porządku.

Jedynym poważniejszym minusem tej powieści jest scena rozmowy z mordercą, w której zostają dokładnie omówione jego motywy i cały przebieg zbrodni. Jest to zabieg bardzo łopatologiczny i kojarzy mi się ze starszymi filmami, w których "ten zły" zawsze pod koniec wygłasza swoją mowę. Pani Rowling, nie wierzę, że nie dało się tego napisać subtelniej. W niektórych recenzjach pojawiły się zarzuty, że akcja rozwija się zbyt wolno i przez to w niektórych momentach wieje nudą, ale ja czegoś takiego zupełnie nie zauważyłam.

"Wołanie kukułki" czytało mi się lekko i przyjemnie. Gdyby nie to, że ostatnio czasu na lekturę miałam jakby mniej, to myślę, że śmiało mogłabym się uwinąć z tą książką w jeden dłuższy popołudniowieczór. Wystawię jej ocenę 4/5, bo to solidna rozrywka, aczkolwiek bez żadnych fajerwerków.


Anakin jako miękka, podgrzewana podkładka pod książkę. Nie powiem, czytało mi się z nim bardzo wygodnie.


wtorek, 4 października 2016

Nowe książki" "Buntowniczka" i "Dezerterka" Mike Shepherd


Ostatnio jakoś często się zdarza, że kupuję książki w Media Markt. No ale jak można przejść obojętnie obok koszy pełnych przecenionej literatury? Dziś udało mi się upolować dwa tomy młodzieżowego science-fiction. Z tego gatunku czytałam jedynie "Piątą falę" (recenzja), którą uważam za średnią w porywach do słabej, ale po szybkim przeglądzie opinii na lubimyczytac.pl stwierdziłam, że to może być coś lepszego. Zresztą ostatnio miło zaskoczyło mnie młodzieżowe fantasy "Król Demon" (recenzja), więc nastawiam się do tych książek pozytywnie i sądzę, że niedługo się za nie zabiorę.

niedziela, 25 września 2016

Nowa książka: "Moja piątka z Cambridge" Yuri Modin

Zawsze mogę liczyć na pomoc moich kocich modelek w prezentacji najnowszych zdobyczy książkowych:



Szybka wizyta w Stokrotce zakończyła się przekopywaniem kosza z tanimi książkami w poszukiwaniu jakiejś okazji. Udało mi się wygrzebać "Moją piątkę z Cambridge", która jest autentyczną historią szpiegowską z czasów zimnej wojny. Radzieccy szpiedzy w Wielkiej Brytanii - tak, to musi mi się spodobać. Na tylnej okładce znalazłam informację, że tymi wydarzeniami inspirował się  John le Carré w książce "Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg", która całkiem mi się podobała (link do recenzji).

sobota, 17 września 2016

35/2016 "Ostre przedmioty" Gillian Flynn - recenzja


Camille Preaker, reporterka "Daily Post", po krótkim pobycie w klinice psychiatrycznej wraca do pracy i otrzymuje zlecenie na napisanie artykułu o tajemniczych zabójstwach dwóch dziewczynek w jej rodzinnym miasteczku.
Z niechęcią wraca do wspaniałej wiktoriańskiej rezydencji, w której się wychowała, gdzie zaczyna ją prześladować wspomnienie tragedii z dzieciństwa. Stara się odkryć prawdę o brutalnych zbrodniach. Wszystkie tropy prowadzą jednak w ślepą uliczkę i zmuszają Camille do rozwikłania zagadki własnej przeszłości, której musi stawić czoło.
Opis fabuły z okładki książki.
"Ostre przedmioty" przeczytałam już trzy razy. Pierwszy raz jakieś sześć czy siedem lat temu, kiedy autorka była jeszcze zupełnie nieznana. Znalazłam tę książkę w bibliotece i spodobała mi się jej okładka - czarna, matowa, ze srebrnymi tłoczonymi literami i złowrogą żyletką. Na swojej półce mam inne wydanie, to z mrocznym placem zabaw, ale mam sentyment do tej pierwszej okładki. Chociaż po lekturze "Ostrych przedmiotów" patrzę na żyletki z lekkim niepokojem...

Gdybym miała użyć tylko jednego słowa, to powiedziałabym, że ta książka jest zryta. Praktycznie każda z postaci ma tu jakieś problemy psychiczne. Wind Gap, rodzinne miasteczko głównej bohaterki, to wylęgarnia wszelkiej maści patologii dziedziczonej z pokolenia na pokolenie. Autorce świetnie udał się opis tego miejsca: Wind Gap wprost emanuje ciężkim, lepkim klimatem. Dobry jest też pomysł na paczkę trzynastolatek, które wręcz trzęsą całym miastem. Ich przywódczyni, Amma, to przyrodnia siostra Camille. Ważną postacią jest również ich matka, Adora. Relacje między tymi kobietami to bardzo ważny element fabuły i nie będę tu zdradzać zbyt wiele, żeby nie narobić spoilerów. Oprócz spraw rodzinnych mamy tu także śledztwo w sprawie dwóch zamordowanych dziewczynek. Prowadzi je detektyw z dużego miasta, chyba najbardziej normalna postać w całej książce. Wątek kryminalny mógłby być opisany trochę obszerniej, ale i tak jest na dobrym poziomie.

"Ostre przedmioty" są dziwne i wywołują u mnie niezdrową fascynację i niepokój. Seks, alkohol, narkotyki, manipulacja, przemoc psychiczna - generalnie nie przepadam za takimi tematami, ale to jest wyjątek. Mimo wszystko bardzo lubię tę książkę, jak również inne dzieła Gillian Flynn. 5/5 - ocena może być tylko taka. Jedyną wadą jest tylko zbytnie nagromadzenie nieszczęść, co czyni całość dość nieprawdopodobną, ale potrafię przymknąć na to oko.

środa, 14 września 2016

34/2016 "Pan Lodowego Ogrodu" (tom IV) Jarosław Grzędowicz - recenzja

Na tę chwilę fani czekali długie 3 lata. Trzy lata pytań powtarzanych do znudzenia: kiedy, kiedy, kiedy, kiedy... Niewiele jest na świecie powieści, które w podobny sposób nie poddają się zapomnieniu. To irytujące, kiedy coś odrywa Cię od lektury dobrej książki, prawda? 
Opis książki: lubimycztac.pl
Wreszcie udało mi się przeczytać ostatni tom "Pana Lodowego Ogrodu". Nie czekałam na niego aż trzy lata jak ci, którzy czytali ten cykl na bieżąco, ale trzy miesiące to też coś. Była to najgrubsza część, ale pochłonęłam ją w kilka dni. Dwie poprzednie trochę mnie zawiodły, ale tym razem całkiem dobrze bawiłam się w trakcie lektury.

W tym tomie Filar nie popisywał się swoimi umiejętnościami super seks-ogiera i myślę, że właśnie dlatego książka nie zdenerwowała mnie ani razu. Nastolatek potrafiący idealnie zadowolić każdą kobietę był strasznie nierealistyczny. Nie wiem, dlaczego autor zdecydował się na taką kreację postaci. Może to taka projekcja męskich pragnień?... 

No cóż, w każdym razie większość książki mogę pochwalić. Operacje militarne, przygotowanie miasta do oblężenia, mniejsze i większe potyczki - wszystko to zostało dobrze opisane. Niektórzy może nie lubią takiego drobiazgowego omawiania każdej machiny wojennej i rynsztunku żołnierzy, ale według mnie taka szczegółowość dodaje realizmu. Finałowe starcie poznajemy z perspektywy Filara, który nie zawsze wszystko rozumie, nie wszystko pamięta i czasem jest ledwo żywy ze zmęczenia. Taki sposób prowadzenia narracji pozostawił wiele miejsca dla wyobraźni, ale po kilkusetstronicowym wprowadzeniu do wielkiej bitwy łatwo było mi się wczuć w ten klimat. 

Fabularnie autor poradził sobie dobrze. Zabrakło może jakiegoś wielkiego zaskoczenia, wielkiego WOW, ale jest całkiem poprawnie i takie zakończenie całkiem mnie satysfakcjonuje. Generalnie mogę nazwać tę książkę poprawną, ale bez żadnych fajerwerków. Nawet Vuko trochę zamilkł i nie rzucał swoich świetnych ironicznych tekstów.

Najsłabszym elementem tego tomu byli przeciwnicy Vuka. Zabrakło mi informacji na temat ich motywacji, czegoś więcej o ich poglądach i wizji świata. Przez to byli strasznie płascy i tak naprawdę nie czułam żadnego zagrożenia z ich strony.

Słyszałam i czytałam w innych recenzjach, że ta część jest najsłabsza, ale ja tak nie sądzę. To solidnie opisane zakończenie ciekawej, aczkolwiek nie pozbawionej wad opowieści. Czwarty tom dostaje ode mnie 4/5, a cały "Pan Lodowego Ogrodu" nie zostanie moją ulubioną lekturą, ale ogólnie podobał mi się i mogę go polecić fanom fantastyki.

sobota, 10 września 2016

Nowa książka: kolejny tom "Księgi Całości", Feliks W. Kres


Kiedyś już kupiłam dwie części tej serii, teraz udało mi się dokupić kolejną, ale na razie jakoś nie mam ochoty zabrać się za jej przeczytanie. W końcu kiedyś je przeczytam, może do tego momentu będę mieć już więcej własnych części na swojej półce. Książkę wygrzebałam z kosza z przecenami w Media Markt. Był duży wybór, ale większość pozycji nie było raczej w moim guście. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie zakupić książek "Dziewczyna w stalowym gorsecie" i "Dziewczyna w mechanicznym kołnierzu" - ładne okładki, wydawnictwo Fabryka Słów, no i były dostępne od razu dwie części. Ale przeczytałam opis i stwierdziłam, że to raczej nie dla mnie. Teraz sprawdziłam też opinie na lubimyczytac.pl i cieszę się, że zostawiłam je w sklepie.

piątek, 2 września 2016

33/2016 "Yggdrasill" Wawrzyniec Podrzucki (trylogia) - recenzja


Przygodowa powieść SF. Thomas Farquahart, młody strażnik prawa w spokojnej osadzie New Cheshire, za namową przyjaciela wyrusza w podróż po Drzewie. Jest to gigantyczna, żywa nanostruktura, która już od wieków jest domem ludzi. Współistniejąc z tym niezwykłym organizmem ludzkość zmieniła się i podzieliła na tysiące odrębnych kultur. Prymitywne łowieckie plemię Ux, Anhelosi wędrujący w antygrawitacyjnych galeonach czy zaawansowana technologicznie społeczność Apeksu — wszyscy oni są dziećmi świata, w którym dwa odmienne systemy biologiczne walczą ze sobą, przenikają się i ostatecznie łączą w symbiotyczną całość. Tylko nieliczni mieszkańcy Drzewa dostrzegają, że wkracza ono w fazę decydujących przemian i że mimowolnie znaleźli się w centrum wydarzeń, które na zawsze mogą odmienić los ludzkości. Niezmierzone labirynty megastruktury, przebiegłe mannekeny — ożywione, obdarzone świadomością twory Drzewa — a także fanatyczni wyznawcy Kościoła Ostatecznego Rozgrzeszenia oraz bezwzględni łowcy nagród to dopiero początek wyzwań, z jakimi przyjdzie się zmierzyć bohaterom tej książki.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Tę trylogię czytałam sobie już od dłuższego czasu w pracy, na czytniku. Taki teraz mam system: w domu książki papierowe, poza domem elektroniczne. Sprawdza się on bardzo dobrze i jak na razie przy nim zostanę. Czytając pierwszy tom, "Uśpione archiwum", myślałam, że skończę całość dosłownie w kilka dni, bo wciągnęłam się niesamowicie i praktycznie wszystko na początku książki mi się podobało. Tak się jednak nie stało, a powodów było kilka.

Powieść zaczyna się w prowincjonalnym miasteczku gdzieś w Drzewie. Dwóch mężczyzn i ich dziwaczny towarzysz wyruszają w podróż. Klasyczny motyw, ale sprawdził się tu bardzo dobrze. Autor oszczędnie dawkuje nam informacje o świecie. Początkowo nie znamy nawet dokładnego miejsca akcji: jeden z bohaterów myśli, że Ziemia została dawno zniszczona i teraz znajdują się gdzieś w kosmosie. Strasznie lubię ten zabieg. Kiedy muszę powoli poznawać realia świata przedstawionego to bardziej wciągam się w lekturę i chcę wiedzieć jeszcze więcej. Podobało mi się to odkrywanie. Świat jest rozległy, zróżnicowany i bardzo dobrze opisany. Nie miałam problemów z wyobrażaniem sobie kolejnych lokacji. Dużym plusem jest też ewolucja powieści. Zaczyna się bardzo przygodowo, można nawet powiedzieć, że awanturniczo, żeby skończyć filozoficznymi rozważaniami na temat istoty człowieczeństwa. Przejście jest stopniowe, trudne tematy są poruszane gdzieś po drodze i coraz mocniej akcentowane. 

Ale oryginalny pomysł, świetne opisy i odwaga w poruszaniu ciężkich tematów nie wystarczą by uznać tę trylogię za bardzo dobrą. Znalazły się tu także spore braki, przede wszystkim w kreacji postaci. Na początku startujemy z dwójką bohaterów, potem do ich podróży dołączają kolejni. I tak razem wędrują, rozdzielają się, spotykają, znów rozchodzą, a wszyscy mają bardzo podobne charaktery. Przez to zlewają się trochę w jedną masę i łatwo jest stracić orientację. Czekałam na pojawienie się postaci kobiecej, bo na początku byli sami mężczyźni. Autor dał mi Beatrice - odważną łowczynię nagród pochodzącą z wyższych warstw społecznych. Cieszyłam się, ale nie trwało to długo. Wszystko zniszczył romans, w który została uwikłana. To był chyba najbardziej nieudolny romans ever, a naprawdę niewiele brakowało, by nabrał większego sensu. Ale autor robił tak często: rozpoczynał szybko jakiś wątek, wprowadzał kolejną postać, a potem, kiedy nie była mu już potrzebna, zdawał się o niej zapominać. Szkoda, bo książka na tym wiele straciła.

Wawrzyniec Podrzucki jest biologiem z wykształcenia, nie zdziwił mnie zatem naukowy język jego dzieła. Jeśli jednak ktoś nie lubi technobełkotu to "Yggdrasill" raczej mu się nie spodoba. Mi to nie przeszkadzało, bo jeśli pisze się o lekarzach czy naukowcach, to siłą rzeczy powinni posługiwać się oni naukowymi terminami i branżowym żargonem.

O zakończeniu napiszę tylko tyle, że mi się podobało. Więcej informacji na jego temat byłoby spoilerem, którego chcę uniknąć.

Przy lekturze bawiłam się świetnie - ale tylko gdzieś tak do trzech czwartych pierwszego tomu. Potem było już tylko dobrze i poprawnie. Ale za te pourywane wątki i jednakowe postaci daję trylogii 3/5. Jest niezła i nie wątpię, że innym fanom literatury sf może spodobać się bardziej, więc nie będę jej nikomu odradzać. 

środa, 31 sierpnia 2016

32/2016 "Król Demon" Cinda Williams Chima (Siedem Królestw tom I) - recenzja


W Fellsmarchu nastały ciężkie czasy. Han Alister, do niedawna złodziej, zrobi niemal wszystko, by utrzymać siebie, matkę i siostrę Mari. Jak na ironię, jedyna wartościowa rzecz, jaką posiada, nie nadaje się do sprzedaży. Odkąd Han pamięta, zawsze miał na rękach grube srebrne bransolety z wygrawerowanymi runami. Wszystko wskazuje na to, że są magiczne - rosną wraz z nim i nie da się ich zdjąć. Życie Hana komplikuje się jeszcze bardziej po tym, jak chłopak zabiera potężny amulet Micahowi Bayarowi. synowi Wielkiego Maga. Amulet ten niegdyś należał do Króla Demona - czarownika, który przed tysiącem lat omal nie zniszczył świata. Bayarowie nie powstrzymają się przed niczym, by odzyskać tak potężny przedmiot.
 Tymczasem Raisa ana'Marianna, następczyni tronu Fells, toczy własną walkę. Właśnie wróciła na królewski dwór po trzech latach swobody u rodziny ojca, w kolonii Demonai, gdzie jeździła konno, polowała i uczestniczyła w słynnych targach klanowych. Po swoim święcie imienia szesnastoletnia Raisa będzie mogła wyjść za mąż, lecz nie jest zachwycona perspektywą poślubienia księcia z dużym zamkiem i małym móżdżkiem. Raisa pragnie być jak Hanalea - legendarna waleczna królowa, która pokonała Króla Demona i uratowała świat. Wygląda jednak na to, że jej matka ma inne plany - niebagatelną rolę odgrywa w nich zalotnik, łamiący wszelkie prawa, na których opiera się królestwo. Siedem Królestw zadrży w posadach, gdy losy Hana i Raisy zetkną się na kartach tej trzymającej w napięciu powieści.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl
Książka ta znalazła się w moich rękach przypadkiem. Zobaczyłam ją w bibliotece i postanowiłam przeczytać głównie ze względu na ładną okładkę i dobre wydanie. O autorce nie słyszałam kompletnie nic. Okazało się, że trafiłam na całkiem porządne fantasy dla młodzieży.

Nie będę się rozpisywać o fabule, powyższa notka z lubimyczytac.pl dobrze wyjaśnia jej zarysy. Książka ta jest pierwszym tomem cyklu "Siedem Królestw". Sam tytuł serii jest żywcem zerżnięty ze słynnej sagi Georga R. R, Martina. To nie koniec podobieństw, bohaterowie obchodzą tu dzień imienia zamiast urodzin. Można znaleźć też nawiązania do cyklu "Koło Czasu": magiczna katastrofa, która omal nie zniszczyła świata i późniejsze obostrzenia dotyczące używania magii. Znalazłoby się i wiele innych motywów, które krążą po literaturze fantasy. Jednak praktycznie każda książka z tego gatunku z nich korzysta, więc nie będę się jakoś specjalnie czepiać.

Główni bohaterowie to nastolatki i zdarzało mi się nie raz wyśmiewać głupotę ich postępowania. Cóż, w tym wieku wielu ludzi postępuje w dziwny sposób. Ale wszystkie te głupotki mają uzasadnienie fabularne. Księżniczka bywa naiwna - była wychowywana pod kloszem. Ma małą wiedzę na temat sąsiednich krajów - matce niespecjalnie zależało na jej edukacji. Takie są już uroki czytania o młodocianych bohaterach. Nawet Ciri z "Wiedźmina" i Daenerys z "Gry o tron" czasem mocno mnie irytowały. Z Raisą da się wytrzymać, chociaż czasem można się z niej pośmiać. Natomiast nie rozumiem, dlaczego nikt nie przejmuje się tym, że u sąsiadów wybuchła wojna domowa. Normalne kraje w tej sytuacji starają się  wykorzystać sytuację, sprzedawać broń, żywność, popierać swojego kandydata. Tutaj cisza. Brakowało mi narracji z punktu widzenia dorosłej, ogarniętej osoby, która mogłaby mi to wszystko wytłumaczyć.

"Król Demon" jest mocno przewidywalny i niektórym może to przeszkadzać. Ja dobrze się bawiłam próbując przewidzieć dalsze losy postaci i z częścią nawet udało mi się trafić. W ogóle ta książka mało mnie irytowała. Na początku przeszkadzało mi, że jest za bardzo nowoczesna. Ale potem doszłam do wniosku, że nie każde fantasy musi być oparte na smutnym średniowieczu. A do tego przyzwyczaili mnie polscy pisarze ze swoimi depresyjnymi i ciężkimi powieściami. Czasem warto przeczytać coś lżejszego. Kobiety w wojsku, kobiety jako liderki społeczności, ojciec, który troszczy się o córkę, chłopak, któremu zależy na bezpieczeństwie matki i siostry - wszystko opisane nienachalnie i naturalnie. Chociaż system metryczny to już przegięcie... Żeby nie było tak różowo znajdziemy tu również propagandę, zakłamywanie historii, brutalnych gwardzistów, sprzedajnego kapłana i ludzi, którzy dla władzy są w stanie zrobić niemal wszystko.

Generalnie powieść tą czytało mi się szybko i miło, ale ma ona sporo drobnych wad. Nie psują one odbioru całości, ale przez nie nie mogę nazwać tej książki bardzo dobrą. Oceniam "Króla Demona" na 3/5 i chętnie przeczytam kolejne tomy - o ile trafię na nie w bibliotece.

sobota, 27 sierpnia 2016

31/2016 "Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg" John le Carré - recenzja


Brytyjski rząd otrzymuje poruszającą informację - wśród wysokich rangą oficerów wywiadu działa podwójny agent. Jest głęboko zakonspirowany, a ma dostęp do najtajniejszych dokumentów służb specjalnych. Ponieważ każdy jest potencjalnie podejrzany, do łask wraca as brytyjskiego wywiadu, George Smiley, przed laty zmuszony do przejścia na emeryturę. Rozpoczyna śledztwo, które ujawni największy skandal w historii MI6.
Opis fabuły z okładki książki
Generalnie lubię thrillery polityczne i szpiegowskie. Kiedyś czytałam ich bardzo dużo. Spotkałam się już z książką Johna le Carré - był to "Krawiec z Panamy", wspominam go całkiem dobrze. Teraz przyszedł czas na kolejną pozycję z dorobku tego autora.

Spodziewałam się realizmu i dostałam go. To wielka zaleta powieści. Główny bohater, Smiley, odbywa mnóstwo rozmów i przekopuje się przez tony akt. Tak własnie wygląda praca agenta. Autor ma w tym doświadczenie, bo sam pracował w brytyjskim wywiadzie. Można przypuszczać, że pomysły na książki czerpie z własnego doświadczenia.

John le Carré ma specyficzny styl. Dość suchy, ale bardzo konkretny. Dokładnie opisuje bohaterów i miejsca akcji, ale niestety nie daje nam wejścia do psychiki Smileya. Szkoda, bo były momenty, w których strasznie chciałam wiedzieć co dokładnie myśli główny bohater. I niestety musiałam sobie sama to wyobrazić.

W trakcie śledztwa dowiadujemy się o wielu wydarzeniach z przeszłości. Szkoda, że zwykle retrospekcje pojawiają się w formie rozmowy-przesłuchania. Dzieją się takie ciekawe rzeczy, że aż prosi się o opisanie ich bardziej szczegółowo, bardziej kwieciście. Uważam, że książka powinna być grubsza i bardziej rozwinięta. Z drugiej strony ten suchy styl też ma swój urok i zmusił mnie do uruchomienia wyobraźni.

Podobało mi się też, że książka to nie tylko szpiegowskie sprawy. Ciekawe, chociaż trochę słabo zarysowane, są relacje Smileya z jego żoną. Wątek ten po rozwinięciu mógłby stać się dobrym, samodzielnym thrillerem psychologicznym. Pojawia się też motyw prywatnej szkoły i stosunków na linii nauczyciel-uczeń, ale autor znów poświęcił na niego za mało miejsca. 

"Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg" na początku był trochę kłopotliwy. Za dużo postaci, za mało konkretów. Nie mogłam wczuć się w akcję i często odkładałam książkę po przeczytaniu kilkudziesięciu stron. Problem rozwiązał się około połowy, kiedy akcja ustabilizowała się i zaczęła zmierzać w stronę konkretnego zakończenia, a ja zapamiętałam już wszystkie nazwiska. Na początku jednak byłam trochę zawiedziona i myślałam, że ocenię całość niżej. Jednak po przeczytaniu całości daję jej 4/5 i w najbliższym czasie zamierzam obejrzeć ekranizację. 


Z książką pozuje tajny agent Anakin, pseudonim operacyjny Ania.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Nowa książka: "Chemia śmierci" Simon Beckett



Od poniedziałku w Biedronce dostępna jest całkiem ciekawa oferta książek (link) w wydaniu kieszonkowym w cenie 9,99 zł/szt. Wiem, że są tacy, którzy nie uznają małych książeczek w lichych okładkach wydrukowanych na byle jakim papierze, ale mnie akurat to nigdy nie przeszkadzało. "Chemię śmierci" czytałam już dawno temu, ale wciąż pamiętam wrażenie, jakie na mnie wywarła. Już od pewnego czasu chciałam upolować ją w jakiejś promocji, i tu proszę, jest. Czytałam też kolejne książki z serii, ale to już nie było to samo. Za pierwszym razem autor naprawdę mocno mnie zaskoczył. Potem znałam już jego styl pisania i  prowadzenia intrygi.

Chętnie będę wracać do tej pozycji, a i mój narzeczony też pewnie da się namówić.

piątek, 12 sierpnia 2016

30/2016 "Kroniki Drugiego Kręgu" Ewa Białołęcka (trzy tomy) - recenzja




Jest samotny, nie słyszy i nie mówi, ale jest za to obdarzony zdolnościami po stokroć potężniejszymi: potrafi tworzyć materialne iluzje. Siłą woli może wyczarować jabłko, ptaki, groźne potwory i... samego siebie. Jego jedyny przyjaciel to smok, razem zgłębiają tajemnice świata wykreowanego przez Pierwszą Damę polskiej fantastyki, Ewę Białołęcką.
Po ucieczce od starych mistrzów, którzy próbowali nimi zawładnąć, grupa chłopców obdarzonych potężnymi zdolnościami magicznymi osiada na Jaszczurze, jednej z wysp Smoczego Archipelagu. Ukrywają się w krainie fantastycznych stworów, smoków, lamii i syren, tworząc Drugi Krąg, konfraternię magów związanych przyjaźnią i niechęcią do nauczycieli, którzy sprzeniewierzyli się powołaniu. Ich towarzyszką i młodzieńczą miłością staje się Jagoda, dziewczyna o równie dużym talencie magicznym, która jak oni musi ukrywać się przed wysłannikami Zamku Magów. Przyjaciele dorastają jednak i z czasem izolacja zaczyna im ciążyć, bezpieczeństwo zamienia się w nudę, pojawiają się zarzewia pierwszych konfliktów. Co gorsza, okazuje się, że świat nie do końca o nich zapomniał i spokój baśniowej wyspy rychło może zostać zburzony. 
Opis fabuły z portalu lubimyczytac.pl
Wiem, że do tego cyklu należy także książka "Naznaczeni błękitem", ale jest ona tylko rozszerzeniem zbioru opowiadań "Tkacz iluzji". Pozostałam jednak przy tej krótszej wersji, gdyż i ona dobrze wprowadza w świat zamieszkany przez czarodziejów i smoki. Poza tym w kolejnych tomach pojawiło się trochę niepotrzebnych dłużyzn, i sądzę, że w przerobionym pierwszym tomie też dałoby się kilka takich znaleźć. Swoją drogą, "Tkacz iluzji" ma jedną z najbrzydszych i najbardziej beznadziejnych okładek, jaką kiedykolwiek widziałam.

Książki zaczynają się bardzo idyllicznie. Mamy chłopca obdarzonego wielkim talentem przygarniętego przez dobrego maga, który kieruje jego edukacją. Kraj jest spokojny i bezpieczny, przemytnicy narkotyków są ścigani przez prawo, nawet biedni mieszkańcy wsi nie głodują, a magów darzy się powszechnym szacunkiem. Początkowo może się wydawać, że jest to baśniowe fantasty skierowane dla młodszego czytelnika, ale to tylko pozory... Okazuje się, że nie wszystko jest takie różowe. Magowie potrafią prowadzić brudne polityczne gierki i wykorzystywać młodych, niewinnych ludzi dla osiągnięcia korzyści. Nie znajdziemy tu może mrocznych intryg rodem z "Gry o tron", ale na pewno nie jest to książka wyłącznie dla dzieci.

Chyba najbardziej podobało mi się to, w jaki sposób autorka uczy swoich czytelników tolerancji. Wykreowani przez nią bohaterowie zostali obdarzeni pewnymi "wadami", z którymi muszą sobie jakoś radzić, Jeden jest głuchy, drugi porośnięty futrem, trzeci przestał rosnąć, a jeszcze inna jest albinoską. Jest to cena za ogromny magiczny talent. Być może niektórym trzeba wciąż przypominać, że wygląd nie jest najważniejszy, i ten cykl robi to dobrze. W książkach znajdziemy też różne orientacje seksualne i ogólnie trochę erotyki, ale wszystko opisane jest zgrabnie i ze smakiem (no, może oprócz jednej strasznie niemiłej sceny, ale ona musiała taka być).

Urzekły mnie też smoki. Tutaj te mityczne stwory są porośnięte futrem i nie zieją ogniem, za to mogą przeobrażać się w inne zwierzęta (w ludzi również) i  mają spore magiczne możliwości. Możemy dokładnie poznać smoki, gdyż jeden z nich o imieniu Pożeracz Chmur jest ważną postacią. Nie jest to jednak typowy przedstawiciel swojego gatunku. Pożeracz jest ciekawy świata i chętnie podróżuje w ludzkiej postaci. Reszta smoków woli bardziej konserwatywne życie na swoich wyspach.

Całkiem fajny jest podział magicznych zdolności na poszczególne specjalizacje. Przy całej swojej potędze czarodzieje mają też ograniczenia: mogą posługiwać się tylko jednym rodzajem magii. I tak np. teleporter nie może tworzyć iluzji, a rozmawiający ze zwierzętami nie mogą kontrolować ognia.

Grupa głównych bohaterów to nastolatki. które dorastają w miarę rozwoju akcji. Nie mogę przyczepić się do konstrukcji postaci, bo jest ona dobra. Magowie różnią się od siebie charakterem, mają swoje zalety, ale także wiele wad. W "Kronikach Drugiego Kręgu" znajdują się także wątki romansowe, których ogólnie nie lubię, ale tutaj w niczym mi nie przeszkadzały. Nie są to jakieś epickie historie miłosne rodem z współczesnego young adult. Autorka na szczęście postawiła na naturalność tych relacji i  nie było mi trudno wczuć się w uczucia bohaterów.

Generalnie książki te nie mają jakiś większych wad. Naprawdę ciężko mi przyczepić się do czegokolwiek, Ale mam wrażenie (podobnie jak w cyklu o przygodach Harry'ego Dresdena), że czegoś brakuje. Że mogłoby być lepiej. Szkoda, że nie wyszedł jeszcze od dawna zapowiadany czwarty tom. Czuć, że cykl nie jest kompletny. Wielkie wydarzenia czają się na horyzoncie, rozpoczęte wątki czekają na zakończenie. Dam ocenę 3/5, ale z czystym sumieniem mogę polecić te książki każdemu, kto lubi fantasy.

piątek, 5 sierpnia 2016

29/2016 "Ojciec Chrzestny" Mario Puzo - recenzja


Don Vito Corleone jest Ojcem Chrzestnym jednej z sześciu nowojorskich rodzin mafijnych. Tyran i szantażysta (słynne powiedzenie "mam dla Ciebie propozycję nie do odrzucenia"), a zarazem człowiek honoru, sprawuje rządy żelazną ręką. Jego decyzje mają charakter ostateczny. Wśród swoich wrogów wzbudza respekt i strach, wśród przyjaciół - zasłużony, choć nie całkiem bezinteresowny szacunek. Kiedy odmawia uczestnictwa w nowym, intratnym interesie, handlu narkotykami, wchodzi w ostry, krwawy konflikt z Cosą Nostrą, Honor rodziny może uratować tylko najmłodszy, ukochany syn Vita Michael, bohater wojenny. Czy okaże się godnym następcą Ojca Chrzestnego?
Opis fabuły z portalu lubimyczytac.pl 
Moja biblioteka jest słabo zaopatrzona w nowości z gatunków science-fiction i fantasy i ostatnio było mi ciężko znaleźć coś dla siebie. W końcu postanowiłam przeczytać coś bardziej klasycznego. Wcześniej nie oglądałam filmu na podstawie tej książki, nie czytałam żadnej recenzji. Słyszałam, że jest dobra, ale nie wiedziałam, czego się spodziewać. 

Zaczyna się dobrze, nawet bardzo dobrze. Podobały mi się opisy mafijnych interesów i porachunków, opisy wzajemnych zależności i wymienianych "uprzejmości". Podoba mi się też kreacja Don Vita: to elegancki mafioso, kreujący się na wielkiego filantropa i przyjaciela, a z drugiej strony nie ma żadnych skrupułów przed zleceniem morderstwa, pobicia czy wymuszenia. Muszę również pochwalić styl i język autora, bo "Ojciec Chrzestny" jest napisany dobrze i czytałoby się go całkiem przyjemnie, gdyby autor zakończył go gdzieś w połowie.

Bo od połowy książka ta zmienia się w coś w rodzaju "Mody na sukces". Zamiast o świecie przestępczym czy mafijnych porachunkach czytałam o operacji zwężenia pochwy. Męczyłam się, gdy autor opisywał życie miłosne Michaela. Cierpiałam czytając historie wszystkich trzecioplanowych bohaterów zupełnie oderwane od głównego wątku. Zaczęła mnie porażać głupota postępowania postaci. W końcu znielubiłam praktycznie każdego w tej książce i autentycznie życzyłam im jak najgorzej. Wyjątkiem była żona jakiegoś epizodycznego gangstera, która odeszła od męża po tym, jak pobił własnego siostrzeńca. Założyła, że w przyszłości może to spotkać ją lub ich dzieci. Pojawiła się tylko na jednej lub dwóch stronach i nie poznajemy jej imienia, ale jest to najtrzeźwiej myśląca postać w całej książce.

Zwykle tego nie robię, ale przed napisaniem tej recenzji przeglądałam sobie opinie innych na portalu Lubimy Czytać. W większości przeważały zachwyty typu: rewelacja, arcydzieło, najlepsza książka, każdy mężczyzna powinien ją przeczytać i brać z niej przykład. No ja niestety jakoś tego nie widzę. Gdybym spotkała na swojej drodze mężczyznę, który stosuje się do zasad zawartych w "Ojcu Chrzestnym", to uciekałabym od niego jak najprędzej. Na mój gust ten wychwalany "honor" i "rodzina" niebezpiecznie przypomina to wszystko, co jest najgorsze w kulturze arabskiej. Owszem, akcja powieści dzieje się w późnych latach czterdziestych i pięćdziesiątych. Wtedy mentalność ludzka i stosunki męsko-damskie wyglądały inaczej, ale nijak ma się to do dnia dzisiejszego. Owszem, z książki można wybrać piękne cytaty o miłości i poświęceniu dla rodziny. Ale to tylko cytaty, całościowy wydźwięk tego dzieła już taki piękny nie jest. A oto kilka przykładów tego, co tak bardzo "podobało" mi się w "Ojcu Chrzestnym":

Małżeństwo według rodziny Corleone:

- Ok, będziesz moją żoną, ale nie będziemy rozmawiać o mojej pracy bo nie.
- Ok.

Relacje międzyludzkie według rodziny Corleone:

- Ej, ale powiedz mi, twój mąż lubi mojego męża, prawda?
- No pewka, to przecież rodzina.
Później:
- Hej, bo twoja siostra pytała, czy lubisz jej męża.
- No oczywiście, że nie lubię.
- No to może jej to powiesz?
- Niech się domyśli XD

Miłość według rodziny Corleone:

- Kocham cię, weźmiemy ślub itp., itd... Ale muszę uciekać, bo nie zabiłem policjanta, nie wierz w to, co piszą w gazetach, jak wrócę to będziemy razem już na zawsze...
W bezpiecznej kryjówce na drugim końcu świata:
- O kurde, jaka laska, 10/10, trafił mnie piorun, muszę ją poślubić, pewnie to jeszcze dziewica. Ups, zginęła w eksplozji samochodu-pułapki, która miała zabić mnie, więcej o niej nie wspomnę.
Po powrocie do kraju:
- No w sumie nie odzywałem się do ciebie przez pół roku, chociaż już mogłem, ale wyjdziesz za mnie, co nie?

Ulubiony członek rodziny według Vita Corleone:

- Jesteś moim ulubionym chrześniakiem, pomogę ci, załatwię rolę w filmie, dam w cholerę kasy. Ale pozwoliłem na fałszowanie twoich płyt, na czym straciłeś grube miliony, bo rozwiodłeś się z pierwszą żoną, a przecież tak się nie godzi!

Pomoc mężom według żon Corleone:

- Mój mąż jest złym człowiekiem, wielkim gangsterem, każe zabijać ludzi  itp., itd... Jak mogę mu pomóc? Wiem! BĘDĘ SIĘ ZA NIEGO MODLIĆ!

I moje ulubione, kłamstwo i zaufanie pomiędzy małżonkami według rodziny Corleone:

- Hej, ale nie kazałeś go zabić, prawda?
- No co ty, przecież ja jestem dobrym człowiekiem, nigdy nie kazałbym nikogo zabić.
Wpada rozhisteryzowana świeża wdowa:
- Ty draniu! Kazałeś go zabić, nigdy ci tego nie wybaczę!!!
- No i co z tego XD
- Okłamałeś mnie, foch i wyjeżdżam do mamusi, z nami koniec!
Później u mamusi:
- Hej, ale wiesz, on musiał kazać go zabić, bo rodzina, honor, takie tam...
- Ok, to mu wybaczam.

I dlatego dam "Ojcu Chrzestnemu" 2/5. Bo zaczął się dobrze, a skończył jak tania brazylijska telenowela. Ta cała opowieść jest jak bajka dla chłopców marzących o byciu samcem alfa. Niesie jednak ważne przesłanie: przemoc i przestępstwa są obrzydliwe i jeśli chcesz być dobrym człowiekiem, to postępuj odwrotnie niż rodzina Corleone.