środa, 13 grudnia 2017

57/2017 Zgromadzenie cieni, V. E. Schwab (Odcienie magii tom II)


Upłynęły cztery miesiące, odkąd w ręce Kella wpadł czarny kamień. Cztery miesiące, odkąd przecięły się ścieżki antariego i dziewczyny z Szarego Londynu, Delilah Bard. Cztery miesiące, odkąd książę Rhy został ranny, Kell i Lila pokonali rządzące Białym Londynem bliźniaki Dane, a kamień wraz z umierającym Hollandem wrzucili w otchłań Londynu Czarnego. 
Pod wieloma względami sytuacja prawie wróciła do normalności, chociaż... Rhy spoważniał, a Kella dręczą wyrzuty sumienia. Antari nie przemyca już przedmiotów między światami – jest nerwowy, nawiedzany przez sny z udziałem złowieszczej magii, skupiony na myślach o Lili, która zniknęła mu z oczu w porcie, tak jak zawsze tego pragnęła.  
Tymczasem w Czerwonym Londynie trwają przygotowania do Igrzysk Żywiołów, spektakularnego i kosztownego międzynarodowego turnieju – mającego na celu rozrywkę i zachowanie dobrych stosunków z sąsiednimi mocarstwami. Na zawody przybędzie wielu gości, a wśród nich starzy przyjaciele na pewnym statku pirackim. 
Jednakże, podczas gdy wszyscy w Czerwonym Londynie skupiają się na czekających ich emocjach sportowych i towarzyszących igrzyskom przyjęciach, w innym Londynie rozkwita życie, a ci, którzy mieli rzekomo odejść na zawsze, powracają. Jak cień, który znika w nocy, lecz pojawia się znów kolejnego dnia, tak odżywać zdaje się Czarny Londyn. Tyle że magia wymaga równowagi, więc by odrodził się Czarny Londyn, inne miasto musi upaść...
Opis fabuły z portalu lubimyczytac.pl 
To nie jest najlepsza książka. Powiela błędy pierwszej części (Lila jest za bardzo wykoksowana, znów brakuje istotnych interakcji pomiędzy żeńskimi postaciami) i nic nie wskazuje na to, że w ostatnim tomie będzie lepiej. Nie jest nawet szczególnie oryginalna, w końcu magia i światy równoległe to jedne z podstawowych motywów występujących w fantasy.

Ale pomimo wszystkich wad ja i tak bardzo lubię ten cykl. Kit z tym, że fabuła jest przewidywalna, potrafię to wybaczyć. Magiczny turniej organizowany z wielkim rozmachem w Czerwonym Londynie - o czymś takim chcę czytać, nawet jeśli opisy walk są odrobinę zbyt pobieżne. Kell rozdarty pomiędzy swoimi uczuciami a obowiązkiem wobec królestwa - super. Książę Rhy, który dojrzewa i zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, co naprawdę oznacza bycie władcą, a przy tym autorka zręcznie rozgrywa wątek jego biseksualizmu - świetnie. Lila, która w cztery miesiące uczy się magii na poziomie najlepszych magów świata, a potem podstępem bierze udział w turnieju i awansuje niemalże do finału, a do tego kradnie statki i ma ciętą ripostę na każdą okazję - a nie, to już nie było takie dobre. Za szybko to wszystko się stało, za szybko. Jestem skłonna uwierzyć w talent Lili - zwłaszcza, że przecież już od pierwszego tomu wiem, kim ona dokładnie jest, i przypuszczam,  że tak z 90% czytelników też się tego domyśliło - ale osiągnąć taki poziom w zaledwie cztery miesiące? Lila będąc na statku co prawda trenowała ze swoim kapitanem, ale nawet nie zbliżyła się do poziomu, który później zaprezentowała na turnieju. To dokładnie tak samo, jakbym ja poszła na siłownię, zaczęła ćwiczyć pod okiem kogoś, kto zna się na rzeczy, a za cztery miesiące już doszłabym do finałów mistrzostw w podnoszeniu ciężarów.

Przypomina mi to kontrowersje związane z Rey z Przebudzenia Mocy i jej ekspresowym odkryciem mocy Jedi, dzięki której pokonała wyszkolonego (choć co prawda osłabionego) Kylo Rena. W obu przypadkach niewątpliwie utalentowane panie powinny dostać więcej czasu. Bo to przecież trening czyni mistrza.

Lila to niewątpliwy minus tej trylogii, ale za to jak świetnie napisana jest relacja Kell - Rhy. Są dla siebie jak bracia, i chociaż mają różne własne problemy, to zawsze będą troszczyć się o siebie nawzajem. I to nie tylko przez magiczną więź, która niejako ich do tego zmusza, ale przez szczerą przyjaźń, która łączy ich jeszcze bardziej. Podoba mi się również rozszerzenie perspektywy politycznej, jakie nastąpiło w tym tomie (chociaż Gra o tron to to nie jest i nigdy nie będzie). Dowiadujemy się, że Kell to nie tylko międzywymiarowy listonosz i przyszywany członek rodziny panującej, lecz również symbol królestwa, niemalże filar podtrzymujący królewską władzę. Jedyny posiadacz potężnej mocy, na którego władcy innych krajów patrzą z zazdrością. Trochę szkoda, że ten wątek nie został bardziej rozbudowany, bo ja bardzo lubię takie intrygi. Niestety, to młodzieżowe fantasy i być może autorce wydawało się, że polityka zanudzi potencjalnych odbiorców.

Przebieg wydarzeń w finałowym tomie da się już jako tako przewidzieć. Na pewni ważną rolę odegra nowa postać z Białego Londynu, Ojka. Jest ona tak dziwnie opisana, że na początku myślałam, że to jeszcze dziecko. Zdziwiłam się, kiedy inni bohaterowie określili ją słowem kobieta. Zapewne jest kreowana na późną nastolatkę w wieku 16-18 lat, ale naprawdę chętniej widziałabym w roli uczennicy złego maga dziewczynkę około dziesięcioletnią, byłoby to bardziej diaboliczne.

Mogłabym jeszcze trochę ponarzekać, bo jest na co, ale ta książka jest tak bardzo magiczna i wciągająca, że te wszystkie niedociągnięcia gdzieś się gubią i nie rzucają się w oczy. Szkoda, że nie było poprawy względem pierwszego tomu, ale na szczęście nie zauważyłam pogorszenia. Z tego względu Zgromadzenie cieni oceniam tak samo jak Mroczniejszy odcień magii (swoją drogą te tytuły są mało adekwatne do treści książek, na pewno dało się wymyślić lepsze), czyli na 4/5. Ostatni tom przeczytam na pewno - i mam nadzieję, że autorka nie zboczy za bardzo w stronę romansu. 

wtorek, 5 grudnia 2017

56/2017 Powrót Cienia, Tad Williams (Marchia Cienia tom III)


Zamek Marchii Południowej znalazł się w kleszczach dwóch nieprzejednanych wrogów - starożytnych nieśmiertelnych Qarów i szalonego króla-boga autarchy Xis. Dwójka jego młodych obrońców zaś, księżniczka Briony i książę Barrick, przebywają z dala od domu i muszą walczyć o własne życie. 
Tymczasem pod zamkiem budzi się coś potężnego i straszliwego, czego ludzie nie oglądali od tysięcy lat... 
Barrick, Briony, Qinnitan, zdesperowana zbiegła niewolnica autarchy, i lojalny żołnierz Ferras Vansen oraz garstka innych zwykłych i niezwykłych ludzi muszą znaleźć sposób na uratowanie swojego świata, bo inaczej będą świadkami nadejścia strasznej ery ciemności...
Opis fabuły z portalu lubimyczytac.pl
To już trzeci, przedostatni, tom z tej serii. Ciężko mi napisać coś konkretnego o rozwoju akcji, bo nie chcę za wiele spoilerować, ale powiem tak: wszystko idzie w dobrym kierunku. Wątki poszczególnych postaci zaczynają się do siebie zbliżać i już z grubsza można domyślić się kształtu wielkiego finału. Polubiłam kilkoro spośród głównych bohaterów i z przyjemnością im kibicowałam, ale niestety coraz większą rolę w cyklu zaczyna odgrywać wątek bogów, który nie interesuje mnie aż tak bardzo. Autor stworzył swoją mitologię i wyszło mu to całkiem nieźle, chociaż nieszczególnie oryginalnie. Jak każda faktycznie istniejąca mitologia, jest ona czymś w rodzaju latynoskiej telenoweli, bogowie to tacy podkręceni na maksa ludzie, którzy przeżywają podkręcone na maksa wydarzenia: zdrady, miłości, wygnania, morderstwa, wojny i inne takie. Bardziej od tego kręciły mnie rozgrywki polityczne i militarne, ale mam przeczucie, że w ostatnim tomie będzie ich mniej.

W finale serii najpewniej przeczytam o klasycznym ratowaniu świata, ale w końcu wszystkie książki Tada Williamsa takie są - klasyczne. To nie wada ani zaleta, po prostu taki styl autora. Ja już się do niego przyzwyczaiłam, chociaż pierwszy tom wydawał mi się nieco nudnawy. Teraz jednak kupuję tę konwencję, dobrze się bawię w trakcie lektury i nawet schematy przestały mi aż tak bardzo przeszkadzać. Powrót Cienia oceniam na 4/5, a po ostatni tom na pewno sięgnę za jakiś czas.

Recenzje poprzednich tomów:
- tom I
- tom II

wtorek, 28 listopada 2017

55/2017 Zabawki diabła, Anna Kańtoch


Tym razem nie będzie opisu z okładki, bo go tam nie było. Zamiast niego wydawca zdecydował się na umieszczenie trzech fragmentów różnych recenzji. Rozumiem ten zabieg, ale wolałabym to raczej gdzieś na skrzydełkach okładki, a nie w standardowym miejscu na blurb. Ogólnie okładka jest wybitnie brzydka, w mojej wyobraźni główny bohater na pewno nie wyglądał jak nastoletni fan metalu. Ilustracje w środku też nie powalają, Fabryka Słów tym razem się nie popisała.

Zabawki diabła to sześć opowiadań połączonych ze sobą osobą głównego bohatera: Domenica Jordana. Jest on trochę jak doktor House, trochę jak Mordimer Madderdin, ale ma więcej zalet niż oni dwaj razem wzięci i tylko jakieś 10% ich wad. Z wykształcenia lekarz, z zamiłowania demonolog i badacz teorii magii. Czasem działa na zlecenie biskupa. Opatrzy rany, wypędzi demony, odnajdzie zabójcę, rozwiąże z pozoru nierozwiązywalne zagadki. Zawsze ubrany na czarno, elegancki i dobrze wychowany, ale ma też problemy z poprawnymi relacjami międzyludzkimi. Mówiąc wprost, Domenic nieco się wywyższa, jest zbyt szczery i bezpośredni. Ale generalnie jest to postać, którą da się lubić, i nie nazwałabym go antybohaterem.

Domenic Jordan jest dużym plusem książki. Za kolejny uznaję cały świat, w którym autorka umieściła akcję. Wzorowała się na Południowej i Zachodniej Europie z okresu XVII - XIX wieku. Nazwiska bohaterów brzmią nieco z hiszpańska, miasta przypominają włoskie, a opisy obyczajów kojarzą mi się z wiktoriańską Anglią. Broń palna i armaty są już znane, ale nie widać jeszcze żadnych oznak rewolucji przemysłowej. Wszystkie części składowe coś przypominają, ale są ze sobą całkiem ładnie wymieszane, przez co nie jest to kopia i w całości czuć indywidualną wizję autorki. 

Ciekawa jest też religia - rodzaj chrześcijaństwa, w którym cuda zdarzają się dosyć często, a niektórzy już za życia zostają świętymi. Oprócz Nieba istnieje również świat demonów, które lubią przechodzić sobie do świata ludzi i robić niezłe zamieszanie. Przy czym Bóg i demony nie są kwestią wiary, są po prostu faktem i nikt nie neguje ich istnienia.

Zwróciłam uwagę również na coś, co bardzo podobało mi się w Przedksiężycowych tej samej autorki (recenzje tomu I oraz tomów II i III), a mianowicie świetne opisy budujące klimat. Kiedy akcja dzieje się na spokojnej wsi, to widzimy te rozległe pola i czujemy promienie letniego Słońca. Kiedy przenosi się do szpitala dla obłąkanych w środku lasu widzimy ten nieco zdewastowany budynek, który wzbudza nasz niepokój. Miasto, do którego ściągnęło mnóstwo ludzi, aby bawić się na słynnym karnawale? Żaden problem. Nerwowa atmosfera, kiedy okazuje się, że w tym mieście pojawiły się wampiry? Proszę bardzo, nic trudnego, gdyż Anna Kańtoch jest niekwestionowaną mistrzynią obrazowych opisów.

Bardziej podobały mi się opowiadania, w których Domenic rozwiązuje kryminalne i nadprzyrodzone zagadki, niż te, w których podejmowany jest wątek jego przeszłości i rodziny. Jednak to tylko moje odczucia, generalnie całość jest dobra i warta uwagi. Dobra, ale nie wybitna, więc moja ocena to 4/5. Zabawki diabła okazały się być środkowym tomem opowiadań o Domenicu Jordanie (tak to jest, jak się bierze książkę z biblioteki w ciemno), no i teraz koniecznie muszę zdobyć i przeczytać tomy I i III.

Nowe książki: Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu oraz Galveston



Dwie nowe książki na mojej półce są owocem wyprzedaży prowadzonej na blogu onlypretender.pl. Obie pozycje były na mojej liście do przeczytania już od dłuższego czasu, więc ucieszyła mnie możliwość ich zakupu w atrakcyjnej cenie. 

Galveston to książka Nica Pizzolato, którego znam przede wszystkim jako scenarzystę świetnego serialu True Detective (przynajmniej pierwszy sezon był genialny, drugi mogę określić łagodnie lekkim rozczarowaniem). Zauroczyła mnie przedstawiona w serialu wizja małych, z pozoru spokojnych, miasteczek amerykańskiego Południa, a z tego, co czytałam w recenzjach, książka także ma ten klimat.

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu to magiczne fantasy, którego akcja dzieje się w wiktoriańskim Londynie. Książka była recenzowana na wielu blogach i zebrała raczej pozytywne opinie, które sprawiły, że ja również postanowiłam ją przeczytać. Co zabawne, na początku wydawało mi się, że autorka jest Brytyjką - jej nazwisko (później dowiedziałam się, że to pseudonim), tytuł książki, tematyka, wszystko na to wskazywało. Zdziwiło mnie trochę, że to jednak Polka - ale to dobrze, że nasi autorzy i autorki piszą niezłe powieści i zyskują popularność. Chociaż na pewno książka nie byłaby gorsza, gdyby jej akcję umieścić w Warszawie z końca XIX wieku. Chyba, że autorka chciałaby zdobyć międzynarodową sławę, wtedy Londyn jest lepszym, bardziej uniwersalnym wyborem.

niedziela, 19 listopada 2017

54/2017 George Lucas. Gwiezdne Wojny i reszta życia, Brian Jay Jones


Luke Skywalker, Han Solo, Indiana Jones i człowiek, który ich wymyślił, George Lucas - genialny filmowiec i najbardziej wpływowa postać w historii kina. 
25 maja 1977 roku do zaledwie trzydziestu dwóch amerykańskich kin został wprowadzony niskobudżetowy niezależny film science-fiction. Wymyślone, napisane i wyreżyserowane przez mało znanego twórcę George'a Lucasa Gwiezdne Wojny niespodziewanie pobiły wszelkie rekordy oglądalności. Zmieniły też kinematografię, zapoczątkowując nowy sposób produkcji i promocji filmów, a przede wszystkim zrewolucjonizowały świat efektów specjalnych. Lucas, inspirowany przez innowatorów takich jak Francis Ford Coppola czy Steven Spielberg, korzystał z najnowszych osiągnięć techniki i ciągle ulepszał swoje dzieła. Tak jak jego filmy i bohaterowie weszli do kanonu kinematografii, tak on sam stał się uwielbianą przez miliony ikoną kina.
Opis z okładki książki. 
Na samym początku odniosę się może do okładkowego opisu tej książki, który przytaczam wyżej: owszem, ludzie (w tym ja) uwielbiają i kochają Gwiezdne Wojny, ale wątpię, by te uczucia przenosiły się bezpośrednio na ich twórcę. Jest wręcz odwrotnie, fani nie mogą wybaczyć Lucasowi ciągłego grzebania w Epizodach IV-VI, zmieniania wydźwięku niektórych scen (przecież wiadomo, że to Han strzelił pierwszy, i żadna argumentacja nie przekona mnie, że od zawsze miało być inaczej), nadmiaru cyfrowych efektów specjalnych w Epizodach I-III, irytującego Jar-Jara, drewnianego Haydena Christiansena, bezsensownych midichlorianów mających wyjaśnić Moc, czy też nawet sprzedania praw do serii wytwórni Disneya. Oczywiście wiadomo, że wszystkim się nie dogodzi i zawsze ktoś będzie narzekał, ale w tych zarzutach jest mnóstwo racji. Ja również uważam, że Lucas mógł zrobić pewne rzeczy inaczej, ale po lekturze jego biografii przynajmniej zrozumiałam, dlaczego dokonał akurat takich wyborów. I za to bardzo książce i jej autorowi dziękuję - za zrozumienie twórcy jednej z moich ulubionych filmowych serii.

Lubię Gwiezdne Wojny, to już wiadomo. Lubię też filmy i nie ograniczam się do ich oglądania, interesuję się również kwestiami technicznymi: montażem, scenografią, efektami specjalnymi, muzyką. Nie jestem wielką ekspertką, ale pewne rzeczy potrafię zauważyć i cieszę się nimi w trakcie seansu. Wszystkim zainteresowanym filmowym tematem polecam youtubowy kanał Marcina Łukańskiego Na Gałęzi, który w przystępny i bardzo interesujący sposób wyjaśnia wiele ciekawych kwestii technicznych. Książka łącząca ze sobą Gwiezdne Wojny i szerzej pojęty film wydawała się być dla mnie idealna - i tak też właśnie było. Sam tytuł biografii sugeruje, co będzie jej głównym tematem. Faktycznie, większość książki Brian Jay Jones poświęcił powstawaniu i kręceniu słynnej kosmicznej sagi. Poznajemy mnóstwo informacji i anegdot na temat pisania scenariusza, castingów, tworzenia planów filmowych i efektów specjalnych, a także promocji i dystrybucji gotowych filmów. Jednym słowem: wszystko, czego oczekiwałam.

Ale to jeszcze nie koniec, książka zaoferowała mi więcej. Szczególnie spodobały mi się fragmenty o działaniach przemysłu filmowego w zakresie finansowania i produkcji oraz wszelkie wzmianki o działalności George'a Lucasa jako innowatora. Lucas przewidział wiele rzeczy, m. in. upowszechnienie kaset video i dobrego sprzętu do kręcenia amatorskich filmików oraz uzyskanie masowego dostępu do filmów i seriali przez Internet - tę ideę dziś realizuje chociażby Netflix. Włożył też wiele pracy, by wcielić swoje pomysły w życie: to Lucasowi zawdzięczamy lepsze udźwiękowienie filmów i lepszą jakość dźwięku w salach kinowych, powszechne cyfrowe efekty specjalne (to jego firma, Industrial Light & Magic stworzyła technologię i programy potrzebne do generowania komputerowych efektów, a później zdobyła worek Oscarów za swoją działalność), kręcenie i dystrybucję filmów w formacie cyfrowym zamiast na tradycyjnej taśmie (to akurat było przeciętnie dobre, filmu nakręconego cyfrowo w HD nie da się przerobić na format 4K, który już niebawem będzie telewizyjnym standardem, za to przy filmie nakręconym klasycznie da się zwiększać rozdzielczość bez strat w jakości obrazu), czy chociażby taki drobiazg, jak przesunięcie napisów na koniec filmu, co wcześniej było nie do pomyślenia. George Lucas dostrzegł również potencjał w sprzedaży gadżetów związanych z filmem - nikt wcześniej nie robił tego na taką skalę i z takim powodzeniem. Ma swój wkład również w powstanie rozbuchanych kampanii reklamowych mających zainteresować widza filmem. Ja osobiście nie lubię działań marketingowych i uparcie odmawiam zobaczenia chociażby trailera najnowszych Gwiezdnych Wojen, chociaż na sam film wybiorę się na 100%.

W biografii nie zapomniano o młodości i życiu prywatnym Lucasa, a także o innych jego filmach - dla wielu osób Indiana Jones jest o niebo lepszy od Gwiezdnych Wojen. Podoba mi się też podkreślanie związków Lucasa z innymi wybitnymi twórcami, m. in. Francisem Fordem Coppolą i Stevenem Spielbergiem, którzy razem tworzyli pełne pomysłów środowisko filmowe i niejednokrotnie wzajemnie się wspierali. Charakter Lucasa został dobrze nakreślony. Po skończeniu lektury nie mam wątpliwości, że to ponadprzeciętny filmowiec kochający montaż i nienawidzący pisać scenariuszy, który chce mieć wszystko pod kontrolą i nie dopuszcza do siebie krytyki. Cokolwiek robi, będzie to zrobione tak, jak chce, lub wcale. Nie lubi Hollywood i wielkich wytwórni i zrobił wszystko, by się od nich uniezależnić. To nieśmiały i niepozorny introwertyk, który lubi wyścigi samochodowe i realizuje się jako ojciec czwórki dzieci. Po przeczytaniu jego biografii mam wrażenie, jakbym naprawdę go znała, i to chyba największa pochwała, jaką można dać temu typowi literatury.

Autor książki, Brian Jay Jones, podszedł do tematu poważnie i fachowo, a przy tym mam wrażenie, że sam jest fanem Gwiezdnych Wojen. W miejscach, gdzie opisuje przejściowe trudności w ich kręceniu, a potem ich przezwyciężanie, a także sukces, jaki filmy odniosły na całym świecie, czuć autentyczną radość i entuzjazm. Potrafi też spojrzeć na Lucasa krytycznym okiem i wytknąć jego wady. Duży plus przyznaję za rozbudowaną bibliografię, przypisy i indeks, dzięki którym spokojnie można użyć tej książki przy pisaniu prac naukowych czy też potraktować jako punkt wyjścia do dalszych poszukiwań wiedzy. Całość oceniam na 5/5 i od teraz będę z nią porównywać każdą kolejną przeczytaną biografię.


Dobry, pożyteczny Anakin. Kiedy zostawisz na chwilę książkę samą, on już zadba o to, żeby przypadkiem się nie zamknęła. To, że nie chciał zejść, to już inna historia.

środa, 1 listopada 2017

53/2017 Wyjście z cienia, Janusz A. Zajdel


W osiemdziesiąt lat po pierwszym kontakcie z Obcymi życie na Ziemi toczy się normalnie. Panuje pokój, dobra są rozdzielane dość równomiernie, a gospodarka jest ustabilizowana. Mało kto pamięta o zmorach poprzedniej epoki: o przeludnieniu, głodzie, niedoborze energii i dewastacji środowiska. O astronomicznych sumach przeznaczanych na wydatki zbrojeniowe, na nikomu niepotrzebne badania kosmiczne. Po Wielkiej Wojnie zlikwidowano dawne i zawiłe podziały terytorialne i zastąpiono je nowymi - kwadratami. Nad bezpieczeństwem Ziemi czuwają mieszkańcy Proximy Centaura, którzy rozbili inwazyjna flotę bestialskich Elgomajów. To dzięki pomocy Proksów ludzie zorganizowali się od nowa, to krążące na okołoziemskich orbitach statki Obcych chronią Ziemię przed ponownym atakiem. Proksowie już nie muszą bezpośrednio ingerować w ziemskie sprawy. 
Ludzie potrafią się już upilnować sami, dla niepokornych i zbyt dociekliwych czekają obozy pracy. Proksowie dyskretnie nas obserwują, w każdej chwili gotowi udzielić braterskiej pomocy...
Opis z okładki książki. 
Co tu dużo mówić: zawiodła mnie ta książka. Nie dlatego, że jest zła. Jest po prostu przeznaczona dla innej, dużo młodszej i mniej obeznanej z tego typu literaturą grupy docelowej.

Za przykład weźmy chociażby głównego bohatera, którym jest piętnastolatek o imieniu Tim. Chłopak dopiero zaczyna odkrywać prawdę o otaczającym go świecie i gościach z innej planety, która dziwnym trafem różni się od prawdy przekazywanej młodym ludziom w szkole. Pomysł dobry, ale gorzej z wykonaniem - już dawno nie czytałam książki, która próbowałaby mi coś tak łopatologicznie wyjaśnić. Analogie do komunizmu w Polsce są tak jasne, że zdają się świecić własnym światłem. Mnóstwo taniego dydaktyzmu, mało subtelności i nieprzewidywalności - to największe minusy Wyjścia z cienia.

Książka ma kilka jasnych punktów. Bardzo spodobało mi się porównanie ludzkości wykorzystywanej przez kosmitów do pszczół kontrolowanych przez pszczelarza. Dobra jest też koncepcja tajemniczości Obcych, o których nie wiadomo właściwie nic. Ziemscy naukowcy zrzeszeni w tajnym stowarzyszeniu próbują ich rozpracować i ustalić słabe punkty, ale szło im jakoś średnio - przez osiemdziesiąt lat nie udało im się dowiedzieć niczego konkretnego. Cóż, przynajmniej niektórzy się starali, bo większości ludzi żyło się całkiem nieźle. Może nie szałowo, ale człowiek pozbawiony większych ambicji mógł sobie spokojnie przeżyć całe życie. Gorzej z tymi, którzy próbowali się buntować, byli zsyłani do specjalnych stref i zmuszani do pracy na rzecz Obcych. Najlepsze było to, że to sami ludzie pilnowali porządku i karali niepokornych, by nie narazić się kosmicznym przyjaciołom. Panowała istna autocenzura i nastrój paranoi, który Zajdel opisał świetnie.

Nie mogę zrozumieć tego, jak autor napisał postaci kobiece, których jest aż cztery. Jedna z nich to dziewczyna Tima, z którą ten spędza czas po szkole i rozmawia na przeróżne tematy, od codziennych spraw po wątpliwości związane z Proksami. Dziewczyna pojawia się w kilku momentach książki i służy głównie do tego, żeby wprowadzić ekspozycyjne dialogi, ale to jest w miarę ok. Jest też staruszka zbierająca grzyby w lesie w jednej epizodycznej scence oraz matka i ciotka bohatera, dwie bezimienne kobiety służące do przyniesienia jedzenia i wychodzenia z domu w czasie, gdy mężczyźni muszą naradzić się w Ważnych Sprawach. Gdyż działaniem w ruchu oporu zajmują się w tej książce tylko mężczyźni, co jest dziwne i nienaturalne i nie da się wytłumaczyć czasami, w których Wyjście z cienia powstało (przełom lat 70. i 80.). Przecież w Komitecie Obrony Robotników działały kobiety, tak samo jak we wczesnej Solidarności - i Zajdel nie mógł o tym nie wiedzieć żyjąc wtedy w Polsce i przy okazji będąc jednym z solidarnościowych działaczy. Jedna czy dwie pełnokrwiste postaci kobiece zupełnie by tej książce nie zaszkodziły. No cóż, to były inne czasy, wtedy nikt nie zwróciłby na to uwagi. Zresztą mam wrażenie, że grupą docelową byli chłopcy i było jasne, że w książce dla chłopców to przedstawiciele ich płci musieli robić fajne rzeczy. Trochę to głupie, bo spokojnie można było zachęcić do lektury również dziewczęta i dać im żeńskie wzory do naśladowania, ale cóż, tak autor chciał, więc tak jest.

Drugą dziwną kwestią jest sprawa równowagi ekologicznej na Ziemi. Obcy nie lubią mrówek, więc są one tępione i zostało ich już niewiele. Obcy podzielili świat na kwadraty strzeżone przez wieżyczki z laserami. Ptaki nie zrozumiały koncepcji nowego podziału terytorialnego i większość gatunków została laserowo wystrzelana, zostały tylko te osiadłe. Nie jestem ekspertem, ale podejrzewam, że wyginięcie większości mrówek i ptaków doprowadziłoby do katastrofy i załamania ekosystemów i skutki takiego działania powinny być jakoś opisane, tymczasem czegoś takiego w książce nie spotykamy. Może trochę się czepiam, bo jest to socjologiczne science fiction i cały świat przedstawiony jest tylko pretekstem do ukazania pewnych zjawisk, ale jednak życzyłabym sobie większej rzetelności.

Teraz pora na podsumowanie: generalnie nie polecam, ale nie mogę uznać Wyjścia z cienia za złą książkę. Tak, jak już wspominałam na początku, jest to historia prosta i skierowana do konkretnego odbiorcy, a ja jednak wolę bardziej uniwersalne opowieści. Moja ocena to 3/5.

środa, 18 października 2017

52/2017 Ambasadoria, China Miéville


Ambasadoria to miasto sprzeczności położone na krańcach zbadanego wszechświata. Avice Benner Cho jest nawigatorką na statku podróżującym w wiecznym nurcie, morzu czasoprzestrzeni rozciągającym się pod dnem codziennej rzeczywistości. Po wielu latach powraca na swoją rodzinną planetę. Ludzie nie są tu jedyną inteligentną rasą, a Avice nawiązuje niewytłumaczalną więź z Gospodarzami – tajemniczymi istotami niezdolnymi do kłamstwa. Jedynie niewielka grupka genetycznie zmodyfikowanych Ambasadorów włada ich językiem, umożliwiając kontakt pomiędzy dwoma społecznościami. Jednak gdy na planetę przebywa nowy Ambasador, krucha równowaga zawisa na włosku. By zapobiec tragedii i nieuchronnej wojnie ras, Avice musi osobiście porozumieć się z Ariekenami, dobrze wiedząc, że to niemożliwe…
Opis z okładki książki. 
To już trzecia książka tego autora, którą udało mi się przeczytać, i jak dotąd wszystkie były dobre, chociaż całkowicie się od siebie różniły. Miasto i miasto to poważna i skłaniająca do refleksji fantastyka połączona z powieścią detektywistyczną, Kraken to szalone urban fantasy dostarczające mnóstwo frajdy, a Ambasadoria jest kawałkiem dobrej hard sf z ciekawymi pomysłami dotyczącymi podróżowania w kosmosie i porozumiewania się pomiędzy różnymi gatunkami. To, co łączy te książki, to oryginalność i niesamowita wyobraźnia autora. 

Teraz może pojawić się trochę spoilerów, bo bez nich ciężko byłoby mi napisać cokolwiek o tej powieści, ale postaram się je ograniczyć do niezbędnego minimum, żeby nie psuć wam przyjemności z czytania, jeśli się na to zdecydujecie. Zacznę może od samego miejsca akcji: Ambasadoria to (w większości) ludzkie miasto położone na planecie Obcych. Jest kolonią imperium Bremen. Znajduje się na obrzeżach poznanego świata, w miejscu pozornie pozbawionym znaczenia, ale będącym dobrą bazą wypadową w razie konieczności podjęcia misji badawczych w nieznane, dlatego też Bremen czuwa i nie chce wybicia się Ambasadorii na niepodległość. Miasto utrzymuje się głównie z wymiany handlowej z miejscowymi, którzy mają bajerancką, mega zaawansowaną biotechnologię, jest też ośrodkiem badań naukowych nad ich przedziwnym językiem. Porozumieć można się z nimi tylko wtedy, kiedy dwoje ludzi psychicznie blisko ze sobą związanych, wręcz mających wspólny umysł, przemówi jednocześnie - inaczej słyszą tylko bełkot, który w ogóle nie kojarzy im się z próbami komunikacji. Dlatego też w Ambasadorii hoduje się idealne klony, dodatkowo połączone ze sobą za pomocą technologii, które zostają Ambasadorami i prowadzą wszelkie rozmowy z Obcymi Ariekenami. Ambasadoria wydaje się być samowystarczalna i zaczyna olewać Bremen, co niezbyt podoba się metropolii i skutkuje przysłaniem nowego Ambasadora, który jest inny i swoimi specyficznymi właściwościami doprowadza do tragedii. Ogólnie autor poświęcił mnóstwo miejsca na rozważania o lingwistyce, i to tak szczegółowe, że czasami nie łapałam, o co dokładnie chodzi. Brawa za research, mały minus za przystępność.

Kolejnym ważnym elementem książki jest jej główna bohaterka, czyli Avice. W retrospekcjach poznajemy jej dzieciństwo i młodość, a potem towarzyszymy w ciężkich chwilach w czasach kryzysu. Jest całkiem zwyczajna, jako dziecko wzięła udział w językowej ceremonii Ariekenów, co dało jej pewne względy i szansę wyrwania się z rodzimej planety. Avice zostaje więc nawigatorem i spędza kilka lat na nawigowaniu statków kosmicznych w Nurcie. W międzyczasie poznaje mężczyznę, który jest lingwistą zafascynowanym językiem Ariekenów. Postanawiają pobrać się i wrócić do Ambasadorii, a potem zaczynają dziać się te wszystkie dziwne rzeczy. Na przykładzie przypadków z życia głównej bohaterki autor wyjaśnia czytelnikom kilka kwestii związanych z wykreowanym przez siebie uniwersum. Najciekawszy jest chyba Nurt, czyli coś w stylu podprzestrzeni umożliwiającej szybkie przemieszczanie się po Wszechświecie. Niestety opis jest dość mglisty i nie poznajemy szczegółowej mechaniki tego zjawiska. Biorąc pod uwagę, że Nurt jest pozostałością po dwóch poprzednich Wszechświatach, jest niebezpieczny, można z niego nie wyjść cało, a w najbardziej groźnych miejscach jakaś nieznana wszystkim rozumnym rasom cywilizacja poustawiała coś w rodzaju ostrzegawczych latarni morskich, czytałabym z wielką satysfakcją całą książkę poświęconą podróżom przez Nurt jakiegoś statku z fajną załogą. Ale niestety, Nurtu jest mało, za to lingwistyki nie brakuje. Druga rzecz, na którą chcę zwrócić uwagę, to szeroko rozumiana ludzka obyczajowość. Akcja Ambasadorii dzieje się w dalekiej przyszłości, tak dalekiej, że już niewielu pamięta, gdzie leży Ziemia, a liczenie czasu ziemskimi godzinami i latami uważane jest za przejaw niepotrzebnego ekscentryzmu, wszyscy normalni ludzie już dawno przerzucili się na standardowe kilogodziny. Można by przypuszczać, że przez tyle lat jakoś zmieniły się normy społeczne - i tak jest, ale te nowe, wymyślone przez autora, jakoś nieszczególnie do mnie przemówiły. W mieście Ambasadoria dzieci są niejako własnością państwa, ich wychowaniem zajmuje się specjalny ośrodek oraz tzw. rodzice zmianowi. Na pierwszy rzut oka oryginalne, ale skojarzyło mi się jakoś z państwowymi domami dziecka z ZSRR okresu stalinizmu :) Nie jest to powszechna praktyka, w większości Wszechświata potomstwem opiekują się biologiczni rodzice, więc żadna to innowacja. Podobnie rzecz ma się ze stosunkami damsko-męskimi: Avice zawarła ze swoim wybrankiem kontrakt małżeński, wspomniano też, że była w innych związkach małżeńskim z osobami obojga płci. Śluby i rozwody to i u nas nic dziwnego, może ich zawarcie wymaga trochę  więcej zachodu, ale jeśli ktoś chciałby mieć w życiu wiele mężów/żon, to generalnie nic nie stoi na przeszkodzie. Bycie mężatką nie przeszkodziło Avice zostać kochanką jednego z Ambasadorów, więc i pod tym względem książka nie jest szczególnie odkrywcza, takie rzeczy zdarzały się od zawsze. I będą się zdarzać, więc może China Miéville poszedł tym tropem? Nie wiem, gdyż nie poświęcił sprawom życia codziennego i rodzinnego za wiele miejsca, za to o lingwistyce rozpisywał się na wiele stron.

Właściwie wszystko, o czym pisałam dotychczas, dzieje się w pierwszej połowie książki i w retrospekcjach. Druga część książki robi się mroczniejsza, poważniejsza, porusza problemy postępowania w czasie kryzysu, walki o władzę, oraz oczywiście lingwistyki. Autor chyba naprawdę zafiksował się na punkcie języka i komunikacji, gdyż cała powieść jest na nich oparta. I mi się to nawet podoba, byłam w stanie to kupić i się wciągnąć, ale niestety nie do końca. Brakowało mi wyjaśnienia niektórych spraw - jeśli w książce pojawia się zdanie typu: Próbowaliśmy uprawiać seks, ale oczywiście nic z tego nie wyszło, to jednak chciałabym dowiedzieć się, dlaczego było to tak oczywiste; zwłaszcza, że ta sama postać nie miała problemów z innymi partnerami. Jakaś niekompatybilność biologiczna? Nie mam pojęcia, autor już do tego nie wrócił. Dodatkowe 50 stron wyszłoby Ambasadorii na dobre (chociaż istnieje ryzyko, że te strony zostałyby zapełnione rozważaniami nad językiem). Ciężko było mi się wgryźć w świat przedstawiony, ze względu na często pojawiające się retrospekcje początkowo nie za bardzo wiadomo, o co chodzi, ale kiedy już się wkręciłam, to zrobiło się świetnie. Daję ocenę 4/5 i polecam wszystkim, którzy mają dość schematów w literaturze science fiction, chcą przeczytać coś naprawdę innego, no i nie boją się lingwistyki.