niedziela, 29 marca 2020

8/2020 Toń, Marta Kisiel (Cykl wrocławski tom I)


Kiedy Dżusi Stern decyduje się oddać przysługę ciotce, jeszcze nie wie, że uruchomi lawinę wydarzeń, których nie da się już cofnąć. Trzpiotowata dziewczyna, jej poukładana siostra oraz kąśliwa ciotka nieoczekiwanie wplątują się w morderstwo — a to dopiero początek niebezpieczeństw, jakie na nie czyhają. 
Przesiąknięta krwią i chciwością historia Wrocławia i Dolnego Śląska, rodzinne tajemnice i groza nie z tego świata. Bo dobra powieść zaczyna się od morderstwa, a później napięcie tylko rośnie.
Opis z lubimyczytac.pl 
Matra Kisiel to nazwisko, które często widziałam na blogach i grupach książkowych, ale jakoś nigdy nie trafiłam na żadną z jej powieści. Aż do teraz. W ramach darmowego dostępu do audiobooków i e-booków od Empiku postanowiłam przesłuchać pierwszą część jej Cyklu wrocławskiego, czyli Toń. Może nie dołączę do fanklubu pani Marty, ale spokojnie mogę przyznać, że jest całkiem dobrą pisarką, a jej książka sprawiła mi trochę czytelniczej frajdy. 

Toń jest urban fantasy, w którym ważną rolę odgrywa Wrocław, głównym motywem są podróże w czasie, pojawiają się też istoty mitologiczne i nadprzyrodzone. Wątki te wprowadzane są jednak stopniowo i bez pośpiechu. Książka zaczyna się jak lekka obyczajówka ze sporą dozą humoru. Są dwie siostry i ich ekscentryczna ciotka, pomiędzy nimi masa nierozwiązanych konfliktów i traumy ciągnące się od dzieciństwa. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie, ale szybko orientujemy się, że coś tu nie gra, że chodzi o coś więcej niż rodzinne niesnaski. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki autorka wprowadza nastrój tajemnicy: tu rzuci słówko, tam dwa, doda jakieś niedopowiedzenie... Przez to książka wciąga praktycznie oda samego początku, a to zawsze jest dużym plusem.

Wspominałam o humorze - jest go sporo i przeważnie jest trafiony. Rozbawiły mnie zwłaszcza aluzje do niemieckiego emeryta, który jeździ tylko do kościoła oraz do słynnej pasty o ojcu - fanatyku wędkarstwa. Czasem trafi się coś przesadzonego, przefajnowanego, ale na szczęście rzadko. Większą wadą jest pewna konstrukcja narracyjna, którą upodobała sobie autorka. Wygląda to tak: coś się dzieje, bohaterki mają kłopoty, są w dużym niebezpieczeństwie, jest akcja i napięcie. I nagle scena się urywa, zaczyna się nowy rozdział, jest kilka - kilkanaście godzin później, wszyscy są już bezpieczni, a my nie wiemy, co się stało. To się dopiero okazuje, bo postaci obowiązkowo muszą o tym porozmawiać. Ok, zastosowanie tego zabiegu raz byłoby spoko, ale kilka razy to przesada.

Jednak największy problem mam z zakończeniem. Nie jest złe, ale jakieś takie... zbyt poprawne. W fabule są trzy główne zagadki, poznajemy ich rozwiązania, jest trochę groźnie, trochę dramatycznie, ale tak naprawdę nic konkretnego z tego nie wynika - poza wielkim reunionem w rodzinie Stern. Weźmy chociaż skarby, których szukały różne osoby: na końcu jeden typ stwierdza, że wie, gdzie one są, ale w sumie nie są mu potrzebne, więc niech sobie leżą. Tak samo zaginione dzieła sztuki: przeleżały kilkanaście lat w regale, po czym inna postać stwierdza, że lepiej, żeby tam zostały. Nie takiego zakończenia oczekiwałam i byłam nim odrobinkę rozczarowana.

Pomimo delikatnych potknięć Toń trafia w mój gust całkiem dobrze. Dam tej książce 4/5 i raczej zostanę na dłużej z twórczością Marty Kisiel. Ma dobre pomysły i ciekawy styl. dodaje do swojego fantasy grubą warstwę obyczajową i robi to tak dobrze, że mnie to nie odstraszyło, a może przyciągnąć do swoich książek czytelników, którzy na co dzień nie sięgają po powieści z wątkami nadprzyrodzonymi.  

czwartek, 19 marca 2020

7/2020 Artemis, Andy Weir

Dwudziestokilkuletnia Jazz marzy o życiu pełnym przygód i dostatków, ale musi pogodzić się z rzeczywistością małego prowincjonalnego miasteczka. Nawet bardzo prowincjonalnego, bo na Księżycu. Dobrze żyje się tam właściwie tylko turystom i ekscentrycznym miliarderom, a tak się składa, że Jazz nie należy do żadnej z tych kategorii. Ma nudną, nisko płatną pracę i sporo długów do spłacenia, nic więc dziwnego, że dorabia drobnym przemytem. Nic dziwnego, że kiedy pojawia się okazja zarobienia naprawdę wielkich pieniędzy, nie waha się ani chwili. Tym, że misterny plan oznacza konieczność wejścia na ścieżkę przestępstwa, nie przejmuje się ani przez chwilę. Prawdziwe problemy pojawiają się wtedy, kiedy okazuje się, że plan ma drugie i trzecie dno oraz że Jazz dała się wplątać w gigantyczną aferę o potencjalnie katastrofalnych konsekwencjach.
Opis fabuły z lubimyczytac.pl
Bardzo długo odkładałam przeczytanie Artemis, bo jej recenzje nie były zbyt pozytywne. Teraz jednak nadarzyła się okazja: Empik udostępnia za darmo konto premium na 60 dni, w ramach którego oferuje dostęp do wielu audiobooków i e-booków. Jeszcze nigdy nie przesłuchałam całego audiobooka, więc postanowiłam wreszcie tego spróbować. Wybrałam Artemis, gdyż wydawała się być mało wymagającą pozycją. I tak też było.

Poprzednia książka Andy'ego Weira, Marsjanin, strasznie mi się podobała. Uwielbiałam tam wszystko: głównego bohatera, humor, dbałość o szczegóły techniczne i oryginalną formę wpisów do dziennika. Pamiętam, że kiedy usłyszałam, że autor wydaje kolejną książkę, strasznie się ucieszyłam, jednak mój entuzjazm opadł zaraz po premierze, skutecznie ostudzony opiniami czytelników. Teraz podeszłam do Artemis na chłodno, bez większych oczekiwań, i mam wrażenie, że dobrze się stało. Kiedyś mogłabym ocenić ją zdecydowanie surowiej.

Dziś jednak stwierdzam, że jest to solidna książka do poczytania sobie na luzie (kiedyś napisałabym, że do pociągu, ale teraz już się nie jeździ pociągami - a przynajmniej się  powinno), nie robi szału, ale też nie jest koszmarnie zła. Ma wady, jednak nie na tyle duże, bym wcisnęła pauzę i zaczęła słuchać czegoś innego.

Ten mem to w zasadzie krótka, lecz jakże prawdziwa, recenzja Artemis.
Główny wątek fabularny, czyli gospodarczo-polityczne przepychanki pomiędzy władzami miasta, mafią i lokalnymi biznesmenami, wypadł całkiem dobrze. Byłam ciekawa jak to wszystko się skończy, chociaż cała książka jest utrzymana w takiej konwencji, że mogło to być tylko pozytywne zakończenie. Spoko, to akurat mi nie przeszkadza. Ale Jazz, główna bohaterka, to dopiero jest irytująca postać. Przemądrzała cwaniara, która gardzi większością ludzi, a sama chciałaby się tylko szybko i niezbyt legalnie wzbogacić. Nie polubiłam jej ani trochę, i bardzo cieszyło mnie, gdy jej kolejne genialne plany brały w łeb i musiała gorączkowo szukać wyjścia z kolejnych tarapatów. Na szczęście bohaterowie drugoplanowi okazali się być całkiem fajni, więc miałam komu kibicować.

Spory minus Artemis to humor. Mam wrażenie, że autor bardzo silił się na bycie zabawnym i w wielu miejscach przefajnował - miało być super, wyszło żenująco. Sporo tu tzw. żartów o dupie, których wybitnie nie lubię. Inną wadą, według mnie, są też przydługie i powtarzające się techniczne opisy. Jasne, Andy Weir jest naukowcem. Wymyślił miasto na Księżycu tak, żeby było jak najbardziej prawdopodobne i funkcjonalne. Mógłby jednak zaoszczędzić nam opisów wody krążącej w kanalizacji albo wrzucania do fabuły nic niewnoszącej sceny gaszenia pożaru, napisanej tylko po to, by mógł pochwalić się czytelnikom stworzonym przez siebie systemem przeciwpożarowym. Istotną częścią fabuły są za to przeprowadzane przez główną bohaterkę akcje sabotażowe, w trakcie których musi ona coś zhakować, zespawać, grzebnąć przy elektronice. Tam techniczne wstawki są wręcz niezbędne. Jednak dlaczego autor powtarza kilkukrotnie te same kwestie? Dla przykładu: Jazz idzie sobie przez miasto i zastanawia się nad jego budową: że są dwie warstwy metalu, pomiędzy nimi ileśtam centymetrów księżycowych skał, wszystko mega wytrzymałe, zaprojektowane w specjalny sposób, bla, bla, bla. A za jakiś czas scena, w której bohaterka musi się przez te warstwy przebić ze spawarką, i od nowa omawia budowę tego samego. Ponadto książka jest napisana w narracji pierwszoosobowej, więc pierwszy przytoczony przeze mnie przykład jest mniej więcej tak samo naturalny, jak rozmyślanie o szczegółach wylewania asfaltu podczas zwykłego spaceru po ulicy.

Pamiętam jednak, że Artemis to druga książka Andy'ego Weira, więc nie jest on super doświadczonym pisarzem. Trochę tu poległ pod względem językowym, a szkoda, bo pomysł miał ciekawy. Może następnym razem powinien skorzystać z usług ghostwritera? A może to wydawnictwo go cisnęło, żeby szybko wydał coś po bestsellerowym Marsjaninie, bo sprzeda się na pniu? Nie wiem, ale podejrzewam, że mogło tak być. Bez względu na przyczyny, Artemis to jedynie średniak, któremu dam 3/5, nie będę nikomu polecać, ale też odradzać - czytacie to na własną odpowiedzialność.

PS W temacie rzeczy za darmo - pisarka Anna Brzezińska wrzuciła na swoim Facebooku link do jej cyklu fantasy Saga o zbóju Tawrdokęsku, można go stamtąd legalnie i bezpłatnie pobrać i czytać, bo to świetna, aczkolwiek niedoceniona rzecz.

poniedziałek, 16 marca 2020

6/2020 Utopia nad Wisłą. Historia Peerelu, Antoni Dudek, Zdzisław Zblewski

W ostatnich latach można zaobserwować rosnące zainteresowanie okresem Polski Ludowej. Do wydarzeń, pojęć, obrazów czy też postaci z powojennego 45-lecia stale powracają nie tylko historycy, ale także dziennikarze, politycy, ludzie kultury, a nawet biznesmeni otwierający lokale i sprzedający produkty nawiązujące do peerelowskiej symboliki. Ten proces ma swoje społeczne i psychologiczne przyczyny i nie jest przypadkowy. Niestety, ludzie na różny sposób odwołujący się do epoki PRL czynią to w sposób tak selektywny, że często wypaczają rzeczywisty obraz tamtych czasów. Trudno też nie zauważyć, że spór o bilans PRL stał się po 1989 r. istotnym elementem walki politycznej, w której obrońcy tamtej epoki ścierają się nieustannie z jej radykalnymi krytykami. W tej sytuacji oczywiste wydaje się zapotrzebowanie na rzetelne naukowe i popularnonaukowe opracowania dotyczące tego okresu, które bez zbędnych emocji przybliżają - szczególnie młodszym Czytelnikom - kulisy epoki PRL.
Fragment wstępu książki 
Utopia nad Wisłą to zdecydowanie najładniej wydana książka historyczna, jaką zdarzyło mi się czytać, więc w tej recenzji będzie sporo zdjęć. Jest też solidna i trwała, mimo sporego formatu i odczuwalnej w dłoniach wagi czyta się ją całkiem wygodnie. Wróciłam do niej po latach, i muszę przyznać, że we wspomnieniach była to pozycja lepsza. Kompletnie zapomniałam o tej mega nudnej pierwszej części bardzo drobiazgowo opisującej przejmowanie władzy przez komunistów w późnych larach 40. Rozumiem, to było bardzo ważne, ale w książce pretendującej do bycia popularnonaukową dałoby się to opisać bez takiego szczegółowego podawania litanii nazwisk i nazw przeróżnych ugrupowań. Te pierwsze siedemdziesiąt stron strasznie mnie usypiało i sprawiło, że czytałam całość bardzo długo. Na szczęście im dalej, tym lepiej i ciekawiej.

Przed każdym rozdziałem znajduje się taka rozkładówka, która skrótowo przedstawia najważniejsze wydarzenia poruszane dalej. Wszystko utrzymane w szaro-czerwonej kolorystyce, która jest tematem przewodnim całej książki. Dla zachowania spójności żadne zdjęcie nie jest kolorowe.
Autorzy książki skupili się przede wszystkim na historii politycznej i gospodarczej. Od lat pięćdziesiątych pojawiają się jednak podrozdziały poświęcone innym zagadnieniom, więc możemy poczytać o socrealiźmie czy sukcesach polskich sportowców w latach 70. Nie ma tu niestety tematów poruszających tzw. życie codzienne. Chętnie poczytałabym więcej o rozwoju telewizji i kultury popularnej czy turystyki w okresie PRL-u, lecz te kwestie zostały poruszone bardzo pobieżnie i tylko wtedy, gdy miały jakiś związek z polityką. Rozumiem, że żeby kompleksowo opisać całą epokę, potrzeba znacznie więcej miejsca, ale może kiedyś powstanie jakiś drugi tom?...




















Powyżej próbki poezji zamieszczonych w książce: znalazły się tam zarówno słynne wiersze profesjonalistów, jak i amatorska twórczość strajkowa.
Życie społeczne i kulturalne nie zostało wyczerpująco opisane, ale autorzy nie pominęli tych zagadnień całkowicie. Cała Utopia nad Wisłą jest bogato ilustrowana, zarówno fotografiami i reprodukcjami dzieł sztuki, jak i cytatami z wywiadów, wystąpień, czy też poezji. To zdecydowanie pomaga czytelnikowi wczuć się w klimat tamtych czasów. Według mnie to rewelacyjny zabieg i chciałabym, żeby wszystkie publikacje historyczne miały takie podejście do zawartości dodatkowej.

Kiedy wyjdziesz na chwilę, a twój kot ukradnie ci książkę i udaje, że nie wie, o co ci chodzi...
Zdecydowanie mogę polecić Utopię nad Wisłą, aczkolwiek ocenię ją tylko na 4/5. Nie jest to książka idealna, alej jej mocne punkty są naprawdę mocne. Przystępny język (no, może poza pierwszą częścią), dużo materiałów dodatkowych i świetne wydanie robią dobrą robotę. Nie mam też zastrzeżeń do treści, to rzetelne opracowanie faktów, a autorzy starają się zachować obiektywizm. Jeśli ktoś chciałby uzupełnić lub odświeżyć wiedzę na temat epoki PRL-u, to absolutnie może skorzystać z tej pozycji i nie powinien być zawiedziony.


No i na koniec jeszcze dwa zdjęcia: katowicki Spodek i pomnik Powstańców Śląskich, jedne z bardziej charakterystycznych budowli PRL-u, a także słynne zdjęcie sprzed Kina Moskwa z okresu stanu wojennego.

niedziela, 1 marca 2020

Nowe książki: luty 2020


W tym miesiącu moja kolekcja powiększyła się o trzy sztuki: planowaną Bursztynową lunetę, ostatni tom trylogii Mroczne materie, oraz dwie kolejne części serii wydawniczej Uczta Wyobraźni. To więcej niż udało mi się przeczytać w lutym, który nie był dla mnie szczególnie udany pod względem czytelniczym. Mam zaczęte dwie książki, ale ich czytanie idzie mi baardzo powoli.


No piękne okładki ma ta seria. Tym razem mamy tu złoto i błyszczące chmury na tle matowej czerni.


Jak rzadko kiedy, tym razem znam jedną z tych książek :) Słyszałam dobre rzeczy o Wodnym nożu i miałam tę pozycję na liście do przeczytania. Droga serca jest dla mnie zagadką, aczkolwiek jak zwykle mam nadzieję na coś udanego.

wtorek, 18 lutego 2020

5/2020 Zabójcza biel, Robert Galbraith


Prywatny detektyw Cormoran Strike i jego współpracowniczka Robin Ellacott walczą o odkrycie prawdy w nowej sprawie. Do biura, w którym urzędują, przychodzi młody człowiek imieniem Billy z prośbą o pomoc w zbadaniu zbrodni, której – jak sądzi – był świadkiem w dzieciństwie. Młodzieniec najwyraźniej cierpi na zaburzenia psychiczne, nie pamięta też zbyt wielu szczegółów, ale jest w nim i w jego historii coś szczerego, dlatego Strike jest głęboko zaniepokojony tym, co słyszy. Zanim jednak uda mu się wyciągnąć z chłopaka więcej informacji, ten wybiega z gabinetu w panice. 
Próbując wyjaśnić opowieść Billy’ego, Cormoran Strike i Robin Ellacott – kiedyś jego asystentka, a obecnie współpartnerka w interesach – idą krętym tropem, który prowadzi ich przez boczne uliczki Londynu do wewnętrznego kręgu w Parlamencie i pięknego, ale złowieszczego dworku na dalekiej wsi. 
Nie dość, że śledztwo przypomina labirynt zagadek, to na dodatek prywatne życie Strike’a bardzo się skomplikowało. Odkąd zyskał sławę jako prywatny detektyw, nie może już działać zakulisowo, tak jak kiedyś. Co więcej, jego relacje z Robin, która jest teraz nieoceniona w prowadzeniu działalności, są dużo bardziej napięte, a osobiste stosunki między nimi – o wiele bardziej zawiłe.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Czwarta już część serii o detektywie Cormoranie Strike'u i jego wspólniczce Robin Ellacott jest bardzo udana i nieudana jednocześnie. Jeżeli chodzi o samą zagadkę kryminalną, to jest ona najlepsza w całej serii. W kryminale to bardzo ważne, bo w końcu po to się je czyta, żeby poznać kulisy zbrodni i wytypować sprawcę. Są też inne elementy książki, z którymi nie było już tak kolorowo.

Zanim zacznę narzekać, wrócę na chwilę do głównego elementu Zabójczej bieli. Początkowo główni bohaterowie prowadzą śledztwo w sprawie szantażu znanego polityka, co jest miłą odmianą po wszystkich morderstwach z poprzednich tomów. Oczywiście trup też pada, ale nieco później. Na owo śledztwo składa się głównie mnóstwo rozmów i szukania informacji w internecie, czyli taka typowa detektywistyczna robota, urozmaicona nieco pracą pod przykrywką. A żeby nie było tak prosto, to pojawia się bardzo tajemnicza sprawa rzekomego morderstwa dziecka sprzed lat, w jakiś sposób powiązana z szantażowanym klientem... I prawie cała ta zagadka bardzo mi się podobała, a książka przez jakieś 3/4 trzymała w napięciu. Prawie, bo ostateczne rozwiązanie jednak nieco rozczarowuje - zwłaszcza mega stereotypowa przemowa głównego złego, w której wyjaśnia swoje motywy.

No i jest jeszcze wątek obyczajowy obejmujący życie prywatne Cormorana i Robin. Z jednej strony dobrze ich już znam i lubię, więc śledzenie ich życia uczuciowego jest interesujące, ale w tym tomie te wątki zajmują chyba z połowę książki... Jak dla mnie to było dużo i czasem czułam się, jakbym przez przypadek czytała jakąś obyczajówkę. Nie było aż tak źle, żeby rzucić książkę i wziąć coś innego, ale mimo wszystko miłosne perypetie nie są czymś, co szczególnie lubię, i wolałabym, żeby pozostały na drugim, a nawet trzecim planie. Na szczęście Robin w końcu uświadomiła sobie to, co my wiemy już od pierwszego tomu, i jej życie miłosne wreszcie zacznie iść w dobrym kierunku - niekoniecznie w ramiona Cormorana, ale oby jak najdalej od Matthew.

Dam Zabójczej bieli 4/5, chociaż to będzie taka słabsza czwórka. Mimo mocnych stron jest tu za dużo romansu, a i jak wspominałam wcześniej, samo rozwiązanie sprawy detektywistycznej pozostawiło u mnie lekki niedosyt. Książka czyta się całkiem dobrze i sprawdza się jako część serii, ale jednak mam wrażenie, że mogło być lepiej.

Recenzja Wołania kukułki (I tom)
Recenzja Jedwabnika (II tom)
Recenzja Żniw zła (III tom)

piątek, 31 stycznia 2020

Nowe książki: styczeń 2020


Moje styczniowe nabytki to głównie uzupełnienia kolekcji: dwa tomy cyklu Księga Całości Feliksa W. Kresa oraz pierwszy tom trylogii Pierwsze prawo w starym wydaniu, który było trudno zdobyć. Na szczęście wrócił do sprzedaży w niektórych księgarniach internetowych i udało mi się go zamówić.

Jest też kolejna pozycja z Uczty Wyobraźni, tym razem o tytule Człowiek z sąsiedztwa. Jak zwykle nic o tej książce nie wiem, ale chętnie ją przeczytam, kiedy nadejdzie jej czas. Mam wrażenie, że w tym roku będzie mało premier, które mnie interesują. Na pewno w najbliższym czasie kupię trzeci tom Mrocznych materii, który dopiero co wyszedł, ale nie mam na liście nic innego. Obym została mile zaskoczona przez coś naprawę fajnego.

czwartek, 30 stycznia 2020

4/2020 Delikatny nóż, Philip Pullman (Mroczne materie tom II)

Lyra trafia do innego świata , świetlistego, nawiedzonego Cittagazze, gdzie karmiące się ludzkimi duszami Widma chodzą po ulicach, a pod niebem niesie się odległy trzepot anielskich skrzydeł. Na szczęście znajduje w nim sprzymierzeńca: dwunastoletni Will Parry, zabójca i zbieg, zrządzeniem losu również trafił do niezwykłego nowego świata. Podczas niebezpiecznej podróży pomiędzy światami Lyra i Will wpadają na trop śmiertelnie groźnej tajemnicy, a w ich ręce trafia przedmiot o ogromnej niszczycielskiej mocy. Na dodatek z każdym krokiem są coraz bliżej innego, jeszcze gorszego zagrożenia i wstrząsającej prawdy o swoim przeznaczeniu.
Opis z okładki książki.
Zdziwiło mnie trochę, jak mało pamiętałam z tej książki: właściwie tylko sam początek, Jakoś tak rozmazała się w mojej pamięci, jak to czasem drugie tomy mają w zwyczaju. A szkoda, bo Delikatny nóż jest gorszy od pierwszego tomu tylko pod jednym względem: nie ma tu pancernych niedźwiedzi. Od kolejnego tomu zaś jest pod pewnymi względami lepszy - wciąż dobrze pamiętam romboidalne słonie na wrotkach, i mam wielką nadzieję, że w serialu zmienią ten wątek na coś znacznie mniej absurdalnego.

Ale na to będę narzekać po przeczytaniu Bursztynowej lunety, teraz wracam do Delikatnego noża. Ostrzegam, w dalszej części recenzji będą znajdować się spoilery. Wielką zaletą tej książki jest wprowadzenie drugiego głównego bohatera, czyli Willa. Lubię Lyrę, ale śledzenie wyłącznie jej przygód przez całą trylogię mogłoby okazać się męczące. Will dostaje tu sporo miejsca i retrospekcje, które pozwalają go dobrze poznać. Odruchowo kibicuje się mu w misji poszukiwania ojca (która ma zakończenie ocierające się o tandetę, ale jeszcze do zniesienia) i współczuje ciężkiego życia. Razem z Lyrą tworzą świetny duet, i aż szkoda, że w końcówce zostają rozdzieleni, bo chętnie bym ich jeszcze poobserwowała. Sama Lyra trochę się zmieniła od poprzedniego tomu, jest teraz bardziej ostrożna i próbuje działać z większą rozwagą. Zdarza się jej jednak popełnić błąd - i dobrze, bo przecież jest jeszcze dzieckiem.

Moją ulubioną częścią tej książki jest skakanie pomiędzy światami i same inne światy. Lubię ten motyw i jego użycie w książce, filmie czy serialu automatycznie podnosi w moich oczach ocenę tego dzieła - oczywiście jeśli jest to zrobione dobrze. Tutaj wieloświat zdecydowanie wyszedł autorowi. Najlepsze momenty to te, w których Lyra próbuje odnaleźć się w Oksfordzie Willa, tak podobnym do jej ojczystego Oksfordu, jednak różniącego się na tyle, by było to źródłem zabawnych sytuacji.

Wspomniałam wcześniej, że nie ma tu pancernych niedźwiedzi, jednak pojawiają się inni bohaterowie z pierwszego tomu. Swój czas mają czarownice pod przewodnictwem Serafiny Pekkali i aeronauta Lee Scoresby. Krótkie, lecz mocne wejście ma diaboliczna jak zawsze pani Coulter. O lordzie Asrielu jedynie się wspomina, ale w kontekście tego, że jest to długo oczekiwany wybawca, którego trzeba wesprzeć. Nikt nie wie, że w okrutny sposób zamordował dziecko, by osiągnąć cel, Lyra tego nie rozgłosiła. Nie pamiętam, czy ta kwestia wypłynie w finale trylogii - a powinna, bo to szalenie interesujące.

Delikatny nóż zasługuje na 5/5, zwłaszcza ze względu na wielotorową narrację, która pozwoliła spojrzeć na wydarzenia czymś więcej, niż tylko oczami głównej bohaterki. Zabrakło mi tu momentów wzruszenia, jakie miałam przy Zorzy polarnej, ale za to całą książkę czytało mi się lepiej, szybciej, z większym zainteresowaniem. Mam nadzieję, że ostatni tom będzie w rzeczywistości lepszy, niż zapamiętałam i nie zostawi po sobie niesmaku, który trochę zepsułby mi bardzo udany początek i środek tej historii.

Recenzja pierwszego tomu Zorza polarna