sobota, 23 czerwca 2018

18/2018 Galveston, Nic Pizzolatto

Roy Cady, uzbrojony w metalową pałkę dwumetrowy brodacz, postrach niesolidnych dłużników w Nowym Orleanie, nielubiany, ale skuteczny. Radzi sobie doskonale. Do czasu. Wiadomość o toczącej go śmiertelnej chorobie i pułapka, w którą wpada podczas rutynowej roboty, zmuszają go do zerwania z dotychczasowym życiem. Rozpoczyna się mordercza zabawa w kotka i myszkę, prowadząca przez obskurne zakątki amerykańskiego Południa, podejrzane speluny i zapuszczone motele, w których Cady oczekuje na spotkanie z tym, co nieuchronne. Czy uda mu się ocaleć? Czy ochroni dziewczynę, której życie do czasu spotkania z nim było pasmem rozczarowań? Czy znajdzie w sobie dość sił, by pomimo choroby odkupić dawne grzechy?
Opis z okładki książki. 
Nic Pizzolatto jest mi znany jako twórca świetnego serialu True Detective (no może druga seria nie była tak udana jak absolutnie fantastyczna pierwsza, ale i tak się ją dobrze oglądało). Książka jego autorstwa wyszła już jakiś czas temu. Zebrała na tyle pozytywne recenzje, że postanowiłam ją przeczytać, chociaż ostatnio rzadko zabieram się za literaturę sensacyjno-kryminalną.

Galveston to historia pewnego bandziora Roya, który postanawia rzucić karierę przestępczą i zająć się czymś innym. Nie robi tego z dobroci serca, czy też po nagłym nawróceniu, po prostu jego szef uznał, że już dłużej nie będzie mu potrzebny i można go zlikwidować. Roy ucieka i zabiera ze sobą pewną dziewczynę. I najważniejsze, cała ta akcja rozgrywa się w 1987 roku. I to czuć, ten klimat lat 80. jest wręcz namacalny. Plastyczność i sugestywność opisów to jedna z większych zalet tej książki, nie miałam żadnych problemów z wyobrażaniem sobie akcji.

Jest też druga linia czasowa, 2008 rok i starszy, sponiewierany Roy, który musi stawić czoła problemom z przeszłości. Ogólnie jest to bardzo smutna historia. Niewiele wątków kończy się dobrze; w sumie jest tylko jedno pozytywne wydarzenie - pewna osoba dowiaduje się prawdy o swojej przeszłości. Nie przepadam za takimi smutami, ale Galveston jest tak ładnie napisane, że pesymizm zupełnie mi nie przeszkadzał.


Książka nie jest gruba, ma szerokie marginesy i duże odstępy pomiędzy rozdziałami; czyta się ją błyskawicznie.

Ta powieść nie tylko rozgrywa się w latach 80., ona jest też fabularnie nieco... przestarzała? Nie wiem jak to dokładnie nazwać, może to tylko stylizacja, ale teraz się już tak nie pisze. Książka ma dużo surowości i brutalności charakterystycznej właśnie dla lat osiemdziesiątych. Gdyby powstała wtedy, byłaby murowanym hitem, a jej ekranizacja święciłaby triumfy.

Co do ekranizacji: po książce absolutnie czuć, że jej autor jest też twórcą filmowym. Galveston jest napisany tak akurat pod półtoragodzinny film. Może zaczynał swoje życie jako scenariusz? Tego nie wiem, ale to bardzo prawdopodobne, bo dałoby się go zekranizować w skali 1:1 bez straty żadnej sceny. I to może być wada, bo postaci nie mają odpowiednio dużo czasu na rozwój. Przez to właściwie nie wiem, czy je lubię, bo nie miałam szansy dobrze poznać ich charakterów. Można powiedzieć, że Galveston jest trochę płytki jak na książkę. Historia i klimat są bardzo dobre, ale przez tę zwięzłość i smutek oceniam go na 4/5.

niedziela, 17 czerwca 2018

17/2018 Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu, Anna Lange

Clovis LaFay ma kłopoty rodzinne. Nieżyjący już ojciec miał reputację czarnego maga, znacznie starszy przyrodni brat jest wrogo nastawiony, a dzieci tego ostatniego… No cóż, na pewne zaburzenia nie ma jeszcze nazw – jest rok 1873 – co nie znaczy, że nie istnieją te zjawiska. 
John Dobson, dawny przyjaciel Clovisa i nadinspektor świeżo utworzonej jednostki wydziału detektywistycznego londyńskiej policji metropolitalnej również ma liczne problemy. Z pieniędzmi nie jest najlepiej, z prowincji przyjechała młodsza siostra, podwładni krzywo patrzą na zwierzchnictwo młodego eksporucznika artylerii, a najgorsze, że w Londynie drastycznie brakuje egzorcystów! 
Alicja Dobson waha się: zamążpójście czy pielęgniarstwo? Sęk w tym, że konkurenci się nie tłoczą, a zajęcia z magii leczenia na kursie pielęgniarskim okazały się nie całkiem tym, na co miała nadzieję. Clovis LaFay chętnie służy pomocą w tym drugim problemie, a kto wie, może i w pierwszym? Chociaż czegoś się jakby boi…
Opis z okładki książki. 
Kiedy ta książka zaczęła robić karierę w blogosferze to byłam przekonana, że autorka jest Angielką. No bo obco brzmiące nazwisko, wiktoriański Londyn... Ale okazało się, że Anna Lange to Polka, tyle że pisząca pod pseudonimem. Nie wiadomo o niej zbyt wiele; jest chemiczką i pracuje na jednej z warszawskich uczelni wyższych. Clovis LaFay to jaj debiut, i to całkiem udany.

Nie lubię epoki wiktoriańskiej. To przereklamowany okres pełen brudu, nędzy i hipokryzji. Ale tej książce udało się podejść do tematu w sposób, który mi się spodobał. Kluczem do sukcesu jest tu trójka głównych bohaterów, którzy są bardzo sympatyczni. Nie pasują do swojej epoki, są wręcz współcześni. Widzą wiele wad swoich czasów i próbują z nimi walczyć - na tyle, ile mogą. Nie jest to łatwe, bo są w swoich działaniach nieco osamotnieni, ale miło jest mieć komu kibicować.

Poza postaciami spodobał mi się też system magiczny. Zdolności do czarów ma kilka procent populacji. ale nie wszyscy mogą się kształcić, bo to kosztuje. Jest kilka rodzajów magii, w której można się specjalizować. Nie ma różdżek, tylko zaklęcia zapisywane przy pomocy glyfów, ale trafiają się też potężne artefakty. Oczywiście kobiety mają gorzej (jak to w XIX wieku często bywało), bo nikt nie garnie się do tego, by je szkolić. No może te z bogatszych rodzin miały prywatnych nauczycieli, ale i tak nie afiszowały się ze swoimi umiejętnościami. Na szczęście, jak już wspominałam wcześniej, bohaterowie mają współczesne charaktery i wspierają Alicję w nauce magii. Ba, w pewnym momencie pojawia się myśl, by zatrudniać utalentowane kobiety w policji, która narzeka na brak magów. To pieśń przyszłości, ale pomysł mógłby zostać rozwinięty w kolejnych częściach - o ile autorka zdecyduje się je napisać.

Bo Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu to jest bardzo dobra pierwsza część opowieści. Dużo tu ekspozycji i historii z przeszłości bohaterów, zwłaszcza Clovisa i Johna Dobsona, którzy chodzili razem do szkoły i mieli tam wspólny wątek. Sama główna linia fabularna zahacza o tę wspólną przeszłość i problemy rodzinne Clovisa. Jest on arystokratą, co w tych czasach było olbrzymią zaletą. Jednak akurat ta wysoko postawiona rodzina może bardziej zaszkodzić niż pomóc: ród LaFay od lat ma sławę czarnych magów i nekromantów, a najbliżsi krewni Clovisa niezbyt go lubią (że też użyję takiego eufemizmu). John i Clovis przez większość książki próbują udowodnić, że Horatio LaFay (kuzyn Clovisa) popełnił te wszystkie zbrodnie, o które jest podejrzewany. Nie jest to łatwe, gdyż Horatio i jego ojciec również są utalentowanymi magami i zrobią wszystko, by uniknąć sprawiedliwości. Historia ta nie ma typowego szczęśliwego zakończenia, lecz takie słodko-gorzkie, które zostawia mnóstwo miejsca na rzeczy dopowiedziane w kontynuacji. Chętnie poczytałabym o dalszych losach Alicji, o karierze Clovisa jako policyjnego konsultanta, o jakimś poważnym śledztwie prowadzonym przez Johna. Tu się naprawdę aż prosi o kolejne części.   


Grafika na okładce jest trafiona w samo sedno - tak własnie wyglądają główni bohaterowie. Nawet czaszka nie jest przypadkowa, ma swoje miejsce w fabule. To miła odmiana po tych wszystkich okładkach z - przykładowo - blondynką, podczas gdy główna bohaterka ma włosy czarne. O jak zawsze mnie to irytowało...

Postaci, wciągająca fabuła, ciekawa magia i pojawiający się czasami świetny humor to największe zalety tej książki. Wady też się znalazły, chociaż w mojej ocenie nie było ich zbyt wiele. Pod koniec troszkę siada tempo akcji, pojawia się tam za dużo osób, za dużo nazwisk i wszystko robi się za mało czytelne. Poza tym mam jeszcze jedno zastrzeżenie: autorka wrzuciła magię do XIX wieku nie zastanawiając się, jak ta magia wpłynęłaby na historię, i czy ten XIX wiek wyglądałby identycznie jak ten nasz, prawdziwy - a w książce właśnie tak wygląda. Moda, obyczajowość, historia, wszystko jest takie samo. Rozumiem, że tak było o wiele łatwiej skonstruować świat, ale chętnie przeczytałabym podobną książkę, gdzie zmiany wywołane magią są uwzględnione. Np. bardzo wątpię, czy rozwój religii byłby taki sam, gdyby rozmawianie z duchami i ogólnie magia były tak powszechne, jak w świecie Clovisa LaFay. Mimo małych potknięć oceniam książkę na 5/5. Może ta piątka jest nieco na wyrost, ale czytało mi się ją świetnie i naprawdę chcę ciągu dalszego. 

sobota, 9 czerwca 2018

16/2018 Płomienna korona, Elżbieta Cherezińska (Odrodzone królestwo tom III)


Książę Władysław powrócił z banicji i Kraków otworzył przed nim swe bramy. Królestwo nadal jest podzielone, a jego sercem, Starszą Polską, włada surowy Henryk z Głogowa. Brandenburczycy nie spuszczają oka z Poznania. Krzyżacy wikłają wszystkich w grę o Pomorze, która rozpęta gdańskie piekło. 
Rikissa ponownie zostaje królową Czech, co zamiast przynieść pokój, staje się zarzewiem wojny. Czesi nie chcą zrezygnować z praw do polskiej korony. Święte insygnia Piastów i Przemyślidów giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Władysław ma przy sobie miecz Bolesława Śmiałego - króla banity. Oręż, którego historia niepokojąco splata się z losami templariusza Kunona. 
W trzecim i ostatnim tomie cyklu Odrodzone królestwo Cherezińska otwiera przed czytelnikami świat, w którym miłości, zdrady i pasji nie sposób od siebie oddzielić. Od dworów królewskich do książęcych. Przez pałace papieskie do potężnych, krzyżackich komandorii. Świątobliwe mniszki i nieugięte kobiety Starej Krwi, sekretni zabójcy, wojownicy Trzygłowa i obudzone w ludziach tajemne bestie. Wszystko to splata się ze sobą, tworząc jeden, mieniący się wieloma barwami kobierzec, w którym najbardziej fascynujące jest to, iż utkany został na kanwie polskiej historii.
Opis z okładki książki. 
No cóż, ostatni tom trylogii Odrodzone królestwo okazał się być też najsłabszym. Niepotrzebnie rozwleczony, niepotrzebnie aż tak wielowątkowy, mało porywający. Lepsza, bardziej dynamiczna końcówka nie ratuje nudnej całości.

Nie wiem dlaczego autorka zdecydowała się na ciągnięcie wątku czeskiego, który nie dość, że niewiele wnosił do całości, to jeszcze było tam pełno Rikissy, która jest tak okropną Mary Sue, że nie da się o niej czytać. Rozgrywki pomiędzy Krzyżakami też jakoś niezbyt mnie porwały. Knowania Zarembów i historia Złotego Smoka nie doczekały się dobrych zakończeń. Naprawdę nie mogę znaleźć  żadnego elementu tej książki, o którym powiedziałabym, że jest fajny i super. Nawet Władysław Łokietek tym razem nie zachwycał. 

Na większą uwagę zasługuje wątek wierzeń przedchrześcijańskich. Nasza mitologia nie jest dobrze poznana ze względu na brak źródeł pisanych, co dało autorce duże pole do popisu przy uzupełnianiu białych plam swoją wyobraźnią. I faktycznie, wierzenia słowiańskie są tutaj w dużej mierze wizją Elżbiety Cherezińskiej. Tylko co to jest za wizja... Kobiety kapłanki - dobre: natura, pokój, wegetarianizm, miłość nie wojna, zioła, pszczoły. Mężczyźni kapłani - źli: spiski, wojna, zabijanie nienawiść. Stereotypowe aż do porzygu. Miały być silne postaci kobiece, a wyszło to samo, co przy obu Rikissach - marysójki do potęgi entej.


Można używać Płomiennej korony jako broni, ta kobyła ma aż 1084 strony (najgrubsza książka na mojej półce). Gdyby jakiś włamywacz dostał nią w łeb, to mogłoby go porządnie ogłuszyć. Ale te wymiary i słuszna waga sprawiły, że nie czytało mi się jej wygodnie.

Odrodzone królestwo to grubaśna trylogia, obejmuje w końcu kilkadziesiąt lat historii i mnóstwo wątków. Myślę, że o wiele lepiej byłoby stworzyć cieńszą trylogię obejmującą jedynie wydarzenia z pierwszego tomu do koronacji Przemysła. To mało znany epizod naszej historii, czytelnicy byliby zaskoczeni, zwłaszcza gdyby sprawdzili sobie dalsze tragiczne losy tego króla. Ewentualnie inna wersja: głównym bohaterem byłby Władysław Łokietek i to wokół niego kręciłaby się cała akcja. Taki cykl na pewno byłby bardziej standardowy, klasyczny, ale na pewno nie tak rozlazły, więc czytałoby się go lepiej.

Płomienna korona dostaje ode mnie 2/5. Znudziła mnie tak, że nawet nie chciało mi się jej czytać. Przemogłam się jednak i nawet nie żałuję, bo ostatnie około trzysta stron było niezłe. Mimo tego Elżbieta Cherezińska nie zostanie moją ulubioną pisarką, a ja mam nauczkę na przyszłość - teraz będę uważniej czytać recenzje przed wydaniem kupy kasy na coś nieznanego.

Recenzja I tomu
Recenzja II tomu

sobota, 26 maja 2018

15/2018 Czarna godzina, Erin Hunter (Wojownicy tom VI)


Klan Pioruna wygrał bitwę, która miała go unicestwić. Odwaga Ognistego Serca ocaliła jego pobratymców, chociaż jednego kota uratować się nie udało. Wygrana bitwa nie kończy wojny - nowy przywódca klanu zmierzyć się musi ze złowieszczymi zakusami Tygrysiej Gwiazdy, który nie spocznie, póki nie dokona zemsty na swoim poprzednim klanie. 
Nadszedł czas, gdy wypełnią się przepowiednie i narodzą się bohaterowie...
Opis z okładki książki. 
Dziś zacznę od tego, co zwykle umieszczam na końcu recenzji, czyli od oceny. Wszystkie poprzednie tomy cyklu Wojownicy oceniłam na trzy, ale Czarna godzina zasługuje na 4/5. Zadecydowały o tym dwa czynniki, które zawsze podnoszą w moich oczach ocenę książki, czyli emocje i zaskoczenie. W dalszej części recenzji możliwe spoilery - przy szóstym tomie cyklu ciężko ich uniknąć. 

Nasz główny koci bohater zostaje przywódcą Klanu Pioruna i zmienia imię na Ognista Gwiazda. Towarzyszy temu magiczny rytuał nadawania dziewięciu żyć. Jego opis trochę mnie wzruszył. W trakcie rytuału Ognista Gwiazda spotyka się z nieżyjącymi już kotami, które obdarowują go szczególnymi zdolnościami i życiami, a wszystko to zostało opisane w sposób wywołujący emocje. Potem również zdarzają się podobne fajne wzruszające momenty: przemowy przed bitwą czy też niektóre sceny już w trakcie samej walki. Jestem podatna na taki delikatny patos, więc to wszystko trochę mnie ruszyło - tylko trochę, bez rozklejania się przy każdej scenie. Drugim pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie właśnie zaskoczenie - zdarzyło się to pierwszy raz od początku serii. Książki o kotach były strasznie przewidywalne, właściwie po samym prologu można się było domyślić zakończenia. Tutaj na początku akcji też dostałam pewne wskazówki, ale nie sądziłam, że aż tak bardzo odejdziemy od schematu - to tak jakby w połowie najnowszych Avengersów pojawił się nowy złol, zlikwidowała Thanosa i stanął zamiast niego do ostatecznej bitwy. Coś, co twórczynie budowały od samego początku Wojowników (przypominam, że Erin Hunter to tak naprawdę kilka różnych pisarek), nagle zostaje zastąpione innym zagrożeniem. To było dość odważne i, co najważniejsze, udane zagranie fabularne.

Będę wspominać dobrze całą tę serię o kocich wojownikach, nawet pomimo wielu idiotyzmów pojawiających się w pierwszych tomach. Im więcej elementów fantastycznych, tym lepiej, ale fakty o kotach autorki mocno nagięły do swoich potrzeb fabularnych. Nie jest to koniec kocich opowieści, bo przede mną jeszcze masa podcykli z tego samego uniwersum, na pewno kiedyś je w końcu przeczytam.

Recenzja pierwszego tomu Ucieczka w dzicz
Recenzja tomów II i III Ogień i lód, Las tajemnic
Recenzja tomów IV i V Cisza przed burzą, Niebezpieczna ścieżka 

niedziela, 20 maja 2018

14/2018 Imperium Czerni i Złota, Adrian Tchaikovsky (Cienie pojętnych tom I)


Miasta-państwa Nizin od dziesięcioleci żyły w spokoju, pokładając wiarę w zapewniające im bezpieczeństwo traktaty. Ich ufność wobec sąsiadów i mocy pieniądza była tak wielka, że nie zauważyły, iż na dalekich rubieżach ich terytorium rozwinęło się dążące do podboju wszelkimi metodami Imperium Os. Ofiarą doskonale zorganizowanych oddziałów zaczęły padać kolejne krainy… 
Wydaje się, że jedynie starzejący się Stenwold Maker, doświadczony wojownik, szpieg, wynalazca i mąż stanu, dostrzega prawdziwe zamiary władców drapieżnego Imperium. To na jego barki spada obowiązek obrony świata przed falą czerni i złota, jaka zalała Niziny, niszcząc wszystko, co stanęło jej na drodze. Pomogą mu w tym młodzi agenci, przypadkiem wciągnięci w bieg wydarzeń.
Opis fabuły ze strony wydawnictwa.
Miałam ochotę rozpocząć jakąś nową serię, no i padło na dziesięciotomowe fantasy o robalach - tak mi się przynajmniej początkowo wydawało. Cienie pojętnych owszem, mają dziesięć tomów, są też fantasy z elementami steampunku i innych -punków, ale ich bohaterowie to ludzie, chociaż podzieleni na rasy posiadające pewne owadzie cechy. Może się to wydawać dziwne i skomplikowane, ale ma dobre umotywowanie w historii tego świata, dodaje też książce oryginalności i różnorodności.

Ludzie, elfy, krasnoludy - to wszystko było już w fantasy setki razy. Osowce, żukowce, ważki, ciemce są od nich znacznie ciekawsi. Chociaż każda rasa ma swoje unikalne właściwości, to nie należy zapominać, że są to ludzie z całą masą ludzkich uczuć i problemów. Grupa głównych bohaterów jest trochę stereotypowa: znajdziemy tam ubogiego młodzieńca z nieodpowiednim pochodzeniem, który jest jednak mistrzem w swoim fachu, niedocenianą dziewczynę, która nagle odkrywa w sobie nieznane wcześniej możliwości, czy też ekscentrycznego księcia z dalekich stron, przystojnego i zabójczego w walce. Takie nagromadzenie stereotypów jakoś mnie nie raziło (być może dlatego, że autor oszczędził mi postaci rudowłosego wybrańca), gdyż wszystkie postaci już w pierwszym tomie przechodzą mniejszą lub większą ewolucję. To dopiero początek ich drogi, więc na końcu tej opowieści na pewno będą już innymi ludźmi - o ile dożyją do końca, wojna wisi w powietrzu, a na wojnie czasem się ginie.

Fabuła Imperium Czerni i Złota zaskoczyła mnie na samym początku. Grupa przyjaciół wywodząca się z różnych ras postanowiła pomóc mieszkańcom miasta Myna w obronie przed najazdem wojsk Imperium Os. Mieli dobry plan i ładunki wybuchowe podłożone w strategicznych miejscach, wystarczyło tylko poczekać na właściwy moment i nacisnąć przycisk. Coś jednak poszło nie tak, nic nie wybuchło, więc trzeba szybko uciekać i ostrzec mieszkańców rodzinnych Nizin, które będą kolejnym celem osowców. Ktoś się nie zjawia, ktoś bohatersko ginie, i w końcu tylko dwóm członkom ekipy udaje się uciec z oblężonej Myny: żukowcowi Stenwoldowi Makierowi i modliszkowcowi Tisamonowi, który uważa, że to jego ukochana ich zdradziła i w głowie mu już tylko zemsta. Mogłoby się wydawać, że będziemy obserwować dalsze losy tej dwójki i przygotowania do nadchodzącej wojny, ale autor ma dla czytelników niespodziankę: akcja nagle skacze siedemnaście lat do przodu. Tisamon gdzieś znika. Stenwold Maker jest szanowanym członkiem swojej społeczności, zasiada nawet w czymś w rodzaju rady miejskiej. Niestety jest też uważany za nieszkodliwego wariata: tyle lat gada o wojnie, o ataku osowców, o konieczności przygotowań, a przecież nic się nie dzieje. Osy siedzą u siebie, sprzedajemy im broń, interesy idą świetnie, a że podbite ludy są dla nich jedynie tanią siłą roboczą zmuszaną do niewolniczej pracy? Ojtam ojtam, to ich kraj, niech sobie robią, co chcą, byle w swoich granicach. A że granice przestają im pasować? Przecież można zrobić nowe mapy i je przesunąć, w ogóle to miasto zawsze leżało bardziej na pustyni niż na Nizinach, jak je zabiorą nic się nie stanie... A może jednak Stenwold ma rację i powinniśmy go posłuchać już dawno? Może, ale teraz jest już za późno, więc lepiej sprzedajmy osowcom te ostatnie partie broni, płacą dobrze. Dla mnie była to prawdziwa bomba, ten klimat wiszącej w powietrzu wojny, ten ostatni sprawiedliwy bezskutecznie próbujący zapobiec katastrofie - po prostu uwielbiam taką tematykę. Dodam do tego jeszcze dwa świetne motywy: wydarzenia sprzed siedemnastu lat wciąż mają wpływ na życie bohaterów, a młodzi podopieczni Stenwolda, entuzjastycznie nastawieni wobec jego sprawy, lecz boleśnie niedoświadczeni i nieco naiwni, muszą szybko dorosnąć i zmierzyć się z trudną rzeczywistością. Tak, pod względem fabularnym ta książka świetnie wpasowała się w mój gust,

Minus też się jednak znalazł, tylko jeden, ale za to spory. Jest nim brak zdolności autora do operowania słowem na mistrzowskim poziomie. Nie wiem, może to wina tłumacza, ale opisy świata przedstawionego mogłyby być o wiele lepsze. Brakuje mi tu budującego klimat stylu Anny Kańtoch, te wszystkie maszyny, technologie i dziwne miejsca aż proszą się o piękne opisy. Brakuje mi tego lekkiego patosu i emocji, które towarzyszyły mi przy scenach walk u Roberta M. Wegnera. W Imperium Czerni i Złota walk jest pod dostatkiem i tu również chciałabym się tak wczuć, bać się o bohaterów i cieszyć z ich zwycięstw, lecz niestety czegoś mi do tego brakuje. Dowiedziałam się, że ta książka to debiut Tchaikovskiego, więc mam nadzieję, że dalej będzie tylko lepiej.

Mogłabym porównać tę powieść do nieoszlifowanego klejnotu, który sam z siebie jest już piękny, ale będzie jeszcze wspanialszy, kiedy poświęci mu się jeszcze trochę pracy. Bardzo mocno liczę na kolejne tomy i na dalszy ciąg tej historii - jeśli się zawiodę, to ciężko mi będzie pogodzić się z takim rozczarowaniem. Dawno tak się nie napaliłam na żadną historię, bo już niełatwo mnie zadowolić, w końcu sporo już w życiu przeczytałam. Imperium Czerni i Złota ta sztuka się udała, lecz ze względu na niedoszlifowanie językowe oceniam tę książkę na 4/5.

środa, 9 maja 2018

13/2018 CEO Slayer, Marcin Przybyłek

 
W połowie XXI wieku światem rządzą korporacje, powszechny jest wyzysk pracowników. Nie inaczej jest w Warszawie, gdzie banki bezkarnie okradają ludzi, a producenci leków wpędzają ich w choroby. Niespodziewanie w tym mroku rozbłyska promyk nadziei. Dyrektorzy wielkich firm padają ofiarą CEO Slayera, tajemniczego mściciela, równie jak oni bezwzględnego, silnego i brutalnego. 
Za skrywającym twarz pod maską mistrzem sztuk walki korporacje wysyłają przebiegłego detektywa - kobietę, która cynizmem i wyrachowaniem bije na głowę nawet upokorzonych menadżerów. Warszawa staje się areną zmagań samotnego anioła z piekielnymi bestiami. W tej nierównej walce z wykorzystaniem najnowszych technologii CEO Slayer ma jednak cichych sojuszników: opinię publiczną, media i... nie tylko. 
Opis z okładki książki.
Dziwny jest ten okładkowy blurb, niby poprawny, nie oszukuje czytelnika, ale jest tak napisany, by w krótkich zdaniach zmieścić jak najwięcej informacji. Zawsze się zastanawiam kto pisze te blurby i czy czasem nie może dołożyć jednego czy dwóch zdań, żeby całość brzmiała bardziej po polsku.

Zresztą sama książka też jest dziwna. Widziałam w necie opinię, że Marcin Przybyłek napisał książkę tylko dlatego, że nie umiał narysować komiksu. I mam wrażenie, że jako komiks ta historia sprawdziłaby się o wiele lepiej - zwłaszcza, że autor chyba nie mógł się zdecydować, czy ma być to lekka parodia, czy jednak coś bardziej poważnego.

Kupuję wszystkie momenty z humorem, z odniesieniami do Batmana, te, w których żartuje się z konwencji i stereotypowych postaci. Niech już nawet główny bohater zachwyca się swoim podobieństwem do Clinta Eastwooda, a kobiety będą piękne, biuściaste i zawsze chętne, a cała historia kończy się niemalże bajkowym happy endem. To mogłaby być przyjemna, luźna książka, gdzie nie rażą elementy mistyczne w połączeniu z nowoczesną technologią (mnie nie raziły). Ale nie, niestety nie wyszło, gdyż pan Przybyłek zdecydował się do tego wszystkiego dodać ciężką, poruszającą problemy społeczne warstwę, która jest jednak niezbyt wiarygodna. Na świecie niby brakuje wody - bohaterowie nic sobie z tego nie robią, kąpią się po 40 minut i nigdy nie brakowało im żadnego napoju. Firmy oszukują klientów i planowo postarzają produkty, a wszystko to w majestacie prawa - owszem, takie rzeczy się dzieją i będą się działy, ale nie uwierzę, że kiedykolwiek prawo na to oficjalnie pozwoli. Wystarczy wspomnieć całkiem niedawną aferę z oszukanymi parametrami spalania silników Volkswagena, czy też przypadek Martina Shkreli, który kupił firmę farmaceutyczną i podniósł cenę produkowanego przez nią leku o 5000%. W pierwszym przypadku Volkswagen musiał się gęsto tłumaczyć, organizować bezpłatne akcje serwisowe, a i tak sprzedaż spadła mu drastycznie, szczególnie w USA; natomiast w drugim pazerny przedsiębiorca został szybko aresztowany za przekręty finansowe. Jest też bardzo świeża sprawa: Unia Europejska planuje wprowadzenie zakazu sprzedaży smartfonów, które nie mają wymiennej baterii i nie dają się rozłożyć, co poważnie utrudnia ewentualne naprawy. Ludzie nie lubią być oszukiwani, są też coraz bardziej świadomymi konsumentami, więc nie wierzę, że kiedykolwiek nastaną takie czasy, jak w CEO Slayer.


Zdjęcie autora i grafika z głównym bohaterem na okładce - podobieństwo jest całkiem wyraźne, czyżbyśmy mieli do czynienia z self-insertem? Albo to tylko sesja zdjęciowa na potrzeby książki...

Sposób opisywania nowych technologii to kolejna rzecz, która mi się tu nie spodobała. Czytałam już mnóstwo książek science fiction, a co za tym idzie poznałam już wiele pomysłów na to, jak mógłby wyglądać świat przyszłości. W żadnej z nich nie spotkałam się jednak z wyjaśnieniem działania wynalazków i urządzeń w przypisach. Naprawdę, tu każdy nowy przedmiot był dokładnie opisany na dole strony. Nie mam pojęcia, dlaczego Marcin Przybyłek to zrobił, ale wyszło wyjątkowo beznadziejnie. Przecież czytelnicy powinni sami odkrywać, wnioskować z kontekstu, co bez tych przypisów nie byłoby szczególnie trudne. Autor ma ludzi za idiotów, czy co? Może wydawało mu się, że tak będzie fajnie, oryginalnie... Nie wiem, nie jestem w stanie tego pojąć. 

Tu ciśnie się na usta pewien klasyk: Co to k.... jest?!

Gdyby CEO Slayer pozostał lekką historyjką o mścicielu bijącym złych kierowników korpo, taką bardzo rozrywkową, komiksową, z głębszym przesłaniem do samodzielnego wywnioskowania - byłoby fajnie. Gdyby była to poważna powieść o mścicielu wywlekającym na wierzch pilnie strzeżone mroczne tajemnice firm udających dobre i przyjazne (i przy okazji bijącym złych kierowników korpo) - też byłoby fajnie. Ale dostaliśmy miks tego i tego, co strasznie rozpraszało mnie w trakcie lektury. Tę opowieść można przepisać od nowa, zrobić z niej dwie książki w zupełnie różnych konwencjach, a każda z nich byłaby lepsza od pierwowzoru, który dostaje ode mnie tylko 2/5. Marcin Przybyłek napisał też inne książki, w tym cykl Gamedec, który miałam zamiar przeczytać, ale po CEO Slayerze jakoś się zniechęciłam i raczej nie sięgnę już po nic jego autorstwa.


CEO Slayer dobrze pasuje do moich Horyzontów zdarzeń, ale muszę go odnieść do biblioteki. Zresztą i tak nie chciałabym go trzymać w domu.

wtorek, 8 maja 2018

Nowe książki: Zwycięstwo albo śmierć oraz Przebudzenie Lewiatana


Mój autoprezent dotarł dziś rano; odebrałam go jeszcze przed pracą, a uwierzcie mi, że w innym przypadku wcześniejsze zebranie się do wyjścia z domu i pójścia po paczkę do kiosku byłoby dla mnie prawie niewykonalne. Ale dla tych dwóch ślicznych książek warto było się poświęcić.


Zwycięstwo albo śmierć ma najładniejszą okładkę z całego cyklu. To teoretycznie ostatnia część Pól dawno zapomnianych bitew - teoretycznie, gdyż uważam, że autor nie będzie chciał porzucić tego uniwersum i jeszcze nas uraczy jakimiś prequelami albo spin-offami. 


Przebudzenie Lewiatana jest po prostu cudowne. O poprzednim nędznym dwutomowym wydaniu Fabryki Słów wolę w ogóle nie pamiętać. Cieszę się, że go nie kupiłam, i że to nie oni kontynuują wydawanie tej space opery. Czarno-czerwono-szara kolorystyka, trochę błysku, trochę matu... Ilustracja nawiązuje do treści oraz do plakatu serialu The Expanse, ale jest od niego o wiele lepsza. Tak, to zdecydowanie najładniejsza książka na mojej półce.


Jest tak ładna, że aż sprawdziłam kto stworzył tę wspaniałą okładkę. Nigdy wcześniej nie interesowałam się tym tematem, a tu okazało się, że mamy świetnego artystę o pseudonimie Dark Crayon, który tworzy ilustracje na okładki, Na 100% widzieliście jego prace: ilustruje większość książek z Fabryki Słów, sporo z wydawnictwa MAG (m. in. serię Artefakty i te nowe wydania Neila Gaimana). Ma charakterystyczny, trochę poszarpany, trochę jakby szkicowany styl. Przeglądałam jego prace na Facebooku i wiele z nich bardzo mi się podoba.



Większość księgarni internetowych dorzuca do zamówienia zakładki, tym razem dostałam dwie. Obie fajne, chociaż ta Niech cię książka pochłonie! jest zabawniejsza.