środa, 18 października 2017

52/2017 Ambasadoria, China Miéville


Ambasadoria to miasto sprzeczności położone na krańcach zbadanego wszechświata. Avice Benner Cho jest nawigatorką na statku podróżującym w wiecznym nurcie, morzu czasoprzestrzeni rozciągającym się pod dnem codziennej rzeczywistości. Po wielu latach powraca na swoją rodzinną planetę. Ludzie nie są tu jedyną inteligentną rasą, a Avice nawiązuje niewytłumaczalną więź z Gospodarzami – tajemniczymi istotami niezdolnymi do kłamstwa. Jedynie niewielka grupka genetycznie zmodyfikowanych Ambasadorów włada ich językiem, umożliwiając kontakt pomiędzy dwoma społecznościami. Jednak gdy na planetę przebywa nowy Ambasador, krucha równowaga zawisa na włosku. By zapobiec tragedii i nieuchronnej wojnie ras, Avice musi osobiście porozumieć się z Ariekenami, dobrze wiedząc, że to niemożliwe…
Opis z okładki książki. 
To już trzecia książka tego autora, którą udało mi się przeczytać, i jak dotąd wszystkie były dobre, chociaż całkowicie się od siebie różniły. Miasto i miasto to poważna i skłaniająca do refleksji fantastyka połączona z powieścią detektywistyczną, Kraken to szalone urban fantasy dostarczające mnóstwo frajdy, a Ambasadoria jest kawałkiem dobrej hard sf z ciekawymi pomysłami dotyczącymi podróżowania w kosmosie i porozumiewania się pomiędzy różnymi gatunkami. To, co łączy te książki, to oryginalność i niesamowita wyobraźnia autora. 

Teraz może pojawić się trochę spoilerów, bo bez nich ciężko byłoby mi napisać cokolwiek o tej powieści, ale postaram się je ograniczyć do niezbędnego minimum, żeby nie psuć wam przyjemności z czytania, jeśli się na to zdecydujecie. Zacznę może od samego miejsca akcji: Ambasadoria to (w większości) ludzkie miasto położone na planecie Obcych. Jest kolonią imperium Bremen. Znajduje się na obrzeżach poznanego świata, w miejscu pozornie pozbawionym znaczenia, ale będącym dobrą bazą wypadową w razie konieczności podjęcia misji badawczych w nieznane, dlatego też Bremen czuwa i nie chce wybicia się Ambasadorii na niepodległość. Miasto utrzymuje się głównie z wymiany handlowej z miejscowymi, którzy mają bajerancką, mega zaawansowaną biotechnologię, jest też ośrodkiem badań naukowych nad ich przedziwnym językiem. Porozumieć można się z nimi tylko wtedy, kiedy dwoje ludzi psychicznie blisko ze sobą związanych, wręcz mających wspólny umysł, przemówi jednocześnie - inaczej słyszą tylko bełkot, który w ogóle nie kojarzy im się z próbami komunikacji. Dlatego też w Ambasadorii hoduje się idealne klony, dodatkowo połączone ze sobą za pomocą technologii, które zostają Ambasadorami i prowadzą wszelkie rozmowy z Obcymi Ariekenami. Ambasadoria wydaje się być samowystarczalna i zaczyna olewać Bremen, co niezbyt podoba się metropolii i skutkuje przysłaniem nowego Ambasadora, który jest inny i swoimi specyficznymi właściwościami doprowadza do tragedii. Ogólnie autor poświęcił mnóstwo miejsca na rozważania o lingwistyce, i to tak szczegółowe, że czasami nie łapałam, o co dokładnie chodzi. Brawa za research, mały minus za przystępność.

Kolejnym ważnym elementem książki jest jej główna bohaterka, czyli Avice. W retrospekcjach poznajemy jej dzieciństwo i młodość, a potem towarzyszymy w ciężkich chwilach w czasach kryzysu. Jest całkiem zwyczajna, jako dziecko wzięła udział w językowej ceremonii Ariekenów, co dało jej pewne względy i szansę wyrwania się z rodzimej planety. Avice zostaje więc nawigatorem i spędza kilka lat na nawigowaniu statków kosmicznych w Nurcie. W międzyczasie poznaje mężczyznę, który jest lingwistą zafascynowanym językiem Ariekenów. Postanawiają pobrać się i wrócić do Ambasadorii, a potem zaczynają dziać się te wszystkie dziwne rzeczy. Na przykładzie przypadków z życia głównej bohaterki autor wyjaśnia czytelnikom kilka kwestii związanych z wykreowanym przez siebie uniwersum. Najciekawszy jest chyba Nurt, czyli coś w stylu podprzestrzeni umożliwiającej szybkie przemieszczanie się po Wszechświecie. Niestety opis jest dość mglisty i nie poznajemy szczegółowej mechaniki tego zjawiska. Biorąc pod uwagę, że Nurt jest pozostałością po dwóch poprzednich Wszechświatach, jest niebezpieczny, można z niego nie wyjść cało, a w najbardziej groźnych miejscach jakaś nieznana wszystkim rozumnym rasom cywilizacja poustawiała coś w rodzaju ostrzegawczych latarni morskich, czytałabym z wielką satysfakcją całą książkę poświęconą podróżom przez Nurt jakiegoś statku z fajną załogą. Ale niestety, Nurtu jest mało, za to lingwistyki nie brakuje. Druga rzecz, na którą chcę zwrócić uwagę, to szeroko rozumiana ludzka obyczajowość. Akcja Ambasadorii dzieje się w dalekiej przyszłości, tak dalekiej, że już niewielu pamięta, gdzie leży Ziemia, a liczenie czasu ziemskimi godzinami i latami uważane jest za przejaw niepotrzebnego ekscentryzmu, wszyscy normalni ludzie już dawno przerzucili się na standardowe kilogodziny. Można by przypuszczać, że przez tyle lat jakoś zmieniły się normy społeczne - i tak jest, ale te nowe, wymyślone przez autora, jakoś nieszczególnie do mnie przemówiły. W mieście Ambasadoria dzieci są niejako własnością państwa, ich wychowaniem zajmuje się specjalny ośrodek oraz tzw. rodzice zmianowi. Na pierwszy rzut oka oryginalne, ale skojarzyło mi się jakoś z państwowymi domami dziecka z ZSRR okresu stalinizmu :) Nie jest to powszechna praktyka, w większości Wszechświata potomstwem opiekują się biologiczni rodzice, więc żadna to innowacja. Podobnie rzecz ma się ze stosunkami damsko-męskimi: Avice zawarła ze swoim wybrankiem kontrakt małżeński, wspomniano też, że była w innych związkach małżeńskim z osobami obojga płci. Śluby i rozwody to i u nas nic dziwnego, może ich zawarcie wymaga trochę  więcej zachodu, ale jeśli ktoś chciałby mieć w życiu wiele mężów/żon, to generalnie nic nie stoi na przeszkodzie. Bycie mężatką nie przeszkodziło Avice zostać kochanką jednego z Ambasadorów, więc i pod tym względem książka nie jest szczególnie odkrywcza, takie rzeczy zdarzały się od zawsze. I będą się zdarzać, więc może China Miéville poszedł tym tropem? Nie wiem, gdyż nie poświęcił sprawom życia codziennego i rodzinnego za wiele miejsca, za to o lingwistyce rozpisywał się na wiele stron.

Właściwie wszystko, o czym pisałam dotychczas, dzieje się w pierwszej połowie książki i w retrospekcjach. Druga część książki robi się mroczniejsza, poważniejsza, porusza problemy postępowania w czasie kryzysu, walki o władzę, oraz oczywiście lingwistyki. Autor chyba naprawdę zafiksował się na punkcie języka i komunikacji, gdyż cała powieść jest na nich oparta. I mi się to nawet podoba, byłam w stanie to kupić i się wciągnąć, ale niestety nie do końca. Brakowało mi wyjaśnienia niektórych spraw - jeśli w książce pojawia się zdanie typu: Próbowaliśmy uprawiać seks, ale oczywiście nic z tego nie wyszło, to jednak chciałabym dowiedzieć się, dlaczego było to tak oczywiste; zwłaszcza, że ta sama postać nie miała problemów z innymi partnerami. Jakaś niekompatybilność biologiczna? Nie mam pojęcia, autor już do tego nie wrócił. Dodatkowe 50 stron wyszłoby Ambasadorii na dobre (chociaż istnieje ryzyko, że te strony zostałyby zapełnione rozważaniami nad językiem). Ciężko było mi się wgryźć w świat przedstawiony, ze względu na często pojawiające się retrospekcje początkowo nie za bardzo wiadomo, o co chodzi, ale kiedy już się wkręciłam, to zrobiło się świetnie. Daję ocenę 4/5 i polecam wszystkim, którzy mają dość schematów w literaturze science fiction, chcą przeczytać coś naprawdę innego, no i nie boją się lingwistyki. 

czwartek, 5 października 2017

51/2017 Mroczniejszy odcień magii, V. E. Schwab (Odcienie magii tom I)


Witajcie w Szarym Londynie – brudnym i nudnym, pozbawionym magii, rządzonym przez szalonego króla Jerzego III. Istnieje też Czerwony Londyn, w którym w równej mierze szanuje się życie i magię, oraz Biały, miasto wycieńczone wojnami o magię. A niegdyś, dawno temu, istniał jeszcze Czarny Londyn... Teraz jednak nikt o nim nawet nie wspomina. 
Oficjalnie, Kell jest podróżnikiem z Czerwonego Londynu – jednym z ostatnich magów, którzy potrafią przemieszczać się pomiędzy światami – i działa jako posłaniec między Londynami i ambasador czerwonego królestwa rodziny Mareshów. Nieoficjalnie, uprawia przemyt – bardzo niebezpieczne hobby, o czym przekonuje się na własnej skórze, kiedy wpada w pułapkę wraz z zakazanym przedmiotem z Czarnego Londynu. Ucieka więc do Szarego, gdzie z kolei naraża się Lili Bard, złodziejce o wielkich aspiracjach. To właśnie z nią Kell wyrusza w podróż do alternatywnej krainy, której stawką jest uratowanie wszystkich światów…
Opis fabuły z okładki książki.  
Mroczniejszy odcień magii to książka, która w zeszłym roku przetoczyła się przez blogosferę i pozostawiła po sobie masę pozytywnych recenzji. Już wtedy postanowiłam ją przeczytać. I była to dobra decyzja. 

Książka sprawia wrażenia napisanej dla nieco młodszego odbiorcy. Główni bohaterowie mają około dwudziestu lat i mało skomplikowane charaktery. Pomysł na równoległe Londyny jest ciekawy, ale nie znajdziemy tu rozbudowanego światotwórstwa jak chociażby u Georga R. R. Martina. Nie są to jednak wady, przecież nie każda książka fantasy musi być 1000-stronicową cegłą z dziesiątkami postaci o super złożonej psychice. Autorce udało się zawrzeć interesujący pomysł na czterystu stronach. Jest to dobry wstęp do trylogii, która zapewne poszerzy naszą wiedzę o tym uniwersum.

Sama historia, choć dość prosta, jest niezmiernie ciekawa i wciągnęła mnie od razu. Koncept światów równoległych, magia, zmagania pomiędzy magami, a nawet zaczarowana wielostronna kurtka Kella - jakże mi się to spodobało! Mroczniejszy odcień magii jest wyrazisty i ma swój klimat, który bardzo przypadł mi do gustu.

Jak już wspominałam, postaci w tej książce nie są zbyt skomplikowane. Kell jest magiem, który posiada bardzo rzadką umiejętność - potrafi przechodzić pomiędzy światami. Z tego względu został wychowany przez rodzinę królewską z Czerwonego Londynu i zajmuje się przenoszeniem korespondencji do innych Londynów. Z tego powodu zdarza mu się strzelić focha - tak naprawdę jestem nikim, gdyby nie moja magia, to nie chcieliby mieć ze mną nic wspólnego, jestem tylko narzędziem - i w sumie ma wiele racji. Kell jest jeszcze młody, ma 21 lat, więc takie narzekanie jest uzasadnione, chociaż rodzina królewska traktuje go bardzo dobrze (no, może poza tym małym incydentem z wymazywaniem pamięci o prawdziwej rodzinie), a z księciem pozostaje w prawdziwie braterskiej relacji. Generalnie jednak bardzo polubiłam tę postać i nie mam do niej większych zastrzeżeń. No, może Kell odrobinę za szybko opanował magię bitewną, której wcześniej się nie uczył, ale to drobiazg, który mogę spokojnie zaakceptować.

Inaczej ma się sprawa z Lilą, główną postacią kobiecą. Jest ona mieszkanką Szarego Londynu, czyli tego najbardziej zwyczajnego, który zapomniał o magii. Oraz genialną, nieuchwytną złodziejką, której praktycznie wszystko się udaje. Jestem zdania, że autorka przedobrzyła z Lilą i zamiast pełnokrwistej bohaterki opisała jakąś heroinę. Rozumiem, że kiedy usłyszała o magii i światach równoległych, natychmiast zapragnęła dowiedzieć się o tym jak najwięcej, sama bym tak zrobiła. Ale świetnie kradnie, umie się bić, ma ciętą ripostę na każdą okazję, jest trochę chamska i bardzo niezależna - za dużo tego dobrego i już naprawdę niewiele dzieli w moich oczach Lilę od rasowej Mary Sue. Na szczęście ta granica nie została przekroczona i  mam wrażenie, że w kolejnych tomach Lila jeszcze się wyrobi i nabierze trochę głębi. Autorka zaspoilerowała mi już kilka istotnych części na jej temat (w tak subtelny sposób, że chyba tylko człowiek bez jednego oka by tego nie zauważył), więc jej powrót jest praktycznie pewny.

Inni bohaterowie są mocno drugoplanowi i pozbawieni ciekawych charakterów. Złe bliźniacze rodzeństwo rządzące Białym Londynem jest tak stereotypowe, że szkoda gadać. Rhy, książę Czerwonego Londynu, zapowiada się całkiem nieźle i także obstawiam rozbudowanie jego postaci w kontynuacjach Mroczniejszego odcienia magii. Okropnie razi mnie jednak dysproporcja pomiędzy liczbą postaci żeńskich i męskich. Kobiet, które mają jakiekolwiek kwestie mówione, jest zaledwie cztery. Pojawia się piąta, ale jest tylko wspomniana przez Kella. Za to mężczyzn tak na szybko naliczyłam piętnastu. Nie wiem skąd to wynika, ale przy czytaniu odniosłam wrażenie, że jest tylko Lila i otaczający ją tłum mężczyzn, co jest strasznie sztuczne i generalnie nie wiem, dlaczego autorka tak to rozegrała - zwłaszcza, że w żadnym z Londynów kobiety nie są dyskryminowane i zmuszane do siedzenia w domu, co w pewien sposób tłumaczyłoby taki stan rzeczy. Czekam na poprawę w kontynuacji.

O fabule nie będę się rozwodzić zbyt długo, bo łatwo byłoby o spoiler. Jest ona niezbyt skomplikowana, ale nie głupia. Wielu rzeczy można się szybko domyślić, ale przy takiej lekkiej rozrywkowej powieści nie jest to niewybaczalna wada. Duży plus za to, że Mroczniejszy odcień magii można przeczytać jako pojedynczą, zamkniętą historię, a drugi za to, że pokazuje, że można napisać niezłe fantasy mieszczące się na czterystu stronach.

Książka ta nie jest idealna, ale nie wywołała u mnie irytacji. Mogę ją polecić komuś, kto wcześniej nie miał styczności z fantasy, a chciałby przeczytać coś w tym klimacie. Oceniam Mroczniejszy odcień magii na 4/5. Światy, które stworzyła autorka, wciągnęły mnie i mam ochotę odkrywać je dalej.

środa, 27 września 2017

50/2017 Dallas '63, Stephen King


22 listopada 1963 roku w Dallas padły trzy strzały, które zabiły prezydenta Kennedy'ego i zmieniły świat. A gdyby tak można było temu zapobiec? 
Jake Eppinig to nauczyciel angielskiego w Lisbon Falls. Al, właściciel lokalnego baru, zdradza mi tajemnicę: jego spiżarnia jest portalem do roku 1958. Powierza Jake'owi szaloną - i, co jeszcze bardziej szalone, wykonalną - misją ocalenia prezydenta Kennedy'ego. Tak oto Jake zaczyna swoje nowe życie jako George Amberson, życie w świecie Elvisa i JFK, amerykańskich krążowników szos i rock and rolla, gniewnego samotnika nazwiskiem Lee Harvey Oswald i Sadie Dunhill, pięknej szkolnej bibliotekarki, która zostaje miłością życia Jake'a - życia wbrew wszelkim normalnym regułom czasu. 
Opis fabuły ze skrzydełka okładki książki.
To mój powrót do Dallas '63 po czterech czy pięciu latach. Pierwszy raz znalazłam tę powieść w bibliotece, później na półce w antykwariacie. Kupiłam ją i od tamtej pory stała sobie spokojnie . Ale już od jakiegoś czasu korciło mnie, żeby do niej wrócić, zwłaszcza że została mi w pamięci jako jedna z lepszych książek Kinga. Ostatnio obejrzałam jaj serialową adaptację 22.11.63, nakręconą w duchu oryginału. Serial jest średni, uproszczony (jak to zwykle bywa ze wszystkim kręconym na podstawie książek), ale spokojnie da się oglądać. Pod koniec nawet udało się mu wywołać u mnie emocje - oczywiście finał był chyba najwierniejszy oryginałowi, więc to zapewne właśnie dlatego.

Co do książki: można twierdzić, że jest to powieść science-fiction, no bo przecież motorem napędowym fabuły są podróże w czasie, ale tak naprawdę jest to piękna powieść obyczajowa znakomicie obrazująca życie na Południu USA na przełomie lat 50. i 60. XX wieku. Na szczęście nie jest to laurka wystawiona tym pięknym czasom, w których wszyscy byli mili, uczynni, kobiety piekły ciasta, a mężczyźni chodzili z synami na polowania. King znakomicie oddał ducha tamtych lat, ze wszystkimi ich wadami i zaletami.

Główny bohater Jake Epping to biały mężczyzna i jemu było względnie łatwo odnaleźć się w tamtej rzeczywistości, ale i tak nie uniknął problemów związanych m. in. ze swoim nieformalnym związkiem z Sadie. Mnie, jako kobiecie, byłoby już nieco ciężej. Myślę, że nie mogłabym się ubierać i zachowywać tak, jak to robię na co dzień, bo mogłoby się to skończyć nawet utratą pracy. Już nie wspomnę o tym, że osoba o kolorze skóry innym niż biały miałaby totalnie przerąbane. Tak więc składam Kingowi wielkie gratulacje, że zdecydował się na opis realistyczny, uwzględniający plusy i minusy tamtych czasów.

Dallas '63 jest więc dobrym źródłem wiedzy o obyczajowości tamtej epoki, ale wątek fantastyczny też daje radę. Podróże w czasie to fajny temat, wykorzystany tu wyjątkowo wdzięcznie. Uniemożliwienie zabójstwa Kennedy'ego to cel szlachetny, ale jakie mogą być konsekwencje? Czy w ogóle da się zmienić przeszłość? To ciekawe zagadnienia, które są dobrze rozwinięte. Odnoszę wrażenie, że tunele czasowe są jakoś powiązane z cyklem Mroczna Wieża. Mistyczny Człowiek Z Żółtą Kartką również do niego pasuje. W sumie wiele pozycji z twórczości Kinga jest z nim powiązanych. Wyłapałam też wiele nawiązań do To, chociaż tej książki jeszcze nie czytałam. Ale teraz, przy okazji premiery świetnej ekranizacji tego horroru, Internet jest pełen informacji i chcąc nie chcąc znam już główne założenia tej powieści. To i Bastion są moimi wyrzutami sumienia, ostatnimi z najbardziej znanych książek Stephena Kinga, których jeszcze nie przeczytałam, ale na pewno kiedyś to zrobię. King to jeden z moich ulubionych pisarzy, jak dotąd tylko jedna z jego książek nie spełniła moich oczekiwań - była to Komórka z tymi swoimi dziwnymi technologicznymi zombie i bezsensownym zakończeniem.

Spodobało mi się, że King nie wykorzystał jednej z licznych teorii spiskowych dotyczących zamachu na Kennedy'ego, lecz trzymał się oficjalnej wersji, co do której, jak wspomniał, po przeanalizowaniu wielu materiałów źródłowych ma 98% pewności. Nie miałam żadnych problemów by uwierzyć w to, że Lee Harvey Oswald, ten zafascynowany komunizmem, wychowany przez toksyczną matkę człowiek o niskim poczuciu własnej wartości, mógłby z zimną krwią zastrzelić prezydenta tylko dlatego, żeby udowodnić światu, że jest zdolny do wielkich (w jego mniemaniu) rzeczy.

Po kilku latach moja opinia o Dallas '63 się nie zmieniła. To nadal świetna książka, która dała mi wiele satysfakcji i ofiarowała dobry wątek obyczajowy - co jest dość niezwykłe, bo najczęściej takie zwyczajne ludzkie motywy mnie niezbyt interesują. Oceniam na 5/5 i polecam (bardziej książkę, serial trochę mniej), aczkolwiek z zastrzeżeniem, że dla lepszego rozumienia treści przyda się znajomość historii USA. 

piątek, 15 września 2017

49/2017 Drobna przysługa, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom X)

Od blisko roku nikt nie próbował zabić Harry’ego Dresdena. Jego życie wreszcie staje się nieco bardziej spokojnie. Przyszłość zaczyna wyglądać różowo. Jednakże przeszłość rzuca bardzo długi cień. 
Zawarta dawno temu umowa uczyniła Harry’ego dłużnikiem Mab, władzczyni Zimowego Dworu sidhe, Królowej Powietrza i Ciemności. A teraz Mab upomina się o spłatę długu. To tylko drobna przysługa, ale Harry nie może odmówić jej wyświadczenia… a to może sprawić, że znajdzie się między śmiertelnym wrogiem a równie przerażającą sojuszniczką. Jego umiejętności i jego lojalność zostaną poddane najsurowszej z prób. 
Nie powinno go to zaskakiwać. Wszystko szło po prostu za dobrze.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
To już moje dziesiąte spotkanie z Harrym i muszę przyznać: z biegiem czasu coraz bardziej się do niego przyzwyczajam. Drobna przysługa niczym nie odstaje od reszty serii i zgrabnie komponuje się z dobrze już znanym uniwersum. Punktem wyjścia całej historii jest układ, jaki Harry zawarł z władczynią Zimowego Dworu elfów, ale błaha z pozoru sprawa oczywiście zaczyna się komplikować. Harry próbuje doprowadzić do rozejmu pomiędzy Białą Radą a Denarianami (którzy są pierońsko niebezpiecznymi piekielnymi demonami). Oczywiście wszelkie pokojowe starania kończą się katastrofą oraz porwaniem Archiwum, która miała być bezstronną obserwatorką i gwarantem pokoju (Archiwum to personifikacja całej wiedzy ludzkości, tyle że w ciele małej dziewczynki). Rozróba opisana jest bardzo efektownie, w pięknych dekoracjach: oceanarium, a potem małe wysepki na jeziorze Michigan pełne tajemniczych ruin, które będą zapewne ważne w kolejnych tomach cyklu. Większość bohaterów pojawiła się już kiedyś na kartach Akt Dresdena, ale autor rozszerzył trochę swoje uniwersum: pojawiły się nowe gatunki stworów zamieszkujących Nigdynigdy, dowiedzieliśmy się więcej o Denarianach, a także na scenę wkroczyły moce niebiańskie i archanioły. Pojawiły się też kolejne wzmianki o Czarnej Radzie - złej organizacji, z którą Dresden w końcu zapewne będzie musiał się zmierzyć.

Życie uczuciowe Harry'ego trochę się rozwinęło: co prawda nie jest z Karrin Murphy (chociaż nie są sobie obojętni), ale za to udaje mu się mały romansik ze Strażniczką Luccio, która technicznie rzecz biorąc jest jego szefową. Ciekawa jestem, czy ten wątek będzie miał kontynuację. Brakowało mi dwóch rzeczy: wilkołaków i codziennego życia Dresdena. O ile o wilkołakach autor chwilowo zapomniał, ale myślę, że jeszcze kiedyś wrócą, tak szara codzienność i zwykłe sprawy nigdy nie były priorytetem tej serii i chyba muszę o tym zapomnieć. Ciężko mi napisać coś więcej o tej książce, gdyż klimatem nie odbiega ona od poprzednich a ja nie chcę się zbytnio powtarzać, więc poniżej podrzucę tylko linki do wcześniejszych recenzji. Drobna przysługa to książka solidna, daję jej 4/5 i żałuję, że nie mam talentu plastycznego, bo tak się wkręciłam w to uniwersum, że chętnie stworzyłabym jakieś fanarty. Może więc wymyślę sobie jakieś fanfiction (tylko wymyślę, bo nigdy nie chce mi się ich zapisywać).

Recenzja tomów I - IV

środa, 13 września 2017

48/2017 Wielki marsz, Richard Bachman


Mroczna alegoryczna wizja przyszłości Stanów Zjednoczonych. 

Stu chłopców wyrusza w morderczy marsz - meta będzie tam, gdzie padnie przedostatni z nich. Tu nie ma miejsca na sportową rywalizację, ludzkie uczucia ani na fair play, ponieważ gra toczy się o bardzo wysoką stawkę. Najwyższą z możliwych. 
Opis fabuły: lubimyczytac.pl
Właściwie to ciężko jest coś napisać na temat Wielkiego marszu (no może poza tym, że pod pseudonimem Richard Bachman ukrywa się dobrze znany Stephen King), bo po jego przeczytaniu dosłownie mnie zamurowało i potrzebowałam trochę czasu, by przestać obsesyjnie myśleć o tej historii. Ta opowieść o stu chłopcach biorących udział w wyścigu, który może przetrwać tylko jeden, dostarcza niesamowitych emocji i wzbudza mnóstwo uczuć. Czytałam tę kultową już książkę pierwszy raz i czułam przede wszystkim niezdrową fascynację - to chyba nie świadczy o mnie najlepiej i obawiam się, że w świecie Wielkiego marszu stałabym gdzieś w tłumie wzdłuż trasy i dopingowała zawodników.

Fabuła jest dość prosta: główny bohater Ray Garraty decyduje się wystartować w Wielkim marszu. W trakcie trwania tych makabrycznych zawodów poznaje innych uczestników i ich motywacje, dowiadujemy się też wiele o jego przeszłości i obserwujemy eliminacje kolejnych odpadających z wyścigu chłopców. Kartki książki przewracały mi się właściwie same i walczyłam z pokusą, by zajrzeć na ostatnią stronę i sprawdzić, czy Ray wygra. A może będzie drugi i polegnie po epickiej walce? Nie zakładałam innych możliwości, w końcu Ray jest naszym przewodnikiem w tej opowieści i wiadome jest, że musi doprowadzić nas do końca, bardziej lub mniej szczęśliwego. Udało mi się wytrwać bez sprawdzania, więc i tutaj nie będę spoilerować.

Bachman/King mistrzowsko oddał charaktery uczestników marszu oraz łączące ich relacje. Współczujemy im, dopingujemy, nienawidzimy, wręcz idziemy wraz z nimi przez lesiste wzgórza Maine. Jeszcze lepsze są relacje pomiędzy idącymi chłopcami a organizatorem marszu, Majorem. Jest on postacią wręcz kultową, legendarną; idolem nastolatków, którzy pragną jego uznania. Jednak kiedy padają pierwsze ofiary, koledzy zaczynają umierać powaleni strzałem w głowę po trzech ostrzeżeniach, chłopcy zaczynają rozumieć, w co tak naprawdę się wpakowali, a początkowe uwielbienie Majora zamienia się w czystą nienawiść.

Jednak najbardziej interesuje mnie świat, w którym została umieszczona cała akcja. Co też się stało z USA, że ulubioną rozrywką milionów jest coroczne patrzenie na śmierć 99 młodzieńców? W jakim świecie taki zwyrodnialec jak Major mógł zostać idolem tłumów, a nastolatki same zapisują się do zawodów, które są niczym innym, jak długim i męczącym samobójstwem? Dlaczego w kraju, który kiedyś opierał się na wolności jednostki, każda krytyka władzy wiąże się z rychłą wizytą smutnych panów w środku nocy i zabraniem nie wiadomo dokąd? Czas akcji to na oko lata 60. - 70. Wiadomo, że w latach 50. miały miejsce jeszcze jakieś walki z Niemcami z użyciem broni atomowej w tle, co na pewno miało wpływ na wytworzenie się totalitarnego systemu w USA - i to właściwie tyle (to i tak o 100% więcej, niż dowiedziałam się w Drodze McCarthego na temat przyczyn apokalipsy). Chętnie przeczytałabym coś jeszcze rozgrywającego się w tym złowrogim uniwersum. Bachman/King napisał Uciekiniera dziejącego się w podobnych makabrycznych realiach, opartego na podobnym pomyśle (reality show, w którym tytułowy uciekinier musi przez 30 dni ukrywać się przed wszystkimi, w tym przed elitarną jednostką pościgową, gdyż wszyscy chcą go zabić), ale nie jestem pewna, czy akcja tej książki rozgrywa się w dokładnie tym samym świecie, co Wielki marsz

Mam tylko jedno malutkie zastrzeżenie - pod koniec akcja przyspiesza, pojawiają się przeskoki czasowe - jak dla mnie finał nastąpił trochę za szybko (czyżbym chciała dłużej napawać się cierpieniem uczestników?), ale w sumie i tak dobrze wiemy, co dzieje się w głowie Garratego. Generalnie jednak ta książka to prawdziwie poruszające arcydzieło i już wiem, że na pewno do niej wrócę. 5/5.


Czytałam Wielki marsz w pierwszym polskim wydaniu z 1992 roku. Przede wszystkim rzuca się w oczy wielkie nazwisko Kinga, pseudonim jest malutki i niemal schowany gdzieś poniżej. Bo King sprzeda się lepiej. Zresztą w nowym wydaniu jest tak samo. Ja osobiście uważam, że jeśli twórca zdecydował się napisać coś pod pseudonimem, to powinniśmy to uszanować, ewentualnie dodać prawdziwe nazwisko gdzieś obok, dokładnie odwrotnie niż na powyższym zdjęciu. Zastanawiacie się, co to za sznurki na książce? Moja biblioteka szyje w ten sposób wszystkie książki w miękkich okładkach, żeby zabezpieczyć je przed rozsypaniem. Pomysłowe, działa, ale za każdym razem mnie to bawi, w innych bibliotekach się z czymś takim nie spotkałam.


To wydanie ma swoje plusy: bardzo dogodne rozmieszczenie tekstu na stronie oraz wygodną, nieco zaokrągloną czcionkę. Dzięki temu dobrze mi się czytało i żałuję, że teraz już się tak nie wydaje...

poniedziałek, 11 września 2017

Nowe książki: trylogia Odrodzone królestwo, Elżbieta Cherezińska


W miniony weekend Empik znowu zaserwował nam promocję trzy książki w cenie dwóch. Zwykle staram się z niej skorzystać, bo to dobra okazja na uzupełnienie księgozbioru w dość rozsądnych cenach. Zaszalałam więc i kupiłam tę trylogię w twardych okładkach. Słyszałam o tych książkach wiele dobrego, jest to ponoć napisana z rozmachem i pełna intryg powieść historyczna z elementami fantasy, czyli coś, co może mi się bardzo spodobać. 


Tu zbliżenie na Tarkina.


I jeszcze całość leżąca na półce.

niedziela, 10 września 2017

47/2017 Brygady duchów, John Scalzi


Brygady Duchów to elitarne jednostki specjalne Kolonialnych Sił Obrony – ich żołnierze zostali stworzeni z DNA zmarłych. Wykorzystywani są w najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych misjach KSO. Są młodzi, silni, szybcy i pozbawieni skrupułów. 
Wszechświat jest dla ludzkości niebezpiecznym miejscem – a ma się stać jeszcze groźniejszy. Trzy obce rasy, z którymi ludzie starli się już wcześniej, zawarły sojusz, który ma powstrzymać kosmiczną ekspansję homo sapiens. Obcym pomaga renegat Charles Boutin, naukowiec, który poznał wszystkie największe tajemnice militarnego sukcesu KSO. By zwyciężyć, KSO muszą dowiedzieć się, dlaczego Boutin przeszedł na stronę wroga. 
Jared Dirac jest jedynym człowiekiem, który może znaleźć odpowiedź na to pytanie – jest nadnaturalną hybrydą, stworzoną na podstawie DNA Boutina. Mózg Jareda powinien móc uzyskać dostęp do elektronicznych wspomnień Boutina. Transplantacja pamięci kończy się fiaskiem i zostaje on przydzielony do Brygad Duchów. 
Na początku Jared wydaje się być doskonałym żołnierzem, kiedy jednak wspomnienia Boutina zaczynają w nim odżywać, intuicyjnie zaczyna rozumieć przyczyny jego zdrady. Zawzięcie polując na swojego „ojca”, musi również stawić czoło konsekwencjom swoich własnych wyborów. Czasu jest coraz mniej: sojusz trzech obcych ras przygotowuje ofensywę, a niektórzy z wrogów ludzkości szykują jej coś o wiele gorszego od zwykłej wojny...
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Brygady duchów technicznie rzecz biorąc są drugą częścią serii zapoczątkowanej książką Wojna starego człowieka, jednak ja będę uparcie odmawiać nazywania tego cyklem. Bardziej trafne jest stwierdzenie, że obie te powieści dzieją się w tym samym uniwersum. Brygady duchów są napisane lepiej, sprawniejszym językiem, mają bardziej przemyślaną strukturę, a główny bohater Wojny... pojawia się w nich dwa razy, i to ledwie wspomniany przez inne postaci. Spokojnie można byłoby przeczytać tę książkę bez znajomości poprzedniej i nic się nie straci, najważniejsze sprawy dotyczące świata przedstawionego są tu ponownie wyjaśnione.

No i przede wszystkim: Brygady duchów to książka pod każdym względem lepsza, z ciekawszym bohaterem, poruszająca bardziej interesującą tematykę (chociaż transfer świadomości i wszelkie problemy z nim związane nie są dla mnie jakoś szczególnie kontrowersyjne). Czyta się ją szybko i przyjemnie. To taka typowa dobra rozrywka w stylu science fiction: lekka, ale nie za głupia, angażująca, ale nie wymagająca całkowitego skupienia. Trochę nie kupuję technologii, wygląda bardziej na owoc wyobraźni autora niż na prawdopodobną wizję przyszłości. Autor próbuje tłumaczyć to przejęciem niektórych rozwiązań od obcych ras, ale nadal nie czuję się przekonana.

Historie Johna Scalziego są kameralne, skupione wokół osoby głównego bohatera. Na szczęście przez całą książkę przewija się motyw wojny z trzema rasami Obcych naraz, a pod koniec dostajemy zapowiedź czegoś jeszcze większego... Kosmiczne konflikty i klimat rasowej space opery - już nie mogę się doczekać i na pewno przeczytam dalszy ciąg.

Dużym minusem książki jest jej wydanie, a właściwie brak nowego wydania. Wojnę starego człowieka przeczytałam już w nowej szacie graficznej i w innym tłumaczeniu, Brygady duchów jeszcze nie doczekały się modernizacji. Może to właśnie przez odmienne tłumaczenia te dwie książki nie chcą mi się złożyć w spójny cykl? Jeśli wydawnictwo Akurat zdecyduje się wydać Brygady duchów w nowej wersji, to na pewno je kupię i przeczytam całość jeszcze raz.

Książkę oceniam na 4/5 i liczę na więcej akcji i rozmachu w przyszłości. Scalzi może nie dorówna Podlewskiemu, którego uwielbiam za Głębię, ale stać go na napisanie porządnej powieści science fiction, którą będę miała ochotę przeczytać.