środa, 21 czerwca 2017

35/2017 450 stron, Patrycja Gryciuk


Ktoś musi zginąć, żeby o tej książce zrobiło się głośno… 
W świecie w którym wszystko jest na sprzedaż, skrajne i drastyczne posunięcia marketingowe nie dziwią już nikogo. Ale czy ktokolwiek zdecydowałby się na zabójstwo, aby wypromować nową książkę? 
Wiktoria Moreau to królowa kryminału, która w przeddzień wyczekiwanej przez miliony czytelników premiery najnowszej książki, zostaje posądzona o zniesławienie. Zamiast cieszyć się ze spotkań z wielbicielami, uczestniczy w procesie sądowym i policyjnym śledztwie w sprawie serii morderstw popełnianych według fabuły powieści jednego z jej największych konkurentów. 
Opis z okładki książki.
Zrobiłam wyjątek i przeczytałam książkę spoza listy i generalnie spoza kręgu moich zainteresowań. Koleżanka polecała, więc od niej pożyczyłam. Niestety 450 stron nie było dobrą lekturą. Nie można też nazwać jej złą książką, bo nie było aż tak tragicznie. Sam pomysł na fabułę: pisarka od kryminałów wplątana w sprawę morderstw, do tego koncern farmaceutyczny, rzekomy plagiat i ghostwriter w tle - wszystko brzmi spoko. Ale wykonanie nie było już tak wspaniałe. 

Książka jest mieszaniną kryminału i romansu i oba te wątki są w niej równie ważne. Główna bohaterka, trzydziestopięcioletnia Wiktoria Moreau, zakochuje się w aktorze mającym grać jedną z głównych ról w ekranizacji jej powieści. Takie to standardowe, ale nie wiedzieć czemu autorka robi wielkie halo z dzielącej ich różnicy wieku - on jest 10 lat młodszy. Dziwne to, bo zamiast pokazać, że różnica wieku to żadna przeszkoda, to przy lekturze niektórych fragmentów miałam wrażenie, że główna bohaterka myśli tak: Łomatko! Co ludzie powiedzo! Ja taka stara baba i młodego mi się zachciało! Toż to nie wypada! Wypada to sztuczna szczęka jak jest źle przymocowana. Owszem, Wiktoria mogła na początku mieć wątpliwości, ale czy nie lepiej byłoby, gdyby stwierdziła: A, walić to, to moje życie, kocham go i po prostu będziemy razem bez oglądania się na innych. Ale nie, lepiej walić bezsensowną dramę przez pół książki (bezsensowną, bo przecież i tak było wiadomo, że miłość zwycięży). Tak więc w pierwszej połowie męczyłam się z wątkiem miłosnym, który pod koniec stał się nawet całkiem znośny.

Ale żeby nie było mi tak dobrze, to od połowy psuje się wątek kryminalny. Na początku książki Patrycja Gryciuk rozstawiała pionki na swojej szachownicy, a kiedy już skończył, to wszystko stało się oczywiste - lub niemal oczywiste. Niestety, tworzenie skomplikowanych i dobrych intryg średnio jej wychodzi. Podejrzanych jest niewielu, ja właściwie obstawiałam dwóch, a od pewnego momentu jednego, który okazał się mordercą. Jego motywacja była taka sobie - zainspirował się powieścią ulubionego pisarza, pracował w podobnej firmie, miał tą samą chorobę, co w książce - cóż za niezwykłe zbiegi okoliczności. A jest tam przy końcu dialog, który sugeruje, że zabijał, bo w więzieniu dostanie leki i odpowiednią kurację, czego teraz nie obejmuje jego ubezpieczenie. Gdyby autorka poszła tą drogą, byłoby o wiele ciekawiej i oryginalniej.  

Ale ok, nawet cały ten morderca nie jest jakoś specjalnie beznadziejny. Ale jednego wątku autorce nie daruję. W pewnym momencie okazuje się, że agent literacki Wiktorii Moreau ukradł jej najnowszą powieść, sprzedał konkurencji, a potem wgrał na jej komputer wersję ze zmienioną nazwą firmy farmaceutycznej - żeby prawdziwa firma farmaceutyczna miała podstawy do złożenia pozwu o zniesławienie. Tak też się stało, a przerażona wizją zapłaty wielkiego odszkodowania Wiktoria zdecydowała o wycofaniu książki dwa dni przed premierą, chociaż nakład już leżał w magazynach i było mnóstwo zamówień w przedsprzedaży. Wiktoria ma tego wszystkiego dowody: kradzież i zamianę pliku potwierdziło policyjne laboratorium. Co robi nasza pisarka? Składa wypowiedzenie i zrywa umowę z wydawnictwem, po czym zamieszkuje ze swoim misiem-pysiem gdzieś na odludziu i pisze baśni dla dzieci. No serio?! Akcja powieści dzieje się w USA, przecież wszyscy wiedzą, że to kraj pozwów i wielomilionowych odszkodowań. Przy takich dowodach każdy prawnik wywalczyłby dla Wiktorii miliony - raz: od wydawnictwa, dwa: od agenta. Przecież ona straciła kupę kasy. Nie rozumiem, po prostu nie rozumiem jak można było nie wykorzystać czegoś aż tak oczywistego...

450 stron to nie żaden koszmar literacki, ale nie poleciłabym tej książki nikomu. Jest na pewno mnóstwo lepiej napisanych romansów i multum lepszych kryminałów do wyboru. Najbardziej jednak boli, że gdyby autorka usiadła, przeczytała to jeszcze raz, dodała postaciom trochę głębi, a wydarzeniom więcej logiki, to byłoby naprawdę nieźle. Niewiele brakuje, ale przy stanie obecnym 2/5 będzie najbardziej odpowiednią oceną tej książki. 

sobota, 17 czerwca 2017

34/2017 Przedksiężycowi, Anna Kańtoch (tom I)


Lunapolis. Miasto, w którym nawet mordercy dążą do perfekcji i są art-zbrodniarzami. Dzieci zamawia się u duszoinżynierów, dorosłe beztalencia kasuje w okamgnieniu. Ludzkie odpady gniją w przeszłości. Przebudzenia dostąpią najdoskonalsi, albowiem tak chcą Przedksiężycowi. Niesprawiedliwe, wredne sukinsyny - bluźni młody malarz. Nie jest osamotniony... Czas się kończy... Świat rozpada się i rdzewieje. 
Opis z okładki książki.
To była dziwna książka. Niby science-fiction, ale świat jakby żywcem wyjęty z fantasy czy steampunku. Niby to ponad czterysta stron tekstu, ale istotnych informacji dostajemy zaskakująco mało. Jednak mimo tego Przedksiężycowi mają jakiś czar, to coś, co sprawia, że książkę czyta się dobrze. I na pewno wzbudza chęć sięgnięcia po kolejne tomy.

Jest trójka głównych bohaterów: Kaira, Finnen i Daniel Pantalekis. Kaira i Finnen to mieszkańcy Lunapolis, przedziwnego miasta zarządzanego przez tytułowych Przedksiężycowych (Czy to obcy? Jakieś istoty nadprzyrodzone? Sztuczna inteligencja? Tego się na razie nie dowiemy). Całe Lunapolis dąży do Przebudzenia, czyli szczytowego okresu rozwoju, do którego dotrwają najsilniejsi i najzdolniejsi. Przedksiężycowi chcą to zapewnić za pomocą Skoków, podczas których wszyscy niespełniający wyśrubowanych standardów zostają w tyle, uwięzieni w rozsypującej się przeszłości. Pozostałości po Skokach tworzą cały łańcuch, czy też drabinę zrujnowanych światów, częściowo jeszcze zamieszkanych, pomiędzy którymi można się przemieszczać - ale pozostali w tyle nie mogą przechodzić w górę, do mniej zniszczonych wersji światów. To właśnie w noc Skoku artysta Finnen poznaje Kairę, córkę ekscentrycznego bogacza. Dziewczyna próbuje wyrwać się spod władzy ojca - tyrana, więc zauroczony nią Finnen pomaga jej upozorować śmierć, a później razem zaangażowali się w pomoc uwięzionym w przeszłości. Odkrywają przy tym kilka sekretów ich dziwnego świata. Daniel Pantalekis jest zaś jedynym ocalałym z załogi statku kosmicznego, który rozbił się w jednej z przeszłości Lunapolis. Nie zna miejscowego języka ani zwyczajów i jest zdany tylko na siebie. Powoli zaczyna rozgryzać zasady rządzące tym miejscem, potrafi też przemieszczać się pomiędzy różnymi wersjami miasta i podejrzewa istnienie jego finalnej, niezniszczonej wersji. Niestety aż do końca książki bohaterowie nie spotkali się ze sobą - a szkoda, bo byłoby to mocne zakończenie stawiające dobre podwaliny pod następny tom.

Fabuła w Przedksiężycowych płynie sobie leniwie. Owszem, coś się dzieje, a wydarzenia te są ciekawe i istotne, ale dla autorki ważniejsze było wyczerpujące przedstawienie postaci i całego tła. Bohaterowie, nawet ci drugoplanowi, są świetnie nakreśleni. Podoba mi się też sposób wykreowania społeczeństwa Lunapolis. Cała struktura społeczna jest tam zachwiana, nie ma klasycznych rodzin i związków międzyludzkich - no bo skoro Skok może  nam zabrać ukochaną osobę, to bez sensu jest być z kimś blisko i potem cierpieć. Dla nas jest to nie do pomyślenia, ale to logiczna konsekwencja takiej kreacji świata. Mam małe zastrzeżenia co do opisów: są całkiem niezłe, szczególnie te poświęcone zrujnowanej i płonącej przeszłości, ale te dotyczące samego Lunapolis mogłyby być trochę bardziej obrazowe. Temat jest tak wdzięczny, aż prosi się o soczyste opisy, przy których czytelnik poczułby się praktycznie jak w kinie, Niestety było tylko dobrze, nie świetnie.

Ciężko mi ocenić tę książkę. Zaraz po przeczytaniu myślałam o 3/5, ale ostatecznie dam 4/5, głównie za te oryginalne pomysły drabiny światów i stosunków społecznych. Jestem zaintrygowana na tyle, że niebawem wezmę się za kolejne tomy - a o to chyba właśnie autorce chodziło.

środa, 14 czerwca 2017

33/2017 Martwy rewir, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom VII)


Poznajcie Harry’ego Dresdena, pierwszego (i jedynego) chicagowskiego maga-detektywa. Okazuje się, że w naszym zwykłym świecie wprost roi się od niezwykłych, magicznych istot, które najczęściej mają z ludźmi na pieńku. I tu na scenę wkracza Harry. 
Na szczęście, nie jest w swojej roli osamotniony. Wprawdzie większość ludzi nie wierzy w magię, ale w chicagowskiej policji istnieje Wydział Dochodzeń Specjalnych, którym kieruje serdeczna przyjaciółka Harry’ego, Karrin Murphy. WDS zajmuje się… niezwykłymi sprawami. 
I właśnie z powodu Karrin Harry udaje się na cmentarz Graceland na potajemne spotkanie z wampirzycą imieniem Mavra. Mavra dysponuje materiałami, które mogłyby zniszczyć karierę Karrin, i ma jedno bardzo proste żądanie: chce dostać Słowo Kemmlera i posiąść związaną z nim moc. Najpierw jednak Harry musi się dowiedzieć, co dokładnie zgodził się jej dostarczyć. W ten właśnie sposób rozpoczyna się jego wyścig z czasem i sześciorgiem nekromantów, którego stawką jest nie tylko Słowo, lecz także powstrzymanie Halloween, w czasie którego umarli naprawdę powstaną z grobów.
Opis fabuły z lubimyczytac.pl 
Ta recenzja będzie krótka, bo Martwy rewir to taki typowy Dresden - jest ciekawie, jest zabawnie, jest miło, ale w sumie nie ma niczego nadzwyczajnego. To już siódma część serii i można odczuwać pewne zmęczenie, ale Jim Butcher wymyślił tak szybką i pogmatwaną intrygę, że nie miałam czasu się nudzić.

Głównymi motywami tego tomu są nekromanci i układ z wampirzycą. Wampirzycę Mavrę już znamy, za to nekromanci są czymś nowym: interesującym i niebezpiecznym. Zagrożenie z ich strony zostało przedstawione całkiem realistycznie, Harry nie raz myślał, że nie da rady, ale zrobi, co będzie mógł i przynajmniej umrze robiąc to, co słuszne. Oczywiście nie zginął, bo przed nami jeszcze wiele tomów jego przygód, ale kilka razy naprawdę solidnie oberwał. I tu mam mały problem - wiem, że Dresden to mag, może się lepiej goi i szybciej dochodzi do siebie, panuje nad bólem, itp. - ale mimo wszystko jest to bardzo naciągane. Fabuły wszystkich książek cyklu rozgrywają się w ciągu kilku dni, może warto byłoby je trochę rozciągnąć, żeby nasz niezniszczalny główny bohater miał czas na mały odpoczynek?

Jeśli mamy nekromantów, to i zombie się znajdzie. Generalnie nie lubię nieumarłych, ale te były bardziej magiczne niż przeciętne żywe trupy i nawet mi się podobały. A jak najlepiej walczyć z hordami zombie? Stworzyć większe zombie, czyli ożywić tyranozaura. Tak, Harry Dresden na dinozaurze vs. zombie i nekromanci - to było świetne, chyba najbardziej zapadająca w pamięć scena z całego cyklu.

Oczywiście książka dostanie ode mnie plusa za twórcze wykorzystywanie motywów i postaci pojawiających się w poprzednich częściach. W Martwym rewirze też znalazły się wątki, które na pewno będą wykorzystane w przyszłości. Uniwersum żyje i wszystko się ze sobą zgrabnie łączy. Całość oceniam na 3/5, bo oprócz dinozaura i przybliżenia trochę struktury czarodziejskich władz nie dostałam niczego nowego. To po prostu stary, dobry Dresden, w sam raz do przeczytania latem.

niedziela, 11 czerwca 2017

32/2017 Zgnilizna, Siri Pettersen (Krucze pierścienie tom II)


Wyobraź sobie, że zostałeś wygnany do nieznanego  świata. Bez tożsamości. Bez rodziny. Bez pieniędzy. I powoli zaczynasz sobie uświadamiać, kim tak naprawdę jesteś. 
Hirka utknęła w umierającym świecie, rozdarta pomiędzy łowcami ludzi, martwo urodzonymi oraz tęsknotą za swoim przyjacielem Rimiem. W wielkomiejskiej rzeczywistości jest łatwym łupem, ale walka o przetrwanie blednie w obliczu tego, co ma nastąpić, gdy Hirka zda sobie sprawę z tego, kim jest.  
Zgnilizna to kontynuacja wychwalanego przez krytyków i czytelników Dziecka Odyna, powieść, której stronice zapełniają zachłanność, lęk przed śmiercią i zemsta. 
Opis z okładki książki. 
Zgnilizna to drugi tom Kruczych pierścieni - cyklu fantasy inspirowanego mitologią skandynawską, który zdobył w Polsce sporą popularność. Pierwszy tom czytałam już jakiś czas temu, spodobał mi się na tyle, że postanowiłam kupić całą trylogię.

Niestety w Zgniliźnie nie uświadczyłam już tego świetnego klimatu z części pierwszej. Akcja większości  powieści toczy się nie w magicznym Ym, lecz w naszym świecie, który przedstawiony jest jako skażony i umierający - może to właśnie dlatego klimat siadł. Generalnie cała książka jest mroczniejsza i pesymistyczna. Wiadomo, Hirka dojrzewa, ma większe problemy, stawka w całej grze idzie w górę. Ja to wszystko rozumiem, ale trochę się tego nie spodziewałam.

Większe zarzuty mam do tempa powieści. Dzieje się dużo, szybko i od pewnego momentu czytelnik nie ma czasu na złapanie oddechu. Na początku jest w porządku, wątek Hirki przeplata się z wątkiem Rimego w Ym, wszystko jest wyważone i czyta się to naprawdę dobrze. Ale potem mamy już straszny nawał wydarzeń: jadą tu, potem tam, wracają, lecą helikopterem: Anglia, Włochy, Dania, Norwegia - no trochę tego za dużo. Szkoda, że autorka nie zainwestowała w wycięcie lub połączenie ze sobą części wydarzeń.

Najbardziej jednak przeszkadzał mi wątek miłosny. O ile w Dziecku Odyna był on użyty bardzo umiejętnie i znakomicie pasował do reszty powieści, tak tutaj za każdym razem, kiedy Hirka lub Rime zaczynali myśleć o swojej drugiej połówce, miałam wrażenie, że wyłączały im się mózgi i umiejętność logicznego myślenia. Niestety mam wrażenie, że w trzeciej części będzie jeszcze więcej pierdzielenia nieszczęśliwie zakochanych nastolatków, bo na końcu tego tomu autorka zaserwowała nam potężną teen dramę.

Narzekam sobie i narzekam, ale przecież tak naprawdę książka mi się podobała. Hirka stopniowo odkrywająca prawdę o swoim pochodzeniu - to było dobre. Historia dwóch braci o niezwykłych możliwościach walczących ze sobą o dostęp do Evny jest wciągająca i chcę poznać jej zakończenie. Ciekawi mnie też, czy Hirka zdoła uratować wszystkie światy, jak przystało na typową rudowłosą heroinę fantasy, czy będzie musiała zadowolić się jedynie utrzymaniem pokoju w Ym. Podobało mi się też zachowanie Hirki w naszym świecie i sposób, w jaki starała się wyjaśnić sobie nieznane technologie i zjawiska, Siri Pettersen pominęła pierwsze miesiące jej pobytu na Ziemi i cały proces aklimatyzacji, Trochę szkoda, bo to miało spory potencjał komediowy. No i jeszcze wielkie brawa dla autorki za to, że towarzyszem głównej bohaterki uczyniła mężczyznę po trzydziestce i relacja między nimi jest partnerska, nie romantyczna. Oszczędziło mi to męki przedzierania się przez trójkąt miłosny.

Dam Zgniliźnie 3/5, bo jest to książka trochę słabsza od Dziecka Odyna. Mam nadzieję, że ta słabość to tylko syndrom drugiego tomu i w finale trylogii dostanę coś naprawdę ekstra. Pomimo kilku wad książkę czytało mi się dobrze i płynnie, więc na pewno nie będę nikogo zniechęcać do zapoznania się z tą serią, To dobra fantastyka, która przez większość czasu nie traktuje czytelnika jak idioty, i szkoda tylko, że nie jest trochę bardziej ambitna. Ale biorąc pod uwagę, że Krucze pierścienie to debiut autorki, to i tak jest całkiem nieźle.

Recenzja Dziecka Odyna (Krucze pierścienie tom I)

poniedziałek, 5 czerwca 2017

31/2017 Extensa, Jacek Dukaj


Saga rodzinna z czasów ostatnich rodzin. Poetycka przypowieść transhumanistyczna. Odległa przyszłość jak baśniowa przeszłość. 
Akcja powieści rozgrywa się w Zielonym Kraju, dawnej Grenlandii. Równiny, stada koni i rancza nie powinny nikogo zmylić - Extensa opowiada o ostatniej enklawie ocalałej z kataklizmu rewolucji naukowych, zmieniających nieodwracalnie człowieka i jego środowisko. Teraz żywi obcują z umarłymi, a cudowne metamorfozy są na porządku dziennym. 
Bohater trafia do starego astronoma uprawiającego zapomnianą naukę i tak zaczyna się droga chłopca ku dorosłości - przez miłość, małżeństwo, ojcostwo, zdrady, żałoby i kompromisy - i ku gwiazdom, a także ku granicy człowieczeństwa. Poza którą niemożliwości to rzeczy jeszcze nie dość przemyślane.
Opis z okładki książki.
Jest to bardzo krótka (zaledwie 168 stron) powieść, ale w tak zwartej formie udało się Dukajowi upchać mnóstwo treści. Czego tam nie ma? Elementy sagi rodzinnej, westernu, postapokalipsy i prawdziwego twardego science fiction.

Główny bohater, który nie ma imienia, to centralna postać książki i to wokół niego wszystko się kręci. Pochodzi z rodziny hodującej konie gdzieś na szerokich stepach Zielonego Kraju. Towarzyszymy mu od dzieciństwa aż do końca, który jednak nie jest śmiercią. Wiele rzeczy w tej książce nie jest tym, czym się wydaje: czas akcji to nie koniec XIX wieku, lecz odległa przyszłość; nie jesteśmy na Dzikim Zachodzie, lecz na Grenlandii, która jest ostatnią enklawą ludzkości - przynajmniej takiej, jaką znamy obecnie. Bo świat w Extensie poszedł naprzód, i to w bardzo mroczny sposób. 

Punkt zwrotny w życiu głównego bohatera to przejście rytuału/eksperymentu naukowego, dzięki któremu (teraz robi się naprawdę dziwnie) może istnieć jednocześnie na Ziemi i gdzieś w dalekim Kosmosie, gdzie bada anomalię w Układzie Meduzy. W jego organizmie zachodzą zmiany - i to własnie tytułowa extensa. Dukaj nie zawodzi pod względem opisu kosmicznych fenomenów. Jego język jest niezwykle obrazowy, czasem stosuje tak skomplikowane zwroty i słowa, że musiałam cofać się kawałek i czytać jeszcze raz. Uwielbiam ten styl, czytanie czegokolwiek, co wyszło spod jego pióra pozostawia wrażenie obcowania z prawdziwym mistrzem. Podobne odczucia mam jeszcze przy lekturze Stanisława Lema.

Oczarowały mnie wizje extensy i przyszłości gatunku ludzkiego. W sumie sama wybrałabym tę przyszłość, zamiast tkwić w świecie pełnym ograniczeń. Często właśnie takie kontrowersyjne pomysły w literaturze science fiction dla mnie nie są wcale takie straszne, raczej jawią się jako całkiem rozsądne i fajne alternatywy. Ludzkość będzie się rozwijać, a ja nie jestem z tych, którzy kurczowo i za wszelką cenę trzymają się tradycji.

Trochę nie pasował mi opis relacji głównego bohatera z rodziną. O ile jego stosunki z siostrą, ojcem i córką zostały opisane wyczerpująco, to już przy związkach z żoną i synem czegoś zabrakło - być może kilku scen i dodatkowych stron. Wiemy, jak bohater poznał swoją żonę, ale potem od razu jest mowa o dzieciach, kryzysie i zdradach, a to już nie jest do końca wyjaśnione. Potem następuje poprawienie relacji i przedwczesna, przypadkowa śmierć żony, co jest ogromnym ciosem dla naszego głównego bohatera. Przeżywa on kilkuletnią traumę, w trakcie której opuszcza go syn, a autor zręczne zasłania się utratą pamięci, żeby tego dokładnie nie opisywać. Wątek rodzinny nie jest w tej książce najważniejszy, może stąd wynika ta skrótowość, ale jednak miło byłoby mieć pełniejszy wgląd na całą tę sytuację.

Extensa to, mimo mizernej objętości, solidny kawał pięknie napisanego science fiction. Nie jest to książka łatwa w odbiorze i trzeba odpowiednio skupić się na lekturze, jak zresztą i przy innych dziełach Jacka Dukaja. Daję 4/5, gdyż nie uświadczyłam efektu wow, ale polecam jeśli ktoś miałby ochotę na coś ambitniejszego i niebanalnego.

piątek, 2 czerwca 2017

30/2017 Ucieczka w dzicz, Erin Hunter (Wojownicy tom I)


Od wieków cztery klany wojowniczych kotów dzieliły las według praw ustanowionych przez przodków. Jednak jeden z nich odrzucił odwieczny porządek, stwarzając zagrożenie dla pozostałych. 
Bezwzględne koty z Klanu Cienia otaczają siedlisko walecznych, choć mniej licznych kotów z Klanu Pioruna. Błękitna Gwiazda, ich przywódczyni, i jej dumni wojownicy - Lwie Serce i Tygrysi Pazur - nie poddadzą się bez walki, zdecydowani bronić za wszelką cenę swoich pobratymców i młodych.  
Gdy sytuacja wydaje się beznadziejna, w lesie pojawia się zwyczajny, domowy kot, o którym mówiło proroctwo i który odmieni losy tych ziem. 
Opis z okładki książki.
Ucieczka w dzicz to nie popularnonaukowa rozprawa o kotach, więc nie mam zamiaru jakoś za bardzo się czepiać. Ale niestety są takie elementy, których nie mogę pozostawić bez komentarza.

* Wykastrowany kot to tłuścioch i leniwiec - kastracja nie zmienia charakteru kota, jeśli wcześniej był żywy i lubił zabawę, to dalej będzie szalał i dokazywał. Jeśli kot był leniem to też nie znaczy, że od razu musi utyć, wystarczy odpowiednio go karmić i zachęcać do zabawy. Wszystkich, którzy nie są przekonani, zapraszam do spędzenia 24 godzin z moim wykastrowanym Tarkinem, gwarantuję takie rozrywki jak: sprzątanie wywalonej zawartości szaf i szuflad, zamykanie drzwiczek od szafki z koszem na śmieci jakieś 500 razy (albo zastawienie jej stołkiem, jeszcze się nie nauczył odsuwać), poprawianie dywanów i firanek, wymuszanie zabawy miauczeniem i pobudka o 5:20 połączona ze skakaniem na klamkę i tłuczeniem się w drzwi. Anakin na szczęście się tak nie zachowuje, on od zawsze był grzeczny.

* Sucha karma nie ma smaku, ogólnie jest be, jedzenie jej to zuo - kocia karma jest dobra i ma intensywny smak (wiem, bo próbowałam xD), o ile jest niezwietrzała i dobra jakościowo. Moje wżerają taką o zawartości 80% mięsa i sobie chwalą. Ostatnio zabrakło im karmy i nie miały przez dwa dni. Były karmione mięsem i saszetkami, ale czegoś im brakowało, później rzuciły się na granulki jakbym je głodziła. Jak najbardziej można karmić koty suchą karmą o dobrym składzie, ale trzeba przy tym pamiętać, żeby sierściuszki dużo piły. Co do wody: w książce jest scena sugerująca, że kot woli wodę z kałuży od czystej z miski. Ogólnie koty wolą czystą, świeżą, bieżącą wodę, moje najchętniej piją z delikatnie odkręconego kranu. Więc jak myślicie, co naprawdę wybrałby kot: nagrzaną, brudną kałużę czy codziennie zmienianą, świeżą wodę z czystej miski?

* Koty wychodzą rano na obchód terenu czy na polowanie, łażą cały dzień i wracają na noc spać - koty tak naprawdę są bardzo energooszczędne i śpią nawet 18 godzin na dobę, a ich główna pora aktywności to wieczór i noc (zwłaszcza kiedy żyją dziko lub półdziko). Rzadko zapadają w mocny sen, raczej robią sobie częste lekkie drzemki. Nie są też długodystansowcami i szybko się męczą. O wiele naturalniej byłoby, gdyby koty w książce robiły obchód przez 2 - 3 dni, przystawały po drodze, drzemały na drzewach, wylegiwały się w nasłonecznionych miejscach, polowały wieczorem.

* Koty to potomkowie lwów, tygrysów i lampartów - tak można wywnioskować z pewnego fragmentu książki. Koty domowe i duże dzikie koty są spokrewnione, ale tak jak my i małpy człekokształtne, przez wspólnego, odległego w czasie przodka, więc są tylko dalekimi kuzynami.

* Koty mieszkające w lesie tworzą stada - sierściuszki mogą żyć w stadach, ale zdarza się to w wielkich miastach, gdzie jest mało przestrzeni i dużo pożywienia. W lesie to całe towarzystwo rozlazłoby się i każdy zazdrośnie pilnowałby swojego terytorium. Podczas czytania książki miałam to gdzieś z tyłu głowy i wolałabym, żeby akcja działa się w metropolii - ale las jest bardziej mistyczny i romantyczny.

Teraz koniec czepiania się, pewne rzeczy muszę pochwalić: owszem, koty żyjące w stadach pielęgnują więzy społeczne przez wzajemne wylizywanie się, i owszem, oznaczają moczem granice swojego terytorium. Inne elementy kociego życia zostały wymyślone przez autorki (bo Erin Hunter to pseudonim, pod którym ukrywają się trzy panie: Kate Cary, Cherith Baldry i Victoria Holmes). Kupiłam te pomysły: warowny koci obóz, ziołowa kocia medycyna naturalna, klany, spotkania, elementy magiczne. Ba, te elementy magiczne podobały mi się najbardziej. Świecący kamień dający przywódcy klanu 9 żyć, prorocze sny, koci przodkowie przemawiający z gwiazd: wszystko to tworzy bardzo przyjemną i tajemniczą atmosferę. 

Głównym bohaterem jest rudy domowy kot, który zamienia wygodne życie pieszczoszka na pełne niebezpieczeństw życie w lesie jako członek Klanu Pioruna. Kotełek w trakcie lektury trzykrotnie zmienia imię (Rdzawy - Ognista Łapa - Ogniste Serce), a każde z nich wyznacza nowy etap na jego drodze. Trochę podśmiewywałam się z najbardziej banalnego schematu fantasy - rudowłosego (rudosierstnego?) wybrańca - bo tutaj nasz Ogniste Serce został wybrany, by ocalić klan. Cała ta historia jest interesująca, ale trochę za mało rozwinięta. Pamiętacie Harry'ego Pottera? Zanim Harry trafił do Hogwartu autorka przedstawiała nam go przez pół książki, abyśmy mogli go dobrze poznać i polubić. Zresztą cały magiczny świat tez był opisany powoli, dokładnie i szczegółowo. Tutaj tego zabrakło. Szkoda, wielka szkoda, książka mogłaby liczyć spokojnie dodatkowo sto stron więcej.

Ucieczka w dzicz to dobry pierwszy tom cyklu, spodoba się właściwie wszystkim uzależnionym od kotów, niezależnie od wieku. Trzeba tylko przymknąć oko na pewne rzeczy i po prostu dobrze się bawić. Niestety poza lekką i miłą rozrywką książka nie oferuje niczego więcej, więc moja ocena to tylko 3/5. Autorki mogły postarać się i dołożyć więcej elementów edukacyjnych. Zapewne sięgnę po kolejne tomy, bo jestem ciekawa dalszych losów Ognistego Serca. No i ta okładka... Te książki są po prostu piękne i chcę je mieć.

Uff, było długo. ale o kotach to ja mogę gadać godzinami :)


Anakin i Tarkin. Żeby pozostać w książkowym klimacie nadaję im imiona Puszysta Gwiazda i Mroczna Łapa.

środa, 31 maja 2017

29/2017 Żniwa zła, Robert Galbraith


Robin Ellacott dostaje przesyłkę, w której z przerażeniem odkrywa odciętą kobiecą nogę. Jej szef, prywatny detektyw Cormoran Strike, zachowuje zimną krew. Spotkał już w życiu ludzi zdolnych do niewyobrażalnego okrucieństwa. Policyjne śledztwo skupia się na mężczyźnie, w którego winę Strike wątpi. Detektyw i jego asystentka biorą sprawy w swoje ręce i zagłębiają się w zdegenerowaną psychikę pozostałych podejrzanych. Czas nagli, gdyż dochodzi do kolejnych zatrważających aktów przemocy... 
Żniwa zła to trzeci tom cyklu o prywatnym detektywie Cormoranie Strike'u o jego asystentce Robin Ellacott. Piekielnie zmyślny kryminał, ale też wciągająca historia mężczyzny i kobiety, którzy znaleźli się na rozdrożu w życiu zawodowym i prywatnym.
Opis z okładki książki.
Żniwa zła. Zła to jestem ja, na cały ten wątek miłosny Robin i jej narzeczonego. Ależ mnie to irytowało! Ile można wytrzymać z gościem, który jest zazdrosny, wiecznie niezadowolony i nie potrafi poszanować potrzeb swojej kobiety? Cieszyłam się, kiedy wreszcie się rozstali, ale oczywiście musiała w końcu mu wybaczyć... Obraziłam się na książkę i odłożyłam ją na dwie godziny. Dobrze, że nie czytam romansów, bo gdyby chociaż w co drugim z nich jakiś bohater albo wątek tak mnie irytował, to czytanie szybko stałoby się mordęgą, a nie przyjemnością.

No to się wygadałam, teraz mogę przejść do normalnej recenzji. W trzecim tomie cyklu prywatny detektyw Cormoran Strike i jego sekretarka Robin muszą zmierzyć się z bardziej osobistym zagrożeniem. Ktoś przysłał do agencji odciętą nogę młodej kobiety, a Strikę od razu wytypował czterech gości, z którymi miał kiedyś na pieńku, a którzy byliby zdolni do czegoś takiego. Śledztwo opiera się głównie na sprawdzeniu wszystkich czterech podejrzanych, a są oni całkiem niezłymi psycholami. Przy okazji na jaw wychodzi wiele szczegółów z przeszłości Cormorana i Robin. Kryminalna zagadka to mocny punkt fabuły (niestety jest przeplatana tym wkurzającym romansem). Przyznaję. że nie wytypowałam mordercy, pomimo wielu podrozdziałów prowadzonych z jego punktu widzenia (oczywiście bez ujawnienia tożsamości). Ale też autorka - przypominam, że książka została napisana przez J. K. Rowling, Robert Galbraith to tylko pseudonim - zrobiła wszystko, żeby utrudnić zadanie czytelnikowi.

Zaskoczyła mnie ilość brutalności i przemocy, czegoś takiego nie było w poprzednich częściach tego cyklu. Na szczęście nie jest obrzydliwie i da się normalnie czytać.

Przyzwyczaiłam się do głównych bohaterów i cieszę się, że kolejny tom o oryginalnym tytule Lethal white jest już zapowiedziany. Na pewno obejrzę też serial produkcji telewizji BBC na podstawie książek, chociaż aktor wybrany do roli Cormorana średnio mi pasuje, młody jakiś i za bardzo urodziwy z twarzy - ale wierzę w cudowną moc charakteryzacji. Ogólnie cieszę się, że powstaje dużo seriali na podstawie książek. Ostatnio oglądałam Człowieka z Wysokiego Zamku, teraz jestem w trakcie Amerykańskich bogów i aż piszczałam z radości, gdy dowiedziałam się o planowanym Wiedźminie w wykonaniu Netflixa we współpracy z Tomkiem Bagińskim i Andrzejem Sapkowskim.

Może Żniwa zła zasługują na najwyższą ocenę, ale ja dam tylko 4/5 ze względu na wiele irytujących momentów trochę psujących mi lekturę. Ci. którzy nie są uczuleni na beznadziejne romanse, na pewno będą bardziej zadowoleni. Generalnie jednak jestem usatysfakcjonowana i mogę książkę polecić. Kto wie, może nawet kiedyś kupię sobie całą serię w twardych okładkach i będę czytać jeszcze raz?

Recenzja Wołania kukułki (I tom)
Recenzja Jedwabnika (II tom)