wtorek, 10 września 2019

21/2019 Mitologia Halo. Przewodnik po uniwersum Halo


Poznaj historię uniwersum Halo. Po raz pierwszy masz okazję przeczytać kompletną kronikę tego niezwykłego świata - od czasów, gdy galaktyką władali tajemniczy Prekursorzy, aż po desperackie zmagania ludzkości z przytłaczającymi siłami Przymierza i Plagi. Mitologia Halo została napisana przez ekspertów 343 Industries i wzbogacona ponad pięćdziesięcioma zachwycającymi ilustracjami. To oficjalny przewodnik obejmujący przeszło dziesięć milionów lat historii. 
Opis z okładki książki.
Kupiłam tę książkę, bo jest ładna. Wcześniej miałam znikomy kontakt z uniwersum Halo, ograniczający się tylko do tego, że zasnęłam na pierwszym odcinku serialu, którego już później nie kontynuowałam. Ale jako, że lubię space opery (co można zauważyć śledząc tego bloga), stwierdziłam, że co mi szkodzi, jeśli treść mnie nie zainteresuje, to przynajmniej popatrzę sobie na ładne obrazki. No i jeszcze cena, za tę pięknie wydaną pozycję w twardej okładce zapłaciłam tylko 7,99. Kto by nie wziął, prawda?

Ależ to ładne, złoto, błysk i mat. Na pewno ta okładka będzie się rysować, ale na razie jest piękna. Ogólnie cała ta książka jest zaskakująco ciężka, robi dziwne wrażenie jak się ją pierwszy raz podniesie. 
Wspominałam o ilustracjach, i są one naprawdę oszałamiające, graficy odwalili kawał dobrej roboty. Większość z nich spokojnie mogłabym używać jako tapet na pulpit, lubię takie militarno space operowe scenki i zwykle takie sobie ustawiam (albo zdjęcia własnych kotów, w zależności od nastroju). Książka na pierwszy rzut oka jest albumem, ale znajduje się w niej zaskakująco dużo tekstu. Zgodnie z tytułem jest to rodzaj przewodnika, leksykonu, a ja niestety niezbyt przepadam za tą formą. 

To przykład typowej ilustracji z tej książki, scena batalistyczna w kosmosie utrzymana w niebieskiej, fioletowej lub szarej tonacji kolorystycznej. Lubię takie widoczki.
Czytałam Mitologię Halo jakby była podręcznikiem do historii alternatywnego wszechświata, więc nie była to pozycja zbyt porywająca. ogólnie staram się unikać tego typu książek. Raz skusiłam się na Silmarillion i było średnio... Świadomie nie czytałam Ognia i krwi Martina o dynastii Targaryenów, chociaż samą Pieśń lodu i ognia bardzo lubię. Poza tym mam też zastrzeżenia co do treści. Zdecydowanie zbyt często jak na mój gust space opera zamieniała się w operę mydlaną pełną pseudo dramatyzmu i powtarzalnych wydarzeń. Wiem, że wszystko to powstało na bazie gier komputerowych, które generalnie nie mają (jeszcze) skomplikowanych i wiarygodnych fabuł. Gracz bezpośrednio uczestniczy w wydarzeniach, bardziej się angażuje, w lepszych produkcjach może nawet dokonywać wyborów, dlatego też fabuły mogą być prostsze niż w przypadku książek i filmów, a i tak dobrze spełnią swoje zadanie. No i w grach dochodzi jeszcze problem kontynuacji, od których zwykle oczekuje się więcej tego samego - bo jeśli pierwsza część się sprzedała, to druga musi być podobna. I tak oto mamy uniwersum Halo, w którym cyklicznie dochodzi do wielkich, dramatycznych tragedii kończących się niemalże zagładą ludzkości. Lubię ten motyw i na pewno ruszyłby mnie, gdybym poznała tę historię jako powieść lub serial (dobry, dla odmiany). Niestety dostarczony w tak beznamiętnej formie nie zrobił na mnie większego wrażenia.

Jeśli ktoś lubi cieplejsze kolory, to takie ilustracje też się znajdą, zwykle przedstawiają starcia na powierzchni planet.
Jest jednak pozytywny wyjątek gdzieś w środku tej książki, czyli moment, w którym ludzkość walczy z Przymierzem. Mam wrażenie, że jest to najlepiej dopracowany konflikt w całej historii. Jeśli okazałoby się, że twórcy Halo wymyślili to na samym początku, nie byłabym zaskoczona. Czytałam ten fragment ze sporym zainteresowaniem, chociaż stylistycznie nie różnił się od reszty, więc musiało być w nim coś przyciągającego uwagę.

A ten akurat obrazek skojarzył mi się z Łotrem 1 i finałową walką na planecie Scarif. W Mitologii Halo mało jest zieleni, ta ilustracja jest wyjątkiem.
Dla fanów serii Mitologia Halo będzie przemiłym dodatkiem. Dla takich jak ja, którzy chcieliby wejść w to uniwersum, będzie czymś przydatnym, ale niekoniecznym. Niezainteresowani science fiction powinni trzymać się z daleka :) Ostatecznie daję tej pozycji 3/5 , bo spełniła swoje zadanie - mam teraz ochotę zobaczyć ten krótkometrażowy serial animowany (Czy tak się mówi? Może to po prostu zbiór krótkometrażówek?) miniserial Halo, który jest na Netflixie.

czwartek, 5 września 2019

20/2019 Mroczna Wieża. Rewlowerowiec. Bitwa o Tull, Człowiek w czerni, Stephen King

W swej wędrówce przez pustynię Mohaine ścigający człowieka w czerni Roland Deschain trafia do Tull. Nie jest mile widziany w tym mieście, w którym poza diabelskim zielem brakuje właściwie wszystkiego... a zwłaszcza litości. 
Gościnę - a także swoje łózko - ofiarowuje mu barmanka Allie. Kiedyś pewnie była piękna, ale teraz pozostała jej tylko blizna na twarzy i whiskey do znieczulania się. I tajemnica, którą powierzył jej człowiek w czerni, kiedy przybył do Tull i uzdrowił konającego od ziela trzydziestopięcioletniego starca. 
Opis z okładki Bitwy o Tull
To moje pierwsze komiksy od naprawdę bardzo, bardzo dawna... Zdarzyło mi się przeglądać marvelowego Venoma i Doktora Strange'a, ale to tak tylko przy okazji, więc uznaję, że się nie liczą. Te komiksy z cyklu Mroczna Wieża były już świadomym wyborem i przeczytałam je uważnie.

Komiks jest zwykle owocem pracy wielu ludzi, i tak też jest w tym przypadku. W tytule uwzględniłam tylko Stephena Kinga, bo to jego nazwisko jest eksponowane na okładce - prawdopodobnie po to, by zwiększyć sprzedaż. Odpowiada on za koncepcję literacką i kierownictwo wykonawcze, czegokolwiek by to nie oznaczało. Scenariuszem, redakcją i ilustracjami zajmowali się inni, ale nie będę ich wszystkich wymieniać, bo litania nazwisk byłaby długa.

Niezbyt czuję się na siłach, by oceniać to nowe dla mnie medium jakim jest komiks, ale i tak postaram się to zrobić. Fabularnie cały cykl komiksów o Rewolwerowcu zaczyna się w młodości Rolanda i jest prequelem książkowej Mrocznej Wieży. Jednak te pierwsze numery są trudno dostępne, w necie osiągają spore sumy, a ja na razie nie wygrałam w lotka, więc nieprędko je zdobędę. Te dwie części kupiłam po dziesięć złotych za sztukę, czyli w niezłej promocji. W tym momencie serii komiksy dogoniły już książki Bitwa o Tull to początek Rolanda (czyli pierwszego tomu Mrocznej Wieży), a Człowiek w czerni jest jego zakończeniem. Pomiędzy nimi jest luka, jeszcze jeden komiks Przydrożny zajazd, ale go nie mam :( Niemniej fabula była mi znana, co trochę ułatwiło mi odbiór. Jednak pierwsze minuty i tak były trudne, mózg musiał mi się przyzwyczaić do nowego medium. I tak łapałam się na tym, że najpierw czytałam tekst, a potem oglądałam ilustracje, bo nie mogłam ich ogarnąć na raz. Na szczęście im dalej, tym szło mi lepiej, i nie mam zamiaru na to narzekać.

A to jedna z alternatywnych okładek do Człowieka w czerni, która podobała mi się bardziej niż ta ostateczna. Na końcu każdego tomu zamieszczono ich po kilka, według mnie to świetny pomysł.
Co do ilustracji, to oceniam je bardzo pozytywnie. Często było tak w Empiku, że stałam przy tej półce z komiksami, przeglądałam je i chciałam coś kupić, ale oprawa graficzna mnie odrzucała. Mangi - niezbyt, Marvel - też nie, Wiedźmin - paskudny jak nieszczęście, chociaż podobno fabularnie fajny. Mroczna Wieża pod tym względem podpasowała mi od razu, zwłaszcza te plansze pokazujące krajobrazy rodem z Dzikiego Zachodu. No może twarze bohaterów mogłyby być odrobinę ładniejsze, ale to taka brudna konwencja, ostatecznie to kupuję.

Ostatnio mam fazę na Johnny'ego Casha, więc ta kwestia mnie ubawiła :) Tak na marginesie polecam film Spacer po linie, który jest biografią tego ciekawego artysty.
4/5, czyli całkiem dobrze - tak właśnie widzę te komiksy (z zaznaczeniem, że Człowiek w czerni podobał mi się odrobinę bardziej). Chciałabym częściej sięgać po to medium, bo wiem, że warto, że można znaleźć tam ciekawe i wartościowe rzeczy, jednak z moją awersją do niektórych stylów graficznych może być ciężko. Ostatnio znalazłam całkiem fajnego Batmana, więc coś rusza się w tym temacie - chociaż na razie jest on na samym końcu listy rzeczy do przeczytania, więc jego recenzja pojawi się zapewne gdzieś za rok :)

sobota, 31 sierpnia 2019

Nowe książki: sierpień 2019



W tym miesiącu u mnie bardzo komiksowo: mam komiks z Batmanem i biografię Stana Lee, chyba najbardziej znanego twórcy Marvela. DC i Marvel trochę się nie lubią, dlatego też postawiłam je na innych półkach, żeby się nie pogryzły :)

Książkę o Stanie Lee polecała mi koleżanka, zbierała też same dobre opinie w internecie, dlatego też cieszę się, że ją mam. A komiks o Batmanie to moja kolejna próba powrotu do tego medium. Jestem własnie w trakcie czytania moich wcześniejszych nabytków z cyklu Mroczna Wieża i jest nieźle. Zdecydowałam się na tego konkretnego Batmana ze względu na jego oprawę graficzną - ilustracje niezwykle mi się spodobały, zresztą wrzucam tu niżej przykładowe zdjęcia. Podobno fabułę też ma dobrą, to klasyczne starcie Batmana i Jokera. Dla takiej nowicjuszki jak ja to nawet lepiej.

Już sama okładka robi dobre wrażenie, taki poważny, posągowy Batman się na mnie gapi. Słynna jaskinia Batmana też wygląda tak, jak powinna; mrocznie i futurystycznie zarazem, a takim batmobilem mogłabym jeździć po mieście (tam, gdzie nie ma progów zwalniających oczywiście). Kobieta-Kot za to ma całkiem ciekawy kostium, jakby przed chwilą skończyła walkę z Wolverine'm :)



wtorek, 27 sierpnia 2019

19/2019 Wielkie Płaszcze, Sebastien de Castell (tomy I-II)

Król nie żyje, Wielkie Płaszcze rozwiązano, a Falcio val Mond i jego towarzysze Kest i Brasti skończyli jako straż przyboczna szlachcica, który na domiar złego nie chce im płacić. Ale mogło być gorzej – ich chlebodawca mógłby leżeć martwy, podczas gdy oni musieliby bezradnie patrzeć, jak zabójca podrzuca fałszywe dowody wikłające ich w morderstwo. Chwileczkę… Przecież to właśnie się zdarzyło! 
W najbardziej zepsutym mieście świata zawiązuje się spisek koronacyjny, a to oznacza, że wszystko, o co walczą Falcio, Kest i Brasti, może lec w gruzach. Jeśli tych trzech zechce przeciąć intrygę, ocalić niewinnych i wskrzesić Wielkie Płaszcze, będą musiały wystarczyć im rapiery w dłoniach i obszarpane skórzane odzienie. Dziś bowiem każdy arystokrata jest tyranem, każdy rycerz – bandytą, a jedyne, czemu można ufać, to ostrze zdrajcy.
Opis z okładki Ostrza zdrajcy
Pierwsze skojarzenie z tym cyklem to oczywiście Trzej muszkieterowie, i w sumie można powiedzieć, że jest ono częściowo trafne. Jest tu organizacja militarna działająca na rozkaz króla, która popada w nielaską, dużo pojedynków, walk i pościgów, a także (niestety) dość prosty świat, w którym przeważa czerń i biel, a na odcienie szarości zostało niewiele miejsca.

Czytając Wielkie Płaszcze porównywałam je sobie do Archiwum Burzowego Światła Sandersona i to porównanie wypadło dość słabo... Świat u Sandersona jest o wiele bardziej realistyczny, żyje i ma wpływ na zachowanie postaci. Tutaj nie dość, że mamy do czynienia z generycznym światem fantasy opartym na XVII wieku, to jeszcze czuć w nim fałsz, jakby był tylko kartonową dekoracją. Zwłaszcza w pierwszym tomie pojawiły mi się jakieś zgrzyty, nie do końca potrafię je nazwać, ale czuję, że coś poszło nie tak.

Większość postaci to chodzące symbole składające się z kilku cech, ale to akurat jakoś specjalnie mi nie przeszkadza. Najgorsze jest to, że gra ciągle toczy się o wysoką stawkę, ciągle jest tragicznie i patetycznie, odważnie i honorowo. Lubię patos, ale nie w takiej ilości. Brakuje wentylu bezpieczeństwa, luźniejszych wątków, dzięki którym chociaż na chwilę zelżeje napięcie. Niby jeden z głównych bohaterów jest śmieszkiem i często żartuje (głównie o zabijaniu rycerzy), ale ten humor do mnie nie trafia, więc nie spełnia swej roli.

Poza tym książki są całkiem spoko. Czytałam je szybko i że sporym zainteresowaniem (chociaż wiadomo było, że nikt z pierwszego planu nie zginie, nieważne ile razy znajdzie się w niebezpieczeństwie). Świat może  nie jest specjalnie oryginalny, ale ma ciekawe elementy: świętych i bogów, którzy czynnie biorą udział w wydarzeniach. Pojawia się też magia, na razie bliżej nie sprecyzowana, oraz wielki koń, czyli fantastyczne stworzenie większe i wytrzymalsze od zwykłych rumaków, dodatkowo obdarzone inteligencją. Sama fabuła jest ok. Trzech członków królewskiej organizacji rozpaczliwie próbuje zachować resztki starych praw, chociaż króla już dawno nie ma, a świat poszedł naprzód, i to bynajmniej nie w dobrym kierunku. Sytuacja jest niewesoła, ale za chwilę może zrobić się jeszcze gorzej, do czego Wielkie Płaszcze postarają się nie dopuścić. Do końca serii zostały jeszcze dwa tomy i jestem szczerze ciekawa jak całość się zakończy.

Ilustracje na okładkach książek wprowadzają czytelnika w błąd. Te powiewające peleryny wyglądają imponująco, ale książkowe płaszcze absolutnie takie nie są. To długie skórzane kurtki dodatkowo wzmocnione kościanymi płytkami z mnóstwem wewnętrznych kieszeni na użyteczne pierdoły. Czemu nie dało się zrobić ilustracji z czymś takim - nie wiem. Przecież też wyglądałyby dobrze. Cóż, oryginalne wydanie ma te same okładki, więc to nie nasze wydawnictwo tak zaszalało. Jednak literówki i błędy ortograficzne to już wyłączna zasługa wydawnictwa Insignis. Zwykle staram się nie zwracać uwagi na drobne potknięcia, bo mogą zdarzyć się każdemu, ale tutaj błędy naprawdę ostro dawały po oczach.

Ostrze zdrajcy i Cień rycerza zasługują w mojej opinii na 4/5. Może nieco na wyrost i na zachętę, ale widzę tendencję zwyżkową. Drugi tom jest lepszy od pierwszego, wreszcie pojawiły się postaci o bardziej skomplikowanej motywacji i niejednoznacznej moralności. Mam dobre przeczucia co do kontynuacji, na tyle dobre, że postanowiłam dokupić przy najbliższej okazji pozostałe dwie części cyklu  i się z nimi zapoznać.

środa, 21 sierpnia 2019

18/2019 Nikt, Magdalena Kozak (Wampiry w ABW tom III)


Czasami trzeba po prostu być NIKIM, by coś znaczyć. 
Dla Vespera nie ma już miejsca ani pośród nocarzy, ani renegatów. Zasady rządzące światem wampirów runęły w obliczu nowego zagrożenia. Ludzkość otwiera oczy...  
W starciu z ogarniętymi religijnym szałem watykańskimi, nocarze są bezradni. Nie potrafią zabijać ludzi. Jedyny ratunek w renegatach i ich przerażającym instynkcie drapieżców. Ale nie! Ciemna strona Nocy nie rozmawia z Jasną! Krwawe akcje jednostek specjalnych to początek rozpaczliwej walki o przetrwanie.  
Dawni towarzysze broni przeklęli Vespera. Jednak nawet na dnie rozpaczy, pośrodku morza nienawiści i w bagnie pogardy może zakiełkować ziarno nadziei. Koniec może być także początkiem... 
Opis z lubimyczytac.pl
Po roku przerwy powróciłam do tej polskiej serii o wampirach, która dała mi wiele radości. Ten tom miał być pierwotnie zakończeniem trylogii, ale autorka postanowiła dopisać jeszcze czwarty, który też oczywiście przeczytam. Niestety Nikt nie dorównał poziomem poprzednim częściom, ale nie było tragedii. Mam jednak wrażenie, że tak historia lepiej sprawdziłaby się jako dylogia  - zakończenie trzeciej części byłoby wtedy epilogiem.

Mama wrażenie, że autorka miała mocny pomysł właśnie na samo zakończenie, ale tak średnio wiedziała czym wypełnić resztę książki, więc fabuła nie jest płynna, a Vesper użala się nad sobą o wiele za długo - aczkolwiek i tak było to zabawne. Finał książki jest mega przewidywalny, ale pasuje idealnie. Mam wrażenie, że jakikolwiek inny wybór fabularny byłby bez sensu. Główne starcie zbrojne też wywołało kilka uwag krytycznych. Walka na wydmach z użyciem magii nie wyszła aż tak fajnie, Magdalena Kozak zdecydowanie lepiej radziła sobie z opisywaniem zwykłych strzelanin w industrialnych lokacjach.

Ale największą wadą powieści jest to, jak zostały w niej potraktowane postaci kobiece (wszystkie dwie, normalnie oszałamiająca liczba). Obie są tu płaczącymi mamejami uwikłanymi w wątki miłosne, które nie mają żadnego znaczenia dla fabuły i spokojnie można byłoby je wyciąć. I co najgorsze - za jedną z pań decyzję odnośnie wyboru partnera podejmuje główny bohater, bo przecież on wie lepiej, co będzie dla niej najlepsze - jakże ja nienawidzę tego typu rozwiązań fabularnych.

Z tych względów Nikt dostanie ode mnie 3/5, czyli o jeden punkt mniej niż poprzednie części. Było lekko i zabawnie, ale bez mięsistej fabuły, która wypełniłaby te ponad trzysta stron. Nie skreślam jednak serii, bo mało jest ciekawych rzeczy o wampirach, a po polsku to już w ogóle, więc kiedyś na pewno przeczytam tom czwarty.

Recenzja tomu I - Nocarz
Recenzja tomu II - Renegat

niedziela, 11 sierpnia 2019

17/2019 Jeszcze może załopotać, Robert M. Wegner


Pisałam kiedyś, że gdyby Robert Wegner napisał coś o młodym Laskolnyku, to czytałabym to jak szalona. W tym roku Gwiazdka nadeszła wcześniej: dostałam opowiadanie nie tylko o młodym generale Laskolnyku, ale też o młodym cesarzu Kreganie, i o bohaterskiej obronie Meekhanu przed najazdem Ojca Wojny.

To nie będzie obiektywna recenzja, lecz raczej pisk podekscytowanej fanki, którą oczywiście jestem. Co mi się podobało? Wszystko. Charyzmatyczne postaci, piękne lokacje, opisy walk działające na wyobraźnię, elementy dramatyczne, patetyczne i komediowe. Są spiski, upadki, improwizacje i szczęśliwe zbiegi okoliczności. Trochę szkoda, że wiedziałam jak to wszystko się zakończy, więc odpadł element zaskoczenia, ale i tak było super. Zazdroszczę osobom, dla których będzie to pierwszy kontakt z tym uniwersum, na pewno odbiorą to opowiadanie nieco inaczej.

Jeszcze może załopotać pod względem konstrukcji jest nieco podobne do sceny uznawanej przez wielu za najlepszy opis batalistyczny polskiej literatury fantasy, czyli do bitwy pod Brenną z Sagi o wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. Tutaj również mamy do czynienia z narracją z punktu widzenia różnych osób, od szeregowego żołnierza do samego cesarza, oraz ze zmianą planów czasowych - wspomniany żołnierz spisuje relację z bitwy o Meekhan będąc w podeszłym wieku. Wegner jednak stawia na większą prostotę: narratorów jest mniej, styl jest jednolity, a plany czasowe tylko dwa. To w końcu tylko opowiadanie, nie potrzebuje nie wiadomo jakich fajerwerków. Jedyne, czego mi brakowało, to odrobina narracji z punktu widzenia najeźdźców; są tylko zdehumanizowanym wrogiem, dzikusami, których trzeba zlikwidować, i tyle. A bardzo chętnie przeczytałabym o momencie, w którym Ojciec Wojny Yawenyr orientuje się, że cesarz Kregan nie jest głupim gówniarzem, którego można zlekceważyć i ot, tak podbić jego państwo. 

W trakcie czytania totalnie miałam w głowie wizualizację tej historii, która tak w ogóle świetnie nadawałoby się na film, Dajcie mi tak ze sto milionów dolarów, a go nakręcę :) Robert Wegner nie jest może w ścisłej czołówce polskich pisarzy (według mnie oczywiście), ale i tak jego styl pozwala wyobraźni wejść na najwyższe obroty. Jest bardzo dobry w tym, co robi, więc absolutnie nie zdziwiła mnie Nagroda Zajdla, którą dostał dosłownie chwilę temu ze Każde martwe marzenie, zresztą bynajmniej nie była to pierwsza nagroda w jego karierze. Wszystkie te wyróżnienia uważam za jak najbardziej zasłużone.   

Oczywiście nie mogę ocenić Jeszcze może załopotać niżej niż 5/5, jaka byłaby wtedy ze mnie psychofanka :) Chciałabym dostawać więcej takich niespodziewanych, lecz jakże udanych prezentów, zarówno z meekhańskiego uniwersum, jak i może czegoś nowego, co zauroczy mnie równie mocno. 

Opowiadanie można legalnie i darmowo pobrać ze strony wydawnictwa klikając tutaj.

Moje recenzje tomów I-IV: stara i nowa.
Recenzja tomu piątego Każde martwe marzenie

czwartek, 8 sierpnia 2019

16/2019 Top Gear od środka czyli And on That Bombshell, Richard Porter


Przez 13 lat, 22 sezony i 175 odcinków Richard Porter pracował jako scenarzysta Top Gear; to on współtworzył scenariusz tego najlepszego programu motoryzacyjnego na świecie, od niewyemitowanego nigdy odcinka pilotowego po ostatni topgearowy występ Jeremy’ego Clarksona, Richarda Hammonda i Jamesa Maya w maju 2015 roku. 
W tym czasie – niszcząc samochody, wywołując incydenty dyplomatyczne, podpalając przyczepy kempingowe i mało nie pozbawiając życia jednego z prezenterów – ekipa Top Gear z rosnącym niedowierzaniem obserwowała, jak jej program z niepozornego, niszowego show BBC2 dla maniaków motoryzacji staje się globalnym, znanym w każdym zakątku świata telewizyjnym fenomenem.
Opis ze skrzydełka okładki książki. 
Lubiłam Top Gear i często oglądałam go z mamą. Nie miałam jeszcze wtedy prawa jazdy, a motoryzacja nigdy nie znajdowała się w głównym kręgu moich zainteresowań, nie przeszkadzało mi to jednak znakomicie się przy nim bawić. Barwne osobowości prowadzących i specyficzny brytyjski humor sprawiły, że Top Gear był programem raczej rozrywkowym niż motoryzacyjnym, i oprócz mnie pokochały go miliony widzów na całym świecie.

Autor książki był scenarzystą programu przez ponad 12 lat, więc absolutnie nie można mu zarzucić braku kompetencji do stworzenia tego typu pozycji. Spędził mnóstwo czasu z ekipą przygotowując i kręcąc kolejne odcinki. Top Gear od środka składa się z króciutkich rozdziałów, a każdy z nich porusza odmienne zagadnienie. Na szczęście zostały ułożone mniej-więcej chronologicznie, więc książka nie sprawia wrażenia chaotycznej. Na początku Richard Porter opowiada o sobie i o tym, jak w ogóle dostał się do programu, potem wspomina o starym, klasycznym Top Gear i o jego reaktywacji w nowocześniejszym wydaniu. Dalej mówi o tych wszystkich ciekawostkach, o których właśnie miałam nadzieję dowiedzieć się z jego książki: jak wygląda biuro Top Gear, jak powstawały odcinki, jak to było ze Stigiem, jacy naprawdę są prowadzący program, jacy goście zapraszani na przejażdżkę samochodem za rozsądną cenę byli najsympatyczniejsi. No i przede wszystkim: ile w Top Gear było scenariusza.

Richard Hammond, Jeremy Clarkson i James May - to właśnie dzięki nim Top Gear odniósł taki sukces. W książce jest kilka wklejek z kolorowymi zdjęciami, co oczywiście jest fajnym dodatkiem. Niestety papier, na którym je wydrukowano, nie jest najlepszej jakości. Najczęściej wydawnictwa używają błyszczącego kredowego, tu zdecydowano się na zwykły chropowaty.
Prezenterzy programu często sprawiali wrażenie wyluzowanych kumpli przerzucającymi się żartami i złośliwościami, co nadawało całemu Top Gear luźny ton - a tak przecież nie wyglądają poważne programy sztywno trzymające się scenariusza. Taki efekt zapewniły profesjonalizm Richarda, Jamesa i Jeremy'ego, faktyczne koleżeństwo łączące ich i całą ekipę, oraz dobry scenariusz. Bo raz próbowano nakręcić bardzo spontaniczny odcinek pilotażowy. Efektem tego była płyta z nagraniem przechowywana w sejfie, by nikt nie zobaczył tej żenady. Oczywiście w Top Gear pojawiają się materiały sprawiające wrażenie trochę sztucznych i nakręconych na siłę, Richard Porter absolutnie tego nie neguje. Działo się tak dlatego, że czasem coś wygląda dobrze na papierze, ale po nakręceniu efekt jest kiepski, ewentualnie po prostu wymyślił coś słabego, co wtedy wydawało mu się niemalże genialne.

Myślę jednak, że cała ekipa Top Gear odwaliła kawał dobrej roboty, bo większość odcinków oglądało mi się świetnie. Richard Porter sprawdził się i jako scenarzysta, i jako autor tej książki. Czuć w niej ten specyficzny Top Gearowy humor i lekkość. Mam wrażenie, że została ona specjalnie napisana w taki sposób, żeby spodobała się też osobom, które zwykle nie czytają książek, a dostały ją w prezencie albo trafiły na nią przypadkiem. Rozdziały są krótkie i od razu wciągają jakąś ciekawostką czy zabawnym sformułowaniem. Nie wymaga dużego skupienia, można ją sobie podczytywać przed snem czy w tak zwanym międzyczasie (ja czytałam ją przez kilka dni do śniadania i dlatego teraz mam na okładce mnóstwo tłustych odcisków palców). Litery i interlinie są spore, co ułatwia i przyspiesza czytanie. Mimo niewątpliwej błyskotliwości i inteligencji autora czuję opór przed nazwaniem go pisarzem. Mam wrażenie, że nie jest to prawdziwa książka, a raczej zbiór felietonów albo tekstów pisanych na bloga. Oczywiście nie oznacza to, że są złe, tylko po prostu takie... mało literackie. Albo po prostu to ze mną jest coś nie tak. Z tego względu moja ocena Top Gear od środka to 4/5, ale serdecznie ją polecam.

Bardzo mi szkoda, że program skończył się w atmosferze skandalu (dla niezorientowanych przypomnę: po zakończeniu prac na planie nietrzeźwy Jeremy Clarkson uderzył w twarz producenta). Byłam w szoku, kiedy się o tym dowiedziałam. Owszem, Jeremy odwalał wcześniej różne dziwne rzeczy, jednak to było już przegięcie. Doskonale rozumiem rozgoryczenie ekipy: przez trzynaście lat zżyli się ze sobą lepiej niż niejedna rodzina, nic dziwnego więc, że poczuli się zdradzeni. Decyzja o zakończeniu programu była może i radykalna, lecz w mojej ocenie jedyna słuszna. Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy, a przecież nikt nie zabierze nam naszych ulubionych odcinków, jak i również tej książki, która będzie ich świetnym uzupełnieniem.

PS muszę to z siebie wyrzucić, bo mam wrażenie, że bez tego ta recenzja nie będzie kompletna: moim ulubionym prowadzącym jest James May, a ulubionym materiałem ten, w którym próbowano zniszczyć Toyotę Hilux, na szczęście bezskutecznie. Od tamtej pory marzę o takim samochodzie, koniecznie czerwonym. Nie wiem po co mi pick-up w mieście, ale kto by się przejmował takimi drobiazgami...