środa, 23 września 2020

19/2020 Ogień przebudzenia, Anthony Ryan (Draconis Memoria tom I)

Na rozległych terytoriach kontrolowanych przez Żelazny Syndykat Handlowy najcenniejszym towarem jest smocza krew. Spuszczana z trzymanych w niewoli lub odławianych w dziczy Czerwonych, Zielonych, Niebieskich i Czarnych, po przedestylowaniu służy do wytwarzania eliksirów dających niewiarygodną moc. Tych, którzy potrafią z niej korzystać, nazywa się Błogosławionymi.

Mało kto zna jednak prawdę: smocze rody słabną, a gdy wygasną całkowicie, wojna z sąsiednim Cesarstwem Corvuskim będzie nieunikniona. Ostatnią nadzieją Syndykatu są pogłoski o istnieniu innej rasy smoków, znacznie potężniejszej od pozostałych. Nieliczni wybrańcy losu udają się na jej poszukiwania.

Claydon Torcreek – drobny złodziejaszek i niezarejestrowany Błogosławiony – po wcieleniu do służby w Protektoracie zostaje wysłany w głąb dzikich, niezbadanych krain w poszukiwaniu stworzenia rodem z legend. Lizanne Lethridge – kobieta-szpieg i znakomita zabójczyni – podczas misji na terytorium wroga musi stawić czoło wielkiemu zagrożeniu. Podporucznik Corrick Hilemore służy na krążowniku Syndykatu, który w pogoni za okrutnymi rozbójnikami na odległych rubieżach napotyka inne, znacznie gorsze niebezpieczeństwo. Kiedy żywoty ludzi i państw spotykają się i przeplatają, a to, co znane, zderza się z nieznanym, wszyscy troje muszą dołożyć wszelkich starań, żeby powstrzymać nadciągającą wojnę, która w przeciwnym razie ich pochłonie.

Opis z okładki książki 

Od jakiegoś czasu szukam nowej serii fantasy, która zawładnie moją wyobraźnią i będę mogła dołączyć ją do moich ulubionych. Miałam nadzieję, że może teraz się uda, ten tytuł i smok na okładce wyglądało zachęcajaco. Ale niestety, ta pozycja trochę mnie zawiodła.

Z Ogniem przebudzenia mam dwa podstawowe problemy. Pierwszy to świat i bohaterowie. Jest tu misz-masz XIX-sto wiecznego kolonializmu i korporacyjnego dzikiego kapitalizmu, czyli rzeczy, których szczerze nie znoszę. Nic dziwnego więc, że przez całą książkę kibicowałam smokom, żeby wszystkich spaliły i zeżarły. Bohaterowie też nie są jacyś nadzwyczajni. Jest super agentka korporacji, twarda kobieta, która nie cofnie się przed niczym, jest mój najmniej ulubiony typ postaci, czyli łotrzyk o złotym sercu, i oficer korporacyjnej floty. Ten ostatni jako tako da się lubić, bo wydaje się być uczciwym człowiekiem, który jednakże jako żołnierz musi wykonywać rozkazy. Jedna fajniejsza osoba to jednak zbyt mało, więc wciąż jestem #teamsmoki.

Drugi problem jest równie poważny, a jest nim zupełnie przeciętny i bezbarwny styl autora. Może to wina tłumaczki, może nie, nie wiem, nie czytałam oryginału. Książka jest gruba i pełna opisów, które teoretycznie powinny mnie zainteresować: są pojedynki, walki ze smokami, oblężenia, bitwy morskie. Wszystko to brzmi fajnie, ale niestety, nie jest. W trakcie akcji zdarzają się dziwne przeskoki, jakby autor ominął jakieś wydarzenia. Wykorzystywanie smoczej krwi daje supermoce, które są opisane dość przyzwoicie, ale czytałam lepsze rzeczy. Jeśli chodzi o militaria, to autor zna się na rzeczy, ale znowu, pod względem emocjonalnym jest to zaledwie przyzwoite i w żadnym miejscu mnie nie ruszyło. A pojedynek, cóż, on był po prostu słaby, tutaj naprawdę nie ma czego bronić.

No i w sumie mogę dodać trzeci problem, a będzie to brak oryginalności. Pomijając smoki i ich krew to stosunki społeczne, rozwój gospodarczy i militarny są mocno wzorowane na naszym XIX i  początku XX wieku. Miałam też bardzo, ale to bardzo silne wrażenie, że Anthony Ryan przeczytał Drogę Królów Sandersona i pomyślał "O, ja też napiszę sobie taką książkę", tylko zabrakło mu wyobraźni. Może i ma warsztat i spójny pomysł na fabułę, ale to wszystko jest takie mechaniczne, jakby zostało stworzone przez algorytm, nie przez pisarza. O ewentualnej inspiracji Drogą Królów może też świadczyć jeden wątek, który pojawia się pod koniec i sugeruje, że to może być trochę science-fiction, nie czyste fantasy.

Mimo narzekań, przewracania oczami i marudzenia i tak przeczytam kolejne części, chociażby po to, żeby przekonać się, czy smokom uda się zeżreć wszystkich. Mam jednak przeczucie do czego to wszystko dąży, nie wydaje mi się więc, by autor mnie czymś zaskoczył. Oby nie było też zaskoczeń negatywnych, a jeśli styl się trochę poprawi, to będę już całkiem zadowolona. Jak na razie Ogień przebudzenia dostanie ode mnie 3/5, nie mogę dać nic więcej.

czwartek, 20 sierpnia 2020

18/2020 Gniew Tiamat, James S. A. Corey (Expanse tom VIII)

 


Otwarto ponad tysiąc trzysta wrót do układów słonecznych rozsianych w galaktyce, ale w miarę jak ludzkość buduje swe międzygwiezdne imperium na ruinach obcych, coraz bardziej wzbierają tajemnice i zagrożenia. 
W martwych układach, gdzie wrota prowadzą do czegoś dziwniejszego od obcych planet, Elvi Okoye prowadzi desperackie badania natury ksenocydu, do którego doszło, zanim pojawiły się pierwsze istoty ludzkie i poszukiwania broni do walki z siłami na granicy niewyobrażalnego. Choć cena wiedzy może być wyższa, niż będzie gotowa zapłacić. 
W sercu imperium Teresa Duarte przygotowuje się na przyjęcie ciężaru boskich ambicji jej ojca. Socjopatyczny naukowiec Paolo Cortazar i mefistofelesowski więzień James Holden to tylko dwa niebezpieczeństwa w pałacu pełnym intryg, lecz Teresa też ma swoje tajemnice i plany, których nie domyśla się jej ojciec, cesarz. 
Rozrzucona po imperium załoga Rosynanta prowadzi zajadłą walkę opóźniającą umacnianie się autorytarnego reżimu Duarte. Zanikają wspomnienia starego ładu i coraz pewniejsza wydaje się przyszłość wiecznej władzy Lakonii, a wraz z nią bitwa, której ludzkość nie może wygrać, bo odwaga i ambicja nie wystarczą, by uporać się z koszmarem kryjącym się między światami.
Opis z okładki książki.

Powrót do Expanse zawsze będzie powrotem udanym. To już ósmy tom, a nie widzę żadnej tendencji spadkowej. Historia wciąż trzyma w napięciu, a kończy się tak, że mam ochotę od razu sięgnąć po kolejną część, której na razie nie ma...

Nie będzie to mój ulubiony tom, ale mowy nie ma o nudzie czy rozczarowaniu. Bardzo dużo się tu wyjaśnia, padają odpowiedzi na pytania postawione we Wzlocie Persepolis, czyli poprzedniej części. Oczywiście pojawia się dużo nowych spraw, które jeszcze poczekają na rozwiązanie. Podoba mi się też, że wreszcie jest więcej Holdena. Można się z niego śmiać, że to taki poczciwy Jon Snow tego uniwersum, ale jednak trochę mi go brakowało i cieszyłam się, że teraz było sporo rozdziałów pisanych z jego perspektywy. Chyba jednak podświadomie uznaję go za głównego bohatera całej serii. Oprócz starych znajomych wprowadzono też nową postać, nastolatkę, która także przypadła mi do gustu i liczę na jej dalszą obecność w Expanse.

Gniew Tiamat był dla mnie najbardziej przewidywalną częścią (jak dotąd). Ale to był ten przyjemny rodzaj przewidywalności, w którym w napięciu czeka się na to, czy twoje przypuszczenia okażą się dobre, czy też nie. Ciężko mi napisać coś więcej o tej książce bez wchodzenia w spoilery, więc przejdę już do podsumowania. Jak już wspominała,m, nie będzie to ani mój ulubiony, ani najlepszy tom Expanse, ale i tak zasługuje na 5/5 - może takie troszkę słabsze, ale wciąż pięć. Starzy przyjaciele powrócili, nie wkurzyły mnie żadne głupoty i tyle wystarczy, by się dobrze bawić.

Recenzje tomu pierwszego Przebudzenie Lewiatanastara i nowa.
Recenzja tomu drugiego Wojna Kalibana
Recenzja tomu trzeciego Wrota Abaddona
Recenzja tomu czwartego Gorączka Ciboli
Recenzja tomu piątego Gry Nemezis
Recenzja tomu szóstego Prochy Babilonu
Recenzja tomu siódmego Wzlot Persepolis

sobota, 8 sierpnia 2020

17/2020 Młody, Magdalena Kozak (Wampiry w ABW tom IV)

Czasem okazuje się, że osiągnąć szczyt marzeń, to dopiero początek prawdziwych kłopotów.  Od kiedy Vesper został lordem, na jego głowę spadają same problemy.

I nie chodzi tylko o to jak wykarmić i opłacić własny ród. Także droga do współpracy z pozostałymi wampirzymi lordami, o sięgającym setek lat doświadczeniu, nie jest dla młodego ex-nocarza usłana krwistymi różami. Na szczęście świat sam domaga się rodu Inanitów. Tych, którzy nie są ani dobrzy, ani źli. 

Kiedy potrzebę tę odczuje boleśnie cała wampirza społeczność, gdy niepewność, czy najgroźniejsi wrogowie faktycznie czyhają na zewnątrz wampirzych klanów, zatruje pobratymczą krew, karty rozdawać będą Ci, którzy nawet wśród wampirów potrafią stać się mrocznymi cieniami. I nic już nie będzie takim jak było...  

Opis fabuły: lubimyczytac.pl 

Po takim sobie trzecim tomie tej serii nie oczekiwałam niczego nadzwyczajnego. Może stwierdzenie, że zostałam mile zaskoczona, byłoby przesadą, ale Młody i tak wydaje się być książką nieco lepszą i trochę mniej przewidywalną niż jej poprzedniczki. Nie żeby była to historia wolna od bardzo tanich chwytów mających spotęgować napięcie, albo patosu tego rodzaju, który tylko mnie bawi zamiast wzruszać, ale czytało mi się ją całkiem dobrze, a to jest przecież najważniejsze.

Nie ma się tu za bardzo nad czym rozpisywać, bo i historia jest prosta: nowy wampirzy lord musi sobie jakoś poradzić wśród starych (bardzo starych) wyg, które nie są zbytnio zadowolone, że ktoś śmiał się wtrącić do ich wypracowanego przez stulecia układu sił. Wampirzy władcy mają też poważniejsze zmartwienia: wrogów wewnętrznych i zewnętrznych. I tak się składa, że ten bezczelny gówniarz jest całkiem użyteczny w walce z nimi, więc jednak trzeba będzie z nim jakoś współpracować. Ta prosta fabuła trzyma się jednak kupy. Gdyby tylko autorka dopracowała kilka scen i wycięła z nich tani dramatyzm... To nie Gra o tron, wiadomo więc, że kilka głównych postaci nie może sobie ot, tak głupio umrzeć w środku książki. Ani na chwilę nie uwierzyłam, że coś im grozi, więc ich górnolotne deklaracje wygłaszane w oczekiwaniu na nieunikniony koniec tylko mnie rozśmieszyły.

Mam wrażenie, że Magdalena Kozak mimo wszystko trochę rozwinęła się pisarsko, albo po prostu miała na tę książkę lepszy pomysł niż na poprzednią trylogię, bo widzę tu więcej ładu i składu, a mniej płaczliwych wewnętrznych monologów i dłużyzn, które można byłoby spokojnie wyciąć bez szkody dla fabuły. To dobrze wróży na przyszłość, chociaż nie jestem pewna, czy chcę sięgać po inne pozycje jej autorstwa. Ta najświeższa, Minas Warsaw, wstępnie mnie zainteresowała, ale po zapoznaniu się z kilkoma recenzjami entuzjazm minął.

Mam również wrażenie, że oceniam te książki za wysoko, ale nic na to nie poradzę: są wampiry, jest zabawa. Jednak jakieś standardy utrzymać trzeba, więc daję Młodemu 4/5 z zaznaczeniem, że uważam go za najlepszą część historii wampira Vespera. 

Recenzja tomu I - Nocarz
Recenzja tomu II - Renegat
Recenzja tomu III - Nikt

piątek, 31 lipca 2020

Nowe książki: lipiec 2020



W tym miesiącu udało mi się zrobić małe zakupy książkowe. Są to dwie sapce opery, kolejne tomy serii, które zbieram, i przypadkowo zauważone w koszu z tanimi książkami popularnonaukowe kompendium o II wojnie światowej.


Ładnie wydana pozycja, duży format, twarda oprawa, mnóstwo ilustracji. Mimo leżenia w koszu z mnóstwem innych książek nie ma żadnych uszkodzeń. Kupiłam ją dziś i tylko pobieżnie przekartkowałam, tak na pierwszy rzut oka to taka synteza na poziomie szkoły średniej. Lubię tego typu publikacje, zawsze fajnie jest sobie odświeżyć posiadaną wiedzę.


Zabawna sprawa z tym Wśród gwiazd. To drugi tom, a ja jeszcze nie przeczytałam pierwszego :) Ale w końcu przyjdzie na to czas, a wtedy będę mieć obie części i pochłonę je na raz.


No i trochę spóźniona ósma część Expanse. To będzie książka, za którą zabiorę się zaraz po tym, jak skończę czytać to, co aktualnie zaczęłam. Jak zwykle wygląda fantastycznie.

wtorek, 28 lipca 2020

16/2020 Terror, Dan Simmons

 

Terror odtwarza przebieg tragicznej w skutkach wyprawy badawczej z maja 1845 roku. Dwa statki – HMS Erebus i HMS Terror – pod dowództwem doświadczonego żeglarza, sir Johna Franklina, wyruszyły ku północnym wybrzeżom Kanady, celem poszukiwania Przejścia Północno-Zachodniego. To ciąg przesmyków pomiędzy wyspami Archipelagu Arktycznego, gdzie od kilkuset już lat, kosztem wielu istnień ludzkich, szukano możliwości opłynięcia Ameryki Północnej, chcąc zaoszczędzić na odległości przemierzanej drogą morską pomiędzy wybrzeżami Atlantyku i Pacyfiku. Na statkach zgromadzono spore zapasy żywności, które w teorii miały wystarczyć na około pięć lat. Wyposażono je w silniki, konieczne do przebijania się przez lód, i zapas węgla. Wtedy, w maju 1845 roku, ostatni raz widziano je w Anglii… Nawet dziś nie wiadomo dokładnie, jakie były losy poszczególnych uczestników owej podróży. Jednak Dan Simmons wykorzystał dostępne informacje, relacje z kilku późniejszych wypraw poszukiwawczych, skrawki wiedzy od tubylczych plemion, domysły i fantastyczne plotki… i stworzył kunsztowną opowieść o ostatnim rejsie dwóch statków, HMS Erebusa i HMS Terroru, które utknęły w lodzie, co stało się początkiem końca tej ekspedycji.  
Terror to pasjonująca powieść z elementami grozy, horroru i mitologii Inuitów, a jednak dająca się odczytać niczym szczegółowy dziennik pokładowy. Następujące po sobie tragiczne w skutkach wydarzenia poznajemy okiem nie tylko oficerów, szczególnie kapitana Croziera, ale również szarych członków załogi. Dan Simmons, zdobywca wielu nagród, między innymi Hugo Awards oraz w 1990 roku nagrody Locusa za powieść Hyperion, z literackim wyczuciem oraz niezwykłą pieczołowitością odtwarza przebieg jednej z najbardziej zagadkowych wypraw badawczych w całej znanej nam historii badań polarnych.
Opis z okładki książki 
Początek Terroru czyta się trochę jak reportaż - mnóstwo dat, nazwisk, faktów i szczegółów technicznych. Nic dziwnego, książka wszak bierze za punkt wyjścia autentyczne wydarzenia i wiernie oddaje realia epoki. Może dlatego te pierwsze plus minus dwieście stron czytało mi się trochę opornie. A może dlatego, że wcześniej oglądałam serial Terror będący adaptacją tej książki? Pewnie po części z obu tych powodów zanurzałam się w niegościnny i zimny świat owej powieści dość powoli. Ale potem... Potem zaczęła dziać się magia.

Wiedziałam, że Dan Simmons potrafi pisać, czytałam jego Hyperiona. Może nie podobały mi się wszystkie rozwiązania fabularne (zwłaszcza z dwóch ostatnich tomów), ale nie mogę mu odmówić zarówno talentu pisarskiego, jak i wyobraźni. Uważam jednak, że Terror jest o wiele lepszy niż Hyperion - chociaż trochę ciężko je ze sobą bezpośrednio porównywać ze względu na to, że są to zupełnie inne gatunki. Jednak Terror czytało mi się lepiej, i będę obstawać przy tym, że ta książka wyszła Simmonsowi bardziej.

Znalazłam tu scenę, która okazała się być prawdziwą perełką. Teraz będę trochę spoilerować, ale to scena ze środka książki, nie ma wpływu na zakończenie całej historii. Dla podniesienia morale załogi dowódcy ekspedycji postanawiają zorganizować bal karnawałowy, taki z kostiumami, muzyką i lepszym jedzeniem. Ludzka kreatywność nie zna granic, więc zachęceni wizją dobrej zabawy marynarze tworzą właściwie z niczego baśniową scenerię inspirowaną twórczością Edgara Allana Poego. Bal rozpoczyna się wreszcie, a ja od samego początku miałam wrażenie, że coś tu pójdzie bardzo nie tak... Owszem, to horror, więc jak najbardziej można się było tego spodziewać, ale sam styl, w jakim to wszystko zostało opisane, sprawił, że wbiło mnie w fotel. Dziwaczny korowód przy dźwiękach angielskiej pieśni patriotycznej powoli przeradzający się z wesołej zabawy w krwawy koszmar - to bardzo mocno zadziałało na moją wyobraźnię. Po ochłonięciu szybciutko włączyłam Amazona, żeby przypomnieć sobie jak zrobiono to w serialu - i się rozczarowałam. Jest bal, który również kończy się katastrofą, ale jej przyczyny są inne, bardzo przyziemne. Nic nie zostało z grozy i poczucia nadchodzącego nieszczęścia, które towarzyszyło mi przy czytaniu. 

Ogólnie im Terror bardziej zbliża się do mistycyzmu i horroru, tym lepiej. Jakoś bardziej zafascynowały mnie te wszystkie wizje zakorzenione w iniuckim folklorze niż sama wyprawa polarna.

Bohaterowie Terroru to osoby głęboko zakorzenione w swoim XIX wieku, nie uwspółcześnione ku wygodzie dzisiejszego odbiorcy. To jednocześnie wada i zaleta, bo potęguje realizm, ale przez niektóre, powszechne wtedy poglądy było mi się ciężko z tymi bohaterami polubić. Autor wcale nie ukrywa kolonialnego sposobu myślenia postaci, ani np. tego, że ktoś jest dyskryminowany ze względu na jego irlandzkie pochodzenie. Przeszłość nie była piękna, nie cierpię jej idealizowania (zwłaszcza XIX wieku) i bardzo doceniam realistyczne przedstawienie epoki także pod względem mentalności.

Uważam Terror za bardzo udaną książkę i mogę polecić ją wszystkim, którzy szukają inności, oryginalnych pomysłów i świetnego warsztatu pisarskiego. Moja ocena to oczywiście 5/5.

czwartek, 25 czerwca 2020

15/2020 Czerwone koszule, John Scalzi


Grupa rekrutów rozpoczyna służbę na „Nieustraszonym”, okręcie flagowym Unii Galaktycznej. Szybko odkrywają, że na pokładzie dzieje się coś dziwnego: doświadczeni członkowie załogi do perfekcji opanowali umiejętność chowania się po kątach, byle tylko uniknąć uczestniczenia w misjach zwiadowczych. Okazuje się, że to coś więcej niż zwykłe cwaniactwo lub lenistwo: to jedyny sposób, żeby przeżyć, ponieważ każda, nawet z pozoru najbardziej błaha misja, kończy się jatką wśród szeregowych żołnierzy i podoficerów. Bez szwanku wychodzą tylko dowódcy, którzy chełpią się później swoimi krwawo okupionymi sukcesami. Nikt nie pamięta nazwisk poległych. Podporucznik Andrew Dahl nie ma zamiaru zostać kolejną ofiarą bezsensownej potyczki na jakiejś bezimiennej asteroidzie. Postanawia wyjaśnić zagadkę „Nieustraszonego”. Zdumiewająca prawda, którą odkrywa, przewraca jego świat do góry nogami. 
Opis z lubimyczytac.pl
Ta książka nie jest zwykłą space operą, to eksperyment literacki, w którym wiele rzeczy mogło pójść nie tak. Jak to bywa z eksperymentami, można dodać czegoś za dużo, czegoś za mało, poplątać proporcje, zapomnieć o jakimś składniku. Trzeba być dobrym fachowcem, żeby z eksperymentu coś wyszło. I Johnowi Scalziemu się to udało.

Tytułowe czerwone koszule to oczywiście nawiązanie do zabijanych w hurtowych ilościach epizodycznych bohaterach Star Treka odzianych w charakterystyczne czerwone mundury. Nie jest ono specjalnie zakamuflowane, wręcz przeciwnie, wszystko zostaje dokładnie wyjaśnione. Autor wręcz łamie tu czwartą ścianę - taka konwencja, która sprawdza się świetnie. I jest zabawnie, przede wszystkim jest zabawnie. To przecież parodia telewizyjnych space oper (ale tylko tych słabych), więc oczekiwałam tu humoru. I dostałam ten uroczo absurdalny rodzaj, który wyjątkowo do mnie trafia. Poza tym znajdą się tu też inne, poważniejsze wątki, które też świetnie się sprawdziły.

Żeby nie narobić olbrzymich spoilerów napisze tylko, że ważnym motywem jest praca scenarzysty i brak weny twórczej. Myślę, że John Scalzi pisze tu trochę z własnego doświadczenia, gdyż był scenarzystą serialu Stargate: Universe.

Czerwone koszule nie są dziełem wybitnym i na pewno nie spodobają się wszystkim. To interesujący eksperyment dla fanów science fiction, którzy znają i lubią te wszystkie obśmiane tu tropy z kiepskich seriali. Ja się bawiłam dobrze, doceniam też próby przemycenia trudniejszych tematów w rozrywkowym z założenia dziele, i w związku z tym dam całkiem wysoką ocenę, czyli 4/5.

niedziela, 21 czerwca 2020

14/2020 Czas zabijania, John Grisham



Clanton, małym miasteczkiem w stanie Missisipi, wstrząsa wiadomość o wielokrotnym zgwałceniu i brutalnym pobiciu dziesięcioletniej Tonyi Hailey. Kilka dni później w gmachu sądu rozlegają się strzały - to ojciec dziewczynki postanawia sam wymierzyć sprawiedliwość i zabija prowadzonych na salę sądową sprawców, raniąc przy tym funkcjonariusza z biura szeryfa.

Jake Brigance - młody adwokat borykający się z problemami małomiasteczkowego prawnika - do którego Carl Lee Hailey zwraca się z prośbą o obronę, wie, że będzie miał trudny orzech do zgryzienia. Jego nowy klient jest bowiem czarnoskóry, a zabici mężczyźni byli biali, i chociaż czasy niewolnictwa są już zamierzchłą przeszłością, to na amerykańskim Południu jego echo wciąż nie ucichło. Jake wie również, że nie może liczyć na wysokie honorarium. Mimo to podejmuje się obrony zdesperowanego ojca. Bo sam ma córkę. Nie wie tylko, że reprezentując Carla Lee przed sądem, może narazić na niebezpieczeństwo swoją rodzinę, ponieważ Ku-Klux-Klan, zawiadomiony przez krewnych zabitych mężczyzn, dostrzega w toczącym się w Clanton procesie szansę na ponowne zaistnienie.
Opis z okładki książki.
Aż trudno uwierzyć, że Czas zabijania jest pierwszą książką Johna Grishama. Pierwszą napisaną bo wydawcę znalazła dopiero jego kolejna powieść, Firma, która odniosła tak wielki sukces, że po niej wydaliby mu wszystko, nawet sennik i książkę kucharską. Lubię Firmę, ale jednak to Czas zabijania jest moją ulubioną książką Grishama i nie mam pojęcia, dlaczego były problemy z jej wydaniem. 

Trudno uwierzyć również w to, że w tym przypadku film z 1996 roku jest lepszy od książka, przynajmniej według mnie. A może trochę inaczej: książka lepiej przedstawia szczegóły wydarzeń, ale więcej emocji, zwłaszcza w końcówce, dostarcza film. Podobnie jak w Expanse, pierwowzór i ekranizacja dobrze się uzupełniają. Jednak gdyby ktoś kazał mi wybierać, to minimalnie wygrałby film.

Głównym problemem poruszanym w Czasie zabijania jest paskudny amerykański rasizm. Problem ten jest niestety ciągle aktualny, skomplikowany i trudny do rozwiązania. Nie jestem ekspertką, mogę więc tylko stwierdzić, że bardzo się cieszę, że tam nie mieszkam i współczuję wszystkim, którym amerykański sen zamienia się w koszmar. Bardzo podoba mi się, że autor nie uogólnia tu i nie sprowadza wszystkich czarnoskórych do poziomu bezsilnych ofiar. Są wśród nich cwaniacy chcący wzbogacić się na tragedii jednego ze "swoich", nie wahający się oszukiwać biedniejszych i wykorzystywać ich dobre serce. Ta sytuacja potwierdza mój pogląd, że w każdej dużej organizacji charytatywnej znajdą się szuje, którym oprócz pomocy innym będzie zależeć też na szybkim wzbogaceniu się, dlatego też jeśli coś wspieram, to są to małe lokalne inicjatywy.

Wiadomo, jeśli przyjrzy się tej książce dokładniej, to znajdą się wady. Sam autor pisze w przedmowie, że zdaje sobie sprawę z niedoróbek, ale nie zmieniłby ani jednego słowa. Siła Czasu zabijania leży w emocjach, które wywołuje w czytelniku, a są one naprawdę silne. Pod tym względem książka zasługuje na 5/5 i taką ocenę jej wystawiam.