sobota, 9 marca 2019

5/2019 Gorączka Ciboli, James S. A. Corey (Expanse tom IV)

Oto nowe pogranicze. – Puste mieszkanie, zniknęła rodzina, to niepokojące. Ale tutaj masz pustą bazę wojskową. Myśliwce i czołgi na jałowym biegu na skraju pasa, bez kierowców i pilotów. To nie pachnie dobrze. Stało się tu coś złego. Powinieneś powiedzieć wszystkim, żeby się stąd zabrali. 
Otwarły się wrota do tysiąca nowych układów gwiezdnych i rozpoczął się wyścig do ich skolonizowania. Z macierzystych planet ludzkości ruszyli osadnicy szukający nowego życia. Ilus, pierwsza ludzka kolonia tego potężnego pogranicza rodzi się we krwi i ogniu.  
Niezależni osadnicy opierają się przemożnej sile korporacyjnego statku kolonizacyjnego mając po swojej stronie tylko determinację, odwagę i umiejętności nabyte podczas długich wojen w domu. Niewinni naukowcy giną, próbując zbadać nowy, obcy świat. Zmagania na Ilusie grożą dotarciem z powrotem aż na Ziemię. 
James Holden i załoga jego małego statku zostają wysłani, żeby doprowadzić do pokoju i zaprowadzić porządek pośród chaosu. Jednak im głębiej Holden wchodzi w swoje zadanie, tym większego nabiera przekonania, że jego misja ma się nie udać. A nieustanny szept truposza przypomina mu, że przepadła wielka galaktyczna cywilizacja, która kiedyś zamieszkiwała to miejsce. I że coś ją zabiło.
Opis fabuły z okładki książki. 
Czwarty tom Expanse wciągnął mnie nieco bardziej niż poprzedni, chociaż historia w nim przedstawiona również jest dość kameralna. Może dlatego, że nie ma jeszcze ekranizacji i byłam strasznie ciekawa jak to wszystko się zakończy? Jakie nie byłyby powody, tę książkę czytało mi się szybko i z dużym zaangażowaniem. 

Tytułowa Cibola to jedno z legendarnych amerykańskich złotych miast. W połączeniu z gorączką sugeruje to odkrywanie niezbadanych lądów, poszukiwanie bogactw i nowego, lepszego miejsca do życia. Taki klimat pogranicza, Dzikiego Zachodu. Pasuje to do opowieści w stylu kosmicznego westernu i po części tak jest. Jednak tak gdzieś od połowy książki zaczyna się dziać, dużo i szybko. Kiedy doszłam do tego momentu, nie było już odwrotu: musiałam doczytać do końca. Tym sposobem zarwałam trochę nockę, ale warto było.

Gorączka Ciboli zaczyna się prosto i właśnie tak westernowo. Ziemska korporacja nabyła prawa do badania i eksploatacji jednej z nowo odkrytych planet. Niestety na owej planecie wylądowała wcześniej grupa uchodźców z mocno zniszczonego w poprzednich częściach Ganimedesa, która postanowiła się tam osiedlić i handlować własnoręcznie wykopaną rudą rzadkiego metalu. Osadnicy są, łagodnie mówiąc, niezadowoleni z przylotu korpo i postanawiają użyć starego, dobrego sabotażu by przynajmniej odsunąć swój problem w czasie. Jednak coś poszło nie tak i razem z lądowiskiem wybuch również prom, kilka osób zginęło i sytuacja się zaostrzyła. Na miejsce konfliktu zostaje wysłany Holden i jego załoga. Nasz ulubiony cudowny chłopiec ma pełnić rolę mediatora i nie dopuścić do eskalacji przemocy. Normalnie jak szeryf, który wreszcie pojawił się w miasteczku :) Nie będzie to łatwe, bo szef ochrony korporacji to czystej wody psychopata, który najchętniej wystrzelałby wszystkich osadników dla dobra swojej firmy. Zaczynają się polityczne gierki tak charakterystyczne dla ludzkiego gatunku, nawet jeśli rozgrywają się na drugim końcu galaktyki. Ten wątek jest wystarczająco ciekawy, by być przewodnim motywem książki, ale to przecież obce miejsce z pozostałościami obcej technologii, która zaczyna się powoli budzić. Może zamiast żreć się między sobą, ludzie powinni zwrócić uwagę na zagrożenia zewnętrzne? Bo w końcu może być już na to za późno...

Jeśli chodzi o fabułę, to kupuję ją całą. Zarówno międzyludzkie konfrontacje, jak i wątki kontaktów z nieznanym są, według mnie, poprowadzone bardzo dobrze. Nie brakuje widowiskowych scen, które będą świetnie wyglądać w serialu. Kilka znajomych postaci wraca, co zawsze jest dobrym pomysłem. Pojawiają się też nowe osoby: pani doktor biologii, którą od razu polubiłam, oraz wspomniany już wcześniej szef ochrony psychopata. Ten ostatni niestety jest potraktowany przez autorów jak stereotypowy zły, trochę jak Ashford w poprzedniej części. To mój jedyny zarzut do Gorączki Ciboli: kartonowy czarny charakter. Mam nadzieję, że w serialu trochę to poprawią, zwykle udawało się jego twórcom lepiej doszlifować opowiadaną przez książki historię.

Świat Expanse totalnie mnie wciągnął, dlatego też ocena 5/5 dla Gorączki Ciboli to oczywistość. Teraz czekam niecierpliwie na informacje o kolejnym tomie zatytułowanym Igrzyska Nemesis, który powinien wyjść niedługo, ale nie ma jeszcze żadnych konkretnych informacji na jego temat. Myślę, że okładka polskiego wydania będzie równie spektakularna jak te poprzednie i zrobi wrażenie na fanach na całym świecie.    

Recenzje tomu pierwszego Przebudzenie Lewiatanastara i nowa.
Recenzja tomu drugiego Wojna Kalibana
Recenzja tomu trzeciego Wrota Abaddona

czwartek, 28 lutego 2019

Nowe książki: luty 2019


Luty to krótki miesiąc, więc na pewno nie kupię dużo książek... Tak mi się tylko wydawało :) Zebrało mi się sześć sztuk i żadna z nich nie była planowana.

Kosmiczne zachwyty dostałam od męża na walentynki, świetny prezent. Książki o kosmosie zawsze na propsie :) Królewska Talia wpadła mi w łapy w antykwariacie, a że chciałam już od jakiegoś czasu zapoznać się z twórczością Marcina Mortki, to ją wzięłam.Cała reszta została wygrzebana w koszach w Tesco. Czerwona kraina to moja ulubiona książka Abercrombiego, więc ją wzięłam. Może mąż przeczyta, dark fantasy powinno mu się spodobać, a ja sobie kiedyś przypomnę. Wiatrogon aeronauty też miałam na uwadze, ale Osama i Laguna to dwie wielkie niewiadome. Wzięłam je dlatego, że MAG wydał je w ramach serii Uczta Wyobraźni - może akurat będą spoko. Jak nie, to przeczytam i sprzedam. Mam jednak nadzieję, że obejdzie się bez rozczarowań.

niedziela, 24 lutego 2019

4/2019 Wrota Abaddona, James S. A. Corey (Expanse tom III)

Od pokoleń Układ Słoneczny - Mars, Księżyc, pas asteroidów - był pograniczem ludzkości. Aż do teraz. Obcy artefakt wykonujący swój program pod pokrywą chmur Wenus wyłonił się stamtąd, tworząc olbrzymią strukturę poza orbitą Urana wrota prowadzące w bezgwiezdny mrok. 
Jim Holden i załoga Rosynanta są elementem wielkiej flotylli statków naukowych i okrętów wojennych wysłanych do zbadania artefaktu. Jednak w ukryciu rozgrywa się skomplikowana intryga, której celem jest zniszczenie Holdena. Podczas gdy emisariusze ludzkości starają się odkryć, czy wrota stanowią okazję, czy zagrożenie, okazuje się, że największe niebezpieczeństwo przywieźli ze sobą. 
Opis z okładki książki.
I po trzeciej części Expanse, jak ten czas szybko leci... Tym razem Holden ze swoją załogą został wplątany w galaktyczną intrygę wbrew swojej woli, ale skoro już znalazł się na miejscu, to oczywiście wszystko zaczęło kręcić się wokół niego. Okazało się, że bez Holdena i pewnej pani pastor ludzkość zostałaby zgładzona. Na szczęście zamiast tego przed ludzkim gatunkiem otworzyły się (dosłownie) nowe możliwości. Gdzieś tam czai się również wielkie niebezpieczeństwo, ale to już temat na kolejne tomy.

Niestety mam kilka zastrzeżeń do Wrót Abaddona. Absolutnie nie jest tak, że książka jest pod jakimś względem zła, o nie. Po prostu serial zrobił kilka rzeczy lepiej i ciężko mi się z tym pogodzić. Chodzi mi przede wszystkim o sytuację na Behemocie, statku Pasiarzy. W książce niby wszystko jest ok, historia ma sens i kończy się bardzo podobnie, ale postać kapitan Ashforda jest, moim zdaniem, schrzaniona. Autorzy kreują go na niekompetentnego idiotę, który uległ podszeptom religijnego radykała. Serialowy Ashford to charyzmatyczny i inteligentny przywódca przedstawiony tak, że rozumiemy jego postępowanie nawet gdy się z nim nie zgadzamy. I nikt nim nie manipuluje. Brakuje mi też marsjańskiej marine Bobby, której w książkach chyba już nie zobaczymy. Za to pastor Anna jest ciekawsza i bardziej sympatyczna. Wiem, że niektórzy widzowie nie lubili jej w serialu i uważali, że jest zbędna. Mi była ona obojętna, ale teraz lubię ją bardziej.

Poza tymi moimi małymi żalami książkę czytało się oczywiście bardzo dobrze. Wielki kosmiczne wrota zbudowane przez pochodzącą od obcej cywilizacji protomolekułę to dobry punkt wyjścia dla fabuły. Co jest po drugiej stronie? Czy to zagrożenie, czy raczej szansa dla ludzkości? Tego nie we nikt. Nic dziwnego więc, że wrota przyciągnęły przedstawicieli wszystkich ośrodków politycznych, czyli Ziemi, Marsa i Pasa. Niestety akcja trochę zwolniła w stosunku do poprzednich tomów. Można nawet powiedzieć, że Wrota Abaddona cierpią na tzw. syndrom drugiego tomu często spotykany w trylogiach. Cóż, akcję trzeba jakoś dowieźć do tych bardziej emocjonujących momentów w całej opowieści. Nie ma więc tu wielkiego rozmachu i epickości, ale na nudę nie można narzekać, Jest to skromniejsza, skupiona na załogach kilku statków historia, która podejmuje takie tematy jak relacje międzyludzkie, władza, fanatyzm religijny, strach czy zemsta. Sporo tego, ale są one rozegrane z wyczuciem i dobrze komponują się z całą ogólną fabułą Expanse.

Pomimo drobnych uwag i tak daję Wrotom Abaddona 5/5. Nie są gorsze od dwóch poprzednich tomów, ale po prostu inne. Mnie ta inność pasuje i będę czytać Expanse dalej, niezależnie od tego, czy będzie miał klimat bardziej epicki, czy bardziej kameralny.

Recenzje tomu pierwszego Przebudzenie Lewiatanastara i nowa.
Recenzja tomu drugiego Wojna Kalibana

poniedziałek, 11 lutego 2019

3/2019 Wojna Kalibana, James S. A. Corey (Expanse tom II)


Jak na kogoś, kto wcale nie zamierzał naruszać kruchej równowagi sił w Układzie Słonecznym, Jim Holden zrobił to naprawdę porządnie. 
Choć Ziemia i Mars przestały do siebie strzelać, ich sojusz legł w gruzach. Planety zewnętrzne i Pas nie czują się jeszcze pewne w świeżo zdobytej - być może tymczasowej - autonomii. 
I własnie wtedy na jednym z księżyców Jowisza atakuje pojedynczy superżołnież, mordując oddziały Ziemian i Marsjan, na nowo wzbudzając zarzewie wojny. Wszyscy starają się odkryć, czy to zapowiedź ataku obcych, czy tez niebezpieczeństwo kryje się znacznie bliżej domu.
Opis z okładki książki. 
No i drugi tom Expanse już za mną. Pochłonęłam go bardzo szybko, co oczywiście oznacza, że bardzo mi się podobało.

Zacznę może od szybkiego wyjaśnienia tytułu. W Przebudzeniu Lewiatana sprawa była względnie jasna, Lewiatan od razu kojarzy się z mityczną wielką bestią. To dobrze pasuje do planetoidy Eros opanowanej przez protomolekułę. To dość łatwa do załapania analogia (chyba, że dla kogoś Lewiatan to jedynie sieć sklepów). Z Kalibanem mogą być problemy, ja musiałam go sobie wygooglać. Miałam jakieś mgliste wspomnienia związane z X-menami, i rzeczywiście, był mutant o tym imieniu. Ale oryginalny Kaliban pochodzi z Burzy Szekspira i jest potwornie wyglądającym synem Wiedźmy. To miano dobrze pasuje do książkowej istoty, hybrydy człowieka i protomolekuły stworzoną do bycia superżołnierzem. 

Tym razem także nie mogłam powstrzymać się od porównywania tej książki do jej serialowej adaptacji. W przypadku tomu pierwszego jestem skłonna ogłosić remis, teraz jednak powieść nieco wysuwa się na prowadzenie. Ujęła mnie przede wszystkim lepiej poprowadzonymi postaciami Bobbie i Avasarali. Oglądając serial miałam problem z polubieniem Bobbie. Na początku kreowano ją na zaślepioną propagandą wierną żołnierką Marsa, dopiero później nastąpiła jej przemiana w samodzielnie myślącą, o wiele ciekawszą postać. Książkowa Bobbie od razu jest fajna i nie tak naiwna. Avasarala z kart powieści też bardziej do mnie przemawia, no i ma lepszą chemię z Bobbie. Na plus jest też cała sytuacja polityczna w Układzie Słonecznym, trochę bardziej pozytywna niż w serialu. Oczywiście ekranizacja jest dynamiczna, więcej w niej walk i akcji - i dobrze, bo takie rzeczy lepiej się ogląda. Ma też jedną postać zrobioną fajniej niż książka. Jest to Cotyar, ochroniarz Avasarali. Został przeniesiony z trzeciego na drugi plan, i  - o ile dobrze pamiętam - pojawiał się już od pierwszego sezonu.

Niestety w tym tomie też ciągle pojawia się to nieszczęsne dziwne ct i st, ale udało mi się jako tako do tego przyzwyczaić i od połowy książki przestałam zwracać na nie uwagę. Wciąż jednak uważam to za beznadziejne i nieestetyczne.

Co do samej fabuły książki: mamy ojca szukającego zaginionej córeczki, rywalizację polityczną i militarna pomiędzy Ziemią a Marsem i złe korpo zamieniające dzieci w maszyny do zabijania za pomocą protomolekuły. W to wszystko udaje się wplątać Jimowi Holdenowi i jego załodze. Generalnie wplątywanie się w dziwne sytuacje stało się już hobby Holdena - i dobrze, bo dzięki temu w Expanse ciągle coś się dzieje. Na końcu pojawia się stary znajomy detektyw Miller, który nie jest już całkiem sobą po bliskim spotkaniu z protomolekułą. Cieszy mnie to, bo lubię tę postać. Niby cynicznych detektywów było już w kulturze na pęczki i ten typ postaci może się znudzić, ale Miller nadal jest spoko i chcę o nim czytać.

Już niebawem sięgam po tomy numer trzy i cztery. Podobno w tym roku mają w Polsce wyjść jeszcze dwa (w oryginale jest na razie osiem, ale nie wiem, czy to już koniec cyklu). W Internecie zaczynają pojawiać się newsy z produkcji czwartego sezonu serialu. Zdecydowanie najbliższy rok-dwa będą bardzo Expansowe. I super, w końcu porównania tej serii do Gry o tron w kosmosie nie wzięły się znikąd.  Może nie jest to literatura wybitna, ale dostarcza sporo rozrywki i nie jest głupia. Wojna Kalibana dostaje solidne 5/5 - nie mogłabym ocenić jej inaczej po tym, jak dała mi tyle czytelniczej radości. 

Recenzje tomu pierwszego Przebudzenie Lewiatana: stara i nowa.

czwartek, 31 stycznia 2019

Nowa książka: styczeń 2019


W tym miesiącu nabyłam tylko jedną książkę (właściwie to komiks). Nie wyszły żadne nowości, które pragnęłabym mieć. Zbadałam kilka koszy z przecenionymi książkami w różnych marketach i wygrzebałam tylko tą Mroczną Wieżę. To już mój drugi komiks z tej serii, oczywiście nie zbieram ich po kolei, bo te pierwsze są już nie do dostania. Chciałabym, ale pozostaje mi tylko czekać na ponowne wydania. 

czwartek, 24 stycznia 2019

2/2019 Wyczarowanie światła, V. E. Schwab (Odcienie magii tom III)


Ostateczna bitwa między światłem i ciemnością w spektakularnym finale bestsellerowej trylogii, zaliczanej do najlepszych dzieł fantasy ostatniej dekady.
Ciemność przypuszcza atak na kolejny ze światów, tym razem ten najjaśniejszy z nich – pulsujący od magii Czerwony Londyn, szczęśliwe królestwo rządzone przez wspaniałych Mareshów, niszcząc i tak delikatną równowagę sił, która dotąd istniała w czterech Londynach. 
Po tragedii Kell – uważany za ostatniego żyjącego antariego – musi dokonać licznych wyborów i podjąć ważne decyzje: komu pomagać, wobec kogo zachować lojalność, przed kim się ugiąć. Lila Bard – do niedawna uważana za zwyczajną (choć nigdy przeciętną) dziewczynę z Szarego Londynu – przetrwała i rozkwitła dzięki serii magicznych prób. Teraz jednak musi nauczyć się kontrolować świeżo odkryte zdolności – zanim magia całkowicie ją przytłoczy. 
Starożytny wróg powraca i wyciąga ręce po kwitnące miasto, a upadły bohater stara się ocalić własne, z pozoru martwe królestwo. Zhańbiony kapitan Alucard Emery z Nocnej Iglicy musi więc zebrać załogę i wyruszyć na poszukiwanie ratunku, który wydaje się niemożliwy. Rozpoczyna się walka nie tylko z zewnętrznym nieprzyjacielem, lecz także z własnym, opętanym ludem…
Opis fabuły z lubimyczytac.pl 
Trochę długo mi zeszło z dokończeniem tej trylogii, ale wreszcie stało się - przeczytałam Wyczarowanie światła i teraz śmiało mogę stwierdzić, że to najlepsza część cyklu.

Przede wszystkim ta książka jest najdłuższa, więc wreszcie jest miejsce dla wszystkich postaci. Nikt nie wybija się na pierwszy plan, dzięki czemu nie musiałam męczyć się z Lilą, której posłużyło takie zesłanie na dalszy tor. Przestała się wywyższać i być super najlepsza we wszystkim, czego tylko się dotknie. Taką Lilę da się lubić! Tak więc ta postać jest w tym tomie jak najbardziej na plus. Jednak moim ulubieńcem został Holland - mag z Białego Londynu. Wcześniej był typowym czarnym charakterem, teraz został wartościowym członkiem drużyny walczącej z Bardzo Wielkim Złem. Może lubię go też dlatego, że jest najstarszy i wyróżnia się na tle tej całej bandy dzieciaków? Jest poważniejszy i pozbawiony złudzeń, wie, że stawka jest wysoka i raczej nie obejdzie się bez ofiar. Wątek romansu księcia Rhy i kapitana Alucarda też jest spoko - na szczęście autorka się na nim nie koncentruje, ale rozgrywa na obrzeżach głównej fabuły, czyli tak, jak lubię. Niestety przez ten natłok postaci mój ulubiony Kell nie błyszczy na pierwszym planie i w ogóle nie ma za wiele fajnych scen. Tak na szybko kojarzę tylko jego pożegnanie z Hollandem, które bardzo mi się podobało.

Niestety przez długość książki ucierpiała trochę fabuła. Początek i koniec są mocne, dynamiczne, świetne do czytania. Za to w środku akcja siada, pojawiają się dłużyzny i ta wyprawa po artefakt. Śmiało mogłoby jej nie być. Książka tylko by zyskała przez skrócenie jej o jakieś sto stron. Pochwalę wprowadzenie wątków politycznych, których brakowało mi wcześniej. Nie są może wybitne, ale przynajmniej są, i mnie to cieszy.

Kiedy przeczytałam opis pierwszego tomu wydawało mi się, że te książki będą o czymś innym. Bo jeśli jest kilka światów, to na bank będzie konflikt pomiędzy nimi. Nimi tak było, ale liczyłam na konfrontację Szarego i Czerwonego Londynu, w ogóle na większy udział tego naszego, zwykłego, niemagicznego Szarego Londynu. Dostałam coś innego, ale nie żałuję, bo i tak było fajnie.

Nie czytam wiele książek z gatunku young adult, ale jakieś tam się trafiają. Uważam, że trylogia Odcienie magii jest jedną z lepszych. Z tego, co czytałam, na wyższe noty zasługują jedynie Igrzyska śmierci. Wyczarowanie światła oceniam na solidne 4/5 - tak samo zresztą jak cały ten cykl - i polecam wszystkim lubiącym lekkie fantasy.

Recenzje poprzednich tomów:

wtorek, 8 stycznia 2019

1/2019 Przebudzenie Lewiatana, James S. A. Corey (Expanse tom I)


Ludzkość zasiedliła Układ Słoneczny - Marsa, Księżyc, Pas Asteroid i dalej - ale gwiazdy wciąż pozostają poza jej zasięgiem.  
Jim Holden jest pierwszym oficerem lodowcowca kursującego z pierścieni Saturna na stacje górnicze Pasa. Gdy wraz z załogą trafiają na opuszczony statek Scopuli, w ich ręce wpada niechciany sekret. Ktoś jest gotów dla niego zabijać, i to na skalę niewyobrażalną dla Jima i jego załogi. Układowi grozi wojna, chyba że uda się odkryć, kto i dlaczego porzucił tajemniczy statek. 
Detektyw Miller otrzymuje zlecenie odszukania Julie Mao, dziewczyny, która na własne życzenie zrezygnowała z wygodnego życia u boku bogatych i wpływowych rodziców - po to, by walczyć o prawa uciskanych mieszkańców Pasa. Ślady śledztwa prowadzą do statku Scopuli, krzyżując w ten sposób drogi Millera i Jima Holdena. Okazuje się, że dziewczyna może być kluczem do rozwiązania każdej zagadki. 
Holden i Miller muszą lawirować między rządem Ziemi, rewolucjonistami z Sojuszu Planet Zewnętrznych  i pełnymi sekretów korporacjami, mając wszystkich przeciw sobie. Jednakże w Pasie obowiązują inne reguły i jeden mały statek może zmienić los wszechświata. 
Opis z okładki książki.

Tak, ta książka już kiedyś była na moim blogu, w innym (o wiele gorszym) wydaniu, ale była. Teraz jednak chcę przeczytać cały dotychczas wydany w Polsce cykl (jak dotąd cztery tomy), więc zaczęłam od pierwszego.

Tamto stare wydanie z Fabryki Słów miało wszystkie wady, jakie tylko można sobie wyobrazić. Rozbicie przeciętnej grubości książki na dwa tomy, żeby czytelnik musiał zapłacić dwa razy za jedną opowieść. Miękka okładka z grafiką niezbyt pasującą do treści. Tłumaczenie strasznej jakości, zapewne robione na szybko i po kosztach. Do dziś pamiętam te nieszczęsne elewatory, które tłumacz wstawił w miejsce wind... Koszmar. Nowe Przebudzenie Lewiatana z Wydawnictwa MAG jest wizualnie piękne. Twarda oprawa, żywe kolory i grafika uznanego Dark Crayona. Widziałam w necie petycję amerykańskich fanów do tamtejszych wydawców tej serii, by wypuścili reedycję z polskimi okładkami. Niestety w środku nie jest już tak idealnie. W zdaniach pojawia się losowo kursywa, którą wyróżniane są pojedyncze słowa. Po co? Ja nie wiem, może ktoś, kto to wymyślił, chciał skierować uwagę czytelnika na wybrane słowa. Według mnie taki zabieg jest bez sensu, odbiorca powinien sam wybrać sobie z tekstu to, co jest dla niego najważniejsze. Widziałam też co najmniej jedną wpadkę w stosowaniu kursywy: poprawnie zaznaczono nią nazwę statku kosmicznego, ale kursor przesunął się komuś za daleko i kolejne słowo też zostało przechylone. Problemem jest również zastosowany w książce krój pisma. Zbitki liter ct i st są ze sobą połączone na górze takim jakby mostkiem. Nie przyzwyczaiłam się do tego, przez całą książkę wybijało mnie to z lektury. I jeszcze jedna rzecz: ktoś w MAGu uznał, że przypisy do takich słów jak bulaj i krypa to dobry pomysł... Nie wiedziałam, że jest to książka dla dzieci :) Nawet w czytanej przeze mnie równolegle na czytniku młodzieżówce ten sam bulaj nie został objaśniony. Jeśli trafiam w książce na słowo, którego nie znam, to albo staram się zrozumieć je z kontekstu, albo szybko sprawdzam w necie. Te przypisy naprawdę nie są potrzebne. Mimo tych wszystkich wpadek i tak milion razy wolę nowe MAGowe wydanie od starego fabrycznego koszmarka.



Te dziwne ct i st - nigdzie indziej takich nie widziałam.



I kursywa w losowych miejscach.


Oraz jeden z dwóch zbędnych przypisów. Poza takimi wpadkami książka jest wizualnie fantastyczna.
Teraz przejdę wreszcie do samej treści książki. Przebudzenie Lewiatana to dość klasyczna space opera. Może nie ma tu galaktycznej wojny pomiędzy różnymi rasami obcych, ale są za to trzy ludzkie stronnictwa i konflikty między nimi dają radę. Na razie nie ma otwartej wojny, jednak drobne starcia i konkretne groźby sprawiają, że mieszkańcy Ziemi, Marsa i pasa asteroid nie mogą spać spokojnie. Czy ludzkość będzie potrafiła zjednoczyć się w obliczu zagrożenia z zewnątrz? To się dopiero okaże. Ach jak ja lubię takie fabuły! Właśnie dla nich w ogóle czytam książki. Mam jednak malutki problem z Przebudzeniem Lewiatana: wersja książkowa i serialowa zlały mi się ze sobą. Czytam o postaciach i widzę odgrywających ich aktorów, chociaż czasem różnice w opisie są spore. Dodaję sobie sceny, których nie było w książce, a jeśli coś opuszczono w serialu, to i tak sobie to wizualizuję. Te dwa dzieła stworzyły w moim mózgu symbiozę, dokładnie tak samo jak książki i filmy z cyklu Harry Potter

Ważne jest to, że serial nie odbiega zbytnio od książek, bo autorzy (przypominam, że Przebudzenie Lewiatana napisało dwóch panów kryjących się za jednym pseudonimem) aktywnie brali udział w jego powstawaniu. W powieści lepiej wypadły kreacje postaci, zwłaszcza dwóch głównych bohaterów, którzy dostali sporo miejsca ą wiarygodnie wykreowani. Lepsze jest też wrażenie upływu czasu . Podróże między lokacjami trochę trwaj, bohaterowie mają czas na zbudowanie relacji, zżycie się ze sobą. Mam wrażenie, że serial jest pod tym względem za szybki, cięcie i bach, przeskok w miejsce, gdzie statek z super napędem leci kilka tygodni. Teleportacje jak w siódmym sezonie Gry o tron :)

Już za chwilę będę czytać dalsze części i już wiem, że nie uniknę porównań z serialem, ale to mi zupełnie nie przeszkadza. Lubię Expanse, czekam z niecierpliwością na kolejny sezon i na kolejne tomy polskiego wydania. Przebudzenie Lewiatana oczywiście dostaje 5/5 i bardzo go polecam.