piątek, 15 września 2017

49/2017 Drobna przysługa, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom X)

Od blisko roku nikt nie próbował zabić Harry’ego Dresdena. Jego życie wreszcie staje się nieco bardziej spokojnie. Przyszłość zaczyna wyglądać różowo. Jednakże przeszłość rzuca bardzo długi cień. 
Zawarta dawno temu umowa uczyniła Harry’ego dłużnikiem Mab, władzczyni Zimowego Dworu sidhe, Królowej Powietrza i Ciemności. A teraz Mab upomina się o spłatę długu. To tylko drobna przysługa, ale Harry nie może odmówić jej wyświadczenia… a to może sprawić, że znajdzie się między śmiertelnym wrogiem a równie przerażającą sojuszniczką. Jego umiejętności i jego lojalność zostaną poddane najsurowszej z prób. 
Nie powinno go to zaskakiwać. Wszystko szło po prostu za dobrze.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
To już moje dziesiąte spotkanie z Harrym i muszę przyznać: z biegiem czasu coraz bardziej się do niego przyzwyczajam. Drobna przysługa niczym nie odstaje od reszty serii i zgrabnie komponuje się z dobrze już znanym uniwersum. Punktem wyjścia całej historii jest układ, jaki Harry zawarł z władczynią Zimowego Dworu elfów, ale błaha z pozoru sprawa oczywiście zaczyna się komplikować. Harry próbuje doprowadzić do rozejmu pomiędzy Białą Radą a Denarianami (którzy są pierońsko niebezpiecznymi piekielnymi demonami). Oczywiście wszelkie pokojowe starania kończą się katastrofą oraz porwaniem Archiwum, która miała być bezstronną obserwatorką i gwarantem pokoju (Archiwum to personifikacja całej wiedzy ludzkości, tyle że w ciele małej dziewczynki). Rozróba opisana jest bardzo efektownie, w pięknych dekoracjach: oceanarium, a potem małe wysepki na jeziorze Michigan pełne tajemniczych ruin, które będą zapewne ważne w kolejnych tomach cyklu. Większość bohaterów pojawiła się już kiedyś na kartach Akt Dresdena, ale autor rozszerzył trochę swoje uniwersum: pojawiły się nowe gatunki stworów zamieszkujących Nigdynigdy, dowiedzieliśmy się więcej o Denarianach, a także na scenę wkroczyły moce niebiańskie i archanioły. Pojawiły się też kolejne wzmianki o Czarnej Radzie - złej organizacji, z którą Dresden w końcu zapewne będzie musiał się zmierzyć.

Życie uczuciowe Harry'ego trochę się rozwinęło: co prawda nie jest z Karrin Murphy (chociaż nie są sobie obojętni), ale za to udaje mu się mały romansik ze Strażniczką Luccio, która technicznie rzecz biorąc jest jego szefową. Ciekawa jestem, czy ten wątek będzie miał kontynuację. Brakowało mi dwóch rzeczy: wilkołaków i codziennego życia Dresdena. O ile o wilkołakach autor chwilowo zapomniał, ale myślę, że jeszcze kiedyś wrócą, tak szara codzienność i zwykłe sprawy nigdy nie były priorytetem tej serii i chyba muszę o tym zapomnieć. Ciężko mi napisać coś więcej o tej książce, gdyż klimatem nie odbiega ona od poprzednich a ja nie chcę się zbytnio powtarzać, więc poniżej podrzucę tylko linki do wcześniejszych recenzji. Drobna przysługa to książka solidna, daję jej 4/5 i żałuję, że nie mam talentu plastycznego, bo tak się wkręciłam w to uniwersum, że chętnie stworzyłabym jakieś fanarty. Może więc wymyślę sobie jakieś fanfiction (tylko wymyślę, bo nigdy nie chce mi się ich zapisywać).

Recenzja tomów I - IV

środa, 13 września 2017

48/2017 Wielki marsz, Richard Bachman


Mroczna alegoryczna wizja przyszłości Stanów Zjednoczonych. 

Stu chłopców wyrusza w morderczy marsz - meta będzie tam, gdzie padnie przedostatni z nich. Tu nie ma miejsca na sportową rywalizację, ludzkie uczucia ani na fair play, ponieważ gra toczy się o bardzo wysoką stawkę. Najwyższą z możliwych. 
Opis fabuły: lubimyczytac.pl
Właściwie to ciężko jest coś napisać na temat Wielkiego marszu (no może poza tym, że pod pseudonimem Richard Bachman ukrywa się dobrze znany Stephen King), bo po jego przeczytaniu dosłownie mnie zamurowało i potrzebowałam trochę czasu, by przestać obsesyjnie myśleć o tej historii. Ta opowieść o stu chłopcach biorących udział w wyścigu, który może przetrwać tylko jeden, dostarcza niesamowitych emocji i wzbudza mnóstwo uczuć. Czytałam tę kultową już książkę pierwszy raz i czułam przede wszystkim niezdrową fascynację - to chyba nie świadczy o mnie najlepiej i obawiam się, że w świecie Wielkiego marszu stałabym gdzieś w tłumie wzdłuż trasy i dopingowała zawodników.

Fabuła jest dość prosta: główny bohater Ray Garraty decyduje się wystartować w Wielkim marszu. W trakcie trwania tych makabrycznych zawodów poznaje innych uczestników i ich motywacje, dowiadujemy się też wiele o jego przeszłości i obserwujemy eliminacje kolejnych odpadających z wyścigu chłopców. Kartki książki przewracały mi się właściwie same i walczyłam z pokusą, by zajrzeć na ostatnią stronę i sprawdzić, czy Ray wygra. A może będzie drugi i polegnie po epickiej walce? Nie zakładałam innych możliwości, w końcu Ray jest naszym przewodnikiem w tej opowieści i wiadome jest, że musi doprowadzić nas do końca, bardziej lub mniej szczęśliwego. Udało mi się wytrwać bez sprawdzania, więc i tutaj nie będę spoilerować.

Bachman/King mistrzowsko oddał charaktery uczestników marszu oraz łączące ich relacje. Współczujemy im, dopingujemy, nienawidzimy, wręcz idziemy wraz z nimi przez lesiste wzgórza Maine. Jeszcze lepsze są relacje pomiędzy idącymi chłopcami a organizatorem marszu, Majorem. Jest on postacią wręcz kultową, legendarną; idolem nastolatków, którzy pragną jego uznania. Jednak kiedy padają pierwsze ofiary, koledzy zaczynają umierać powaleni strzałem w głowę po trzech ostrzeżeniach, chłopcy zaczynają rozumieć, w co tak naprawdę się wpakowali, a początkowe uwielbienie Majora zamienia się w czystą nienawiść.

Jednak najbardziej interesuje mnie świat, w którym została umieszczona cała akcja. Co też się stało z USA, że ulubioną rozrywką milionów jest coroczne patrzenie na śmierć 99 młodzieńców? W jakim świecie taki zwyrodnialec jak Major mógł zostać idolem tłumów, a nastolatki same zapisują się do zawodów, które są niczym innym, jak długim i męczącym samobójstwem? Dlaczego w kraju, który kiedyś opierał się na wolności jednostki, każda krytyka władzy wiąże się z rychłą wizytą smutnych panów w środku nocy i zabraniem nie wiadomo dokąd? Czas akcji to na oko lata 60. - 70. Wiadomo, że w latach 50. miały miejsce jeszcze jakieś walki z Niemcami z użyciem broni atomowej w tle, co na pewno miało wpływ na wytworzenie się totalitarnego systemu w USA - i to właściwie tyle (to i tak o 100% więcej, niż dowiedziałam się w Drodze McCarthego na temat przyczyn apokalipsy). Chętnie przeczytałabym coś jeszcze rozgrywającego się w tym złowrogim uniwersum. Bachman/King napisał Uciekiniera dziejącego się w podobnych makabrycznych realiach, opartego na podobnym pomyśle (reality show, w którym tytułowy uciekinier musi przez 30 dni ukrywać się przed wszystkimi, w tym przed elitarną jednostką pościgową, gdyż wszyscy chcą go zabić), ale nie jestem pewna, czy akcja tej książki rozgrywa się w dokładnie tym samym świecie, co Wielki marsz

Mam tylko jedno malutkie zastrzeżenie - pod koniec akcja przyspiesza, pojawiają się przeskoki czasowe - jak dla mnie finał nastąpił trochę za szybko (czyżbym chciała dłużej napawać się cierpieniem uczestników?), ale w sumie i tak dobrze wiemy, co dzieje się w głowie Garratego. Generalnie jednak ta książka to prawdziwie poruszające arcydzieło i już wiem, że na pewno do niej wrócę. 5/5.


Czytałam Wielki marsz w pierwszym polskim wydaniu z 1992 roku. Przede wszystkim rzuca się w oczy wielkie nazwisko Kinga, pseudonim jest malutki i niemal schowany gdzieś poniżej. Bo King sprzeda się lepiej. Zresztą w nowym wydaniu jest tak samo. Ja osobiście uważam, że jeśli twórca zdecydował się napisać coś pod pseudonimem, to powinniśmy to uszanować, ewentualnie dodać prawdziwe nazwisko gdzieś obok, dokładnie odwrotnie niż na powyższym zdjęciu. Zastanawiacie się, co to za sznurki na książce? Moja biblioteka szyje w ten sposób wszystkie książki w miękkich okładkach, żeby zabezpieczyć je przed rozsypaniem. Pomysłowe, działa, ale za każdym razem mnie to bawi, w innych bibliotekach się z czymś takim nie spotkałam.


To wydanie ma swoje plusy: bardzo dogodne rozmieszczenie tekstu na stronie oraz wygodną, nieco zaokrągloną czcionkę. Dzięki temu dobrze mi się czytało i żałuję, że teraz już się tak nie wydaje...

poniedziałek, 11 września 2017

Nowe książki: trylogia Odrodzone królestwo, Elżbieta Cherezińska


W miniony weekend Empik znowu zaserwował nam promocję trzy książki w cenie dwóch. Zwykle staram się z niej skorzystać, bo to dobra okazja na uzupełnienie księgozbioru w dość rozsądnych cenach. Zaszalałam więc i kupiłam tę trylogię w twardych okładkach. Słyszałam o tych książkach wiele dobrego, jest to ponoć napisana z rozmachem i pełna intryg powieść historyczna z elementami fantasy, czyli coś, co może mi się bardzo spodobać. 


Tu zbliżenie na Tarkina.


I jeszcze całość leżąca na półce.

niedziela, 10 września 2017

47/2017 Brygady duchów, John Scalzi


Brygady Duchów to elitarne jednostki specjalne Kolonialnych Sił Obrony – ich żołnierze zostali stworzeni z DNA zmarłych. Wykorzystywani są w najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych misjach KSO. Są młodzi, silni, szybcy i pozbawieni skrupułów. 
Wszechświat jest dla ludzkości niebezpiecznym miejscem – a ma się stać jeszcze groźniejszy. Trzy obce rasy, z którymi ludzie starli się już wcześniej, zawarły sojusz, który ma powstrzymać kosmiczną ekspansję homo sapiens. Obcym pomaga renegat Charles Boutin, naukowiec, który poznał wszystkie największe tajemnice militarnego sukcesu KSO. By zwyciężyć, KSO muszą dowiedzieć się, dlaczego Boutin przeszedł na stronę wroga. 
Jared Dirac jest jedynym człowiekiem, który może znaleźć odpowiedź na to pytanie – jest nadnaturalną hybrydą, stworzoną na podstawie DNA Boutina. Mózg Jareda powinien móc uzyskać dostęp do elektronicznych wspomnień Boutina. Transplantacja pamięci kończy się fiaskiem i zostaje on przydzielony do Brygad Duchów. 
Na początku Jared wydaje się być doskonałym żołnierzem, kiedy jednak wspomnienia Boutina zaczynają w nim odżywać, intuicyjnie zaczyna rozumieć przyczyny jego zdrady. Zawzięcie polując na swojego „ojca”, musi również stawić czoło konsekwencjom swoich własnych wyborów. Czasu jest coraz mniej: sojusz trzech obcych ras przygotowuje ofensywę, a niektórzy z wrogów ludzkości szykują jej coś o wiele gorszego od zwykłej wojny...
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Brygady duchów technicznie rzecz biorąc są drugą częścią serii zapoczątkowanej książką Wojna starego człowieka, jednak ja będę uparcie odmawiać nazywania tego cyklem. Bardziej trafne jest stwierdzenie, że obie te powieści dzieją się w tym samym uniwersum. Brygady duchów są napisane lepiej, sprawniejszym językiem, mają bardziej przemyślaną strukturę, a główny bohater Wojny... pojawia się w nich dwa razy, i to ledwie wspomniany przez inne postaci. Spokojnie można byłoby przeczytać tę książkę bez znajomości poprzedniej i nic się nie straci, najważniejsze sprawy dotyczące świata przedstawionego są tu ponownie wyjaśnione.

No i przede wszystkim: Brygady duchów to książka pod każdym względem lepsza, z ciekawszym bohaterem, poruszająca bardziej interesującą tematykę (chociaż transfer świadomości i wszelkie problemy z nim związane nie są dla mnie jakoś szczególnie kontrowersyjne). Czyta się ją szybko i przyjemnie. To taka typowa dobra rozrywka w stylu science fiction: lekka, ale nie za głupia, angażująca, ale nie wymagająca całkowitego skupienia. Trochę nie kupuję technologii, wygląda bardziej na owoc wyobraźni autora niż na prawdopodobną wizję przyszłości. Autor próbuje tłumaczyć to przejęciem niektórych rozwiązań od obcych ras, ale nadal nie czuję się przekonana.

Historie Johna Scalziego są kameralne, skupione wokół osoby głównego bohatera. Na szczęście przez całą książkę przewija się motyw wojny z trzema rasami Obcych naraz, a pod koniec dostajemy zapowiedź czegoś jeszcze większego... Kosmiczne konflikty i klimat rasowej space opery - już nie mogę się doczekać i na pewno przeczytam dalszy ciąg.

Dużym minusem książki jest jej wydanie, a właściwie brak nowego wydania. Wojnę starego człowieka przeczytałam już w nowej szacie graficznej i w innym tłumaczeniu, Brygady duchów jeszcze nie doczekały się modernizacji. Może to właśnie przez odmienne tłumaczenia te dwie książki nie chcą mi się złożyć w spójny cykl? Jeśli wydawnictwo Akurat zdecyduje się wydać Brygady duchów w nowej wersji, to na pewno je kupię i przeczytam całość jeszcze raz.

Książkę oceniam na 4/5 i liczę na więcej akcji i rozmachu w przyszłości. Scalzi może nie dorówna Podlewskiemu, którego uwielbiam za Głębię, ale stać go na napisanie porządnej powieści science fiction, którą będę miała ochotę przeczytać.

czwartek, 31 sierpnia 2017

46/2017 Przedksiężycowi, Anna Kańtoch (tom II i III)



Oto świat składający się z wielu wersji. Większość wionie grozą przemijania. Ale jest też jedno wspaniałe, piękne oblicze. Niedoskonali mieszkańcy lądują w niszczejącej wersji, wybrani awansują. A nad wszystkim pieczę sprawują Przeksiężycowi. Oto świat, w którym nie ma miejsca na indywidualność. Wszystko podporządkowane jest sztuce... i chęci przetrwania Oto Lunopolis, gdzie mieszkańcy żyją chwilą, przerażeni wizją wyroku, który da im namiastkę szczęścia lub pogrąży w rozpaczy i entropii, gdzie naturalnym jest, iż ludzi w przeszłości, mimo że jeszcze nie umarli, bliscy uznają za martwych? 
Kim są Przedksiężycowi, istoty, które decydują o życiu i śmierci każdego istnienia? Od czego zależy śmierć lub życie każdego człowieka?
Odpowiedzi może być wiele...
Opis: lubimyczytac.pl
Na samym początku muszę się do czegoś przyznać: uwielbiam tak napisane książki. Te plastyczne opisy pozwalające mojej wyobraźni wejść na najwyższe obroty (widać tu postęp względem pierwszej części)... Bohaterowie mają mocno zarysowane charaktery i wyraźne motywacje. Fabuła opiera się na oryginalnych pomysłach, a schematy wykorzystuje w sposób twórczy. No i najważniejsze - wciąga tak, że nie sposób się oderwać.

Największą wadą Przedksiężycowych jest podzielenie ich na trzy części i wydanie osobno. Marzy mi się porządne, jednotomowe wydanie w większym formacie i twardej okładce, bo tak właśnie powinno się poznawać tę historię. Niestety nie miałam dostępu do wszystkich części naraz i tego żałuję, bo pierwszy tom trochę traci jeśli od razu nie przejdzie się dalej. Jest w nim za mało akcji, żeby uznać go za dobrze wyważoną całość. Drugi i trzeci czytałam już łącznie i moje wrażenia były o wiele lepsze. Nowe wydanie przydałoby się tym bardziej, że Fabryka Słów wypuściła tylko pierwszy tom w całkiem fajnej okładce. Wydawnictwo Powergraph wydało co prawda całość, ale z tym dziwnym mechanoidem przypominającym C3PO z Gwiezdnych Wojen, który to wcale a wcale mi się nie podoba, a Lunapolis w tle zupełnie nie przypomina tego, które sobie wyobrażałam.

Nie lubię zbyt przewidywalnych opowieści. Niektóre tropy są tak oczywiste, że udaje mi się odgadnąć ich rozwinięcie jak tylko się na nie natknę. Ale nie lubię też przesady w drugą stronę. Nie cieszy mnie kryminał, w którym mordercą okazuje się być osoba wspomniana raz w trzecim rozdziale, a żeby dostrzec jej wszystkie powiązania ze sprawą trzeba książkę przeczytać dziesięć razy. Przedksiężycowi to idealny kompromis pomiędzy tymi skrajnościami. Niektóre rozwiązania były dla mnie zaskakujące, a w przypadku innych domyślałam się w idealnym momencie, na zasadzie: o czyżby ten koleś był w to zamieszany? I po chwili okazywało się, że faktycznie był. Nie po połowie książki, ale właśnie po chwili, kilku- kilkunastu stronach, więc nie było to w ogóle męczące.

Ciężko byłoby napisać coś o fabule i rozwoju bohaterów nie posuwając się do zrobienia ogromnych spoilerów, pozostanę więc przy ogólnikach. Zaskoczyło mnie to, że autorka nie poszła w stronę romansu lub bliskiej współpracy Finnena i Kairy. Wręcz przeciwnie, ta dwójka oddala się od siebie coraz bardziej i trzyma się ze sobą raczej z konieczności, niż z sympatii. To poczucie coraz większego wzajemnego nieporozumienia potęguje jeszcze brak narracji z punktu widzenia Kairy - Poznajemy motywacje Finnena, ale poczynania dziewczyny wydają się być mocno niejasne. Zresztą dowiadujemy się o Kairze takich rzeczy, że przestaje się nam jawić jako kryształowo czysta postać o dobrych zamiarach... Zamotała nam tu autorka, i to w taki sposób, aby dać kilka odpowiedzi, ale też postawić wiele nowych pytań.

W drugim i trzecim tomie jest więcej Daniela Pantalekisa, pojawia się też inny statek kosmiczny wraz z załogą. Ucieszyły mnie te momenty, przypomniały o tym, że jest to science-fiction i to dziejące się w bardzo dalekiej przyszłości. Wielkim plusem książki jest wiszący nad Lunapolis klimat nieufności i niepokoju społecznego, który w pewnym momencie przeradza się w prawdziwą rebelię. Generalnie mam wrażenie, że nazwa Lunapolis sprawdziłaby się lepiej jako tytuł, to miasto odgrywa w powieści o wiele większą rolę niż ci tajemniczy Przedksiężycowi, o których ostatecznie prawie nic się nie dowiedzieliśmy.

Nagroda im. Zajdla, którą otrzymał pierwszy tom, jest tu jak najbardziej na miejscu, a ja osobiście rozciągnęłabym ją na całą książkę. Nie zauważyłam jakiś większych wad czy fabularnych głupotek, wręcz przeciwnie, Przedksiężycowi są tak spójni i logiczni, że niejedna powieść mogłaby się od nich uczyć. Samo zakończenie skojarzyło mi się z Mroczną Wieżą Kinga poprzez wykorzystanie motywu z pętlą czasu, co idealnie pasuje do miasta rozwarstwionego na wiele kopii istniejących w różnych czasach. Może w tym przypadku sprawdziła się zasada, że bardziej lubimy to, co już znamy, (a pierwszy tom dogłębnie przedstawił mi świat i postaci), ale kolejne części bardziej wypełnione akcją oceniam o wiele lepiej i daje im zdecydowanie zasłużone 5/5.

piątek, 25 sierpnia 2017

45/2017 Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach, Paweł Zych, Witold Vargas


Studiując rodzime baśnie, podania i legendy, odnosimy nieodparte wrażenie, iż nasi przodkowie kochali niesamowite opowieści. Przez setki lat historii naszego kraju powstał olbrzymi, barwny i ludny świat polskich wierzeń ludowych. Pięknie ilustrowany przez Pawła Zycha i Witolda Vargasa Bestiariusz jest skromną próbą zilustrowania tego bogactwa i ukazania choćby jego części współczesnemu Czytelnikowi. Zapraszamy do podróży śladami opowieści naszych przodków, mitów pełnych słowiańskiej magii tak rzadko obecnej we współczesnej polskiej kulturze.
Opis ze strony wydawnictwa
Książkę Bestiariusz słowiański pożyczyłam od koleżanki, która określiła ją mianem ciekawej bajki na dobranoc. Przeczytałam ją bardzo szybko i muszę stwierdzić, że koleżanka miała absolutną rację - jest to uroczy, pięknie ilustrowany leksykon wiedzy o nadprzyrodzonych istotach, w które wierzyli nasi przodkowie. 

Każdy potwór ma swój opis - krótszy, dłuższy, czasem zabawny, czasem trochę straszny - zależy to o stanie wiedzy na temat danego stwora i jego charakteru. W Bestiariuszu słowiańskim znajdziemy istoty wywodzące się z czasów rzymskich, a także potwory, w które wiara była powszechna jeszcze w XIX wieku, rozstrzał czasowy jest więc bardzo duży.

Książka ma format nieco większy niż standardowy i twardą okładkę, co sprawia, że idealnie nada się na prezent. No i do tego te wspaniałe ilustracje utrzymane w ciepłych żółciach, brązach i pomarańczach. Można nią obdarować właściwie każdego, kto wykazuje zainteresowanie tematem, począwszy od dziesięciolatków. Należy jednak pamiętać, że nie jest to kompletne kompendium wiedzy, a raczej wprowadzenie mające wprowadzić w temat zainteresowanego laika. To właśnie jest mój największy zarzut: za duża skrótowość. Taka ilość informacji spokojnie wystarczy dzieciom, ale ja chciałabym czegoś więcej: niekoniecznie opracowania naukowego, ale tak powiedzmy dwukrotnie dłuższego tekstu przy każdym potworze. Wtedy dałoby się tę książkę bardziej czytać, a nie tylko oglądać. Moja ocena to 4/5. Cieszę się, że tematy dotyczące naszej przedchrześcijańskiej przeszłości przebijają się coraz bliżej głównego nurtu, jednak nie kupiłabym dla siebie tej konkretnej książki, a inne pozycje z tej serii przeczytam tylko wtedy, kiedy przypadkiem wpadną mi w ręce.

Poniżej kilka ilustracji z Bestiariusza słowiańskiego, w końcu są one mocną stroną tej książki, więc szkoda byłoby ich nie pokazać:


Bies wygląda jak żywcem wyjęty z Wiedźmina 3, taka wielka leśna bestia.


Zdarzają się też o wiele ładniejsze istoty...


Kotokształtny chochlik, tego jeszcze nie widziałam.


Węże były ważnymi zwierzętami dla naszych przodków, zapewniały szczęście i bogactwo (poza tym tępiły myszy, więc czasem były po prostu hodowane w domach).

środa, 23 sierpnia 2017

44/2017 Rozgrywka Cienia, Tad Williams (Marchia Cienia tom II)


Mrok wypełzł zza dotychczasowej granicy i armia Ludzi Zmierzchu podeszła pod Zamek Marchii Południowej. Tymczasem książę Barrick, nękany do obłędu koszmarnymi snami, dotknięty zaklęciem bezwzględnej pani Yasammez, przekroczył Granicę Cienia. Tam przyszło mu się zmierzyć z istotami dziwniejszymi i straszniejszymi niż sama śmierć... Księżniczka Briony zaś, która musiała uciekać z zamku, po wielu niebezpieczeństwach dzięki pomocy leśnej boginki przystała do trupy aktorskiej. Na całym kontynencie mieszają się różne grupy interesów, w grę wchodzą starożytne artefakty obdarzone niewyobrażalną mocą i na dodatek budzą się uśpieni dotąd bogowie. Świat się zmienia...
Opis z okładki książki. 
To dość rzadko spotykane, ale tym razem tom drugi okazał się być lepszy niż pierwszy - tylko trochę, ale to już coś. Akcja już się nie ślimaczy, chociaż nie jest też jakoś specjalnie dynamiczna. Wszystko ładnie się rozwija i mam tylko jedno pytanie - czy nie mogło być tak od samego początku?

Wszyscy bohaterowie zmieniają swoje miejsce pobytu, a także ładnie rozwijają się jako postaci, dzięki czemu możemy ich jeszcze lepiej poznać i zrozumieć. Ucieszyłam się, że kilka postaci z drugiego planu dostało więcej czasu antenowego, co wyszło na dobre całej opowieści. O fabule nie chcę pisać, bo byłby to jeden wielki spoiler. No, może tylko stwierdzę, że jest satysfakcjonująca. Absolutnie niesatysfakcjonujące są za to miliony klisz i schematów dosłownie wylewających się z Rozgrywki Cienia. Wiem, że to jest klasyczne high fantasy, które na schematach bazuje, ale na wszystkich kocich bogów, nie uwierzę, że nie dało się tego zrobić lepiej. Jednym z głównych wyróżników dobrego fantasy jest udane światotwórstwo, które czasem Williamsowi wychodzi (tu za przykład podam chociażby lud Muskających Wodę, hybrydę ludzi i płazów z błoną pławną pomiędzy palcami, żyjący nad morzem i zajmujący się wszystkim związanym z wodą), a czasem jest tak bardzo odtwórcze, że szkoda gadać (zimna Północ, gorące Południe; lud o zwyczajach żywcem ściągniętych od Arabów i przedstawiciel tegoż ludu, który uważa, że kiedy kobieta na niego patrzy jest to równoznaczne z zaproszeniem do łóżka; dwie homoseksualne postaci, które są aktorami, no bo przecież to artyści, im wolno, a wśród przedstawicieli innych grup społecznych homoseksualizmu nie ma). Sporo było tych negatywnych przykładów, o wiele za dużo. A przecież można wykorzystać ograne motywy w kreatywny sposób, czego przykładem tutaj są czarodziejskie lustra, które bardzo przypadły mi do gustu.

Ogólnie jestem zadowolona, że postanowiłam przeczytać tę serię. Co prawda to dopiero połowa, ale mam przeczucie, że dalej będzie jeszcze lepiej. Oceniam Rozgrywkę Cienia na 3/5, bo mimo wszystko poprawa względem pierwszego tomu nie była aż tak znaczna.


To Anakin w towarzystwie pierwszego tomu. Powinnam wstawić to zdjęcie w poprzedniej recenzji, ale kompletnie o nim zapomniałam... Moja śliczna zakładka z góralskim wzorem już nie żyje, rozwaliłam ją niedługo potem.

czwartek, 17 sierpnia 2017

43/2017 Biała noc, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom IX)


Poznajcie Harry’ego Dresdena, pierwszego (i jedynego) chicagowskiego maga-detektywa. Okazuje się, że w naszym zwykłym świecie wprost roi się od niezwykłych, magicznych istot, które najczęściej mają z ludźmi na pieńku. I tu na scenę wkracza Harry. 
Zaniepokojona serią domniemanych samobójstw policja wzywa na pomoc Harry’ego, który na miejscu zbrodni natychmiast trafia w dziesiątkę i odkrywa magiczną skazę, której nie można z niczym pomylić. Znajduje również przeznaczoną dla niego wiadomość, która nie jest bynajmniej sympatyczna. Zabójstwa będą trwały, dopóki Harry nie zdoła powstrzymać swojego dręczyciela – tymczasem wszystkie poszlaki prowadzą do jego przyrodniego brata, co zupełnie nie ma sensu. 
Tak się nieszczęśliwie składa, że w toku śledztwa Harry ściąga sobie na kark bandę wampirów żywotnie zainteresowanych wynikami dochodzenia. Wkrótce okazuje się, że wszyscy jego przeciwnicy mają przewagę liczebną i siłową, on zaś zostaje wystawiony na groźne pokusy. Jeśli zawiedzie, jego przyjaciele zginą.
Opis fabuły ze strony wydawnictwa
To już dziewiąty tom przygód Harry'ego Dresdena. Trudno uwierzyć, że od wydarzeń z pierwszej części minęło już dziesięć lat. Trochę nie czuć tego upływu czasu, bo książki koncentrują się na wydarzeniach dziejących się w ciągu kilku-kilkunastu dni i rzadko kiedy wspominają o tym, co Harry porabia w międzyczasie. W tym tomie pojawia się retrospekcja opisująca pewien epizod z wojny pomiędzy Białą Radą a Czerwonym Dworem wampirów, ale jest to pierwszy tego typu zabieg w całym cyklu. Szkoda, ja chętnie poczytałabym trochę o codziennym życiu Harry'ego i jego zwykłych detektywistycznych zleceniach, podczas których nie musi ratować świata.

Biała noc to historia fabularnie prosta: ktoś zabija obdarzone mocą kobiety tak, żeby wyglądało to na samobójstwo, a Dresden z pomocą swojej pierwszej dziewczyny, która również została magiem-detektywem, oraz Karin Murphy musi złapać sprawcę. Sytuację komplikuje fakt, iż to on sam jest przez niektórych podejrzewany o te zbrodnie, a i jego brat zachowuje się dziwnie i ma jakieś sekrety... Całość kończy się bardzo widowiskowo wielką bitwą pomiędzy magami, wampirami z Białego Dworu, gangsterami i ghoulami. Ale to nie walka jest tu najważniejsza, lecz sam Harry i jego relacje z innymi bohaterami (zwłaszcza z bratem). Według mnie to najmocniejszy punkt cyklu, a w tym tomie dostałam szczególnie dużo takich wątków. Postać pierwszej dziewczyny Dresdena nie wzbudziła u mnie większych emocji, bo jej nie znam, a nie była tak mistrzowsko napisana, że zaczęłoby mi na niej zależeć po kilku stronach. Ot, taki miły dodatek przybliżający czytelnikowi młodość Harry'ego. Ale z całą resztą jestem już naprawdę dobrze zżyta i śledzenie ich losów sprawia mi dużą przyjemność.

W Białej nocy swój finał ma ciągnący się od kilku tomów wątek zmagań Harry;ego z siedzącym w jego głowie demonem. Nigdy nie wysuwał się on na pierwszy plan, ale był niezmiernie interesujący: gdyby demonowi udało się skusić Harry'ego do przyjęcia mrocznej mocy, jego przyjaciel Michael należący do chrześcijańskiej organizacji Rycerzy Miecza miałby obowiązek natychmiast go zabić. Trudna sytuacja, ale na szczęście autor wybrnął z niej całkiem zgrabnie: oddalił niebezpieczeństwo od naszego ulubionego maga, a jednocześnie pozostawił pewien smutek.

Ta część Akt Harry'ego Dresdena jest udana i nie ma większych wad. Oceniam ją na 4/5, bo choć to sympatyczna opowieść, to niestety nie ma tego czegoś, co wyniosłoby ją ponad dobre czytadło.

PS Oglądałam serial Akta Dresdena, nie za bardzo polecam, chyba że jako tło do prasowania, czy coś w tym stylu. 

wtorek, 8 sierpnia 2017

42/2017 Czarna kolonia, Arkady Saulski (Kroniki Czerwonej Kompanii tom I)


W niedalekiej przyszłości korporacje przejmują kontrolę nad podbojem kosmosu. Trwa terraformacja i kolonizacja Marsa, na planetę przybywają zespoły naukowców, osiedleńcy i... najemnicy, zbrojne ramię wielkich firm. Postęp technologii, nowe odkrycia, zmiana czerwonej marsjańskiej pustyni w urodzajne terytorium - to wszystko zdaje się spełnieniem marzeń ludzkości o nowym wspaniałym świecie, w którym każdy znajdzie swoje miejsce - tak przynajmniej wyglądają reklamy emitowane przez korporacje, które kontrolują planetę i procesy osiedleńcze. Co naprawdę dzieje się na Czerwonej Planecie? Ilu najemników i ile broni sprowadziły tam wielkie firmy? I najważniejsze - w jakim celu? Co takiego jest na Marsie, że najpotężniejsze korporacje chcą położyć na tym łapę? Wkrótce rozpęta się walka, bezpardonowa i krwawa, w której stawką jest przyszłość całej ludzkości.
Opis fabuły z okładki książki. 
Nudne to i głupie, 1/5. Dziękuję, dobranoc.

Nie no, napiszę coś jeszcze o książce, którą kupiłam za 5 zł i teraz szkoda mi tych wydanych pieniędzy. Już nie chodzi o to, że terraformacja Marsa w niej opisana poraża swoją skrajną głupotą (skąd się tam wzięły jakieś nowe pierwiastki i duże zwierzęta po zaledwie kilkudziesięciu latach działalności człowieka?). Nie chodzi nawet o kartonowe postaci zbudowane z samych stereotypów ani o pasjonujące inaczej opisy kul przeszywających ludzkie ciała. Ani o wielkie złe korporacje. To po prostu tak strasznie przeciętna książka, którą tak na dobrą sprawę mógłby napisać każdy z nas. Serio, wystarczyłoby tylko wybrać ulubiony gatunek i sklecić jakąś schematyczną fabułkę z elementami, na których dobrze się znamy (widać, że autor zna się na militariach), a później wysłać to do wydawnictwa i czekać na swoja książkę. Nie bronię nikomu wydawać swojej twórczości, ale amatorszczyzna nie jest tym, czego szukam w literaturze. Pragnę czytać książki prawdziwych pisarzy, którzy operują słowem o niebo lepiej ode mnie. 

Tak naprawdę w Czarnej kolonii podobał mi się jeden jedyny element: pewien żołnierz o ksywie Panda miał to sympatyczne biało-czarne stworzonko wymalowane na hełmie. To miła odmiana po tych wszystkich typowych czaszkach i drapieżnikach. Podobno druga część cyklu jest lepsza (obstawiam, że będą się w niej tłukli z kosmitami, skoro pod koniec książki udało się nawiązać z nimi kontakt przez wrota) i może kiedyś ją przeczytam. Może.

sobota, 29 lipca 2017

41/2017 Piąta fala. Ostatnia gwiazda, Rick Yancey (Piąta fala tom III)

 
Ostatni tom elektryzującej trylogii Piąta fala! Zostały cztery dni. Potem z powierzchni Ziemi zniknie wszelki ślad po człowieku. Ucieczka i ukrywanie się nie mają już sensu. Jedyną szansą dla ludzkości jest podjęcie nierównej walki z wrogim najeźdźcą. Tylko kim naprawdę jest nieprzyjaciel? Czy bohaterom uda się wypełnić ryzykowną misję? I jaką rolę w ratowaniu świata odegra Cassie? Odliczanie właśnie się rozpoczęło.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Wróciłam do tego cyklu tylko dlatego, że moim najnowszym postanowieniem jest zakończyć rozpoczęte serie - te, które uznam za warte doczytania. Trzeci tom Piątej fali załapał się ledwo, ledwo, i to tylko dlatego, że byłam ciekawa, czy najgłupsi kosmici we Wszechświecie poradzą sobie z podbojem Ziemi.

Będę trochę spoilerować, ale niestety bez tego nie dam rady wylać wszystkich moich żali nad tą książką. Oczywiście okazało się, że najlepszym sposobem na pozbycie się kosmicznych najeźdźców jest ten z Dnia Niepodległości (oczywiście mówię o oryginale z lat 90., ta ostatnia kontynuacja to porażka): wystarczy wysadzić statek-matkę i problem znika. Niestety bohaterowie Piątej fali nie dysponują bombą z zapalnikiem czasowym, więc ktoś musi się poświęcić. I tu między innymi wychodzi mój największy problem: nadmierny patos i wymuszanie wzruszenia. W pewnych momentach czułam, jakby autor krzyczał do mnie: WZRUSZ SIĘ, PRZECIEŻ TO TAKIE SMUTNE I PODNIOSŁE, MUSISZ PŁAKAĆ! Niestety, nie ze mną te numery. Owszem, przy niektórych książkach zdarza mi się uronić łzę (ewentualnie całe wiadro), ale na pewno nie są to pozycje pełne fraz jak ze stereotypowego Cohelho: Teraz to ja jestem ludzkością albo Musimy kochać, żeby ich pokonać (cytaty niedosłowne, nie chce mi się szukać właściwych, ale sens jest zachowany).

Druga wielka wada cyklu to kosmici. Podobno przylecieli uratować Ziemię przed zniszczeniem przez ludzi. Ładne mi to ratowanie, olbrzymie tsunami i bombardowanie z orbity na pewno nie zaszkodziły naszej planecie, co nie? Nie kupuję też polityki przerabiania dzieci na żywe bomby i wysyłania ich do skupisk ludzkich. Niby miało to sprawić, że ludzie przestaną sobie ufać i przez to nie będą w stanie odbudować cywilizacji, ale ja widzę tu też wymuszony dramatyzm: małe, niewinne dzieciątka eksplodują jak kamikaze, to takie WZRUSZAJĄCE! Właściwie nie wiadomo też do końca, czy na Ziemię przybyli prawdziwi kosmici, czy tylko ich elektroniczne wersje wgrywane w ludzkie ciała. Może i autor to jakoś wyjaśnił, ale pod koniec książki było mi tak bardzo wszystko jedno, że nie pamiętam już takich szczegółów.

Znalazłam jednak kilka pozytywów. Postaci były napisane całkiem w porządku, po bardzo długiej przerwie pomiędzy tomami nadal pamiętałam kto jest kim i co mniej więcej wcześniej robił. Pochwalę też obycie autora w tematach militarnych. Niestety często brak wiedzy i jakaś niechęć do researchu jest widoczna u kobiet piszących coś zahaczające o wojnę czy kosmos (np. bohaterowie lecą statkiem kosmicznym, ale o jego napędzie czy uzbrojeniu to już autorka nie wspomnie, bo po co). Miło jest poczytać o czymś, na czym autor się zna albo włożył w przygotowanie do pisania książki trochę wysiłku i się dowiedział. Doceniam też próbę poruszenia trudnego tematu, jakim jest używanie dzieci jako żołnierzy na wojnie. Młodzi ludzie są bardzo podatni na propagandę i manipulację i niestety różne ugrupowania to wykorzystują do dnia dzisiejszego.

Piąta fala dostanie ode mnie smutne 2/5. Nie była to całkowita strata czasu, ale zupełnie nic by się nie stało, gdybym nie przeczytała tej trylogii.

Nowa książka: George Lucas. Gwiezdne Wojny i reszta życia, Brian Jay Jones


Wcale nie żałuję małych księgarni. Jedna taka w moim mieście zamknęła się jakiś miesiąc temu. Nie jest mi jej szkoda bo wiem, że nie ma szansy, żebym kupiła w niej tę książkę w cenie mniejszej niż okładkowa (czyli niecałe 55 zł). Ich rolę bardzo szybko przejęły dyskonty; książki w Biedronce, Lidlu czy Media Markcie nikogo już nie dziwią. I w ten oto sposób podczas przypadkowego wypadu do Biedry nabyłam tę biografię w twardej oprawie za rewelacyjną moim zdaniem cenę niecałych 28 złotych. Tyle powinny kosztować książki zawsze, bo nie wierzę, że wydawnictwu to się nie opłaca. 

Moja kupka nieprzeczytanych znowu wzrosła do pięciu... Już miałam nadzieję, że uda mi się wyjść na zero z papierowymi książkami i zabrać się za powtórki (Saga o Wiedźminie patrzy na mnie z półki już od ponad roku i czuję, że właśnie nadchodzi na nią czas). Zwykle wybieram książki za pomocą wyliczanki, ale coś mi się wydaje, że biografia Lucasa może mi się wepchnąć bez kolejki :)

Bonusowo dodam jeszcze historię o Anakinie-złodzieju w trzech aktach:





wtorek, 25 lipca 2017

40/2017 Marchia Cienia, Tad Williams (Marchia Cienia tom I)


Przez wieki zasnuta mgłą Granica Cienia oddzielała ziemie ludzi od utraconych przez nich w wielkiej wojnie północnych terytoriów zamieszkanych przez tajemniczych Quarów. Nikt, kto przekroczył granicę, nie wrócił… Teraz zaś niepokojące pasmo mgły zaczęło zagarniać południowe tereny. 
Tymczasem panująca w Marchii Południowej rodzina królewska przeżywa kryzys: prawowity władca, Olin, przebywa w niewoli, książę regent zostaje zamordowany, a jedynymi pretendentami do tronu i obrońcami królestwa są królewskie bliźnięta, niepełnosprawny Barrick i jego siostra Briony. Narasta chaos i poczucie zagrożenia, tym bardziej, że Quarowie to nie jedyne niebezpieczeństwo. Za inną granicą czai się żądny władzy autarcha, ciemiężca Olina. Zło i zdrada, jak się wydaje, czyhają wszędzie…
Opis fabuły z okładki książki. 
Miałam z tą książką problem - ona po prostu nie chciała się zacząć. Czytam, czytam i nic się nie dzieje. Dwie trzecie Marchii Cienia to rozbudowana ekspozycja i przedstawienie postaci. Nie mam nic przeciwko takim zabiegom, wręcz uwielbiam jak świat jest rozbudowany, no ale błagam, tego nie robi się w takim stylu. Tad Williams pisze bardzo klasyczne high fantasy, więc nie znajdziemy tu scen pełnych przemocy i seksu, a i język powieści nie jest jakiś nowatorski. Mimo wszystko sądzę, że dałoby się napisać całość bardziej dynamicznie. Tak dla porównania: gdyby Władca Pierścieni był utrzymany w tym stylu, to pierwszy tom skończyłby się opuszczeniem przez Froda Bag End i pierwszym spotkaniem Upiorów Pierścienia.

Pierwsza część cyklu Marchia Cienia została wydana w 2004 roku i zdradza niepokojąco wiele wspólnego z wydaną w 1996 roku Grą o tron:

- magiczni Biali Wędrowcy żyjący za Murem stanowiący zagrożenie dla ludzi vs. magiczny lud różnych dziwadeł żyjący za Granicą Cienia stanowiący zagrożenie dla ludzi,

- wydarzenia w Westeros opisywane z perspektywy różnych postaci vs. wydarzenia w Marchii Południowej opisywane z perspektywy różnych postaci,

- dziewczyna z dziwnym imieniem (Daenerys) na innym kontynencie zmuszona do małżeństwa wbrew jej woli, która odegra dużą rolę w przyszłej fabule vs. dziewczyna z dziwnym imieniem (Qinnitan) na innym kontynencie zabrana do haremu władcy wbrew jej woli, która odegra ważną rolę w przyszłej fabule,

- południowy mistrz walki Areo jako strażnik na dworze Martellów vs. południowy mistrz walki Shaso jako dowódca na dworze Eddonów.

I na pewno znalazłoby się jeszcze mnóstwo różnych drobnych podobieństw, ale akurat to nie przeszkadzało mi za bardzo w trakcie czytania, w końcu wszyscy twórcy w mniejszym czy większym stopniu korzystają z już istniejących pomysłów i motywów. Styl obu tych książek jest zresztą na tyle odmienny, że nie da się tego uznać za plagiat.

Marchia Cienia ma za to o wiele więcej magii niż Pieśń Lodu i Ognia. Smoków co prawda nie było (jedynie jakiś stwór na kształt wiwerny), ale za to znalazło się miejsce na lud Funderlingów, czyli wcale-nie-krasnoludów: są to niskie ludziki, które mieszkają pod ziemią i zajmują się górnictwem, kamieniarką i obróbką kamieni szlachetnych. Są też Dachowcy, czyli jeszcze mniejsze ludziki mieszkające na dachach i używające szczurów w charakterze wierzchowców. Wszyscy wrogowie zza Granicy Cienia to mniej lub bardziej humanoidalne długowieczne istoty, na pewno część z nich można określić mianem elfów. Czarodziei jak dotąd nie stwierdzono (za to jest jeden całkiem ciekawy uczony medyk), ale kto wie, może pojawią się w kolejnych tomach.

Najciekawszymi postaciami są chyba Briony i Barrick, piętnastoletnie bliźnięta. Nieoczekiwanie to oni zostają regentami królestwa stojącego na krawędzi wojny. Na początku Briony wydawała się być rozsądna, ale szybko się to zmieniło. Na propozycję małżeństwa niosącego ze sobą całkiem spore korzyści strategiczne reaguje wręcz alergicznie, chociaż od dziecka widziała, że jako księżniczka nie wyjdzie za mąż z miłości. (Swoją drogą czy córki króla nie powinno się nazywać królewną? W książce była księżniczką, ale jakoś nie do końca mi to pasowało.) Potem zachowuje się jeszcze dziwniej: po przejęciu władzy zaczyna ubierać się w męskie stroje, bo wydaje jej się, że tylko tak arystokraci będą ją szanować. Mam wrażenie, że autor chciał z niej zrobić silną postać kobiecą, ale nie za bardzo wiedział jak się do tego zabrać. Umieścił w książce kilka naprawdę słabych i nieco żenujących fragmentów z założenia feministycznych, ale niestety feminizm nie polega na tym, że piętnastolatka narzeka na to, że wychowywano ją inaczej niż brata i przebiera się za mężczyznę - przynajmniej ja tak uważam. Ok, ceremonialne suknie były niewygodne i sztywne, ale o wiele lepiej wyglądałoby, gdyby Briony kazała uszyć sobie nową kieckę odzwierciedlającą jej charakter. Nie zaszkodziłoby jej też skupienie się na własnych atutach i ich rozwijanie zamiast marudzenia o tym, jaki to świat jest niesprawiedliwy dla kobiet.

Za to Barrick w trakcie trwania fabuły zmienił się na plus. Na początku miałam go za żałosnego emo chłopca użalającego się nad sobą z powodu niepełnosprawności (ma niesprawną rękę), który ma gdzieś fakt, że urodził się w rodzinie królewskiej, niczego mu nie zabraknie, może nie będzie rycerzem, ale może wykształcić się w dowolnej interesującej go dziedzinie i zostać doradcą starszego brata. Albo pić, biesiadować i uganiać się za dziewkami, gdyby miał na to ochotę. Ale potem autor nadaje tej postaci trochę głębi, na jaw wychodzą dręczące chłopaka wizje i powoli rozwijająca się choroba psychiczna. Barrick lepiej niż siostra rozumie też rolę regenta i decyduje się jechać na wojnę jako symbol władzy i pocieszenie dla ludu - chociaż przez niepełnosprawność praktycznie nie może walczyć i bardzo naraża swoje życie. Takiego Barricka kupuję i chcę dalej śledzić jego losy.

Ze względu na ten bardzo rozwlekły początek książkę czytało mi się dość źle i w pewnym momencie stwierdziłam nawet, że mam gdzieś dalszy ciąg i nie kończę tej serii. Jednak udana końcówka na tyle podwyższyła poziom całości, że ostatecznie Marchię Cienia oceniam na 3/5 i nawet przyniosłam już z biblioteki następny tom.

sobota, 15 lipca 2017

39/2017 Dowody winy, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom VIII)



Poznajcie Harry’ego Dresdena, pierwszego (i jedynego) chicagowskiego maga-detektywa. Okazuje się, że w naszym zwykłym świecie wprost roi się od niezwykłych, magicznych istot, które najczęściej mają z ludźmi na pieńku. I tu na scenę wkracza Harry. 
Magowie z Białej Rady nie przepadają za nim, uważają bowiem – nie bez przyczyny – że jest bezczelny i niezdyscyplinowany. Po tym jednak, jak wojna z wampirami nieco przerzedziła ich szeregi, Harry jest im najzwyczajniej w świecie potrzebny. Dlatego właśnie w okamgnieniu zostaje przydzielony do zbadania pogłosek o czarnej magii. 
Jego drugim problemem jest córka starego przyjaciela, która zdążyła dorosnąć i wpakować się w problemy po uszy. Jej chłopak upiera się, że nie ma nic wspólnego ze zbrodnią jakby żywcem wyjętą z krwawego horroru. Pierwsze wrażenie okazuje się… całkiem trafione, o czym Harry przekonuje się, natrafiwszy na ślad złych istot żywiących się strachem. Wszystko to składa się na pracowity dzień dla maga, jego psa i gadającej czaszki imieniem Bob.
Opis fabuły ze strony wydawnictwa.
W przypadku ósmej już części Akt Harry'ego Dresdena mogłabym pójść na łatwiznę i sklecić tę recenzję z kawałków poprzednich, bo w Dowodach winy nie zaszła jakaś istotna zmiana jakościowa. Nadal jest Chicago, czary, ci źli i Harry, miejski mag, który musi wszystkich uratować Jak zwykle jesteśmy świadkami szybkiej akcji i ciekawych wydarzeń (ożywione postaci z filmów grozy wychodzą z ekranu i atakują ludzi na konwencie fantasy - czyż to nie jest świetne?), ale oprócz tego standardu znalazłam coś jeszcze lepszego. Jakoś tak się składa, że najlepiej czyta mi się te fragmenty cyklu, które skupiają się na relacjach Harry'ego z innymi bohaterami i w tym tomie było tego naprawdę dużo: Karrin Murphy, Thomas, rodzina Carpenterów Sam Harry również się trochę rozwinął. Dokładnie to lubię i w kolejnych tomach oczekuję więcej.

Podoba mi się też coraz śmielsze wyciąganie wątku wojny wampirów i Białej Rady czarodziejów bliżej pierwszego planu. Czuć, że kroi się niezła rozróba i w sumie nie mogę się już jej doczekać. Rzucę teraz małym spoilerem: Harry Dresden przyjmuje uczennicę i w następnej części musi, no ale to po prostu musi być dokładnie opisane jej szkolenie. Uwielbiam motyw nauki magii i relacji mistrz - uczeń. Może to i nieco wyświechtane, ale zawsze sprawia mi czytelniczą przyjemność - tak jak motyw pierwszego kontaktu z obcą cywilizacją w science-fiction.

Po lekturze pierwszych tomów bałam się trochę, że autor pójdzie w cały świat i nawymyśla tyle dziwności, że nie złożą mu się ładnie do kupy i nie stworzą spójnego uniwersum. Teraz mogę z całą stanowczością stwierdzić, że żadna z moich obaw się nie sprawdziła. Jim Butcher bardzo ładnie wykorzystuje postaci i wydarzenia z wcześniejszych tomów do zmontowania misternej intrygi przewijającej się przez cały cykl. I co najlepsze: wszystko wskazuje na to, że ta cała intryga dopiero się rozkręca i doczekamy się jeszcze czegoś spektakularnego. 

A teraz szybkie podsumowanie: Dowody winy dostają 4/5 i stwierdzam, że Akta Dresdena z czasen nabierają pewnej jakości i rozmachu. Będę czytać dalej, i to już niebawem. 

piątek, 7 lipca 2017

38/2017 Ostre cięcia, Joe Abercrombie


Ostre cięcia to zbiór nagradzanych historii i nowych opowiadań mistrza mrocznej fantasy, Joego Abercrombiego. Przemoc szaleje, zdrada rozkwita, a słowa są równie śmiercionośne jak oręż w tej galerii zakulisowych rozgrywek, pobocznych historii i zaskakujących zakończeń. 
Unia jest pełna drani, ale tylko jeden z nich uważa, że jest w stanie samodzielnie odnieść zwycięstwo, gdy nadciągają Gurkhulczycy: niezrównany pułkownik Sand dan Glokta. 
Curnden Gnat i jego drużyna wyruszają za Crinnę, by odzyskać tajemniczy przedmiot. Jest tylko jeden kłopot: nikt nie wie, czego właściwie szukają. 
Shevedieh, najlepsza złodziejka w Styrii, miota się między kolejnymi wpadkami i katastrofami u boku swojej najlepszej przyjaciółki, a zarazem najgorszego wroga: Javre, Lwicy z Hoskoppu. 
A po latach rozlewu krwi pełen ideałów wódz Bethod rozpaczliwie pragnie zaprowadzić pokój na Północy. Stoi mu na drodze tylko jedna przeszkoda – jego własny obłąkany podwładny, najgroźniejszy człowiek na Północy: Krwawa Dziewiątka…
Opis: lubimyczytac.pl
Zaczynałam czytać ten zbiór opowiadań z dużym zainteresowaniem, bo lubię autora i mam sentyment do uniwersum Pierwszego Prawa. Spodziewałam się powrotu do znajomych miejsc i bohaterów. Owszem, dostałam to, ale nie jestem do końca usatysfakcjonowana.

Opowiadania są do siebie podobne pod względem stylu, który można określić mianem typowego Abercrombiego. Nie znajdziemy tu niczego innowacyjnego, jedynie te elementy, które dobrze już znamy z jego wcześniejszych książek. Dobre wrażenie wywarły na mnie opowiadania z udziałem Sanda dan Glokty tuż przed dostaniem się do niewoli oraz z Logenem Dziewięciopalcym tuż przed kłótnią z Betholdem, królem Północy. Znałam już ich dalsze losy, a nowe opowieści dostarczyły szerszego tła tym postaciom.

Najlepsze wydały mi się jednak opowiadania o całkiem nowych bohaterkach: złodziejce Shev i zbiegłej ze świątyni kapłance-wojowniczce Jarve, które wnoszą do całej książki powiew świeżości. Ich historia jest najdłuższa - to aż pięć połączonych ze sobą opowiadań rozrzuconych po Ostrych cięciach. Pozwala to w jakiś sposób przejąć się ich losami, bo reszta opowiadań jest żałośnie krótka. To boli, zwłaszcza, że Abercrombie o wiele lepiej sprawdza się w długich historiach. 

Poszczególne opowiadania czytało mi się dobrze, ale książka jako całość nie wciągnęła mnie jakoś szczególnie mocno i robiłam sobie długie przerwy. Czy Ostre cięcia rzeczywiście były niezbędne? Nie wiem, ale sądzę, że przynajmniej część opowiadań spokojnie można było wykorzystać w poprzednich częściach i mogą być to jakieś rozbudowane odrzuty, które wyleciały z oryginalnych wersji po korekcie. Jednocześnie nie mam wrażenia, że był to tylko skok na kasę, a raczej pełnoprawny dodatek do głównego cyklu, który ucieszy prawdziwych fanów. Ja jednak nie jestem hardkorową fanką, bo oceniam książkę na 3/5 i spokojnie mogłabym się bez niej obyć.

Recenzje innych książek autora znajdują się tutaj

Nowa książka: Ambasadoria, China Miéville


Po przeczytaniu dwóch książek tego autora (dobre Miasto i miasto oraz świetny Kraken) nie wahałam się zbyt długo nad zakupem wypatrzonej w okazyjnej cenie Ambasadorii. Tym razem jest to opowieść w klimatach sf, ciekawe, bardzo ciekawe co też pan Miéville tym razem wymyślił. Oprócz niej mam na półce jeszcze cztery nieprzeczytane książki, więc nie wiem czy wezmę się za nią tak od razu, ale na pewno nie będzie czekać na swoją kolej dłużej niż kilka miesięcy. Kiedyś książki stały u mnie po dwa lata, ale staram się z tym walczyć i jako tako mi to wychodzi.

czwartek, 29 czerwca 2017

37/2017 Karmazynowa korona, Cinda Williams Chima (Siedem Królestw tom IV)


Tysiąc lat temu dwoje młodych kochanków zostało zdradzonych - dla Algera Waterlowa oznaczało to śmierć, dla Hanalei, królowej Fells, życie bez miłości. Teraz ponownie królestwo Fells zdaje się drżeć w posadach. Młoda królowa Raisa ana'Marianna ma poważne problemy z utrzymaniem pokoju nawet w murach własnego zamku. Napięcia między czarownikami a klanami sięgnęły zenitu. W sytuacji, gdy sąsiednie królestwa próbują wykorzystać wewnętrzne waśnie w Fells do własnych celów, Raisa liczy na zjednoczenie swojego ludu przeciwko wspólnemu wrogowi. Jednakże równie groźnym przeciwnikiem może być ten, którego królowa darzy uczuciem.  
Poruszanie się wśród meandrów polityki nigdy jeszcze nie było tak niebezpieczne, a dawny herszt ulicznego gangu Han Alister wydaje się wzbudzać wrogość zarówno klanów, jak i czarowników. Jego jedynym sojusznikiem jest Raisa. Han nie potrafi oprzeć się uczuciom wobec niej, choć wie, że to igranie z ogniem. Niebawem Han odkrywa tajemnicę, uważaną za dawno zapomnianą - informację o takiej mocy, że może zjednoczyć ludność Fells. Czy zabierze ten sekret do grobu, nie zdążywszy go wykorzystać? Wstrząsająca prawda przysłonięta powtarzanymi przez tysiąc lat kłamstwami w końcu wychodzi na jaw w tym błyskotliwym zakończeniu serii o Siedmiu Królestwach. 
Opis fabuły z lubimyczytac.pl
Karmazynowa korona to już ostatnia część cyklu fantasy Siedem Królestw. Całość trzyma równy, średni poziom, ale zakończenie wyróżnia się na plus. Więcej tu akcji, intryg, polityki i poczucia zagrożenia - chociaż to ten typ książki, w którym wiesz, że głównym bohaterom nic złego nie może się stać. 

Lubię fantasy i jakoś temu gatunkowi jestem w stanie wybaczyć więcej. Dlatego pal licho nieporadność Raisy jako królowej i pobieżne traktowanie wątków politycznych. Jest magia, zaklęcia i potężne artefakty i to w sporej ilości, gdyż Han Allister zostaje Wielkim Magiem, a później szuka legendarnego skarbca Królów Obdarzonych Mocą. To moje ulubione momenty cyklu. Do tego dodać trzeba najazd południowych władców, którzy wyczuli słabość młodej królowej i wychodzi całkiem porządne przygodowe fantasy z wątkiem romantycznym poprowadzonym o niebo lepiej niż w najgorszym pod tym względem drugim tomie.

Bohaterowie nie zaskoczyli mnie niczym nowym. Autorka od początku prowadziła ich konsekwentnie i nawet jeśli zdecydowała się w kilku przypadkach na nagłe zmiany, to tak naprawdę można się było wszystkiego domyślić pamiętając o poprzednich postawach i zachowaniach tych postaci. Ciągle twierdzę, że cała ta historia byłaby ciekawsza, gdyby Micah Bayar przeszedł większą metamorfozę i koniec końców był z Raisą, chociażby ze względu na dobro królestwa. Ale to oczywiście Han był tym jedynym od samego początku i trzeba było dodać mu wysoki urząd i królewskie pochodzenie aby stał się godny ręki Raisy (to nie żaden spoiler; to, że ci dwoje będą razem dało się wywnioskować już po przeczytaniu połowy pierwszego tomu).

Cała ta historia jest dość prosta, ale niesie ze sobą jedno ważne przesłanie: żeby wygrać trzeba zjednoczyć się i przezwyciężyć historyczne podziały  oraz wzajemną nieufność czy nawet nienawiść. Morał ten jest całkiem aktualny w dzisiejszej Polsce (chociaż my Polacy lubimy dzielić się na dwa obozy już od XVII wieku, to już jest chyba rodzaj sportu narodowego).

Karmazynową koronę przeczytałam szybko i był to miło spędzony czas, ale jedna sprawa mi zgrzytała, i to już od poprzedniego tomu: te tysiąc lat, które minęły od pokonania Króla Demona. Tysiąc jest tu chyba  liczbą wziętą tylko dlatego, że ładnie brzmi: to było tysiąc lat temu. Tyle, że to jest szmat czasu. W uniwersum Siedmiu Królestw nie wszyscy potrafią czytać i pisać. Kiedyś musiało być z tym znacznie gorzej, więc skąd te dokładne przekazy? Historia jest zafałszowana, jednak jest to wersja wymyślona przez zwycięzców przed dziesięcioma wiekami, która przetrwała bez zmian do dnia dzisiejszego. Jakoś wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Wiem, że w większości światów fantasy postęp jest znikomy i wszystko sobie trwa w stagnacji, ale nie sądzę, że nikt nie chciał nagiąć tej historii dla własnych celów, albo nie podawał się za zaginione dziecko Hanalei... Pisałam już, że cały cykl jest prosty, ale tu aż się prosi o większy realizm, żeby było to trzysta czy czterysta lat, zwłaszcza, że sprawa wciąż budzi duże emocje.

Ostatni tom cyklu dostaje ode mnie 4/5, bo sprawdził się jako dobra rozrywka ze sporą ilością magii, Jednak całość nie wychodzi poza tróję i raczej nie będę polecać Siedmiu Królestw - chociaż jeśli ktoś lubi proste, poprawnie napisane magiczne historyjki z nutą romansu, to nie widzę przeszkód. Dla mnie takie książki są znakomitym odstresowywaczem.

Recenzje pozostałych tomów cyklu:

wtorek, 27 czerwca 2017

36/2017 Evna, Siri Pettersen (Krucze pierścienie tom III)


Wyobraź sobie, że jesteś ikoną siejącego postrach ludu.
Symbolem, który go skupia wokół nienawiści i żądzy zemsty.
Że jesteś córką martwo urodzonego wodza na wygnaniu i twój los wyznacza początek końca.

Hirka przygotowuje się na spotkanie z rodziną panującą w zimnym, zhierarchizowanym świecie, który gardzi jakąkolwiek słabością. Niechętnie akceptuje swój los w nadziei, że dzięki temu uratuje Rimego, a krainy Ym będą bezpieczne. Jednak martwo urodzonych dręczy niezaspokojony głód Evny i Hirka uświadamia sobie, że wojna, którą pragnęła powstrzymać, jest nieunikniona. I tak staje wobec wyzwania dla wszystkiego, w co wierzyła i o co walczyła.
Evna to trzeci - po Dziecku Odyna i Zgniliźnie - i ostatni tom docenianego przez czytelników oraz krytyków cyklu fantasy Krucze pierścienie. Spektakularny finał, poruszający kwestię korzeni władzy i pychy. 
Opis z okładki książki. 
Po Zgniliźnie miałam pewne obawy, ale ostatecznie Evna okazała się być dobrym i interesującym (choć nieszczególnie oryginalnym) finałem serii Krucze pierścienie. Miałam też wrażenie, że ta książka została napisana lepiej, trochę sprawniej. Nie było też żadnych niepotrzebnych dłużyzn - być może autorka poprawiła swój warsztat od czasu debiutu.

Przez praktycznie większość książki Hirka mierzy się z własnym skomplikowanym pochodzeniem i powiem, że wyszło to naprawdę dobrze. Bohaterka jest młoda, a musiała odnaleźć się w ciężkiej sytuacji, w obcym świecie wśród nieprzychylnych jej osób. Ogólnie cała ta nowa kraina wraz z rządzącymi nią prawami i stosunkami społecznymi to mocna strona całej książki i bardzo mi się podobała. Miasto pod lodowcem zamieszkałe przez dumny lud Dreyri, w którym lato różni się od zimy tylko tym, że jest trochę mniej lodu, a najbardziej prestiżowe budynki zamiast piąć się w górę sięgają w głąb ogromnego krateru - opisane tak plastyczne, że już je widzę w jakiejś dobrej ekranizacji.

Całe przesłanie powieści trafia do mnie: żeby coś osiągnąć nie należy na siłę naśladować innych, ale wykorzystać swoje mocne strony (przynajmniej tak to zinterpretowałam). Tak jak przewidywałam, Hirka chciała ocalić wszystkie krainy, ale zabrała się do tego w zły sposób. Oczywiście w samą porę orientuje się, o co naprawdę chodzi i później już wszystko idzie gładko. Zabrakło trochę dramatyzmu w tym finale, został on zastąpiony pewnego rodzaju mistycyzmem - ale to taki mały minusik.

Bałam się o relacje między Rimem a Hirką, ale na szczęście przez większość książki byli zajęci ratowaniem własnych tyłków, a kiedy już się spotkali nie było między nimi większych nieporozumień. Rime obawiał się, czy Hirka wybaczy mu to, co zrobił w zakończeniu poprzedniej książki, ale ona dojrzała i zrozumiała, że było to konieczne.

Podobała mi się Evna i daję jej 4/5, podobał mi się też cały cykl Krucze pierścienie. Po pierwsze przez pewną oryginalność (chociaż akurat rudowłosa wybranka z mrocznym sekretem z przeszłości ratująca świat czy też światy to żadna nowość), po drugie przez swoje krytyczne podejście do religii i polityki. Tom drugi jest nieco słabszy, ale to już jest znana bolączka drugich tomów. Mimo tego całość mogę polecić, szczególnie tym, którzy chcieliby zacząć czytać fantasy, a nie chcą brać się za klasyków sprzed kilkunastu lub kilkudziesięciu lat i wolą przeczytać coś współczesnego.

Recenzja Dziecka Odyna (Krucze pierścienie tom I)
Recenzja Zgnilizny (Krucze pierścienie tom II)

środa, 21 czerwca 2017

35/2017 450 stron, Patrycja Gryciuk


Ktoś musi zginąć, żeby o tej książce zrobiło się głośno… 
W świecie w którym wszystko jest na sprzedaż, skrajne i drastyczne posunięcia marketingowe nie dziwią już nikogo. Ale czy ktokolwiek zdecydowałby się na zabójstwo, aby wypromować nową książkę? 
Wiktoria Moreau to królowa kryminału, która w przeddzień wyczekiwanej przez miliony czytelników premiery najnowszej książki, zostaje posądzona o zniesławienie. Zamiast cieszyć się ze spotkań z wielbicielami, uczestniczy w procesie sądowym i policyjnym śledztwie w sprawie serii morderstw popełnianych według fabuły powieści jednego z jej największych konkurentów. 
Opis z okładki książki.
Zrobiłam wyjątek i przeczytałam książkę spoza listy i generalnie spoza kręgu moich zainteresowań. Koleżanka polecała, więc od niej pożyczyłam. Niestety 450 stron nie było dobrą lekturą. Nie można też nazwać jej złą książką, bo nie było aż tak tragicznie. Sam pomysł na fabułę: pisarka od kryminałów wplątana w sprawę morderstw, do tego koncern farmaceutyczny, rzekomy plagiat i ghostwriter w tle - wszystko brzmi spoko. Ale wykonanie nie było już tak wspaniałe. 

Książka jest mieszaniną kryminału i romansu i oba te wątki są w niej równie ważne. Główna bohaterka, trzydziestopięcioletnia Wiktoria Moreau, zakochuje się w aktorze mającym grać jedną z głównych ról w ekranizacji jej powieści. Takie to standardowe, ale nie wiedzieć czemu autorka robi wielkie halo z dzielącej ich różnicy wieku - on jest 10 lat młodszy. Dziwne to, bo zamiast pokazać, że różnica wieku to żadna przeszkoda, to przy lekturze niektórych fragmentów miałam wrażenie, że główna bohaterka myśli tak: Łomatko! Co ludzie powiedzo! Ja taka stara baba i młodego mi się zachciało! Toż to nie wypada! Wypada to sztuczna szczęka jak jest źle przymocowana. Owszem, Wiktoria mogła na początku mieć wątpliwości, ale czy nie lepiej byłoby, gdyby stwierdziła: A, walić to, to moje życie, kocham go i po prostu będziemy razem bez oglądania się na innych. Ale nie, lepiej walić bezsensowną dramę przez pół książki (bezsensowną, bo przecież i tak było wiadomo, że miłość zwycięży). Tak więc w pierwszej połowie męczyłam się z wątkiem miłosnym, który pod koniec stał się nawet całkiem znośny.

Ale żeby nie było mi tak dobrze, to od połowy psuje się wątek kryminalny. Na początku książki Patrycja Gryciuk rozstawiała pionki na swojej szachownicy, a kiedy już skończył, to wszystko stało się oczywiste - lub niemal oczywiste. Niestety, tworzenie skomplikowanych i dobrych intryg średnio jej wychodzi. Podejrzanych jest niewielu, ja właściwie obstawiałam dwóch, a od pewnego momentu jednego, który okazał się mordercą. Jego motywacja była taka sobie - zainspirował się powieścią ulubionego pisarza, pracował w podobnej firmie, miał tą samą chorobę, co w książce - cóż za niezwykłe zbiegi okoliczności. A jest tam przy końcu dialog, który sugeruje, że zabijał, bo w więzieniu dostanie leki i odpowiednią kurację, czego teraz nie obejmuje jego ubezpieczenie. Gdyby autorka poszła tą drogą, byłoby o wiele ciekawiej i oryginalniej.  

Ale ok, nawet cały ten morderca nie jest jakoś specjalnie beznadziejny. Ale jednego wątku autorce nie daruję. W pewnym momencie okazuje się, że agent literacki Wiktorii Moreau ukradł jej najnowszą powieść, sprzedał konkurencji, a potem wgrał na jej komputer wersję ze zmienioną nazwą firmy farmaceutycznej - żeby prawdziwa firma farmaceutyczna miała podstawy do złożenia pozwu o zniesławienie. Tak też się stało, a przerażona wizją zapłaty wielkiego odszkodowania Wiktoria zdecydowała o wycofaniu książki dwa dni przed premierą, chociaż nakład już leżał w magazynach i było mnóstwo zamówień w przedsprzedaży. Wiktoria ma tego wszystkiego dowody: kradzież i zamianę pliku potwierdziło policyjne laboratorium. Co robi nasza pisarka? Składa wypowiedzenie i zrywa umowę z wydawnictwem, po czym zamieszkuje ze swoim misiem-pysiem gdzieś na odludziu i pisze baśni dla dzieci. No serio?! Akcja powieści dzieje się w USA, przecież wszyscy wiedzą, że to kraj pozwów i wielomilionowych odszkodowań. Przy takich dowodach każdy prawnik wywalczyłby dla Wiktorii miliony - raz: od wydawnictwa, dwa: od agenta. Przecież ona straciła kupę kasy. Nie rozumiem, po prostu nie rozumiem jak można było nie wykorzystać czegoś aż tak oczywistego...

450 stron to nie żaden koszmar literacki, ale nie poleciłabym tej książki nikomu. Jest na pewno mnóstwo lepiej napisanych romansów i multum lepszych kryminałów do wyboru. Najbardziej jednak boli, że gdyby autorka usiadła, przeczytała to jeszcze raz, dodała postaciom trochę głębi, a wydarzeniom więcej logiki, to byłoby naprawdę nieźle. Niewiele brakuje, ale przy stanie obecnym 2/5 będzie najbardziej odpowiednią oceną tej książki. 

sobota, 17 czerwca 2017

34/2017 Przedksiężycowi, Anna Kańtoch (tom I)


Lunapolis. Miasto, w którym nawet mordercy dążą do perfekcji i są art-zbrodniarzami. Dzieci zamawia się u duszoinżynierów, dorosłe beztalencia kasuje w okamgnieniu. Ludzkie odpady gniją w przeszłości. Przebudzenia dostąpią najdoskonalsi, albowiem tak chcą Przedksiężycowi. Niesprawiedliwe, wredne sukinsyny - bluźni młody malarz. Nie jest osamotniony... Czas się kończy... Świat rozpada się i rdzewieje. 
Opis z okładki książki.
To była dziwna książka. Niby science-fiction, ale świat jakby żywcem wyjęty z fantasy czy steampunku. Niby to ponad czterysta stron tekstu, ale istotnych informacji dostajemy zaskakująco mało. Jednak mimo tego Przedksiężycowi mają jakiś czar, to coś, co sprawia, że książkę czyta się dobrze. I na pewno wzbudza chęć sięgnięcia po kolejne tomy.

Jest trójka głównych bohaterów: Kaira, Finnen i Daniel Pantalekis. Kaira i Finnen to mieszkańcy Lunapolis, przedziwnego miasta zarządzanego przez tytułowych Przedksiężycowych (Czy to obcy? Jakieś istoty nadprzyrodzone? Sztuczna inteligencja? Tego się na razie nie dowiemy). Całe Lunapolis dąży do Przebudzenia, czyli szczytowego okresu rozwoju, do którego dotrwają najsilniejsi i najzdolniejsi. Przedksiężycowi chcą to zapewnić za pomocą Skoków, podczas których wszyscy niespełniający wyśrubowanych standardów zostają w tyle, uwięzieni w rozsypującej się przeszłości. Pozostałości po Skokach tworzą cały łańcuch, czy też drabinę zrujnowanych światów, częściowo jeszcze zamieszkanych, pomiędzy którymi można się przemieszczać - ale pozostali w tyle nie mogą przechodzić w górę, do mniej zniszczonych wersji światów. To właśnie w noc Skoku artysta Finnen poznaje Kairę, córkę ekscentrycznego bogacza. Dziewczyna próbuje wyrwać się spod władzy ojca - tyrana, więc zauroczony nią Finnen pomaga jej upozorować śmierć, a później razem zaangażowali się w pomoc uwięzionym w przeszłości. Odkrywają przy tym kilka sekretów ich dziwnego świata. Daniel Pantalekis jest zaś jedynym ocalałym z załogi statku kosmicznego, który rozbił się w jednej z przeszłości Lunapolis. Nie zna miejscowego języka ani zwyczajów i jest zdany tylko na siebie. Powoli zaczyna rozgryzać zasady rządzące tym miejscem, potrafi też przemieszczać się pomiędzy różnymi wersjami miasta i podejrzewa istnienie jego finalnej, niezniszczonej wersji. Niestety aż do końca książki bohaterowie nie spotkali się ze sobą - a szkoda, bo byłoby to mocne zakończenie stawiające dobre podwaliny pod następny tom.

Fabuła w Przedksiężycowych płynie sobie leniwie. Owszem, coś się dzieje, a wydarzenia te są ciekawe i istotne, ale dla autorki ważniejsze było wyczerpujące przedstawienie postaci i całego tła. Bohaterowie, nawet ci drugoplanowi, są świetnie nakreśleni. Podoba mi się też sposób wykreowania społeczeństwa Lunapolis. Cała struktura społeczna jest tam zachwiana, nie ma klasycznych rodzin i związków międzyludzkich - no bo skoro Skok może  nam zabrać ukochaną osobę, to bez sensu jest być z kimś blisko i potem cierpieć. Dla nas jest to nie do pomyślenia, ale to logiczna konsekwencja takiej kreacji świata. Mam małe zastrzeżenia co do opisów: są całkiem niezłe, szczególnie te poświęcone zrujnowanej i płonącej przeszłości, ale te dotyczące samego Lunapolis mogłyby być trochę bardziej obrazowe. Temat jest tak wdzięczny, aż prosi się o soczyste opisy, przy których czytelnik poczułby się praktycznie jak w kinie, Niestety było tylko dobrze, nie świetnie.

Ciężko mi ocenić tę książkę. Zaraz po przeczytaniu myślałam o 3/5, ale ostatecznie dam 4/5, głównie za te oryginalne pomysły drabiny światów i stosunków społecznych. Jestem zaintrygowana na tyle, że niebawem wezmę się za kolejne tomy - a o to chyba właśnie autorce chodziło.

środa, 14 czerwca 2017

33/2017 Martwy rewir, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom VII)


Poznajcie Harry’ego Dresdena, pierwszego (i jedynego) chicagowskiego maga-detektywa. Okazuje się, że w naszym zwykłym świecie wprost roi się od niezwykłych, magicznych istot, które najczęściej mają z ludźmi na pieńku. I tu na scenę wkracza Harry. 
Na szczęście, nie jest w swojej roli osamotniony. Wprawdzie większość ludzi nie wierzy w magię, ale w chicagowskiej policji istnieje Wydział Dochodzeń Specjalnych, którym kieruje serdeczna przyjaciółka Harry’ego, Karrin Murphy. WDS zajmuje się… niezwykłymi sprawami. 
I właśnie z powodu Karrin Harry udaje się na cmentarz Graceland na potajemne spotkanie z wampirzycą imieniem Mavra. Mavra dysponuje materiałami, które mogłyby zniszczyć karierę Karrin, i ma jedno bardzo proste żądanie: chce dostać Słowo Kemmlera i posiąść związaną z nim moc. Najpierw jednak Harry musi się dowiedzieć, co dokładnie zgodził się jej dostarczyć. W ten właśnie sposób rozpoczyna się jego wyścig z czasem i sześciorgiem nekromantów, którego stawką jest nie tylko Słowo, lecz także powstrzymanie Halloween, w czasie którego umarli naprawdę powstaną z grobów.
Opis fabuły z lubimyczytac.pl 
Ta recenzja będzie krótka, bo Martwy rewir to taki typowy Dresden - jest ciekawie, jest zabawnie, jest miło, ale w sumie nie ma niczego nadzwyczajnego. To już siódma część serii i można odczuwać pewne zmęczenie, ale Jim Butcher wymyślił tak szybką i pogmatwaną intrygę, że nie miałam czasu się nudzić.

Głównymi motywami tego tomu są nekromanci i układ z wampirzycą. Wampirzycę Mavrę już znamy, za to nekromanci są czymś nowym: interesującym i niebezpiecznym. Zagrożenie z ich strony zostało przedstawione całkiem realistycznie, Harry nie raz myślał, że nie da rady, ale zrobi, co będzie mógł i przynajmniej umrze robiąc to, co słuszne. Oczywiście nie zginął, bo przed nami jeszcze wiele tomów jego przygód, ale kilka razy naprawdę solidnie oberwał. I tu mam mały problem - wiem, że Dresden to mag, może się lepiej goi i szybciej dochodzi do siebie, panuje nad bólem, itp. - ale mimo wszystko jest to bardzo naciągane. Fabuły wszystkich książek cyklu rozgrywają się w ciągu kilku dni, może warto byłoby je trochę rozciągnąć, żeby nasz niezniszczalny główny bohater miał czas na mały odpoczynek?

Jeśli mamy nekromantów, to i zombie się znajdzie. Generalnie nie lubię nieumarłych, ale te były bardziej magiczne niż przeciętne żywe trupy i nawet mi się podobały. A jak najlepiej walczyć z hordami zombie? Stworzyć większe zombie, czyli ożywić tyranozaura. Tak, Harry Dresden na dinozaurze vs. zombie i nekromanci - to było świetne, chyba najbardziej zapadająca w pamięć scena z całego cyklu.

Oczywiście książka dostanie ode mnie plusa za twórcze wykorzystywanie motywów i postaci pojawiających się w poprzednich częściach. W Martwym rewirze też znalazły się wątki, które na pewno będą wykorzystane w przyszłości. Uniwersum żyje i wszystko się ze sobą zgrabnie łączy. Całość oceniam na 3/5, bo oprócz dinozaura i przybliżenia trochę struktury czarodziejskich władz nie dostałam niczego nowego. To po prostu stary, dobry Dresden, w sam raz do przeczytania latem.