piątek, 15 września 2017

49/2017 Drobna przysługa, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom X)

Od blisko roku nikt nie próbował zabić Harry’ego Dresdena. Jego życie wreszcie staje się nieco bardziej spokojnie. Przyszłość zaczyna wyglądać różowo. Jednakże przeszłość rzuca bardzo długi cień. 
Zawarta dawno temu umowa uczyniła Harry’ego dłużnikiem Mab, władzczyni Zimowego Dworu sidhe, Królowej Powietrza i Ciemności. A teraz Mab upomina się o spłatę długu. To tylko drobna przysługa, ale Harry nie może odmówić jej wyświadczenia… a to może sprawić, że znajdzie się między śmiertelnym wrogiem a równie przerażającą sojuszniczką. Jego umiejętności i jego lojalność zostaną poddane najsurowszej z prób. 
Nie powinno go to zaskakiwać. Wszystko szło po prostu za dobrze.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
To już moje dziesiąte spotkanie z Harrym i muszę przyznać: z biegiem czasu coraz bardziej się do niego przyzwyczajam. Drobna przysługa niczym nie odstaje od reszty serii i zgrabnie komponuje się z dobrze już znanym uniwersum. Punktem wyjścia całej historii jest układ, jaki Harry zawarł z władczynią Zimowego Dworu elfów, ale błaha z pozoru sprawa oczywiście zaczyna się komplikować. Harry próbuje doprowadzić do rozejmu pomiędzy Białą Radą a Denarianami (którzy są pierońsko niebezpiecznymi piekielnymi demonami). Oczywiście wszelkie pokojowe starania kończą się katastrofą oraz porwaniem Archiwum, która miała być bezstronną obserwatorką i gwarantem pokoju (Archiwum to personifikacja całej wiedzy ludzkości, tyle że w ciele małej dziewczynki). Rozróba opisana jest bardzo efektownie, w pięknych dekoracjach: oceanarium, a potem małe wysepki na jeziorze Michigan pełne tajemniczych ruin, które będą zapewne ważne w kolejnych tomach cyklu. Większość bohaterów pojawiła się już kiedyś na kartach Akt Dresdena, ale autor rozszerzył trochę swoje uniwersum: pojawiły się nowe gatunki stworów zamieszkujących Nigdynigdy, dowiedzieliśmy się więcej o Denarianach, a także na scenę wkroczyły moce niebiańskie i archanioły. Pojawiły się też kolejne wzmianki o Czarnej Radzie - złej organizacji, z którą Dresden w końcu zapewne będzie musiał się zmierzyć.

Życie uczuciowe Harry'ego trochę się rozwinęło: co prawda nie jest z Karrin Murphy (chociaż nie są sobie obojętni), ale za to udaje mu się mały romansik ze Strażniczką Luccio, która technicznie rzecz biorąc jest jego szefową. Ciekawa jestem, czy ten wątek będzie miał kontynuację. Brakowało mi dwóch rzeczy: wilkołaków i codziennego życia Dresdena. O ile o wilkołakach autor chwilowo zapomniał, ale myślę, że jeszcze kiedyś wrócą, tak szara codzienność i zwykłe sprawy nigdy nie były priorytetem tej serii i chyba muszę o tym zapomnieć. Ciężko mi napisać coś więcej o tej książce, gdyż klimatem nie odbiega ona od poprzednich a ja nie chcę się zbytnio powtarzać, więc poniżej podrzucę tylko linki do wcześniejszych recenzji. Drobna przysługa to książka solidna, daję jej 4/5 i żałuję, że nie mam talentu plastycznego, bo tak się wkręciłam w to uniwersum, że chętnie stworzyłabym jakieś fanarty. Może więc wymyślę sobie jakieś fanfiction (tylko wymyślę, bo nigdy nie chce mi się ich zapisywać).

Recenzja tomów I - IV

środa, 13 września 2017

48/2017 Wielki marsz, Richard Bachman


Mroczna alegoryczna wizja przyszłości Stanów Zjednoczonych. 

Stu chłopców wyrusza w morderczy marsz - meta będzie tam, gdzie padnie przedostatni z nich. Tu nie ma miejsca na sportową rywalizację, ludzkie uczucia ani na fair play, ponieważ gra toczy się o bardzo wysoką stawkę. Najwyższą z możliwych. 
Opis fabuły: lubimyczytac.pl
Właściwie to ciężko jest coś napisać na temat Wielkiego marszu (no może poza tym, że pod pseudonimem Richard Bachman ukrywa się dobrze znany Stephen King), bo po jego przeczytaniu dosłownie mnie zamurowało i potrzebowałam trochę czasu, by przestać obsesyjnie myśleć o tej historii. Ta opowieść o stu chłopcach biorących udział w wyścigu, który może przetrwać tylko jeden, dostarcza niesamowitych emocji i wzbudza mnóstwo uczuć. Czytałam tę kultową już książkę pierwszy raz i czułam przede wszystkim niezdrową fascynację - to chyba nie świadczy o mnie najlepiej i obawiam się, że w świecie Wielkiego marszu stałabym gdzieś w tłumie wzdłuż trasy i dopingowała zawodników.

Fabuła jest dość prosta: główny bohater Ray Garraty decyduje się wystartować w Wielkim marszu. W trakcie trwania tych makabrycznych zawodów poznaje innych uczestników i ich motywacje, dowiadujemy się też wiele o jego przeszłości i obserwujemy eliminacje kolejnych odpadających z wyścigu chłopców. Kartki książki przewracały mi się właściwie same i walczyłam z pokusą, by zajrzeć na ostatnią stronę i sprawdzić, czy Ray wygra. A może będzie drugi i polegnie po epickiej walce? Nie zakładałam innych możliwości, w końcu Ray jest naszym przewodnikiem w tej opowieści i wiadome jest, że musi doprowadzić nas do końca, bardziej lub mniej szczęśliwego. Udało mi się wytrwać bez sprawdzania, więc i tutaj nie będę spoilerować.

Bachman/King mistrzowsko oddał charaktery uczestników marszu oraz łączące ich relacje. Współczujemy im, dopingujemy, nienawidzimy, wręcz idziemy wraz z nimi przez lesiste wzgórza Maine. Jeszcze lepsze są relacje pomiędzy idącymi chłopcami a organizatorem marszu, Majorem. Jest on postacią wręcz kultową, legendarną; idolem nastolatków, którzy pragną jego uznania. Jednak kiedy padają pierwsze ofiary, koledzy zaczynają umierać powaleni strzałem w głowę po trzech ostrzeżeniach, chłopcy zaczynają rozumieć, w co tak naprawdę się wpakowali, a początkowe uwielbienie Majora zamienia się w czystą nienawiść.

Jednak najbardziej interesuje mnie świat, w którym została umieszczona cała akcja. Co też się stało z USA, że ulubioną rozrywką milionów jest coroczne patrzenie na śmierć 99 młodzieńców? W jakim świecie taki zwyrodnialec jak Major mógł zostać idolem tłumów, a nastolatki same zapisują się do zawodów, które są niczym innym, jak długim i męczącym samobójstwem? Dlaczego w kraju, który kiedyś opierał się na wolności jednostki, każda krytyka władzy wiąże się z rychłą wizytą smutnych panów w środku nocy i zabraniem nie wiadomo dokąd? Czas akcji to na oko lata 60. - 70. Wiadomo, że w latach 50. miały miejsce jeszcze jakieś walki z Niemcami z użyciem broni atomowej w tle, co na pewno miało wpływ na wytworzenie się totalitarnego systemu w USA - i to właściwie tyle (to i tak o 100% więcej, niż dowiedziałam się w Drodze McCarthego na temat przyczyn apokalipsy). Chętnie przeczytałabym coś jeszcze rozgrywającego się w tym złowrogim uniwersum. Bachman/King napisał Uciekiniera dziejącego się w podobnych makabrycznych realiach, opartego na podobnym pomyśle (reality show, w którym tytułowy uciekinier musi przez 30 dni ukrywać się przed wszystkimi, w tym przed elitarną jednostką pościgową, gdyż wszyscy chcą go zabić), ale nie jestem pewna, czy akcja tej książki rozgrywa się w dokładnie tym samym świecie, co Wielki marsz

Mam tylko jedno malutkie zastrzeżenie - pod koniec akcja przyspiesza, pojawiają się przeskoki czasowe - jak dla mnie finał nastąpił trochę za szybko (czyżbym chciała dłużej napawać się cierpieniem uczestników?), ale w sumie i tak dobrze wiemy, co dzieje się w głowie Garratego. Generalnie jednak ta książka to prawdziwie poruszające arcydzieło i już wiem, że na pewno do niej wrócę. 5/5.


Czytałam Wielki marsz w pierwszym polskim wydaniu z 1992 roku. Przede wszystkim rzuca się w oczy wielkie nazwisko Kinga, pseudonim jest malutki i niemal schowany gdzieś poniżej. Bo King sprzeda się lepiej. Zresztą w nowym wydaniu jest tak samo. Ja osobiście uważam, że jeśli twórca zdecydował się napisać coś pod pseudonimem, to powinniśmy to uszanować, ewentualnie dodać prawdziwe nazwisko gdzieś obok, dokładnie odwrotnie niż na powyższym zdjęciu. Zastanawiacie się, co to za sznurki na książce? Moja biblioteka szyje w ten sposób wszystkie książki w miękkich okładkach, żeby zabezpieczyć je przed rozsypaniem. Pomysłowe, działa, ale za każdym razem mnie to bawi, w innych bibliotekach się z czymś takim nie spotkałam.


To wydanie ma swoje plusy: bardzo dogodne rozmieszczenie tekstu na stronie oraz wygodną, nieco zaokrągloną czcionkę. Dzięki temu dobrze mi się czytało i żałuję, że teraz już się tak nie wydaje...

poniedziałek, 11 września 2017

Nowe książki: trylogia Odrodzone królestwo, Elżbieta Cherezińska


W miniony weekend Empik znowu zaserwował nam promocję trzy książki w cenie dwóch. Zwykle staram się z niej skorzystać, bo to dobra okazja na uzupełnienie księgozbioru w dość rozsądnych cenach. Zaszalałam więc i kupiłam tę trylogię w twardych okładkach. Słyszałam o tych książkach wiele dobrego, jest to ponoć napisana z rozmachem i pełna intryg powieść historyczna z elementami fantasy, czyli coś, co może mi się bardzo spodobać. 


Tu zbliżenie na Tarkina.


I jeszcze całość leżąca na półce.

niedziela, 10 września 2017

47/2017 Brygady duchów, John Scalzi


Brygady Duchów to elitarne jednostki specjalne Kolonialnych Sił Obrony – ich żołnierze zostali stworzeni z DNA zmarłych. Wykorzystywani są w najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych misjach KSO. Są młodzi, silni, szybcy i pozbawieni skrupułów. 
Wszechświat jest dla ludzkości niebezpiecznym miejscem – a ma się stać jeszcze groźniejszy. Trzy obce rasy, z którymi ludzie starli się już wcześniej, zawarły sojusz, który ma powstrzymać kosmiczną ekspansję homo sapiens. Obcym pomaga renegat Charles Boutin, naukowiec, który poznał wszystkie największe tajemnice militarnego sukcesu KSO. By zwyciężyć, KSO muszą dowiedzieć się, dlaczego Boutin przeszedł na stronę wroga. 
Jared Dirac jest jedynym człowiekiem, który może znaleźć odpowiedź na to pytanie – jest nadnaturalną hybrydą, stworzoną na podstawie DNA Boutina. Mózg Jareda powinien móc uzyskać dostęp do elektronicznych wspomnień Boutina. Transplantacja pamięci kończy się fiaskiem i zostaje on przydzielony do Brygad Duchów. 
Na początku Jared wydaje się być doskonałym żołnierzem, kiedy jednak wspomnienia Boutina zaczynają w nim odżywać, intuicyjnie zaczyna rozumieć przyczyny jego zdrady. Zawzięcie polując na swojego „ojca”, musi również stawić czoło konsekwencjom swoich własnych wyborów. Czasu jest coraz mniej: sojusz trzech obcych ras przygotowuje ofensywę, a niektórzy z wrogów ludzkości szykują jej coś o wiele gorszego od zwykłej wojny...
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Brygady duchów technicznie rzecz biorąc są drugą częścią serii zapoczątkowanej książką Wojna starego człowieka, jednak ja będę uparcie odmawiać nazywania tego cyklem. Bardziej trafne jest stwierdzenie, że obie te powieści dzieją się w tym samym uniwersum. Brygady duchów są napisane lepiej, sprawniejszym językiem, mają bardziej przemyślaną strukturę, a główny bohater Wojny... pojawia się w nich dwa razy, i to ledwie wspomniany przez inne postaci. Spokojnie można byłoby przeczytać tę książkę bez znajomości poprzedniej i nic się nie straci, najważniejsze sprawy dotyczące świata przedstawionego są tu ponownie wyjaśnione.

No i przede wszystkim: Brygady duchów to książka pod każdym względem lepsza, z ciekawszym bohaterem, poruszająca bardziej interesującą tematykę (chociaż transfer świadomości i wszelkie problemy z nim związane nie są dla mnie jakoś szczególnie kontrowersyjne). Czyta się ją szybko i przyjemnie. To taka typowa dobra rozrywka w stylu science fiction: lekka, ale nie za głupia, angażująca, ale nie wymagająca całkowitego skupienia. Trochę nie kupuję technologii, wygląda bardziej na owoc wyobraźni autora niż na prawdopodobną wizję przyszłości. Autor próbuje tłumaczyć to przejęciem niektórych rozwiązań od obcych ras, ale nadal nie czuję się przekonana.

Historie Johna Scalziego są kameralne, skupione wokół osoby głównego bohatera. Na szczęście przez całą książkę przewija się motyw wojny z trzema rasami Obcych naraz, a pod koniec dostajemy zapowiedź czegoś jeszcze większego... Kosmiczne konflikty i klimat rasowej space opery - już nie mogę się doczekać i na pewno przeczytam dalszy ciąg.

Dużym minusem książki jest jej wydanie, a właściwie brak nowego wydania. Wojnę starego człowieka przeczytałam już w nowej szacie graficznej i w innym tłumaczeniu, Brygady duchów jeszcze nie doczekały się modernizacji. Może to właśnie przez odmienne tłumaczenia te dwie książki nie chcą mi się złożyć w spójny cykl? Jeśli wydawnictwo Akurat zdecyduje się wydać Brygady duchów w nowej wersji, to na pewno je kupię i przeczytam całość jeszcze raz.

Książkę oceniam na 4/5 i liczę na więcej akcji i rozmachu w przyszłości. Scalzi może nie dorówna Podlewskiemu, którego uwielbiam za Głębię, ale stać go na napisanie porządnej powieści science fiction, którą będę miała ochotę przeczytać.

czwartek, 31 sierpnia 2017

46/2017 Przedksiężycowi, Anna Kańtoch (tom II i III)



Oto świat składający się z wielu wersji. Większość wionie grozą przemijania. Ale jest też jedno wspaniałe, piękne oblicze. Niedoskonali mieszkańcy lądują w niszczejącej wersji, wybrani awansują. A nad wszystkim pieczę sprawują Przeksiężycowi. Oto świat, w którym nie ma miejsca na indywidualność. Wszystko podporządkowane jest sztuce... i chęci przetrwania Oto Lunopolis, gdzie mieszkańcy żyją chwilą, przerażeni wizją wyroku, który da im namiastkę szczęścia lub pogrąży w rozpaczy i entropii, gdzie naturalnym jest, iż ludzi w przeszłości, mimo że jeszcze nie umarli, bliscy uznają za martwych? 
Kim są Przedksiężycowi, istoty, które decydują o życiu i śmierci każdego istnienia? Od czego zależy śmierć lub życie każdego człowieka?
Odpowiedzi może być wiele...
Opis: lubimyczytac.pl
Na samym początku muszę się do czegoś przyznać: uwielbiam tak napisane książki. Te plastyczne opisy pozwalające mojej wyobraźni wejść na najwyższe obroty (widać tu postęp względem pierwszej części)... Bohaterowie mają mocno zarysowane charaktery i wyraźne motywacje. Fabuła opiera się na oryginalnych pomysłach, a schematy wykorzystuje w sposób twórczy. No i najważniejsze - wciąga tak, że nie sposób się oderwać.

Największą wadą Przedksiężycowych jest podzielenie ich na trzy części i wydanie osobno. Marzy mi się porządne, jednotomowe wydanie w większym formacie i twardej okładce, bo tak właśnie powinno się poznawać tę historię. Niestety nie miałam dostępu do wszystkich części naraz i tego żałuję, bo pierwszy tom trochę traci jeśli od razu nie przejdzie się dalej. Jest w nim za mało akcji, żeby uznać go za dobrze wyważoną całość. Drugi i trzeci czytałam już łącznie i moje wrażenia były o wiele lepsze. Nowe wydanie przydałoby się tym bardziej, że Fabryka Słów wypuściła tylko pierwszy tom w całkiem fajnej okładce. Wydawnictwo Powergraph wydało co prawda całość, ale z tym dziwnym mechanoidem przypominającym C3PO z Gwiezdnych Wojen, który to wcale a wcale mi się nie podoba, a Lunapolis w tle zupełnie nie przypomina tego, które sobie wyobrażałam.

Nie lubię zbyt przewidywalnych opowieści. Niektóre tropy są tak oczywiste, że udaje mi się odgadnąć ich rozwinięcie jak tylko się na nie natknę. Ale nie lubię też przesady w drugą stronę. Nie cieszy mnie kryminał, w którym mordercą okazuje się być osoba wspomniana raz w trzecim rozdziale, a żeby dostrzec jej wszystkie powiązania ze sprawą trzeba książkę przeczytać dziesięć razy. Przedksiężycowi to idealny kompromis pomiędzy tymi skrajnościami. Niektóre rozwiązania były dla mnie zaskakujące, a w przypadku innych domyślałam się w idealnym momencie, na zasadzie: o czyżby ten koleś był w to zamieszany? I po chwili okazywało się, że faktycznie był. Nie po połowie książki, ale właśnie po chwili, kilku- kilkunastu stronach, więc nie było to w ogóle męczące.

Ciężko byłoby napisać coś o fabule i rozwoju bohaterów nie posuwając się do zrobienia ogromnych spoilerów, pozostanę więc przy ogólnikach. Zaskoczyło mnie to, że autorka nie poszła w stronę romansu lub bliskiej współpracy Finnena i Kairy. Wręcz przeciwnie, ta dwójka oddala się od siebie coraz bardziej i trzyma się ze sobą raczej z konieczności, niż z sympatii. To poczucie coraz większego wzajemnego nieporozumienia potęguje jeszcze brak narracji z punktu widzenia Kairy - Poznajemy motywacje Finnena, ale poczynania dziewczyny wydają się być mocno niejasne. Zresztą dowiadujemy się o Kairze takich rzeczy, że przestaje się nam jawić jako kryształowo czysta postać o dobrych zamiarach... Zamotała nam tu autorka, i to w taki sposób, aby dać kilka odpowiedzi, ale też postawić wiele nowych pytań.

W drugim i trzecim tomie jest więcej Daniela Pantalekisa, pojawia się też inny statek kosmiczny wraz z załogą. Ucieszyły mnie te momenty, przypomniały o tym, że jest to science-fiction i to dziejące się w bardzo dalekiej przyszłości. Wielkim plusem książki jest wiszący nad Lunapolis klimat nieufności i niepokoju społecznego, który w pewnym momencie przeradza się w prawdziwą rebelię. Generalnie mam wrażenie, że nazwa Lunapolis sprawdziłaby się lepiej jako tytuł, to miasto odgrywa w powieści o wiele większą rolę niż ci tajemniczy Przedksiężycowi, o których ostatecznie prawie nic się nie dowiedzieliśmy.

Nagroda im. Zajdla, którą otrzymał pierwszy tom, jest tu jak najbardziej na miejscu, a ja osobiście rozciągnęłabym ją na całą książkę. Nie zauważyłam jakiś większych wad czy fabularnych głupotek, wręcz przeciwnie, Przedksiężycowi są tak spójni i logiczni, że niejedna powieść mogłaby się od nich uczyć. Samo zakończenie skojarzyło mi się z Mroczną Wieżą Kinga poprzez wykorzystanie motywu z pętlą czasu, co idealnie pasuje do miasta rozwarstwionego na wiele kopii istniejących w różnych czasach. Może w tym przypadku sprawdziła się zasada, że bardziej lubimy to, co już znamy, (a pierwszy tom dogłębnie przedstawił mi świat i postaci), ale kolejne części bardziej wypełnione akcją oceniam o wiele lepiej i daje im zdecydowanie zasłużone 5/5.

piątek, 25 sierpnia 2017

45/2017 Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach, Paweł Zych, Witold Vargas


Studiując rodzime baśnie, podania i legendy, odnosimy nieodparte wrażenie, iż nasi przodkowie kochali niesamowite opowieści. Przez setki lat historii naszego kraju powstał olbrzymi, barwny i ludny świat polskich wierzeń ludowych. Pięknie ilustrowany przez Pawła Zycha i Witolda Vargasa Bestiariusz jest skromną próbą zilustrowania tego bogactwa i ukazania choćby jego części współczesnemu Czytelnikowi. Zapraszamy do podróży śladami opowieści naszych przodków, mitów pełnych słowiańskiej magii tak rzadko obecnej we współczesnej polskiej kulturze.
Opis ze strony wydawnictwa
Książkę Bestiariusz słowiański pożyczyłam od koleżanki, która określiła ją mianem ciekawej bajki na dobranoc. Przeczytałam ją bardzo szybko i muszę stwierdzić, że koleżanka miała absolutną rację - jest to uroczy, pięknie ilustrowany leksykon wiedzy o nadprzyrodzonych istotach, w które wierzyli nasi przodkowie. 

Każdy potwór ma swój opis - krótszy, dłuższy, czasem zabawny, czasem trochę straszny - zależy to o stanie wiedzy na temat danego stwora i jego charakteru. W Bestiariuszu słowiańskim znajdziemy istoty wywodzące się z czasów rzymskich, a także potwory, w które wiara była powszechna jeszcze w XIX wieku, rozstrzał czasowy jest więc bardzo duży.

Książka ma format nieco większy niż standardowy i twardą okładkę, co sprawia, że idealnie nada się na prezent. No i do tego te wspaniałe ilustracje utrzymane w ciepłych żółciach, brązach i pomarańczach. Można nią obdarować właściwie każdego, kto wykazuje zainteresowanie tematem, począwszy od dziesięciolatków. Należy jednak pamiętać, że nie jest to kompletne kompendium wiedzy, a raczej wprowadzenie mające wprowadzić w temat zainteresowanego laika. To właśnie jest mój największy zarzut: za duża skrótowość. Taka ilość informacji spokojnie wystarczy dzieciom, ale ja chciałabym czegoś więcej: niekoniecznie opracowania naukowego, ale tak powiedzmy dwukrotnie dłuższego tekstu przy każdym potworze. Wtedy dałoby się tę książkę bardziej czytać, a nie tylko oglądać. Moja ocena to 4/5. Cieszę się, że tematy dotyczące naszej przedchrześcijańskiej przeszłości przebijają się coraz bliżej głównego nurtu, jednak nie kupiłabym dla siebie tej konkretnej książki, a inne pozycje z tej serii przeczytam tylko wtedy, kiedy przypadkiem wpadną mi w ręce.

Poniżej kilka ilustracji z Bestiariusza słowiańskiego, w końcu są one mocną stroną tej książki, więc szkoda byłoby ich nie pokazać:


Bies wygląda jak żywcem wyjęty z Wiedźmina 3, taka wielka leśna bestia.


Zdarzają się też o wiele ładniejsze istoty...


Kotokształtny chochlik, tego jeszcze nie widziałam.


Węże były ważnymi zwierzętami dla naszych przodków, zapewniały szczęście i bogactwo (poza tym tępiły myszy, więc czasem były po prostu hodowane w domach).

środa, 23 sierpnia 2017

44/2017 Rozgrywka Cienia, Tad Williams (Marchia Cienia tom II)


Mrok wypełzł zza dotychczasowej granicy i armia Ludzi Zmierzchu podeszła pod Zamek Marchii Południowej. Tymczasem książę Barrick, nękany do obłędu koszmarnymi snami, dotknięty zaklęciem bezwzględnej pani Yasammez, przekroczył Granicę Cienia. Tam przyszło mu się zmierzyć z istotami dziwniejszymi i straszniejszymi niż sama śmierć... Księżniczka Briony zaś, która musiała uciekać z zamku, po wielu niebezpieczeństwach dzięki pomocy leśnej boginki przystała do trupy aktorskiej. Na całym kontynencie mieszają się różne grupy interesów, w grę wchodzą starożytne artefakty obdarzone niewyobrażalną mocą i na dodatek budzą się uśpieni dotąd bogowie. Świat się zmienia...
Opis z okładki książki. 
To dość rzadko spotykane, ale tym razem tom drugi okazał się być lepszy niż pierwszy - tylko trochę, ale to już coś. Akcja już się nie ślimaczy, chociaż nie jest też jakoś specjalnie dynamiczna. Wszystko ładnie się rozwija i mam tylko jedno pytanie - czy nie mogło być tak od samego początku?

Wszyscy bohaterowie zmieniają swoje miejsce pobytu, a także ładnie rozwijają się jako postaci, dzięki czemu możemy ich jeszcze lepiej poznać i zrozumieć. Ucieszyłam się, że kilka postaci z drugiego planu dostało więcej czasu antenowego, co wyszło na dobre całej opowieści. O fabule nie chcę pisać, bo byłby to jeden wielki spoiler. No, może tylko stwierdzę, że jest satysfakcjonująca. Absolutnie niesatysfakcjonujące są za to miliony klisz i schematów dosłownie wylewających się z Rozgrywki Cienia. Wiem, że to jest klasyczne high fantasy, które na schematach bazuje, ale na wszystkich kocich bogów, nie uwierzę, że nie dało się tego zrobić lepiej. Jednym z głównych wyróżników dobrego fantasy jest udane światotwórstwo, które czasem Williamsowi wychodzi (tu za przykład podam chociażby lud Muskających Wodę, hybrydę ludzi i płazów z błoną pławną pomiędzy palcami, żyjący nad morzem i zajmujący się wszystkim związanym z wodą), a czasem jest tak bardzo odtwórcze, że szkoda gadać (zimna Północ, gorące Południe; lud o zwyczajach żywcem ściągniętych od Arabów i przedstawiciel tegoż ludu, który uważa, że kiedy kobieta na niego patrzy jest to równoznaczne z zaproszeniem do łóżka; dwie homoseksualne postaci, które są aktorami, no bo przecież to artyści, im wolno, a wśród przedstawicieli innych grup społecznych homoseksualizmu nie ma). Sporo było tych negatywnych przykładów, o wiele za dużo. A przecież można wykorzystać ograne motywy w kreatywny sposób, czego przykładem tutaj są czarodziejskie lustra, które bardzo przypadły mi do gustu.

Ogólnie jestem zadowolona, że postanowiłam przeczytać tę serię. Co prawda to dopiero połowa, ale mam przeczucie, że dalej będzie jeszcze lepiej. Oceniam Rozgrywkę Cienia na 3/5, bo mimo wszystko poprawa względem pierwszego tomu nie była aż tak znaczna.


To Anakin w towarzystwie pierwszego tomu. Powinnam wstawić to zdjęcie w poprzedniej recenzji, ale kompletnie o nim zapomniałam... Moja śliczna zakładka z góralskim wzorem już nie żyje, rozwaliłam ją niedługo potem.