środa, 15 stycznia 2020

2/2020 Zmiany, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom XII)

Poznajcie Harry’ego Dresdena, pierwszego (i jedynego) magicznego prywatnego detektywa działającego w Chicago. Okazuje się, że nasz zwyczajny świat jest pełen dziwacznych i zaczarowanych stworzeń, a większość z nich nie ma dobrych zamiarów wobec ludzi. Tutaj do akcji wkracza Harry. 
Ale nawet wieloletnia kariera pełna śmiałych ucieczek i nadnaturalnych potyczek nie przygotowała Harry’ego na coś takiego. Mściwa wampirzyca porwała jego córkę, o której istnieniu nie wiedział. Co więcej, ta sama wampirzyca zamierza wykorzystać krew dziecka podczas brutalnego rytuału, który ma na celu uśmiercenie Harry’ego, jego byłej partnerki Susan i ich dziecka. 
Wobec braku sojuszników Harry musi znaleźć nowe źródło siły. W przeszłości zawsze istniała granica, której nie przekraczał, i nigdy w pełni nie uwolnił swoich mrocznych mocy. Ale dotychczas walczył tylko o własne życie.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl
Tak długą serię czyta się praktycznie tak samo, jak ogląda wielosezonowy serial. Bohaterowie są już znani, główny wątek fabularny zarysowany, a i pewne schematy zaczynają się już powtarzać. Niektórzy mogliby poczuć nudę i porzucić całą historię, ale ja wsiąkłam w świat przedstawiony tak bardzo, że traktuję to jako powrót do znanego. przytulnego domu, w którym dobrze się czuję. Kolejne spotkanie z magiem Harrym Dresdenem było więc dla mnie czytelniczą przyjemnością.

Mam wrażenie, że ten tom był wypakowany akcją jeszcze bardziej, niż poprzednie. Zawsze w tym cyklu wiele się działo, ale tu rozmach jest tak epicki, że finałowe starcie można śmiało określić mianem bitwy. Oczywiście wiadomo, że Harry'emu uda się wyjść z tego cało, bo to ten typ historii, w której zakończenia są raczej pozytywne. Tym razem stawka była wysoka i Harry musiał poświęcić naprawdę wiele, by mieć w ogóle szanse na wygraną. I to właśnie podjęta przez niego trudna decyzja jest najważniejsza, a jej skutki będą odczuwalne w kolejnych tomach. Obiecał pełnić pewną rolę i nie będzie mu się łatwo z tego wyplątać, choć na pewno będzie próbował. Niewątpliwie w końcu mu się to uda, ale nie obejdzie się bez kłopotów. Bo kłopoty kochają Dresdena, wszyscy to wiedzą.

Gdzieś na obrzeżach akcji poruszany jest temat rodziny głównego bohatera, co jest ciekawe, oraz tajnej organizacji magów - i to również interesujące. Niestety autor poświęcił tym wątkom trochę za mało czasu, by były pełnowartościowe, niemniej są podbudową pod przyszłe wydarzenia. Coś się dzieje, coś się zmienia, ale tak naprawdę liczy się tylko główny bohater i jego misja. A że misja wymaga pokonania naprawdę wielu wampirów, to na pierwszym miejscu jest akcja i świetne sceny magicznych pojedynków.

Właśnie, wampiry. Moje ulubione fantastyczne stworzenia. W książkach Jima Butchera są trzy rodzaje: białe, czerwone i czarne. Białe wyglądają jak ludzie i nie żywią się krwią, tylko energią życiową, którą pozyskują podobnie jak sukkuby. Czerwone wampiry to pijące krew potwory, ale potrafią przybrać ludzką postać i wmieszać się w tłum, jeśli zechcą. Czarne zaś to już prawdziwe monstra, którym zależy wyłącznie na zabijaniu. Osobiście najbardziej lubię jeszcze inny typ wampirów, ale te trzy gatunki bardzo dobrze pasują do świata Harry'ego Dresdena i mają swoje miejsce w fabule wielu książek serii. Tutaj główną rolę odgrywają wampiry czerwone - całe ich imperium - więc krwi nie zabraknie na pewno.

Mag Harry Dresden jawi mi się trochę jak postać z gry RPG. Na początku nie wyróżniał się niczym oprócz burzliwej młodości, potem zaczęły spadać na niego coraz to większe nieszczęścia. Jednak jakoś zawsze dawał sobie radę i wychodził z nich cało, wzbogacony o nowe umiejętności, artefakty i sojuszników. Tym razem na  przykład dostał klejnot będący magiczną mapą znacznie ułatwiającą mu podróże. Mechanika totalnie jak z gry, ale czy to mi przeszkadza? Ani trochę.

Zmiany to udana część historii Dresdena. Dam książce 5/5, chociaż z takim malutkim minusem, bo nie podobała mi się aż tak bardzo, jak poprzednia. Dziwię się, że ta seria nie jest bardziej popularna w Polsce, bo zasługuje na większe uznanie. Wystartowała poprawnie, w kolejnych tomach rozmach rósł, poziom też, a liczba fanów jakoś stoi w miejscu - albo ja mam takie wrażenie. Kolejne tomy są wydawane, więc ktoś musi je kupować. Jeśli jeszcze jej nie znacie, to ja serdecznie polecam spróbować, może okazać się, że szybko dołączy do grona waszych ulubionych historii. 

poniedziałek, 13 stycznia 2020

1/2020 Komu bije dzwon, Ernest Hemingway

Najsłynniejsze - i najbardziej ambitne artystycznie dzieło Ernesta Hemingwaya. Ukończona latem roku 1940 powieść wykorzystywała obserwacje i doświadczenia pisarza wyniesione z dwukrotnego, w sumie kilkunastomiesięcznego pobytu w ogarniętej wojną domową Hiszpanii. Autor określił w niej wspaniałe portrety psychologiczne. Ludzki wymiar toczącej się walki, ludzkie słabości i załamania, a także nieupozowane, powszednie bohaterstwo walczących w obronie republikańskiej wolności partyzantów sprawiają, że powieść Hemingwaya wytrzymała próbę czasu.
Opis z lubimyczytac.pl 
Okazało się, że kiedy czytałam tę książkę pierwszy raz (dawno, naprawdę dawno temu), to poprzestałam na pierwszym tomie tego mojego dziwacznego, podzielonego na pół wydania. Nie wiem dlaczego - już wtedy mi się podobała. Na tyle, że już od dłuższego czasu obiecywałam sobie, że do niej wrócę. Teraz nadeszła odpowiednia pora - i oczywiście było warto.

Akcja powieści rozgrywa się w trakcie hiszpańskiej wojny domowej. Jej wynik nie jest żadnym spoilerem, w końcu od tamtych wydarzeń minęło już prawie sto lat, ale może nie będę o nim wspominać, tak dla podkręcenia dramatyzmu. Są więc dwie strony konfliktu, które dla uproszczenia nazwę faszystami i komunistami. Główny bohater, Robert Jordan, to młody Amerykanin zafascynowany Hiszpanią i jej kulturą, całym sercem popierający frakcję komunistyczną - na tyle, by wziąć urlop na uczelni i jechać na miejsce walczyć o sprawę. Zostaje wysłany na tyły wroga, by, przy pomocy lokalnych partyzantów, wysadzić strategicznie ważny most. Towarzyszymy mu przez trzy dni poprzedzające tę akcję, a także w jej trakcie. Wydawać by się mogło, że trzy dni fabuły to niedużo, książka będzie krótka i szybka do przeczytania. A tu nic z tych rzeczy.

Główną siłą Komu bije dzwon jest to, co tak bardzo przeszkadzało mi w większości książek Cormacka McCarthy'ego, które czytałam, czyli liczne dygresje i retrospekcje. Nie są to jednak metaforyczne przypowieści snute przez każdą napotkaną osobę, lecz istotne elementy pozwalające lepiej zrozumieć postaci i sytuację społeczno-polityczną. Jest to zrobione tak dobrze, że ja, osoba ze ślepotą twarzy i słabą pamięcią do nazwisk, nie myliłam ze sobą bohaterów (nawet tych dwóch o imionach na A), a po przeczytaniu książki czułam się tak, jakbym spędziła z nimi te trzy dni w hiszpańskich górach. Tak dobrze wykreowane postaci to prawdziwa rzadkość.

Nie podejmuję się oceny, czy Ernest Hemingway dokonał prawidłowej analizy hiszpańskiego społeczeństwa lat 30. XX wieku, bo nie jestem w tej dziedzinie żadną ekspertką, historia tego kraju nigdy nie leżała w kręgu moich zainteresowań. Autor miał jednak do tego kompetencje, chociażby dlatego, że w trakcie opisywanych wydarzeń był na miejscu i pracował jako korespondent wojenny. Niezależnie od tego, jak bardzo prawidłowy jest zawarty w książce obraz Hiszpanów, to na pewno jest on barwny, kontrowersyjny i bardzo interesujący dla czytelnika. Autor głównymi bohaterami uczynił sympatyków komunistów. Przez to książka jest nieco jednostronna, ale nie da się powiedzieć, że kogoś gloryfikuje. Przeciwnie, jasno przekazuje, że obie strony mają naprawdę dużo na sumieniu, są wśród nich zbrodniarze i sadyści. A importowani z ZSRR dowódcy wojskowi nie wydają się zbytnio kompetentni. Mam też wrażenie, że wielu spośród walczących chciałoby końca tego wszystkiego, powrotu do domów i spokojnego życia.

Jedyna rzecz, do której mogłabym się przyczepić, to nieco zbyt rozwleczony, jak na mój gust, wątek miłosny. Na początku jest z nim wszystko ok, jednak pod koniec książki zajmuje za dużo miejsca, a przemyślenia Roberta Jordana o jego ukochanej odwlekają nadejście finału, na który już się czeka. Być może samo zakończenie też może kogoś zawieść, bo jest dość specyficzne, ale akurat ja uważam je za jak najbardziej udane.

Komu bije dzwon to ten rodzaj klasyki, który w ogóle się nie zestarzał i dziś można go spokojnie czytać i polecać. Oczywiście wiem, że znajdą się tacy, co będą tam widzieć prokomunistyczną propagandę, ale to naprawdę naciągana interpretacja. To przede wszystkim książka o ludziach rzuconych w wir ekstremalnych wydarzeń. Nie jestem fanką powieści obyczajowych, wojennych też tak sobie, ale ona ma w sobie to coś, co sprawiło, że i tak do mnie dotarła. Za to daję solidne 5/5, bo wiem, jak ciężko jest mnie aż tak zainteresować czymś, co nie jest fantastyką.

środa, 1 stycznia 2020

Podsumowanie 2019 roku

Podsumowanie

Zacznę od statystyk:
przez 2019 rok na tym blogu opublikowałam 31 postów z recenzjami 45 książek. Jestem z tego wyniku całkiem zadowolona, chociaż wiem, że mogło być lepiej. W tym roku wyszło jakoś tak, że oglądałam więcej filmów i seriali, a zaniedbałam e-booki, więc wynik jest, jaki jest. Jak to wypadło w porównaniu z poprzednimi latami? Ano tak, jak na tym pięknym wykresie poniżej:

Grunt, że jest trochę lepiej, niż rok temu, i taki też mam plan na 2020: przeczytać o co najmniej jedną książkę więcej niż w 2019.

Najczęściej czytane posty 2019 roku:
ogólnie większą popularnością cieszyły się rzeczy z początku roku, ale w top 3 znalazła się też książka sprzed kilku tygodni.

Miejsce 3.

Zorza polarna, Philip Pullman (Mroczne materie tom I)


Czy to przez serial, czy przez popularność tej książki, jej recenzja klikała się bardzo dobrze.

Miejsce 2.

Przebudzenie Lewiatana, James S. A. Corey (Expanse tom I)


Expanse jest teraz na topie, więc jego recenzje też. I to nie przypadek, bo na pierwszym miejscu tej listy jest...

Miejsce 1.

Gry NemezisJames S. A. Corey (Expanse tom V)


Nowość wydawnicza, piąty tom Expanse. Ogólnie na innych blogach science fiction nie gości zbyt często, więc to może dlatego ludzie przychodzą do mnie czytać o space operach.

Hity i kity 2019

Starannie selekcjonowałam swoje lektury, zatem poziom tegorocznych przeczytanych jak najbardziej mnie zadowala. Nawet te książki, które zaraz wymienię jako najgorsze kity, nie są takie złe, tylko po prostu niedopracowane albo nie spełniające moich oczekiwań.

Miejsce 3.

Wielki Mistrz, Trudi Canavan (Trylogia Czarnego Maga tom III)


Złapałam się na magię, bo lubię tego typu opowieści o nauce czarów, ale ta trylogia okazała się rozczarowaniem. Jej zakończenie miało nawet kilka dobrych fragmentów, ale potem za dużo zrobiło się romansidła i ślamazarnej akcji. A jak czytam fantasy o magach, to ma się w nim dziać, fireballe mają latać, a błyskawice elektryzować powietrze. Kto się w kim kocha powinno być sprawą drugorzędną, a nie pierwszoplanową.

Miejsce 2.

Nikt, Magdalena Kozak (Wampiry w ABW tom III)


Naprawdę lubiłam pierwszy i drugi tom tego cyklu, chociaż główny bohater zawsze miał nadmierną skłonność do użalania się nad sobą. Były to jednak sprawnie napisane książki z dużą dawką kumpelskiego humoru, no i z wampirami - a ja uwielbiam wampiry. Nikt odstaje wyraźnie od dobrych poprzednich części. Miałam wrażenie, że autorka miała pomysł na początek i koniec książki, a wszystkie grubsze akcje w środku są tam wstawione tylko po to, żeby czymś zapełnić strony.

Miejsce 1.

Sodoma i Gomora, Cormac McCarthy (Trylogia Pogranicza tom III)


Tak, tak, na pierwszym miejscu listy kitów umieściłam świetnie napisaną powieść uznanego autora, tak, jestem dziwna, nic na to nie poradzę. Uwielbiam Rącze konie, czyli pierwszą część tej trylogii, ale dalej pan McCarthy uderza w tony, których w literaturze nie lubię: mistycyzm i filozofowanie. Książka ta jest mega przegadana, pełna dygresji i przypowieści, a to nie jest to, czego spodziewałam się po westernie. W efekcie czytałam ją z dwa miesiące i z ulgą przywitałam koniec.

Teraz najlepsze, co mnie w tym roku spotkało. Jakoś tak się złożyło, że są to wielotomowe, epickie opowieści, takie, jakie lubię najbardziej. Przypadek? Nie sądzę :)

Miejsce 3. 

Głębia, Marcin Podlewski
tegoroczne recenzje tutaj i tutaj


Zanim o Głębi, szybciutko wspomnę, że tuż za podium jest cykl Expanse, któremu niewiele zabrakło. Zdecydowałam się jednak na Głębię, gdyż ta jest już zakończona (i to zakończenie bardzo mi się podobało), ma też więcej świetnego humoru i lepsze opisy. Marcin Podlewski naprawdę dobrze poradził sobie z monumentalną space operą rozpisaną na mnóstwo lokacji i postaci, a z tomu na tom jego umiejętności pisarskie rosną.

Miejsce 2. 

Opowieści z meekhańskiego pogranicza, Robert M. Wegner
tegoroczne recenzje tutaj, tutaj i jeszcze tutaj


Tu nie ma o czym pisać, przecież wiadomo, że Robert M. Wegner jest największą gwiazdą współczesnego polskiego fantasy, a jego meekhański cykl to arcydzieło. Oby zakończenie (w planach są jeszcze trzy tomy) było równie udane, bo jak nie, to chyba serce mi pęknie.

Miejsce 1.

Wiedźmin, Andrzej Sapkowski
 recenzje tutaj, tutaj i jeszcze tutaj


Po prostu kocham - nawet ten Sezon burz, do którego przekonałam się dopiero w tym roku. Wiedźmin w pewien sposób mnie literacko ukształtował i z moich ust (spod mojej klawiatury?) nie wyjdzie ani jedno złe słowo na jego temat, kropka. 

Zmiany na blogu w 2020 roku

Na razie żadnych zmian nie planuję, ale jeśli jakiś fajny pomysł wpadnie mi do głowy, to nie zawaham się od razu wcielić go w życie. 2019 był u mnie rokiem powtórek i długich cykli. Nie żałuję, bo przyjemnie było powrócić do rzeczy znanych i lubianych. Pozostanę przy tej konwencji, bo na półce leży jeszcze Trylogia husycka i Harry Potter, nieczytane od lat, a przecież jedne z moich ulubionych.

Wracając do półki: w podsumowaniu poprzedniego roku pisałam, że mam na niej ponad dwadzieścia nieprzeczytanych pozycji. Teraz jest ich dwadzieścia dziewięć, ale zupełnie się tym nie przejmuję. Kiedyś nadejdzie ich czas, nie ma się co spinać i gonić z czytaniem na siłę.

Chciałabym, żeby ten rok był równie udany czytelniczo, co poprzedni. Kluczem do sukcesu w moim przypadku jest dokładna selekcja, która pozwala mocno ograniczyć niewypały nie przypadające mi do gustu. Może i zamykam się w swojej strefie komfortu, ale traktuję czytanie głównie jako rozrywkę, a rozrywka ma być przyjemna. Wam również życzę udanego roku i takich lektur, jakie sobie tylko wymarzycie!

wtorek, 31 grudnia 2019

Nowe książki: grudzień 2019


Ostatnio nic nie kupowałam, z dwóch powodów: mało było nowości wydawniczych, które chciałam mieć już teraz (generalnie słabo w tym roku z nowościami, albo kupuję jakieś starsze książki do kolekcji, albo kontynuacje serii); oraz nie mogłam kupić wcześniej pewnych rzeczy, bo wiedziałam, że dostanę je w prezencie. Oto i one: siódma część cyklu Expanse i drugi tom trylogii Mroczne materie.

Siódmy tom jest utrzymany w odcieniach żółci, brązu i zgniłej zieleni. Ładnie, bardzo ładnie to wygląda - jak cała seria zresztą.
Wzlot Persepolis będzie moją następną lekturą, niech tylko skończę to, co czytam teraz. Niedawno skończyłam oglądać czwarty sezon serialu na podstawie Expanse, systematycznie przez cały rok czytałam cały cykl od początku, siedzę więc mocno w tym uniwersum i ciekawość mnie zżera, cóż tam się wydarzy u Holdena i reszty ekipy... Zrobiłam sobie maluteńki spoiler, ale lepiej zatrzymam go dla siebie :)


Delikatny nóż jest jednak ładniejszy. To złoto i piórka, nie mogę się napatrzeć.

Delikatny nóż jest równie piękny jak pierwsza część trylogii. Widziałam też projekt okładki finałowego tomu, jak one będą rewelacyjnie razem wyglądać... Te książki również zostały ostatnio zekranizowane, również w formie serialu, który również mi się bardzo podobał. Scenografia, kostiumy, efekty komputerowe, wreszcie sam casting - wszystko tam wygląda naprawdę super. Wiadomo, książki są innym medium, i nie da się ich idealnie odtworzyć, ale ten serial znakomicie uchwycił ducha oryginału.

czwartek, 19 grudnia 2019

31/2019 Sezon burz, Andrzej Sapkowski

Miecze wiedźmina. 
Miecz pierwszy jest stalowy. Stal syderatowa, ruda pochodząca z meteorytu. Kuta w Mahakamie, w krasnoludzkich hamerniach. Długość całkowita czterdzieści i pół cala, sama głownia długa na dwadzieścia siedem i ćwierć. Wspaniałe wyważenie, waga głowni precyzyjnie równa wadze rękojeści, waga całej broni poniżej czterdziestu uncji. Wykonanie rękojeści i jelca proste, ale eleganckie. 
Miecz drugi, podobnej długości i wagi, srebrny. Na jelcu i całej klindze znaki runiczne i glify. 
Cena wywoławcza tysiąc koron za komplet. 
Opis z okładki książki.
To moje drugie spotkanie z tą książką, i od razu uczciwie zaznaczam, że tym razem było o wiele lepiej. Nie wiem dlaczego, ale za pierwszym razem Sezon burz jakoś mi nie podszedł. Teraz stwierdzam, że nawet nie pamiętam, co wtedy mi się nie podobało. Przecież to całkiem porządne wiedźmińskie czytadło nie odstające klimatem od reszty cyklu.

Pomimo lepszych wrażeń i tak uważam, że Sezonu burz mogłoby nie być, bo niczego nie wnosi do opowieści o Geralcie. Ot, wiedźmin przeżywa kilka dodatkowych przygód, poznajemy go odrobinę lepiej. Traktuję tę książkę tak samo jak Wiatr przez dziurkę od klucza Stephena Kinga, która jest uzupełnieniem serii Mroczna Wieża. Obie te pozycje dodają coś do środka opowieści, ale w żaden znaczący sposób nie wpływają na odbiór całości.

Te białe krawędzie to nie odbicia światła, ale przetarcia dobrze widoczne na czarnym tle.

A i rogi trochę ucierpiały, chociaż książka przeważnie leży na półce. Ale tak to jest, kiedy miękka okładka nie ma skrzydełek...
Mam wiele uwag na temat fizycznej wersji tej książki. Grafika na okładce jest bardzo ładna, ale jakość wydania jest straszna. Mój egzemplarz był czytany cztery razy przez ludzi, którzy raczej szanują książki i starają się ich nie uszkodzić. Mimo tego czarny kolor na krawędziach się wyciera, a miękka okładka nie ma nawet skrzydełek i jej rogi już się rozwarstwiają. Sam papier jest marnej jakości, żółty i niezbyt gruby. No i jeszcze największy absurd, czyli ostatnia strona. W żadnej innej książce nie widziałam czegoś takiego. Tekst kończy się na dosłownie ostatniej stronie, tej przyklejonej do tylnej okładki. Normalne książki mają w tamtym miejscu pustą stronę, ewentualnie reklamy innych pozycji wydawnictwa. W tym przypadku SuperNowa sobie mocno przyoszczędziła na właściwie wszystkim, a, o ile dobrze pamiętam, bo na moim egzemplarzu nie ma ceny, Sezon burz po premierze kosztował coś koło pięćdziesięciu złotych. Taniej można kupić chociażby książki z wydawnictwa Powergraph, które wydaje wszystko w twardej oprawie i na pięknym, białym papierze.

Ostatnia strona. Może już pozostawię to bez komentarza.
Od zawsze Sezon burz był dla mnie dodatkiem, od teraz będzie miłym dodatkiem. Wiem, że niektórzy fani Wiedźmina udają, że ta ósma część nie istnieje, ale ja zawsze byłam daleka od tak radykalnych stwierdzeń. Daję tej książce 4/5 i na pewno nie będę jej pomijać przy następnej wiedźmińskiej powtórce.

środa, 11 grudnia 2019

30/2019 Krew świętego, Sebastien de Castell (Wielkie Płaszcze tom III)


Jak zabić świętego? Falcio, Kest i Brasti niedługo się tego dowiedzą, ponieważ ktoś właśnie znalazł na to sposób. I żeby było ciekawiej, na jedną ze swoich pierwszych ofiar wybrał ich przyjaciółkę.
Książęta już od jakiegoś czasu zachodzą w głowę, jak nie dopuścić, by Aline zasiadła na tronie. Tymczasem zaczynają ginąć święci, a cała Tristia aż huczy od plotek, że jej koronacji przeciwni są sami bogowie. W odpowiedzi na narastający chaos duchowni przywracają zbrojne zakony żołnierzy, asasynów, a przede wszystkim Inkwizytorów. Aby powstrzymać zakusy kapłanów dążących do wprowadzenia w Tristii teokracji, Falcio musi znaleźć mordercę, a jedyny wiodący do niego trop to przerażająca żelazna maska, która sprawia, że święci popadają w obłęd i stają się bezbronni. Ale odszukanie zbrodniarza to tylko połowa sukcesu - będzie trzeba jeszcze zmierzyć się z nim w walce. Z jej wygraniem może być jednak pewien problem, bo zapowiada się pojedynek, w którym każdy szermierz - nawet najbardziej wytrawny - jest bez szans.
Opis z okładki książki.
Zdziwiło mnie, że poprzednie części czytałam tak niedawno, a w sumie niewiele z nich zapamiętałam... Czuję, jakby minął rok, a to przecież było w wakacje. To nie brzmi jak dobra rekomendacja dla tego cyklu. Nie ma co udawać: Wielkie Płaszcze są tylko lekką rozrywką, napisaną tak sprawnie, by w trakcie czytania łatwo wczuć się w akcję i przeżywać wydarzenia razem z bohaterami; ale nie na tyle, by zostać w tym świecie na dłużej.

Największy problem mam tu z postaciami i światem przedstawionym. Coś mi tu zgrzyta od samego początku. Widzę, że autor się starał, ale mimo wszystko nie udało mu się na swoje dzieło nałożyć pozorów autentyczności. Wszystko jest zbyt przerysowane, bym mogła uznać przedstawioną tu historię za prawdopodobną. Traktuję ją raczej jak piękną bajkę o bohaterstwie i poświęceniu szlachetnych jednostek próbujących coś osiągnąć w pełnym strachu i zła świecie. Jak już wspominałam, spełnia to swoją rozrywkową rolę (a nawet udało mi się trochę wzruszyć), ale niestety nie jest niczym więcej.

W tym tomie Sebastien de Castell postanowił rozwinąć wątki religijne, a przy okazji wytłumaczyć czytelnikom jak w tym uniwersum działają bogowie i święci. To była dobra decyzja, bo w poprzednich tomach temat był zarysowany dość pobieżnie i chyba wszyscy czytelnicy chcieli więcej. Oczywiście nie obyło się bez wielkiego spisku mającego na celu obalenie świeżo przywróconej władzy królewskiej, a nasi bohaterowie musieli dać z siebie wszystko, by temu zapobiec. Może i brzmi sztampowo, ale czyta się przyjemnie.

Muszę też pochwalić ilustrację na okładce, bo tym razem przedstawiony tam mężczyzna (trzyma dwa rapiery, więc to raczej Falcio, główny bohater i narrator) jest ubrany w coś, co faktycznie przypomina opisywany w książce płaszcz. Być może grafik wreszcie przeczytał tę książkę, albo przynajmniej ktoś wyjaśnił mu, o co chodzi :)

Krew świętego to nie jest najlepsze fantasy dostępne na rynku i podejrzewam, że niedługo zapomnę połowę opisywanych tam wydarzeń, ale przeczytałam ją w dwa dni z dużym zaangażowaniem, a to niewątpliwie już o czymś świadczy. Daję jej 4/5, czyli tyle samo, ile wcześniejszym częściom cyklu. Na pewno doczytam go do końca, bo jestem ciekawa rozwoju wydarzeń, ale wątpię by ta historia weszła do grona moich ulubionych.

Recenzja tomu I i II

czwartek, 5 grudnia 2019

29/2019 Wielki Mistrz, Trudi Canavan (Trylogia Czarnego Maga tom III)

Sonea wiele nauczyła się w Gildii Magów. W ciągu ostatniego roku Regin dał jej spokój, a pozostali nowicjusze zaczęli traktować ją z niechętnym szacunkiem. Dziewczyna nie może jednak zapomnieć tego, co widziała w podziemnej komnacie Wielkiego Mistrza Akkarina, ani też ostrzeżenia, że odwieczny wróg Kyralii obserwuje czujnie Gildię.W miarę jak Akkarin ujawnia coraz więcej swojej wiedzy, Sonea przestaje być pewna, komu ufać ani czego bać się najbardziej. Czy prawda może być aż tak przerażająca, jak przedstawia ją Wielki Mistrz? A może jest to podstęp, mający skłonić ją do uczestnictwa w jego mrocznych intrygach?
Opis z lubimyczytac.pl
Miałam nadzieję, że ta trylogia będzie lepsza, że będzie to ciekawa historia fantasy z magią w roli głównej. Niestety okazało się, że fabuła nie była zanadto wciągająca, a magii było mniej niż się spodziewałam. Jednakże uczciwie muszę stwierdzić, że i tak Wielki Mistrz jest najlepszą częścią tej serii.

Gdzieś tak do połowy książki naprawdę nie miałam się do czego przyczepić. Akcja płynie wartko, pojawia się ciekawy wątek tajemniczych morderstw dokonywanych przez kogoś z magicznymi zdolnościami. Sonea wreszcie dowiaduje się prawdy o Akkarinie (oczywiście w jego przypadku prawie wszystkiego domyśliłam się wcześniej) i zaczyna naukę czarnej magii. Ale potem, gdy oboje zaliczają spektakularną wpadę i zostają wygnani, tempo siada i nie podnosi się aż do końca. Opisy wygnania odnoszą się głównie do uczucia rodzącego się między głównymi bohaterami, a ja wielką fanką romansów nie jestem. Ostateczna konfrontacja ze złymi magami też nie zachwyca. Według mnie jest za bardzo rozciągnięta, przez co nie ma w niej dramatyzmu. Inna rzecz, że nie przywiązałam się zbytnio do postaci, więc było mi wszystko jedno, co się z nimi stanie.

Właśnie, postaci. Jedynie Akkarin jest pełnokrwistym bohaterem, a i tak nie nazwałabym go świetnie napisanym. Całkiem w porządku jest też ambasador Dannyl, homoseksualny mag, który musi stawić czoła uprzedzeniom. Spoko pomysł, ale co z tego, skoro jego wątek zupełnie nic nie wnosi do głównej fabuły? Serio, spokojnie można byłoby go wyciąć i nic by się nie stało. Sonea jest nijaka, wręcz przezroczysta. Może to specjalny trik, zastosowany po to, żeby czytelniczki mogły się z nią utożsamiać, ale na mnie to nie działa. W każdym razie nie mam o niej nic więcej do powiedzenia. Są jeszcze Złodzieje... To mnie chyba najbardziej wkurzało, gloryfikowanie bandytów, którzy niby są tacy dobrzy dla biednych, tak wszystkim pomagają, ale skąd wzięli pieniądze, to już autorki jakby nie obchodzi.

Myślałam, że polubię się z magicznym światem wykreowanym przez Trudi Canavan, ale tak się nie stało. Zostawię więc jej twórczość w spokoju i raczej do niej nie wrócę. Na pożegnanie daję Wielkiemu Mistrzowi 3/5, bo właśnie na tyle według mnie zasługuje.

Recenzja pierwszego tomu Gildia magów
Recenzja drugiego tomu Nowicjuszka