czwartek, 17 sierpnia 2017

43/2017 Biała noc, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom IX)


Poznajcie Harry’ego Dresdena, pierwszego (i jedynego) chicagowskiego maga-detektywa. Okazuje się, że w naszym zwykłym świecie wprost roi się od niezwykłych, magicznych istot, które najczęściej mają z ludźmi na pieńku. I tu na scenę wkracza Harry. 
Zaniepokojona serią domniemanych samobójstw policja wzywa na pomoc Harry’ego, który na miejscu zbrodni natychmiast trafia w dziesiątkę i odkrywa magiczną skazę, której nie można z niczym pomylić. Znajduje również przeznaczoną dla niego wiadomość, która nie jest bynajmniej sympatyczna. Zabójstwa będą trwały, dopóki Harry nie zdoła powstrzymać swojego dręczyciela – tymczasem wszystkie poszlaki prowadzą do jego przyrodniego brata, co zupełnie nie ma sensu. 
Tak się nieszczęśliwie składa, że w toku śledztwa Harry ściąga sobie na kark bandę wampirów żywotnie zainteresowanych wynikami dochodzenia. Wkrótce okazuje się, że wszyscy jego przeciwnicy mają przewagę liczebną i siłową, on zaś zostaje wystawiony na groźne pokusy. Jeśli zawiedzie, jego przyjaciele zginą.
Opis fabuły ze strony wydawnictwa
To już dziewiąty tom przygód Harry'ego Dresdena. Trudno uwierzyć, że od wydarzeń z pierwszej części minęło już dziesięć lat. Trochę nie czuć tego upływu czasu, bo książki koncentrują się na wydarzeniach dziejących się w ciągu kilku-kilkunastu dni i rzadko kiedy wspominają o tym, co Harry porabia w międzyczasie. W tym tomie pojawia się retrospekcja opisująca pewien epizod z wojny pomiędzy Białą Radą a Czerwonym Dworem wampirów, ale jest to pierwszy tego typu zabieg w całym cyklu. Szkoda, ja chętnie poczytałabym trochę o codziennym życiu Harry'ego i jego zwykłych detektywistycznych zleceniach, podczas których nie musi ratować świata.

Biała noc to historia fabularnie prosta: ktoś zabija obdarzone mocą kobiety tak, żeby wyglądało to na samobójstwo, a Dresden z pomocą swojej pierwszej dziewczyny, która również została magiem-detektywem, oraz Karin Murphy musi złapać sprawcę. Sytuację komplikuje fakt, iż to on sam jest przez niektórych podejrzewany o te zbrodnie, a i jego brat zachowuje się dziwnie i ma jakieś sekrety... Całość kończy się bardzo widowiskowo wielką bitwą pomiędzy magami, wampirami z Białego Dworu, gangsterami i ghoulami. Ale to nie walka jest tu najważniejsza, lecz sam Harry i jego relacje z innymi bohaterami (zwłaszcza z bratem). Według mnie to najmocniejszy punkt cyklu, a w tym tomie dostałam szczególnie dużo takich wątków. Postać pierwszej dziewczyny Dresdena nie wzbudziła u mnie większych emocji, bo jej nie znam, a nie była tak mistrzowsko napisana, że zaczęłoby mi na niej zależeć po kilku stronach. Ot, taki miły dodatek przybliżający czytelnikowi młodość Harry'ego. Ale z całą resztą jestem już naprawdę dobrze zżyta i śledzenie ich losów sprawia mi dużą przyjemność.

W Białej nocy swój finał ma ciągnący się od kilku tomów wątek zmagań Harry;ego z siedzącym w jego głowie demonem. Nigdy nie wysuwał się on na pierwszy plan, ale był niezmiernie interesujący: gdyby demonowi udało się skusić Harry'ego do przyjęcia mrocznej mocy, jego przyjaciel Michael należący do chrześcijańskiej organizacji Rycerzy Miecza miałby obowiązek natychmiast go zabić. Trudna sytuacja, ale na szczęście autor wybrnął z niej całkiem zgrabnie: oddalił niebezpieczeństwo od naszego ulubionego maga, a jednocześnie pozostawił pewien smutek.

Ta część Akt Harry'ego Dresdena jest udana i nie ma większych wad. Oceniam ją na 4/5, bo choć to sympatyczna opowieść, to niestety nie ma tego czegoś, co wyniosłoby ją ponad dobre czytadło.

PS Oglądałam serial Akta Dresdena, nie za bardzo polecam, chyba że jako tło do prasowania, czy coś w tym stylu. 

wtorek, 8 sierpnia 2017

42/2017 Czarna kolonia, Arkady Saulski (Kroniki Czerwonej Kompanii tom I)


W niedalekiej przyszłości korporacje przejmują kontrolę nad podbojem kosmosu. Trwa terraformacja i kolonizacja Marsa, na planetę przybywają zespoły naukowców, osiedleńcy i... najemnicy, zbrojne ramię wielkich firm. Postęp technologii, nowe odkrycia, zmiana czerwonej marsjańskiej pustyni w urodzajne terytorium - to wszystko zdaje się spełnieniem marzeń ludzkości o nowym wspaniałym świecie, w którym każdy znajdzie swoje miejsce - tak przynajmniej wyglądają reklamy emitowane przez korporacje, które kontrolują planetę i procesy osiedleńcze. Co naprawdę dzieje się na Czerwonej Planecie? Ilu najemników i ile broni sprowadziły tam wielkie firmy? I najważniejsze - w jakim celu? Co takiego jest na Marsie, że najpotężniejsze korporacje chcą położyć na tym łapę? Wkrótce rozpęta się walka, bezpardonowa i krwawa, w której stawką jest przyszłość całej ludzkości.
Opis fabuły z okładki książki. 
Nudne to i głupie, 1/5. Dziękuję, dobranoc.

Nie no, napiszę coś jeszcze o książce, którą kupiłam za 5 zł i teraz szkoda mi tych wydanych pieniędzy. Już nie chodzi o to, że terraformacja Marsa w niej opisana poraża swoją skrajną głupotą (skąd się tam wzięły jakieś nowe pierwiastki i duże zwierzęta po zaledwie kilkudziesięciu latach działalności człowieka?). Nie chodzi nawet o kartonowe postaci zbudowane z samych stereotypów ani o pasjonujące inaczej opisy kul przeszywających ludzkie ciała. Ani o wielkie złe korporacje. To po prostu tak strasznie przeciętna książka, którą tak na dobrą sprawę mógłby napisać każdy z nas. Serio, wystarczyłoby tylko wybrać ulubiony gatunek i sklecić jakąś schematyczną fabułkę z elementami, na których dobrze się znamy (widać, że autor zna się na militariach), a później wysłać to do wydawnictwa i czekać na swoja książkę. Nie bronię nikomu wydawać swojej twórczości, ale amatorszczyzna nie jest tym, czego szukam w literaturze. Pragnę czytać książki prawdziwych pisarzy, którzy operują słowem o niebo lepiej ode mnie. 

Tak naprawdę w Czarnej kolonii podobał mi się jeden jedyny element: pewien żołnierz o ksywie Panda miał to sympatyczne biało-czarne stworzonko wymalowane na hełmie. To miła odmiana po tych wszystkich typowych czaszkach i drapieżnikach. Podobno druga część cyklu jest lepsza (obstawiam, że będą się w niej tłukli z kosmitami, skoro pod koniec książki udało się nawiązać z nimi kontakt przez wrota) i może kiedyś ją przeczytam. Może.

sobota, 29 lipca 2017

41/2017 Piąta fala. Ostatnia gwiazda, Rick Yancey (Piąta fala tom III)

 
Ostatni tom elektryzującej trylogii Piąta fala! Zostały cztery dni. Potem z powierzchni Ziemi zniknie wszelki ślad po człowieku. Ucieczka i ukrywanie się nie mają już sensu. Jedyną szansą dla ludzkości jest podjęcie nierównej walki z wrogim najeźdźcą. Tylko kim naprawdę jest nieprzyjaciel? Czy bohaterom uda się wypełnić ryzykowną misję? I jaką rolę w ratowaniu świata odegra Cassie? Odliczanie właśnie się rozpoczęło.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Wróciłam do tego cyklu tylko dlatego, że moim najnowszym postanowieniem jest zakończyć rozpoczęte serie - te, które uznam za warte doczytania. Trzeci tom Piątej fali załapał się ledwo, ledwo, i to tylko dlatego, że byłam ciekawa, czy najgłupsi kosmici we Wszechświecie poradzą sobie z podbojem Ziemi.

Będę trochę spoilerować, ale niestety bez tego nie dam rady wylać wszystkich moich żali nad tą książką. Oczywiście okazało się, że najlepszym sposobem na pozbycie się kosmicznych najeźdźców jest ten z Dnia Niepodległości (oczywiście mówię o oryginale z lat 90., ta ostatnia kontynuacja to porażka): wystarczy wysadzić statek-matkę i problem znika. Niestety bohaterowie Piątej fali nie dysponują bombą z zapalnikiem czasowym, więc ktoś musi się poświęcić. I tu między innymi wychodzi mój największy problem: nadmierny patos i wymuszanie wzruszenia. W pewnych momentach czułam, jakby autor krzyczał do mnie: WZRUSZ SIĘ, PRZECIEŻ TO TAKIE SMUTNE I PODNIOSŁE, MUSISZ PŁAKAĆ! Niestety, nie ze mną te numery. Owszem, przy niektórych książkach zdarza mi się uronić łzę (ewentualnie całe wiadro), ale na pewno nie są to pozycje pełne fraz jak ze stereotypowego Cohelho: Teraz to ja jestem ludzkością albo Musimy kochać, żeby ich pokonać (cytaty niedosłowne, nie chce mi się szukać właściwych, ale sens jest zachowany).

Druga wielka wada cyklu to kosmici. Podobno przylecieli uratować Ziemię przed zniszczeniem przez ludzi. Ładne mi to ratowanie, olbrzymie tsunami i bombardowanie z orbity na pewno nie zaszkodziły naszej planecie, co nie? Nie kupuję też polityki przerabiania dzieci na żywe bomby i wysyłania ich do skupisk ludzkich. Niby miało to sprawić, że ludzie przestaną sobie ufać i przez to nie będą w stanie odbudować cywilizacji, ale ja widzę tu też wymuszony dramatyzm: małe, niewinne dzieciątka eksplodują jak kamikaze, to takie WZRUSZAJĄCE! Właściwie nie wiadomo też do końca, czy na Ziemię przybyli prawdziwi kosmici, czy tylko ich elektroniczne wersje wgrywane w ludzkie ciała. Może i autor to jakoś wyjaśnił, ale pod koniec książki było mi tak bardzo wszystko jedno, że nie pamiętam już takich szczegółów.

Znalazłam jednak kilka pozytywów. Postaci były napisane całkiem w porządku, po bardzo długiej przerwie pomiędzy tomami nadal pamiętałam kto jest kim i co mniej więcej wcześniej robił. Pochwalę też obycie autora w tematach militarnych. Niestety często brak wiedzy i jakaś niechęć do researchu jest widoczna u kobiet piszących coś zahaczające o wojnę czy kosmos (np. bohaterowie lecą statkiem kosmicznym, ale o jego napędzie czy uzbrojeniu to już autorka nie wspomnie, bo po co). Miło jest poczytać o czymś, na czym autor się zna albo włożył w przygotowanie do pisania książki trochę wysiłku i się dowiedział. Doceniam też próbę poruszenia trudnego tematu, jakim jest używanie dzieci jako żołnierzy na wojnie. Młodzi ludzie są bardzo podatni na propagandę i manipulację i niestety różne ugrupowania to wykorzystują do dnia dzisiejszego.

Piąta fala dostanie ode mnie smutne 2/5. Nie była to całkowita strata czasu, ale zupełnie nic by się nie stało, gdybym nie przeczytała tej trylogii.

Nowa książka: George Lucas. Gwiezdne Wojny i reszta życia, Brian Jay Jones


Wcale nie żałuję małych księgarni. Jedna taka w moim mieście zamknęła się jakiś miesiąc temu. Nie jest mi jej szkoda bo wiem, że nie ma szansy, żebym kupiła w niej tę książkę w cenie mniejszej niż okładkowa (czyli niecałe 55 zł). Ich rolę bardzo szybko przejęły dyskonty; książki w Biedronce, Lidlu czy Media Markcie nikogo już nie dziwią. I w ten oto sposób podczas przypadkowego wypadu do Biedry nabyłam tę biografię w twardej oprawie za rewelacyjną moim zdaniem cenę niecałych 28 złotych. Tyle powinny kosztować książki zawsze, bo nie wierzę, że wydawnictwu to się nie opłaca. 

Moja kupka nieprzeczytanych znowu wzrosła do pięciu... Już miałam nadzieję, że uda mi się wyjść na zero z papierowymi książkami i zabrać się za powtórki (Saga o Wiedźminie patrzy na mnie z półki już od ponad roku i czuję, że właśnie nadchodzi na nią czas). Zwykle wybieram książki za pomocą wyliczanki, ale coś mi się wydaje, że biografia Lucasa może mi się wepchnąć bez kolejki :)

Bonusowo dodam jeszcze historię o Anakinie-złodzieju w trzech aktach:





wtorek, 25 lipca 2017

40/2017 Marchia Cienia, Tad Williams (Marchia Cienia tom I)


Przez wieki zasnuta mgłą Granica Cienia oddzielała ziemie ludzi od utraconych przez nich w wielkiej wojnie północnych terytoriów zamieszkanych przez tajemniczych Quarów. Nikt, kto przekroczył granicę, nie wrócił… Teraz zaś niepokojące pasmo mgły zaczęło zagarniać południowe tereny. 
Tymczasem panująca w Marchii Południowej rodzina królewska przeżywa kryzys: prawowity władca, Olin, przebywa w niewoli, książę regent zostaje zamordowany, a jedynymi pretendentami do tronu i obrońcami królestwa są królewskie bliźnięta, niepełnosprawny Barrick i jego siostra Briony. Narasta chaos i poczucie zagrożenia, tym bardziej, że Quarowie to nie jedyne niebezpieczeństwo. Za inną granicą czai się żądny władzy autarcha, ciemiężca Olina. Zło i zdrada, jak się wydaje, czyhają wszędzie…
Opis fabuły z okładki książki. 
Miałam z tą książką problem - ona po prostu nie chciała się zacząć. Czytam, czytam i nic się nie dzieje. Dwie trzecie Marchii Cienia to rozbudowana ekspozycja i przedstawienie postaci. Nie mam nic przeciwko takim zabiegom, wręcz uwielbiam jak świat jest rozbudowany, no ale błagam, tego nie robi się w takim stylu. Tad Williams pisze bardzo klasyczne high fantasy, więc nie znajdziemy tu scen pełnych przemocy i seksu, a i język powieści nie jest jakiś nowatorski. Mimo wszystko sądzę, że dałoby się napisać całość bardziej dynamicznie. Tak dla porównania: gdyby Władca Pierścieni był utrzymany w tym stylu, to pierwszy tom skończyłby się opuszczeniem przez Froda Bag End i pierwszym spotkaniem Upiorów Pierścienia.

Pierwsza część cyklu Marchia Cienia została wydana w 2004 roku i zdradza niepokojąco wiele wspólnego z wydaną w 1996 roku Grą o tron:

- magiczni Biali Wędrowcy żyjący za Murem stanowiący zagrożenie dla ludzi vs. magiczny lud różnych dziwadeł żyjący za Granicą Cienia stanowiący zagrożenie dla ludzi,

- wydarzenia w Westeros opisywane z perspektywy różnych postaci vs. wydarzenia w Marchii Południowej opisywane z perspektywy różnych postaci,

- dziewczyna z dziwnym imieniem (Daenerys) na innym kontynencie zmuszona do małżeństwa wbrew jej woli, która odegra dużą rolę w przyszłej fabule vs. dziewczyna z dziwnym imieniem (Qinnitan) na innym kontynencie zabrana do haremu władcy wbrew jej woli, która odegra ważną rolę w przyszłej fabule,

- południowy mistrz walki Areo jako strażnik na dworze Martellów vs. południowy mistrz walki Shaso jako dowódca na dworze Eddonów.

I na pewno znalazłoby się jeszcze mnóstwo różnych drobnych podobieństw, ale akurat to nie przeszkadzało mi za bardzo w trakcie czytania, w końcu wszyscy twórcy w mniejszym czy większym stopniu korzystają z już istniejących pomysłów i motywów. Styl obu tych książek jest zresztą na tyle odmienny, że nie da się tego uznać za plagiat.

Marchia Cienia ma za to o wiele więcej magii niż Pieśń Lodu i Ognia. Smoków co prawda nie było (jedynie jakiś stwór na kształt wiwerny), ale za to znalazło się miejsce na lud Funderlingów, czyli wcale-nie-krasnoludów: są to niskie ludziki, które mieszkają pod ziemią i zajmują się górnictwem, kamieniarką i obróbką kamieni szlachetnych. Są też Dachowcy, czyli jeszcze mniejsze ludziki mieszkające na dachach i używające szczurów w charakterze wierzchowców. Wszyscy wrogowie zza Granicy Cienia to mniej lub bardziej humanoidalne długowieczne istoty, na pewno część z nich można określić mianem elfów. Czarodziei jak dotąd nie stwierdzono (za to jest jeden całkiem ciekawy uczony medyk), ale kto wie, może pojawią się w kolejnych tomach.

Najciekawszymi postaciami są chyba Briony i Barrick, piętnastoletnie bliźnięta. Nieoczekiwanie to oni zostają regentami królestwa stojącego na krawędzi wojny. Na początku Briony wydawała się być rozsądna, ale szybko się to zmieniło. Na propozycję małżeństwa niosącego ze sobą całkiem spore korzyści strategiczne reaguje wręcz alergicznie, chociaż od dziecka widziała, że jako księżniczka nie wyjdzie za mąż z miłości. (Swoją drogą czy córki króla nie powinno się nazywać królewną? W książce była księżniczką, ale jakoś nie do końca mi to pasowało.) Potem zachowuje się jeszcze dziwniej: po przejęciu władzy zaczyna ubierać się w męskie stroje, bo wydaje jej się, że tylko tak arystokraci będą ją szanować. Mam wrażenie, że autor chciał z niej zrobić silną postać kobiecą, ale nie za bardzo wiedział jak się do tego zabrać. Umieścił w książce kilka naprawdę słabych i nieco żenujących fragmentów z założenia feministycznych, ale niestety feminizm nie polega na tym, że piętnastolatka narzeka na to, że wychowywano ją inaczej niż brata i przebiera się za mężczyznę - przynajmniej ja tak uważam. Ok, ceremonialne suknie były niewygodne i sztywne, ale o wiele lepiej wyglądałoby, gdyby Briony kazała uszyć sobie nową kieckę odzwierciedlającą jej charakter. Nie zaszkodziłoby jej też skupienie się na własnych atutach i ich rozwijanie zamiast marudzenia o tym, jaki to świat jest niesprawiedliwy dla kobiet.

Za to Barrick w trakcie trwania fabuły zmienił się na plus. Na początku miałam go za żałosnego emo chłopca użalającego się nad sobą z powodu niepełnosprawności (ma niesprawną rękę), który ma gdzieś fakt, że urodził się w rodzinie królewskiej, niczego mu nie zabraknie, może nie będzie rycerzem, ale może wykształcić się w dowolnej interesującej go dziedzinie i zostać doradcą starszego brata. Albo pić, biesiadować i uganiać się za dziewkami, gdyby miał na to ochotę. Ale potem autor nadaje tej postaci trochę głębi, na jaw wychodzą dręczące chłopaka wizje i powoli rozwijająca się choroba psychiczna. Barrick lepiej niż siostra rozumie też rolę regenta i decyduje się jechać na wojnę jako symbol władzy i pocieszenie dla ludu - chociaż przez niepełnosprawność praktycznie nie może walczyć i bardzo naraża swoje życie. Takiego Barricka kupuję i chcę dalej śledzić jego losy.

Ze względu na ten bardzo rozwlekły początek książkę czytało mi się dość źle i w pewnym momencie stwierdziłam nawet, że mam gdzieś dalszy ciąg i nie kończę tej serii. Jednak udana końcówka na tyle podwyższyła poziom całości, że ostatecznie Marchię Cienia oceniam na 3/5 i nawet przyniosłam już z biblioteki następny tom.

sobota, 15 lipca 2017

39/2017 Dowody winy, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom VIII)



Poznajcie Harry’ego Dresdena, pierwszego (i jedynego) chicagowskiego maga-detektywa. Okazuje się, że w naszym zwykłym świecie wprost roi się od niezwykłych, magicznych istot, które najczęściej mają z ludźmi na pieńku. I tu na scenę wkracza Harry. 
Magowie z Białej Rady nie przepadają za nim, uważają bowiem – nie bez przyczyny – że jest bezczelny i niezdyscyplinowany. Po tym jednak, jak wojna z wampirami nieco przerzedziła ich szeregi, Harry jest im najzwyczajniej w świecie potrzebny. Dlatego właśnie w okamgnieniu zostaje przydzielony do zbadania pogłosek o czarnej magii. 
Jego drugim problemem jest córka starego przyjaciela, która zdążyła dorosnąć i wpakować się w problemy po uszy. Jej chłopak upiera się, że nie ma nic wspólnego ze zbrodnią jakby żywcem wyjętą z krwawego horroru. Pierwsze wrażenie okazuje się… całkiem trafione, o czym Harry przekonuje się, natrafiwszy na ślad złych istot żywiących się strachem. Wszystko to składa się na pracowity dzień dla maga, jego psa i gadającej czaszki imieniem Bob.
Opis fabuły ze strony wydawnictwa.
W przypadku ósmej już części Akt Harry'ego Dresdena mogłabym pójść na łatwiznę i sklecić tę recenzję z kawałków poprzednich, bo w Dowodach winy nie zaszła jakaś istotna zmiana jakościowa. Nadal jest Chicago, czary, ci źli i Harry, miejski mag, który musi wszystkich uratować Jak zwykle jesteśmy świadkami szybkiej akcji i ciekawych wydarzeń (ożywione postaci z filmów grozy wychodzą z ekranu i atakują ludzi na konwencie fantasy - czyż to nie jest świetne?), ale oprócz tego standardu znalazłam coś jeszcze lepszego. Jakoś tak się składa, że najlepiej czyta mi się te fragmenty cyklu, które skupiają się na relacjach Harry'ego z innymi bohaterami i w tym tomie było tego naprawdę dużo: Karrin Murphy, Thomas, rodzina Carpenterów Sam Harry również się trochę rozwinął. Dokładnie to lubię i w kolejnych tomach oczekuję więcej.

Podoba mi się też coraz śmielsze wyciąganie wątku wojny wampirów i Białej Rady czarodziejów bliżej pierwszego planu. Czuć, że kroi się niezła rozróba i w sumie nie mogę się już jej doczekać. Rzucę teraz małym spoilerem: Harry Dresden przyjmuje uczennicę i w następnej części musi, no ale to po prostu musi być dokładnie opisane jej szkolenie. Uwielbiam motyw nauki magii i relacji mistrz - uczeń. Może to i nieco wyświechtane, ale zawsze sprawia mi czytelniczą przyjemność - tak jak motyw pierwszego kontaktu z obcą cywilizacją w science-fiction.

Po lekturze pierwszych tomów bałam się trochę, że autor pójdzie w cały świat i nawymyśla tyle dziwności, że nie złożą mu się ładnie do kupy i nie stworzą spójnego uniwersum. Teraz mogę z całą stanowczością stwierdzić, że żadna z moich obaw się nie sprawdziła. Jim Butcher bardzo ładnie wykorzystuje postaci i wydarzenia z wcześniejszych tomów do zmontowania misternej intrygi przewijającej się przez cały cykl. I co najlepsze: wszystko wskazuje na to, że ta cała intryga dopiero się rozkręca i doczekamy się jeszcze czegoś spektakularnego. 

A teraz szybkie podsumowanie: Dowody winy dostają 4/5 i stwierdzam, że Akta Dresdena z czasen nabierają pewnej jakości i rozmachu. Będę czytać dalej, i to już niebawem. 

piątek, 7 lipca 2017

38/2017 Ostre cięcia, Joe Abercrombie


Ostre cięcia to zbiór nagradzanych historii i nowych opowiadań mistrza mrocznej fantasy, Joego Abercrombiego. Przemoc szaleje, zdrada rozkwita, a słowa są równie śmiercionośne jak oręż w tej galerii zakulisowych rozgrywek, pobocznych historii i zaskakujących zakończeń. 
Unia jest pełna drani, ale tylko jeden z nich uważa, że jest w stanie samodzielnie odnieść zwycięstwo, gdy nadciągają Gurkhulczycy: niezrównany pułkownik Sand dan Glokta. 
Curnden Gnat i jego drużyna wyruszają za Crinnę, by odzyskać tajemniczy przedmiot. Jest tylko jeden kłopot: nikt nie wie, czego właściwie szukają. 
Shevedieh, najlepsza złodziejka w Styrii, miota się między kolejnymi wpadkami i katastrofami u boku swojej najlepszej przyjaciółki, a zarazem najgorszego wroga: Javre, Lwicy z Hoskoppu. 
A po latach rozlewu krwi pełen ideałów wódz Bethod rozpaczliwie pragnie zaprowadzić pokój na Północy. Stoi mu na drodze tylko jedna przeszkoda – jego własny obłąkany podwładny, najgroźniejszy człowiek na Północy: Krwawa Dziewiątka…
Opis: lubimyczytac.pl
Zaczynałam czytać ten zbiór opowiadań z dużym zainteresowaniem, bo lubię autora i mam sentyment do uniwersum Pierwszego Prawa. Spodziewałam się powrotu do znajomych miejsc i bohaterów. Owszem, dostałam to, ale nie jestem do końca usatysfakcjonowana.

Opowiadania są do siebie podobne pod względem stylu, który można określić mianem typowego Abercrombiego. Nie znajdziemy tu niczego innowacyjnego, jedynie te elementy, które dobrze już znamy z jego wcześniejszych książek. Dobre wrażenie wywarły na mnie opowiadania z udziałem Sanda dan Glokty tuż przed dostaniem się do niewoli oraz z Logenem Dziewięciopalcym tuż przed kłótnią z Betholdem, królem Północy. Znałam już ich dalsze losy, a nowe opowieści dostarczyły szerszego tła tym postaciom.

Najlepsze wydały mi się jednak opowiadania o całkiem nowych bohaterkach: złodziejce Shev i zbiegłej ze świątyni kapłance-wojowniczce Jarve, które wnoszą do całej książki powiew świeżości. Ich historia jest najdłuższa - to aż pięć połączonych ze sobą opowiadań rozrzuconych po Ostrych cięciach. Pozwala to w jakiś sposób przejąć się ich losami, bo reszta opowiadań jest żałośnie krótka. To boli, zwłaszcza, że Abercrombie o wiele lepiej sprawdza się w długich historiach. 

Poszczególne opowiadania czytało mi się dobrze, ale książka jako całość nie wciągnęła mnie jakoś szczególnie mocno i robiłam sobie długie przerwy. Czy Ostre cięcia rzeczywiście były niezbędne? Nie wiem, ale sądzę, że przynajmniej część opowiadań spokojnie można było wykorzystać w poprzednich częściach i mogą być to jakieś rozbudowane odrzuty, które wyleciały z oryginalnych wersji po korekcie. Jednocześnie nie mam wrażenia, że był to tylko skok na kasę, a raczej pełnoprawny dodatek do głównego cyklu, który ucieszy prawdziwych fanów. Ja jednak nie jestem hardkorową fanką, bo oceniam książkę na 3/5 i spokojnie mogłabym się bez niej obyć.

Recenzje innych książek autora znajdują się tutaj