poniedziałek, 18 listopada 2019

27/2019 Ostatnie życzenie, Miecz przeznaczenia, Andrzej Sapkowski


Ustalmy to jasno na samym początku: jestem jedną z tych nielicznych fanek Wiedźmina, która woli sagę od opowiadań. Nie jakoś specjalnie bardziej, ale gdybym miała wybierać, to zawsze na pierwszym miejscu postawię te pięć powieści z dziwnym zakończeniem. Oczywiście opowiadania są świetne, niektóre wręcz genialne, ale trafiają się niewypały, np. Okruch lodu. Serio, jeśli jesteście przekonani o absolutnym geniuszu Wiedźmina, to weźcie do ręki Miecz przeznaczenia, odszukajcie to opowiadanie i przyjrzyjcie się dokładnie temu, jak postaci do siebie mówią (a raczej przemawiają). Denerwujące jest też ciągle powtarzanie tytułu w Granicy możliwości. Ok, to jest fajne, jeśli gdzieś w treści opowiadania ten tytuł padnie, ale w tym przypadku Andrzej Sapkowski chyba przegrał jakiś zakład i musiał go wrzucić na praktycznie każdą stronę.

I to tyle jeśli chodzi o minusy. Jak widzicie, nie wytknęłam ich jakoś szczególnie dużo, bo generalnie Wiedźmina uwielbiam i nie potrafię go bardzo krytykować. Jak większość zapewne wie, wszystko zaczęło się w 1986 roku od jednego opowiadania o łowcy potworów wysłanego na konkurs, na którym zajęło trzecie miejsce. Teraz Wiedźmin to osiem książek przełożonych na kilkanaście języków, antologia opowiadań, ukraińska cyberpunkowa wariacja w temacie, hitowe gry komputerowe, komiksy, musical, film fanowski, słynna rodzima ekranizacja, nadchodząca serialowa adaptacja od Netflixa. I na pewno jeszcze o czymś zapomniałam. Coś takiego można określić tylko w jeden sposób: to fenomen popkulturalny. Nasz swojski, polski (nie słowiański, słowiańskości w nim jak na lekarstwo) wiedźmak zawojował już cały świat. Kiedy pierwszy raz go czytałam, gdzieś koło 2000 - 2001 roku, nawet nie pomyślałam, że to się tak skończy. Zresztą co ja piszę, jaki koniec. To uniwersum ma taki potencjał, że o końcu jeszcze długo nie usłyszymy.

Nie będę rozwodzić się nad fabułą, zainteresowanych odsyłam w dwa miejsca: na blog Mistycyzm Popkulturowy, na którym autor rozkłada opowiadania na czynniki pierwsze; oraz do podcastu Czytu Czytu, gdzie autorki omawiają kolejne tomy opowiadań i sagi. O siebie dodam tylko, że jednak wolę opowiadania z pierwszego tomu, w drugim nie podszedł mi już wspomniany wcześniej Okruch lodu i Trochę poświęcenia.

Ta notka nie jest recenzją, a raczej zbiorem moich luźnych (jeszcze luźniejszych niż zwykle) przemyśleń na temat Wiedźmina. Oczywiście wystawię tym książkom ocenę, i oczywiście będzie to 5/5. Myślę, że teraz jest idealny moment na powtórną lekturę przygód Geralta, Yennefer i Ciri, ewentualnie na pierwsze spotkanie z tymi postaciami - do czego serdecznie zachęcam, zwłaszcza, jeśli ktoś lubi fantasy, a jakimś cudem jeszcze Wiedźmina nie czytał.

czwartek, 7 listopada 2019

26/2019 Zorza polarna, Philip Pullman (Mroczne materie tom I)


W Zorzy polarnej poznajemy Lyrę Belaquę, sierotę z równoległego świata, w którym nauka, teologia i magia splatają się ze sobą. Lyra i jej dajmon w zwierzęcej postaci mieszkają - na wpół dzicy i beztroscy - wśród akademików oksfordzkiego Kolegium Jordana. Kiedy Lyra wyruszy na poszukiwanie uprowadzonego przyjaciela, odkryje złowieszczą intrygę, w której główną rolę odgrywają porwane dzieci, a jej wyprawa przerodzi się w pogoń za zrozumieniem tajemniczego zjawiska zwanego Prochem. Los zawiedzie ją na skute lodem ziemie Arktyki, gdzie władzę sprawują klany wiedźm, a niedźwiedzie polarne toczą wojny. Niezwykła podróż Lyry będzie miała poważne konsekwencje wykraczające daleko poza granice świata, który zamieszkuje.
Opis z okładki książki (z poprawioną literówką, która jakimś cudem się tam znalazła)
Od jakiegoś czasu chciałam wrócić do tej trylogii. Wydawnictwo MAG właśnie wypuściło przepiękne wznowienie, które oczywiście musiałam mieć. Okładka tej nowej Zorzy polarnej to istne dzieło sztuki, ale książka ma swoje problemy, a właściwie jeden duży problem: tłumaczenie. 

Moje pierwsze spotkanie z tymi książkami miało miejsce parę ładnych lat temu, jeszcze przed filmową adaptacją z 2007 roku. Nie pamiętam, kto tłumaczył tamto wydanie, ale na pewno był to ktoś inny. Wiadomo, że zwykle ma się sentyment do tego tłumaczenia, które poznało się jako pierwsze (dlatego jestem team Chyżwar, Dzierzba może się schować), ale w tym przypadku nowa wersja wydaje mi się zwyczajnie gorsza. Nie będę tu przytaczać wszystkich momentów, w których coś mi zazgrzytało (chociaż mam je wypisane na wcale nie takiej małej karteczce), podam jeden: Grobale. Jeśli czytaliście kiedyś Mroczne materie, to na pewno kojarzycie tę nazwę. Grobale to owiani złą sławą, grasujący po całym kraju porywacze dzieci. Nazwa kojarzy się z czymś obrzydliwym i przerażającym, ciekawie nawiązuje też do Generalnej Rady Oblacyjnej, kościelnej organizacji, która za tym wszystkim stała. W nowym wydaniu Grobale stali się prostymi, pozbawionymi wyobraźni Pożeraczami. Przepadła cała groza i powiązanie z Radą. Szkoda, wielka szkoda.


Ta zakładka pasuje idealnie. Jednak miałam z nią pewien problem...

Poza dyskusyjną kwestią tłumaczenia Zorza polarna jest taka, jak ją zapamiętałam, czyli to wciąż wielowymiarowa, pełna magii opowieść, którą można interpretować na wiele sposobów. Ja widzę tam głównie ostrzeżenie przed wielkimi instytucjami, które za wszelką cenę będą chciały utrzymać monopol na prawdę, ich prawdę, dla nich korzystną. Pierwszym skojarzeniem są różnego rodzaju kościoły i związki wyznaniowe, ale spokojnie można to rozszerzyć także na systemy polityczne i wielkie korporacje. Ważny jest też temat dojrzewania, szczególnie bliski młodszym czytelnikom, którzy właśnie są w trakcie tego trudnego i nierzadko burzliwego procesu.

BŁYSZCZĄCY FRĘDZELEK, MUSIMY GO ZAMORDOWAĆ! - taki był tok myślenia moich kotów w trakcie robienia zdjęć. Zwłaszcza Tarkin - ten czarny - bardzo chciał poćwiczyć polowanie właśnie na mojej zakładce.
Aż do ponownego przeczytania Zorzy polarnej żyłam w przekonaniu, że akcja tej książki rozgrywa się w alternatywnym, bardziej steampunkowym XIX wieku. Ale okazało się, że to czasy bardziej nam współczesne. W książce budynek z połowy XIX w. jest już uważany za dość stary. Wspomniana została powódź w '53 (1953? Najprawdopodobniej tak), w trakcie której lord Asriel ratuje tonącego chłopca. W trakcie trwania powieści bohater ten ma około czterdziestki, a od powodzi minęło już trochę czasu. Myślę, że aktualna data to mniej-więcej 1970. Wspomniane są elektrownie atomowe, panele słoneczne, metro (wspaniale nazwane koleją chtoniczną, sprawdziłam stare wydanie i wychodzi na to, że jest to rzecz, która się nowemu tłumaczowi udała nadzwyczajnie), nawet coś w rodzaju komputera. Teraz nie mam przed oczami jedynie steampunku i epoki wiktoriańskiej, lecz elementy tej stylistyki wymieszane z modernizmem.

Niektórzy twierdzą, że Mroczne materie są przeznaczone głównie dla młodszego odbiorcy, ale ja się z tym nie zgadzam. Owszem, książkę może przeczytać dwunastolatek i będzie zadowolony - o ile lubi fantasy. Jednak z wiekiem widzi się w niej więcej poziomów, na które wcześniej nie zwróciło się uwagi. Cieszę się bardzo, że wróciłam do niej po latach, i jednocześnie zastanawiam, jak teraz odbiorę zakończenie trylogii... Coś mi mówi, że może podobać mi się jeszcze bardziej. Zorza polarna dostaje 5/5, polecam ją bardzo (serial zresztą też, na razie wyszedł tylko jeden odcinek, ale wygląda on obłędnie dobrze) i idę oczekiwać na wydanie kolejnych tomów.

czwartek, 24 października 2019

25/2019 Ostatnia misja Asgarda, Robert J. Szmidt (Pola dawno zapomnianych bitew tom V)

Asgard cudem unika zniszczenia podczas ataku na Ziemię. Podczas lotu w nadprzestrzeni narusza horyzont zdarzeń potężnej czarnej dziury i przenosi się w czasie o ponad sto pięćdziesiąt lat. Załoga admirała Rutty pojawia się w normalnej przestrzeni długo po zakończeniu exodusu ludzkości, po którym w Galaktyce pozostały jedynie niezliczone pola przegranych i dawno zapomnianych bitew. 
Na pokładach okrętów należących do eskadry ostatniego rdzeniowca jest jednak wystarczająco wielu ludzi, by nasza cywilizacja mogła się odrodzić. Aby było to możliwe, Asgard musi wykonać ostatnią misję: wyruszyć szlakiem zagłady i odkryć wszystkie tajemnice Obcych, zarówno ma'lahn, jak i tych, którzy przybyli, by ich pomścić.
Opis z okładki książki 
Uwaga, uwaga! W Ostatniej misji Asgarda Robert J. Szmidt użył słowa gargantuiczny aż sześć razy! To niewątpliwie najważniejsza informacja o tej książce, którą wszyscy powinni znać :) A tak na serio, to wcale nie wypominam autorowi nadużywania tego sformułowania, bo za każdym razem jest użyte z sensem i pasuje do kontekstu. Po prostu jest tak charakterystyczne, że bardzo rzuca się w oczy i łatwo je zapamiętać, dlatego trochę się z niego nabijam.

Teraz na poważnie - jest nieco lepiej, niż w poprzednim tomie, chociaż i tak mam wrażenie, że można byłoby opowiedzieć tę historię inaczej, lepiej. Całość ma świetne fragmenty, takie, w których nie zmieniłabym ani słowa, ale są też momenty dziwne, w których wiele rzeczy mi nie pasowało. Nie napiszę, że były wyjęte z tylnej części ciała, bo poziom nie jest aż tak niski. To ogólnie nie jest zła space opera. Po prostu mam świadomość, że po pewnych zmianach byłaby lepsza, a to zawsze mnie boli.

Być może przyjęłam ten finał serii (teraz to już oficjalnie finał, ma nie być kontynuacji, ewentualnie jakieś spin-offy w tym samym uniwersum) tak dobrze, bo po zakończeniu Zwycięstwa albo śmierci nie miałam już dużych oczekiwań. A tu taka niespodzianka: okazuje się, że to dobry punkt wyjścia do niemal detektywistycznej historii. Bohaterowie mają tylko ogromne pole szczątków i muszą sami dojść do tego, co konkretnie się wydarzyło. Czym jest ta dziwna wiadomość, która zdaje się być przeznaczona specjalnie dla nich? czy wciąż grozi im niebezpieczeństwo ze strony obcych? A może bunt we własnych szeregach jest większym zagrożeniem? Wielki admirał Rutta ma w tej części masę problemów i musi sobie z nimi jakoś poradzić. Bardzo podszedł mi ten sposób prowadzenia fabuły, pełen zagadek i piętrzących się przeszkód, które trzeba pokonać, by móc działać dalej. Trochę przypomniało mi to Henryana Święckiego kierującego ewakuacją z Delty Ulietty w Ucieczce z raju i dla własnie takich momentów warto czytać cały cykl.

Ogólnie więc książkę czyta się dobrze, szybko i z niesłabnącym zainteresowaniem. Ale jest jeszcze zakończenie, i to niestety utrzymane w stylu tego z poprzedniej części. Nie jest aż tak źle, jak wtedy, bo autor na szczęście umieszcza w całej książce wskazówki prowadzące do własnie takiego finału. Osobiście chciałabym, aby książka skończyła się wtedy, gdy Rutta relaksuje się w swojej nowej gubernatorskiej rezydencji, no ale rozumiem, że to wybitnie nie pasuje do tak zwanej (przeze mnie) polskiej szkoły pisania zakończeń. Według niej happy end jest niemożliwy, główny bohater musi zginąć albo cierpieć, nic nie może mu się udać, a kobieta jego życia musi odejść z innym. Jakże ja mam już tego dość... Ma szczęście w tym przypadku nie jest aż tak źle, ale i tak cała seria Pola dawno zapomnianych bitew będzie tą, która miała świetne momenty, ale ostatecznie jednak zmarnowała swój potencjał. To mogła być tak epicka space opera (i miejscami nią jest), ale pewien niesmak jednak pozostaje. 

Wszystkie pięć tomów serii. Wychodzi na to, że najlepszym żartem, jaki może powiedzieć pisarz, jest: A, napiszę sobie jakąś trylogię...
Robert Szmidt nigdy nie skupiał się na wyglądzie swoich bohaterów, zdziwiłam się więc, gdy zaraz na początku książki trafiłam na ciągnący się przez całą stronę opis czwórki oficerów z drugiego planu. Ale jaki to był opis! Wyobraźcie sobie, że odpalacie generator postaci w Simsach, ustawiacie opcję najbardziej groteskowy wygląd ever (nie ma takiej, ale u pana Szmidta na pewno by istniała), wciskacie losuj cztery razy i gotowe, są wasze postaci, można je wrzucać do książki. Jedna gruba, druga chuda, trzecia ma wielki nos, czwarta wyłupiaste oczy, czy co tam się wam udało cudacznego wylosować. Srogo parsknęłam śmiechem przy tym fragmencie, ale z zażenowania, nie dlatego, że to było świetne. Naprawdę, jeśli mam czytać takie opisy, to wolę, żeby nie było ich wcale. I jeszcze jeden koleś jest blondynem z rudymi włosami... A ja zielonowłosą brunetką, serio, tak było, taka się urodziłam :)

Ostatnia misja Asgarda jest solidną książką. jednak w ramach tego gatunku można znaleźć rzeczy o wiele lepsze (cześć Głębia!) - w sumie to podsumowanie można odnieść do całego cyklu. Myślę, że są osoby, które nie będą tak bardzo psioczyć na zakończenie, i one być może dadzą wyższą ocenę, ale ja poprzestanę na 4/5. Cieszy mnie, że w Polsce powstają takie utwory i chciałabym więcej fantastyki na przynajmniej takim poziomie. Mam też nadzieję, że młodzi autorzy i autorki odejdą od schematu pesymistycznego zakończenia ciągnącego się w polskiej literaturze od epoki romantyzmu, i będę mogła cieszyć się wspaniałymi historiami, które bardziej podnoszą na duchu.   

Recenzje wcześniejszych tomów cyklu:

piątek, 11 października 2019

24/2019 Krew modliszki, Adrian Tchaikovsky (Cienie pojętnych tom III)

Imperium Os szykuje się do podboju Nizin, gromadząc wojska i doskonaląc nowe bronie. Uwagę imperatora od sukcesów militarnych odwraca jednak niewolnik obiecujący mu nieśmiertelność. Stawką w grze jest zdobycie tajemniczej Szkatuły Cienia, starożytnego artefaktu kryjącego w sobie mroczną potęgę Darakyonu. 
Żukowcy także zorientowali się już w mocy przedmiotu i posłali na jego poszukiwania kilku agentów i Osowców, którzy mają wspierać wysłanników Kolegium swą wiedzą o metodach działania Imperium. Czy rzeczywiście nie złamią przyrzeczenia danego Stenwoldowi? Czy oprą się pokusie przejęcia szkatuły?
Opis ze strony lubimyczytac.pl
Być może zrobiłam sobie za dużą przerwę pomiędzy drugim a trzecim tomem, bo Krew modliszki nie weszła mi aż tak dobrze, jak poprzednie części tego cyklu. Nadal jest dobrze, klimatycznie i oryginalnie, ale pojawiły się pewne zastrzeżenia, których nie miałam wcześniej.

Mam wrażenie, że w tym tomie akcja (szczególnie na początku) była poprowadzona zbyt fragmentarycznie. Bohaterów jest sporo, podzielili się na mniejsze drużyny i rozjechali po świecie. Lubię ten sposób narracji z wielu perspektyw, bo pozwala odkryć więcej świata, niestety tutaj rozdziały były za krótkie i akcja skakała co chwilę z miejsca na miejsce, zamiast skupić się na kimś dłużej. Przeszkadzało mi to zwłaszcza na początku książki, zanim wątki nabrały tempa. Takie same zarzuty miałam też do drugiego tomu Głębi Marcina Podlewskiego, nie oznacza to jednak, że książka mi się nie podobała.

Większą wadą był w moich oczach wątek Stenwolda Makera. Bohater ten jest kreowany na ponadprzeciętnie inteligentnego, nie rozumiem więc, dlaczego tyle czasu zajęło mu podjęcie decyzji, którą już od początku uważałam za oczywistą. To znaczy wiem, że to wahanie było potrzebne do zawiązania intrygi zakończonej próbą zamachu. Pojawiły się wątpliwości grożące rozpadem młodego sojuszu. Brzmi interesująco, ale niestety było trochę za bardzo przeciągnięte i zaczynało nużyć. Aczkolwiek wydaje mi się, że część czytelników nie zwróciłaby na to uwagi i cały czas dobrze się bawiła.

Oprócz tego było świetnie. Pojawiły się nowe klimatyczne lokacje i ciekawi bohaterowie drugoplanowi. Świat przedstawiony robi się coraz większy i bardziej złożony, a postaci będzie niedługo tyle, co w Grze o tron. I każda z nich jest na tyle charakterystyczna, że nie myliły mi się ani nie zlewały ze sobą. Większego znaczenia nabrał też motyw magii, która w tym uniwersum jest już niemal zapomniana, uważana przez wykształconych pojętnych za coś mistycznego, co może i kiedyś było na świecie, ale teraz to tylko bajki. Bardzo lubię w tej serii motywy polityczne, militarne i technologiczne, ale ta magia znakomicie je dopełnia i po prostu pasuje do tego świata. Może nie chciałabym, żeby wysunęła się na pierwszy plan, ale niech tam będzie, bo z nią jest fajnie.

W Krwi modliszki zabrakło tak spektakularnych starć, o jakich mieliśmy okazję poczytać w Klęsce ważki. Troszeczkę szkoda, chociaż rozumiem, że nie można powtarzać tego samego w dwóch książkach z rzędu. Znalazło się miejsce na opis buntu w mieście, walk powietrznych i działań partyzanckich. Szczególnie na wyobraźnię działają starcia powietrzne, te wszystkie latające machiny bardzo kojarzyły mi się ze steampunkiem i ze szkicami Leonarda da Vinci. Chętnie przyjęłabym też więcej partyzantki księcia Salmy, bo to szalenie interesujące. Jeden opis skutków ataku na pociąg tylko zaostrzył mi apetyt. Może w następnych tomach będzie tego więcej.

Wszystko, co wytknęłam książce na początku recenzji, to nawet nie są wady, tylko moje osobiste czepialstwo. To nadal jest bardzo dobra seria i na pewno miałabym lepsze odczucia, gdybym zabrała się za ten tom zaraz po poprzednich. Obiecuję, że z kolejnym nie będę zwlekać aż tak długo. Niemniej nie mogę dać Krwi modliszki maksymalnej oceny, poprzestanę na porządnym 4/5, zwłaszcza, że mam wysokie oczekiwania i wiem, że autora stać na więcej.

Recenzja tomu pierwszego Imperium Czerni i Złota
Recenzja tomu drugiego Klęska ważki

niedziela, 6 października 2019

23/2019 Prochy Babilonu, James S. A. Corey, (Expanse tom VI)

Wolna Flota - grupa skorych do przemocy Pasiarzy w czarnorynkowych okrętach wojennych - okaleczyła Ziemię i rozpoczęła kampanię piractwa i przemocy wśród planet zewnętrznych. Statki kolonizacyjne kierujące się do tysiąca nowych planet po drugiej stronie pierścieni wrót obcych są łatwą zdobyczą, a żadna flota nie ma dość sił, by ich chronić. 
James Holden i jego załoga lepiej niż inni znają mocne i słabe strony nowego przeciwnika. Mając do czynienia z silniejszym i liczniejszym wrogiem, znękane pozostałości dawnych potęg politycznych wzywają Rosynanta do desperackiej misji polegającej na dotarciu do stacji Medyna w samym sercu sieci wrót.
Opis z okładki książki.
Prochy Babilonu są już szóstą częścią cyklu, więc gdyby akcja w nich spowolniła, albo wystąpiło jakieś zmęczenie materiału, to byłoby to w pewien sposób zrozumiałe. Na szczęście jednak nic takiego nie miało miejsca. Różni się trochę od poprzedniego tomu, który był istną petardą. Teraz emocje nieco opadły, bohaterowie otrząsnęli się z pierwszego szoku i zastanawiają się, co dalej, bo ich świat nigdy już nie będzie taki sam. I to jest moim zdaniem największa zaleta tej książki: nie próbuje przebić poprzedniczki pod względem akcji i emocji, lecz stawia na logiczny rozwój fabuły.

Nie będę zagłębiać się w szczegóły, bo nikt nie lubi spoilerów, ale ze względu na to, że to środek cyklu, jakieś jednak mogą się pojawić. Widziałam już w necie jedną opinię, w której autor narzekał na rozwiązanie problemu znikających statków. Owszem, nie jest to nic super wow, mieliśmy pełne prawo spodziewać się więcej, ale ja to kupuję. Postać, która znalazła klucz do tej zagadki, już we wcześniejszych tomach była przedstawiana jako bardzo inteligentna i kreatywna osoba, więc logiczne jest, że mogła sobie dać radę z problemem, który przerastał wielu innych. Poza tym może wiemy już, dlaczego statki znikają, ale nie mamy pojęcia, co się z nimi dzieje - zostały jeszcze jakieś tajemnice do odkrycia. Jak już wspominałam wcześniej, Prochy Babilonu są świetną kontynuacją, taką, która rozwija postaci zgodnie z ich charakterami i zgodnie z regułami rządzącymi światem przedstawionym. Nie idzie w kierunku taniej sensacji, nie próbuje przeskakiwać rekina - i chwała jej za to.

Oczywiście znalazłam coś, do czego mogę się przyczepić, a jest to wątek botanika Praksa. Dokonuje on bardzo ważnego odkrycia, pojawia się regularnie gdzieś do połowy książki, a potem znika. I nie mówię, że to zły wątek, ale naprawdę chciałabym się dowiedzieć, jaki miał wpływ na resztę bohaterów. Wystarczyłoby, żeby ktoś o tym wspomniał gdzieś pod koniec. Albo to zwykłe przeoczenie, albo autorzy świadomie zostawili tę sprawę na następny tom, co jednak byłoby w moich oczach decyzją dziwną. 

Szósty tom Expanse dał mi coś, czego nie miały poprzednie części: taki rodzaj emocji, który sprawił, że się wzruszyłam, i to dwukrotnie. Spokojnie można powiedzieć, że znam tych bohaterów od lat i jestem z nimi zżyta. Nic dziwnego więc, że w pewnych momentach przy wątkach Avasarali i Praksa łezka zakręciła mi się w oku...

Uważny czytelnik zauważy w Prochach Babilonu ciekawy easter-egg, mianowicie jeden z marsjańskich statków nazywa się Mark Watney. Jest to imię i nazwisko głównego bohatera Marsjanina Andy'ego Weira, więc czyżby obie książki działy się w tym samym uniwersum? Otóż niestety nie, szukałam informacji na ten temat i okazało się, że to tylko taki mały żarcik. Ale te książki pasują do siebie tak dobrze, że nic nie przeszkodzi mi myśleć o nich jak o jedności.

Rozumiem, jeśli komuś ta część nie spodoba się aż tak bardzo, jak mi, zwłaszcza jeśli jego ulubionym motywem w Expanse była protomolekuła i obcy. Tutaj te tematy praktycznie nie istnieją, całość kręci się wokół polityki - co jest moją ulubioną częścią tego uniwersum. Dodajmy do tego sporo scen batalistycznych i dostajemy bardzo dobrą space operę, której nie potrafię dać oceny innej niż 5/5.

Recenzje tomu pierwszego Przebudzenie Lewiatanastara i nowa.
Recenzja tomu drugiego Wojna Kalibana
Recenzja tomu trzeciego Wrota Abaddona
Recenzja tomu czwartego Gorączka Ciboli
Recenzja tomu piątego Gry Nemezis

poniedziałek, 30 września 2019

Nowe książki: wrzesień 2019


We wrześniu moje zakupy to głównie kontynuacje serii, które już mam, i pierwszy tom trylogii, którą znam i chciałam mieć już od dawna. Tak się jakoś złożyło, że wszystkie książki są utrzymane w ciepłej jesiennej tonacji kolorystycznej - to niezamierzone, ale wygląda bardzo ładnie.


Piąty tom cyklu Pola dawno zapomnianych bitew Roberta J. Szmidta to książka, wobec której nie mam szczególnie dużych oczekiwań. Końcówka poprzedniej części była rozczarowująca, ale kto wie, może Ostatnia misja Asgarda zatrze to niemiłe wrażenie. Ogólnie przecież ta seria nie jest zła i myślę, że warto ją kontynuować.


Krew świętego to trzeci tom Wielkich Płaszczy, porządnego cyklu fantasy, który jednak czasem bywa zabawny w sposób, którego autor raczej nie przewidział. Nie jest to nic wybitnego, jednak dwa pierwsze tomy zachęciły mnie wystarczająco, bym chciała poznać zakończenie tej historii.


A oto nowa miss mojej biblioteczki, czyli Zorza polarna, pierwszy tom trylogii Mroczne materie. To przepiękna książka, zachęcam was wszystkich, żebyście obejrzeli ją sobie dokładnie jeżeli będziecie tylko mieli taką możliwość będąc w jakiejś księgarni. Już wcześniej chciałam kupić sobie całość w poprzednim wydaniu, które również było całkiem ładne, ale stwierdziłam, że niedługo wychodzi serial i na pewno z tej okazji będzie wznowienie. Tak też się stało, a wydawnictwo MAG naprawdę się postarało tworząc to cudo. Swoją drogą zwiastun serialu również jest niesamowity i mam wrażenie, że będzie to hit.


I książka ostatnia, czyli Prochy Babilonu, szósty tom space opery Expanse. Poprzednia część zakończyła się w taki sposób, że już dosłownie za chwilę biorę się za czytanie tej kontynuacji. Jak zawsze przy okazji tego cyklu polecam również serial The Expanse, już niedługo zaczyna się czwarty sezon i na niego również nie mogę się doczekać.

niedziela, 29 września 2019

22/2019 Krótka historia czasu, Krótkie odpowiedzi na wielkie pytania, Stephen Hawking

 

Krótka historia czasu to już klasyczna pozycja literatury popularnonaukowej. Przedstawione w niej idee prezentują najnowsze odkrycia w dziedzinie badania wszechświata. Autor wykracza poza teorię względności, mechanikę kwantową i wielki wybuch, aby sięgnąć do tańca geometrii, który doprowadził do powstania wszechświata, krainy zjawiskowych zdarzeń fizyki cząstek elementarnych, w której materia zderza się z antymaterią. Ta fascynująca książka umożliwia poznanie ogromu przestrzeni międzygalaktycznej.
Opis z okładki Krótkiej historii czasu.
Stephen Hawking - człowiek legenda. Wybitny naukowiec i ikona popkultury w jednym. Większość osób go kojarzy, chociaż może nie wszyscy wiedzą konkretnie, czym się zajmował. Ja z racji ogólnego zainteresowania astrofizyką (oczywiście na podstawowym poziomie, nie jestem żadną ekspertką) znałam mniej więcej obszar zainteresowań badawczych Hawkinga i jego osiągnięcia, ale nie czytałam jeszcze żadnej jego książki. Teraz udało mi się to nadrobić, od razu pochłonęłam dwie z nich. To całkiem udane pozycje popularnonaukowe, jednak mam do nich pewne zastrzeżenia.

Obie te książki wyszły spod pióra jednej osoby i traktują właściwie o tym samym, ale jednak różnią się od siebie. Krótka historia czasu powstała wcześniej (pierwsze wydanie jest z roku 1988), ma formę wykładu, który po kolei przedstawia różne zagadnienia dotyczące budowy wszechświata. Krótkie odpowiedzi na wielkie pytania są, jak sama nazwa wskazuje, zbiorem pytań i odpowiedzi. Myślę, że ta druga forma jest bardziej przyjazna współczesnemu czytelnikowi i to właśnie tę książkę polecam, gdybyście mieli wybrać do przeczytania tylko jedną z nich. Krótka historia czasu jednak trochę się zestarzała i lepiej sprawdza się jako ciekawostka dla fanów tematu, niż jako pozycja mająca zafascynować młodą osobę nauką.

Okładka Krótkiej historii czasu podoba mi się bardziej, jest taka kosmiczna. Ale dlaczego mąż musiał kupić mi jedną w miękkiej, a drugą w twardej oprawie? Troszkę cierpię patrząc na to, jak nie do końca do siebie pasują. 
Hawking sporo miejsca poświęca swojemu ulubionemu tematowi, czyli czarnym dziurom. Na początku jego kariery istnienie tych obiektów nie było nawet ostatecznie potwierdzone, a teraz wiemy już o nich całkiem sporo, między innymi dzięki jego badaniom. Wielka szkoda, że nie dożył pierwszego zdjęcia czarnej dziury, na pewno bardzo by go ucieszyło.

Ogólnie rzecz biorąc przeczytałam obie te pozycje z zainteresowaniem (trochę większym w przypadku Krótkich odpowiedzi na wielkie pytania) i spokojnie mogę je polecić. Dam 4/5, ale jeśli miałabym wybrać tylko jedną książkę popularnonaukową, to byłaby to Nie mamy pojęcia, gdyż jest aktualniejsza i przystępniej napisana. Myślę też, że bardziej rozbudza zainteresowanie nauką wskazując obszary, w których jest jeszcze tyle do odkrycia, w przeciwieństwie do omawianych dziś przeze mnie książek, które pozostawiają mylne wrażenie, że wiemy już prawie wszystko.