środa, 27 grudnia 2017

59/2017 Zdrajca, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom XI)

Harry zawsze stara się unikać kłopotów, jeśli chodzi o Białą Radę Magów, ale jego dawne postępki nie zostały zapomniane. Co stawia go w niezręcznej sytuacji. Morgan, niegdyś jego główny prześladowca w Radzie, zostaje niesłusznie oskarżony o zdradę. Zagrożony najwyższą karą potrzebuje kogoś obdarzonego talentem i upodobaniem do wspierania słabszych, choć ten ktoś nie jest zbytnio zainteresowany jego obroną. Harry rozpoczyna poszukiwania prawdziwego zdrajcy, żeby oczyścić imię niezbyt sympatycznego Morgana, który ukrywa się przed Radą i jednocześnie przed łowcami nagród. Jeden błąd może sprawić, że - całkiem dosłownie - potoczą się głowy. I jedna z nich może być jego głową.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
To ostatnia (na razie) z wydanych w Polsce części Akt Harry'ego Dresdena. Ostatnia, ale jak dotąd najlepsza. Jim Butcher wykorzystał w Zdrajcy osoby i miejsca już znane z poprzednich tomów, dzięki czemu miałam wrażenie jak przy oglądaniu kolejnego sezonu ulubionego serialu - mogłam cieszyć się akcją i śledzić ciekawą intrygę, zamiast od początku poznawać postaci i czytać o tym, że ona jest kimśtam, a on ma taki i taki charakter. Poza tym bardziej lubimy to, co już znamy - a po dziesięciu książkach z tego uniwersum mogę powiedzieć, że znam Dresdena i spółkę całkiem dobrze.

Główną osią fabularną tego tomu jest śledztwo w sprawie zamordowania maga, jednego z członków Białej Rady. Co prawda jest już jeden podejrzany, Morgan, złapany nad ciałem z zakrwawionym nożem w ręce, ale Harry ma poważne wątpliwości co do jego winy. W końcu to Morgan jest znany z bezwzględnego przestrzegania prawa, czego Harry, lubiący życie na krawędzi, kilkukrotnie doświadczył na własnej skórze. W magicznym środowisku obaj panowie są znani jako zaciekli wrogowie, więc kiedy Morgan prosi Dresdena o pomoc oznacza to, że znalazł się w naprawdę beznadziejnej sytuacji. Znalezienie prawdziwego mordercy nie jest łatwe, okazuje się, że tak naprawdę nikt tego nie chce. Ktoś potężny próbuje uciszyć Harry'ego i nasyła na niego Skórozmiennego - przerażającą istotę rodem z indiańskich mitów, którą pierońsko ciężko zabić (chociaż Morganowi kiedyś się udało... z pomocą bomby atomowej). Równie nieuchwytny ktoś próbuje również skłócić Białą Radę Magów z Białym Dworem wampirów. To wszystko brzmi skomplikowanie i cieszę się, że autor nie rozwiązał wszystkich wątków w jednej książce, lecz zaplanował sobie wątek główny cyklu i konsekwentnie się go trzyma. Nie ma nic lepszego niż spójne uniwersum.

Podoba mi się również widoczna w tym tomie zmiana głównego bohatera. Harry Dresden nie jest tu już chłopcem do bicia, który cudem wychodzi cało z kolejnych kłopotów, a potem musi odleżeć przynajmniej dwa tygodnie w szpitalu. Przez te dziesięć poprzednich części wyrobił już sobie reputację i inni czarodzieje zaczynają się zastanawiać: co takiego jest w Harrym, że zdołał tyle przetrwać? Czy to wszystko, co się o nim opowiada, to prawda? Czemu ten dziwny Dresden jest idolem wielu młodych magów? Te zabiegi świetnie budują klimat książki. Oby w kolejnych tomach  również znalazło się miejsce na coś podobnego.

Od samego początku jasnym punktem cyklu były relacje Harry'ego z innymi postaciami. Lubiłam zwłaszcza jego związek z przyrodnim bratem Thomasem, który teraz przeszedł na kolejny poziom. Może nie jestem do końca zadowolona z kierunku tej zmiany, ale na pewno w następnych częściach będzie ciekawie. Mam też duże oczekiwania wobec ciągle rozwijającej się relacji Harry'ego z jego dawnym mentorem. W przeszłości było między nimi wiele nieporozumień i żalu, ale teraz stoją po tej samej stronie barykady i muszą sobie ufać.

Zdrajca wysoko zawiesił poprzeczkę, ale nie sądzę, by kolejne tomy mnie zawiodły. Jim Butcher z książki na książkę robi się coraz lepszy. Harry Dresden ma swoich wiernych fanów, ale chciałabym, żeby był jeszcze bardziej znany i dobrze zekranizowany (o serialu wolę raczej nie pamiętać). Potencjał serii jest ogromny, a ma się ona skończyć epicką apokaliptyczną trylogią. Już nie mogę się doczekać :) Niewykluczone, że za następny tom zabiorę się w oryginale, chociaż nie próbowałam czytać po angielsku od czasów Tańca ze smokami. Niestety, weszłam na Wikipedię i zrobiłam sobie spore spoilery odnośnie dalszych losów Dresdena i jego uczennicy. Zapowiada się ciekawie i nieprzewidywalnie - sama nie wpadłabym na taki rozwój wydarzeń. Jak już wspominałam, Zdrajca to najlepszy z dotychczas przeczytanych przeze mnie Dresdenów. Oceniam go na solidne 5/5.     

Recenzja tomu X                                                                                                                                                         

wtorek, 26 grudnia 2017

Nowe książki: Harry Potter tomy 6 i 7 oraz Gildia magów (Trylogia Czarnego Maga tom I)


Oto moje tegoroczne świąteczne zdobycze: szósty i siódmy tom Harry'ego Pottera oraz Gildia magów, czyli pierwszy tom Trylogii Czarnego Maga. Wszystko to jest bardzo magicznie, ale ja strasznie lubię czarodziejskie klimaty. 

To już cała kolekcja Harry'ego Pottera, teraz zostało mi tylko przeczytać ponownie całość. Już nawet nie pamiętam, który to będzie raz, ale wydaje mi się, że piąty, może szósty, a tomy od 1 do 5 czytałam jeszcze więcej razy. Może nie jest to cykl, który sprawił, że zaczęłam czytać, bo w sumie czytam sporo od czasów przedszkolnych, a na Harry'ego trafiłam w wieku 14 lat, kiedy zaczął zyskiwać dużą popularność w naszym kraju. Pamiętam, że zaczęłam od czwartego tomu, który właśnie wyszedł, i czytając później Więźnia Azkabanu już wiedziałam, że Syriusz jest dobry... Od tamtej pory staram się już czytać wszystkie serie w prawidłowej kolejności.

Na Gildię magów miałam oko już od momentu jej polskiego wydania, ale do tej pory jakoś nie udało mi się jej przeczytać. Słyszałam, że kolejne cykle tej autorki nie są już tak udane, ale z tym pierwszym warto się zapoznać. Mam nadzieję, że mi się spodoba.


A tu Tarkin, który uznał, że układam książki specjalnie po to, żeby mógł się o nie oprzeć. 

środa, 20 grudnia 2017

58/2017 Diabeł na wieży, Anna Kańtoch

Dr Jordan używa rozumu na równi ze szpadą i... wodą święconą. Ilu badaczy szkicuje w swoich notesach wyniki sekcji wilkołaka? Ilu gotowych będzie stanąć oko w oko z samym diabłem? 
Domenic Jordan to człowiek oświecenia. Choć wierzy w logikę i prawa natury, liczy się z tym, co wykracza poza grancie ludzkiego umysłu. 
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Diabeł na wieży to pierwszy tom opowiadań z doktorem/detektywem/egzorcystą Domenikiem Jordanem w roli głównej. Przypadkowo zaczęłam czytać od tomu drugiego -  zdecydowanie powinno zostać wprowadzone prawo nakazujące wydawnictwom czytelną numerację kolejnych części serii. Nie przepadam za czytaniem od środka, ale tutaj na szczęście każde opowiadanie jest zamkniętą całością i można zapoznawać się z nimi niezależnie.

W książce znajduje się sześć opowiadań o podobnej konstrukcji: Domenic Jordan przybywa do klimatycznej lokacji, w której dzieje się coś dziwnego, a następnie rozwiązuje zagadkę używając sprytu i inteligencji. Schematycznie, ale dobrze napisane. Jak zwykle u tej autorki opisy dają radę, chociaż te opowiadanka były trochę krótsze niż w drugim tomie, więc siłą rzeczy świat przedstawiony jest mniej obszernie. Znalazłam tu odpowiedź na jedno pytanie, które nurtowało mnie po przeczytaniu Zabawek diabła (recenzja tutaj): czas akcji to alternatywny wiek XVII. Obstawiałam stulecia od XVII do XIX, więc trafiłam. Pojawiły się też dwie nowe magiczne rasy (w drugim tomie mieliśmy już wampiry): wilkołaki i jacyś nieludzie żyjący w miejscach , do których nie dotarła jeszcze cywilizacja. Trochę więcej dowiedziałam się również o świętych, którzy, jak się okazało, mogą mieć całkiem duży wpływ na rzeczywistość. Ogólnie cały ten mistyczny świat jest ciekawy i do mnie trafia. Szkoda, że żadne reguły nim rządzące nie zostały jasno sprecyzowane; niesie to ryzyko dopisywania coraz to nowych cudów i dziwów. Ryzyko to nie jest jednak duże, gdyż autorka napisała tylko trzy tomy i chyba nie zamierza wracać do tego uniwersum. Teraz pisze podobno bardzo udane powieści obyczajowo-kryminalne osadzone w realiach PRL-u.

Jasnym punktem wszystkich opowiadań jest ich główny bohater, czyli ubrany zawsze na czarno, błyskotliwy i trochę aspołeczny Domenic Jordan (który na pewno nie wygląda jak na tej paskudnej okładce). Polubiłam go, bo nie jest kolejnym skrzywdzonym przez los antybohaterem, lecz złożonym człowiekiem, który stara się postępować dobrze. Generalnie polecam te opowiadania wszystkim zainteresowanym polską fantastyką (i nie tylko), bo są przykładem tego, co potrafią nasi rodzimi autorzy. Mam jedno zastrzeżenie dotyczące obu tomów: Anna Kańtoch w drugiej części wrzuciła kilka opowiadań dotyczących młodości Domenica, natomiast w pierwszej takich wątków nie ma. Myślę, że byłoby lepiej, gdyby porozmieszczać te wspomnienia w miarę równomiernie po obu tomach. To taka mała wada, która nie obniża mojej końcowej oceny, która wynosi 4/5 - czyli tyle samo, jak w przypadku Zabawek diabła

środa, 13 grudnia 2017

57/2017 Zgromadzenie cieni, V. E. Schwab (Odcienie magii tom II)


Upłynęły cztery miesiące, odkąd w ręce Kella wpadł czarny kamień. Cztery miesiące, odkąd przecięły się ścieżki antariego i dziewczyny z Szarego Londynu, Delilah Bard. Cztery miesiące, odkąd książę Rhy został ranny, Kell i Lila pokonali rządzące Białym Londynem bliźniaki Dane, a kamień wraz z umierającym Hollandem wrzucili w otchłań Londynu Czarnego. 
Pod wieloma względami sytuacja prawie wróciła do normalności, chociaż... Rhy spoważniał, a Kella dręczą wyrzuty sumienia. Antari nie przemyca już przedmiotów między światami – jest nerwowy, nawiedzany przez sny z udziałem złowieszczej magii, skupiony na myślach o Lili, która zniknęła mu z oczu w porcie, tak jak zawsze tego pragnęła.  
Tymczasem w Czerwonym Londynie trwają przygotowania do Igrzysk Żywiołów, spektakularnego i kosztownego międzynarodowego turnieju – mającego na celu rozrywkę i zachowanie dobrych stosunków z sąsiednimi mocarstwami. Na zawody przybędzie wielu gości, a wśród nich starzy przyjaciele na pewnym statku pirackim. 
Jednakże, podczas gdy wszyscy w Czerwonym Londynie skupiają się na czekających ich emocjach sportowych i towarzyszących igrzyskom przyjęciach, w innym Londynie rozkwita życie, a ci, którzy mieli rzekomo odejść na zawsze, powracają. Jak cień, który znika w nocy, lecz pojawia się znów kolejnego dnia, tak odżywać zdaje się Czarny Londyn. Tyle że magia wymaga równowagi, więc by odrodził się Czarny Londyn, inne miasto musi upaść...
Opis fabuły z portalu lubimyczytac.pl 
To nie jest najlepsza książka. Powiela błędy pierwszej części (Lila jest za bardzo wykoksowana, znów brakuje istotnych interakcji pomiędzy żeńskimi postaciami) i nic nie wskazuje na to, że w ostatnim tomie będzie lepiej. Nie jest nawet szczególnie oryginalna, w końcu magia i światy równoległe to jedne z podstawowych motywów występujących w fantasy.

Ale pomimo wszystkich wad ja i tak bardzo lubię ten cykl. Kit z tym, że fabuła jest przewidywalna, potrafię to wybaczyć. Magiczny turniej organizowany z wielkim rozmachem w Czerwonym Londynie - o czymś takim chcę czytać, nawet jeśli opisy walk są odrobinę zbyt pobieżne. Kell rozdarty pomiędzy swoimi uczuciami a obowiązkiem wobec królestwa - super. Książę Rhy, który dojrzewa i zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, co naprawdę oznacza bycie władcą, a przy tym autorka zręcznie rozgrywa wątek jego biseksualizmu - świetnie. Lila, która w cztery miesiące uczy się magii na poziomie najlepszych magów świata, a potem podstępem bierze udział w turnieju i awansuje niemalże do finału, a do tego kradnie statki i ma ciętą ripostę na każdą okazję - a nie, to już nie było takie dobre. Za szybko to wszystko się stało, za szybko. Jestem skłonna uwierzyć w talent Lili - zwłaszcza, że przecież już od pierwszego tomu wiem, kim ona dokładnie jest, i przypuszczam,  że tak z 90% czytelników też się tego domyśliło - ale osiągnąć taki poziom w zaledwie cztery miesiące? Lila będąc na statku co prawda trenowała ze swoim kapitanem, ale nawet nie zbliżyła się do poziomu, który później zaprezentowała na turnieju. To dokładnie tak samo, jakbym ja poszła na siłownię, zaczęła ćwiczyć pod okiem kogoś, kto zna się na rzeczy, a za cztery miesiące już doszłabym do finałów mistrzostw w podnoszeniu ciężarów.

Przypomina mi to kontrowersje związane z Rey z Przebudzenia Mocy i jej ekspresowym odkryciem mocy Jedi, dzięki której pokonała wyszkolonego (choć co prawda osłabionego) Kylo Rena. W obu przypadkach niewątpliwie utalentowane panie powinny dostać więcej czasu. Bo to przecież trening czyni mistrza.

Lila to niewątpliwy minus tej trylogii, ale za to jak świetnie napisana jest relacja Kell - Rhy. Są dla siebie jak bracia, i chociaż mają różne własne problemy, to zawsze będą troszczyć się o siebie nawzajem. I to nie tylko przez magiczną więź, która niejako ich do tego zmusza, ale przez szczerą przyjaźń, która łączy ich jeszcze bardziej. Podoba mi się również rozszerzenie perspektywy politycznej, jakie nastąpiło w tym tomie (chociaż Gra o tron to to nie jest i nigdy nie będzie). Dowiadujemy się, że Kell to nie tylko międzywymiarowy listonosz i przyszywany członek rodziny panującej, lecz również symbol królestwa, niemalże filar podtrzymujący królewską władzę. Jedyny posiadacz potężnej mocy, na którego władcy innych krajów patrzą z zazdrością. Trochę szkoda, że ten wątek nie został bardziej rozbudowany, bo ja bardzo lubię takie intrygi. Niestety, to młodzieżowe fantasy i być może autorce wydawało się, że polityka zanudzi potencjalnych odbiorców.

Przebieg wydarzeń w finałowym tomie da się już jako tako przewidzieć. Na pewni ważną rolę odegra nowa postać z Białego Londynu, Ojka. Jest ona tak dziwnie opisana, że na początku myślałam, że to jeszcze dziecko. Zdziwiłam się, kiedy inni bohaterowie określili ją słowem kobieta. Zapewne jest kreowana na późną nastolatkę w wieku 16-18 lat, ale naprawdę chętniej widziałabym w roli uczennicy złego maga dziewczynkę około dziesięcioletnią, byłoby to bardziej diaboliczne.

Mogłabym jeszcze trochę ponarzekać, bo jest na co, ale ta książka jest tak bardzo magiczna i wciągająca, że te wszystkie niedociągnięcia gdzieś się gubią i nie rzucają się w oczy. Szkoda, że nie było poprawy względem pierwszego tomu, ale na szczęście nie zauważyłam pogorszenia. Z tego względu Zgromadzenie cieni oceniam tak samo jak Mroczniejszy odcień magii (swoją drogą te tytuły są mało adekwatne do treści książek, na pewno dało się wymyślić lepsze), czyli na 4/5. Ostatni tom przeczytam na pewno - i mam nadzieję, że autorka nie zboczy za bardzo w stronę romansu. 

wtorek, 5 grudnia 2017

56/2017 Powrót Cienia, Tad Williams (Marchia Cienia tom III)


Zamek Marchii Południowej znalazł się w kleszczach dwóch nieprzejednanych wrogów - starożytnych nieśmiertelnych Qarów i szalonego króla-boga autarchy Xis. Dwójka jego młodych obrońców zaś, księżniczka Briony i książę Barrick, przebywają z dala od domu i muszą walczyć o własne życie. 
Tymczasem pod zamkiem budzi się coś potężnego i straszliwego, czego ludzie nie oglądali od tysięcy lat... 
Barrick, Briony, Qinnitan, zdesperowana zbiegła niewolnica autarchy, i lojalny żołnierz Ferras Vansen oraz garstka innych zwykłych i niezwykłych ludzi muszą znaleźć sposób na uratowanie swojego świata, bo inaczej będą świadkami nadejścia strasznej ery ciemności...
Opis fabuły z portalu lubimyczytac.pl
To już trzeci, przedostatni, tom z tej serii. Ciężko mi napisać coś konkretnego o rozwoju akcji, bo nie chcę za wiele spoilerować, ale powiem tak: wszystko idzie w dobrym kierunku. Wątki poszczególnych postaci zaczynają się do siebie zbliżać i już z grubsza można domyślić się kształtu wielkiego finału. Polubiłam kilkoro spośród głównych bohaterów i z przyjemnością im kibicowałam, ale niestety coraz większą rolę w cyklu zaczyna odgrywać wątek bogów, który nie interesuje mnie aż tak bardzo. Autor stworzył swoją mitologię i wyszło mu to całkiem nieźle, chociaż nieszczególnie oryginalnie. Jak każda faktycznie istniejąca mitologia, jest ona czymś w rodzaju latynoskiej telenoweli, bogowie to tacy podkręceni na maksa ludzie, którzy przeżywają podkręcone na maksa wydarzenia: zdrady, miłości, wygnania, morderstwa, wojny i inne takie. Bardziej od tego kręciły mnie rozgrywki polityczne i militarne, ale mam przeczucie, że w ostatnim tomie będzie ich mniej.

W finale serii najpewniej przeczytam o klasycznym ratowaniu świata, ale w końcu wszystkie książki Tada Williamsa takie są - klasyczne. To nie wada ani zaleta, po prostu taki styl autora. Ja już się do niego przyzwyczaiłam, chociaż pierwszy tom wydawał mi się nieco nudnawy. Teraz jednak kupuję tę konwencję, dobrze się bawię w trakcie lektury i nawet schematy przestały mi aż tak bardzo przeszkadzać. Powrót Cienia oceniam na 4/5, a po ostatni tom na pewno sięgnę za jakiś czas.

Recenzje poprzednich tomów:
- tom I
- tom II

wtorek, 28 listopada 2017

55/2017 Zabawki diabła, Anna Kańtoch


Tym razem nie będzie opisu z okładki, bo go tam nie było. Zamiast niego wydawca zdecydował się na umieszczenie trzech fragmentów różnych recenzji. Rozumiem ten zabieg, ale wolałabym to raczej gdzieś na skrzydełkach okładki, a nie w standardowym miejscu na blurb. Ogólnie okładka jest wybitnie brzydka, w mojej wyobraźni główny bohater na pewno nie wyglądał jak nastoletni fan metalu. Ilustracje w środku też nie powalają, Fabryka Słów tym razem się nie popisała.

Zabawki diabła to sześć opowiadań połączonych ze sobą osobą głównego bohatera: Domenica Jordana. Jest on trochę jak doktor House, trochę jak Mordimer Madderdin, ale ma więcej zalet niż oni dwaj razem wzięci i tylko jakieś 10% ich wad. Z wykształcenia lekarz, z zamiłowania demonolog i badacz teorii magii. Czasem działa na zlecenie biskupa. Opatrzy rany, wypędzi demony, odnajdzie zabójcę, rozwiąże z pozoru nierozwiązywalne zagadki. Zawsze ubrany na czarno, elegancki i dobrze wychowany, ale ma też problemy z poprawnymi relacjami międzyludzkimi. Mówiąc wprost, Domenic nieco się wywyższa, jest zbyt szczery i bezpośredni. Ale generalnie jest to postać, którą da się lubić, i nie nazwałabym go antybohaterem.

Domenic Jordan jest dużym plusem książki. Za kolejny uznaję cały świat, w którym autorka umieściła akcję. Wzorowała się na Południowej i Zachodniej Europie z okresu XVII - XIX wieku. Nazwiska bohaterów brzmią nieco z hiszpańska, miasta przypominają włoskie, a opisy obyczajów kojarzą mi się z wiktoriańską Anglią. Broń palna i armaty są już znane, ale nie widać jeszcze żadnych oznak rewolucji przemysłowej. Wszystkie części składowe coś przypominają, ale są ze sobą całkiem ładnie wymieszane, przez co nie jest to kopia i w całości czuć indywidualną wizję autorki. 

Ciekawa jest też religia - rodzaj chrześcijaństwa, w którym cuda zdarzają się dosyć często, a niektórzy już za życia zostają świętymi. Oprócz Nieba istnieje również świat demonów, które lubią przechodzić sobie do świata ludzi i robić niezłe zamieszanie. Przy czym Bóg i demony nie są kwestią wiary, są po prostu faktem i nikt nie neguje ich istnienia.

Zwróciłam uwagę również na coś, co bardzo podobało mi się w Przedksiężycowych tej samej autorki (recenzje tomu I oraz tomów II i III), a mianowicie świetne opisy budujące klimat. Kiedy akcja dzieje się na spokojnej wsi, to widzimy te rozległe pola i czujemy promienie letniego Słońca. Kiedy przenosi się do szpitala dla obłąkanych w środku lasu widzimy ten nieco zdewastowany budynek, który wzbudza nasz niepokój. Miasto, do którego ściągnęło mnóstwo ludzi, aby bawić się na słynnym karnawale? Żaden problem. Nerwowa atmosfera, kiedy okazuje się, że w tym mieście pojawiły się wampiry? Proszę bardzo, nic trudnego, gdyż Anna Kańtoch jest niekwestionowaną mistrzynią obrazowych opisów.

Bardziej podobały mi się opowiadania, w których Domenic rozwiązuje kryminalne i nadprzyrodzone zagadki, niż te, w których podejmowany jest wątek jego przeszłości i rodziny. Jednak to tylko moje odczucia, generalnie całość jest dobra i warta uwagi. Dobra, ale nie wybitna, więc moja ocena to 4/5. Zabawki diabła okazały się być środkowym tomem opowiadań o Domenicu Jordanie (tak to jest, jak się bierze książkę z biblioteki w ciemno), no i teraz koniecznie muszę zdobyć i przeczytać tomy I i III.

Nowe książki: Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu oraz Galveston



Dwie nowe książki na mojej półce są owocem wyprzedaży prowadzonej na blogu onlypretender.pl. Obie pozycje były na mojej liście do przeczytania już od dłuższego czasu, więc ucieszyła mnie możliwość ich zakupu w atrakcyjnej cenie. 

Galveston to książka Nica Pizzolato, którego znam przede wszystkim jako scenarzystę świetnego serialu True Detective (przynajmniej pierwszy sezon był genialny, drugi mogę określić łagodnie lekkim rozczarowaniem). Zauroczyła mnie przedstawiona w serialu wizja małych, z pozoru spokojnych, miasteczek amerykańskiego Południa, a z tego, co czytałam w recenzjach, książka także ma ten klimat.

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu to magiczne fantasy, którego akcja dzieje się w wiktoriańskim Londynie. Książka była recenzowana na wielu blogach i zebrała raczej pozytywne opinie, które sprawiły, że ja również postanowiłam ją przeczytać. Co zabawne, na początku wydawało mi się, że autorka jest Brytyjką - jej nazwisko (później dowiedziałam się, że to pseudonim), tytuł książki, tematyka, wszystko na to wskazywało. Zdziwiło mnie trochę, że to jednak Polka - ale to dobrze, że nasi autorzy i autorki piszą niezłe powieści i zyskują popularność. Chociaż na pewno książka nie byłaby gorsza, gdyby jej akcję umieścić w Warszawie z końca XIX wieku. Chyba, że autorka chciałaby zdobyć międzynarodową sławę, wtedy Londyn jest lepszym, bardziej uniwersalnym wyborem.

niedziela, 19 listopada 2017

54/2017 George Lucas. Gwiezdne Wojny i reszta życia, Brian Jay Jones


Luke Skywalker, Han Solo, Indiana Jones i człowiek, który ich wymyślił, George Lucas - genialny filmowiec i najbardziej wpływowa postać w historii kina. 
25 maja 1977 roku do zaledwie trzydziestu dwóch amerykańskich kin został wprowadzony niskobudżetowy niezależny film science-fiction. Wymyślone, napisane i wyreżyserowane przez mało znanego twórcę George'a Lucasa Gwiezdne Wojny niespodziewanie pobiły wszelkie rekordy oglądalności. Zmieniły też kinematografię, zapoczątkowując nowy sposób produkcji i promocji filmów, a przede wszystkim zrewolucjonizowały świat efektów specjalnych. Lucas, inspirowany przez innowatorów takich jak Francis Ford Coppola czy Steven Spielberg, korzystał z najnowszych osiągnięć techniki i ciągle ulepszał swoje dzieła. Tak jak jego filmy i bohaterowie weszli do kanonu kinematografii, tak on sam stał się uwielbianą przez miliony ikoną kina.
Opis z okładki książki. 
Na samym początku odniosę się może do okładkowego opisu tej książki, który przytaczam wyżej: owszem, ludzie (w tym ja) uwielbiają i kochają Gwiezdne Wojny, ale wątpię, by te uczucia przenosiły się bezpośrednio na ich twórcę. Jest wręcz odwrotnie, fani nie mogą wybaczyć Lucasowi ciągłego grzebania w Epizodach IV-VI, zmieniania wydźwięku niektórych scen (przecież wiadomo, że to Han strzelił pierwszy, i żadna argumentacja nie przekona mnie, że od zawsze miało być inaczej), nadmiaru cyfrowych efektów specjalnych w Epizodach I-III, irytującego Jar-Jara, drewnianego Haydena Christiansena, bezsensownych midichlorianów mających wyjaśnić Moc, czy też nawet sprzedania praw do serii wytwórni Disneya. Oczywiście wiadomo, że wszystkim się nie dogodzi i zawsze ktoś będzie narzekał, ale w tych zarzutach jest mnóstwo racji. Ja również uważam, że Lucas mógł zrobić pewne rzeczy inaczej, ale po lekturze jego biografii przynajmniej zrozumiałam, dlaczego dokonał akurat takich wyborów. I za to bardzo książce i jej autorowi dziękuję - za zrozumienie twórcy jednej z moich ulubionych filmowych serii.

Lubię Gwiezdne Wojny, to już wiadomo. Lubię też filmy i nie ograniczam się do ich oglądania, interesuję się również kwestiami technicznymi: montażem, scenografią, efektami specjalnymi, muzyką. Nie jestem wielką ekspertką, ale pewne rzeczy potrafię zauważyć i cieszę się nimi w trakcie seansu. Wszystkim zainteresowanym filmowym tematem polecam youtubowy kanał Marcina Łukańskiego Na Gałęzi, który w przystępny i bardzo interesujący sposób wyjaśnia wiele ciekawych kwestii technicznych. Książka łącząca ze sobą Gwiezdne Wojny i szerzej pojęty film wydawała się być dla mnie idealna - i tak też właśnie było. Sam tytuł biografii sugeruje, co będzie jej głównym tematem. Faktycznie, większość książki Brian Jay Jones poświęcił powstawaniu i kręceniu słynnej kosmicznej sagi. Poznajemy mnóstwo informacji i anegdot na temat pisania scenariusza, castingów, tworzenia planów filmowych i efektów specjalnych, a także promocji i dystrybucji gotowych filmów. Jednym słowem: wszystko, czego oczekiwałam.

Ale to jeszcze nie koniec, książka zaoferowała mi więcej. Szczególnie spodobały mi się fragmenty o działaniach przemysłu filmowego w zakresie finansowania i produkcji oraz wszelkie wzmianki o działalności George'a Lucasa jako innowatora. Lucas przewidział wiele rzeczy, m. in. upowszechnienie kaset video i dobrego sprzętu do kręcenia amatorskich filmików oraz uzyskanie masowego dostępu do filmów i seriali przez Internet - tę ideę dziś realizuje chociażby Netflix. Włożył też wiele pracy, by wcielić swoje pomysły w życie: to Lucasowi zawdzięczamy lepsze udźwiękowienie filmów i lepszą jakość dźwięku w salach kinowych, powszechne cyfrowe efekty specjalne (to jego firma, Industrial Light & Magic stworzyła technologię i programy potrzebne do generowania komputerowych efektów, a później zdobyła worek Oscarów za swoją działalność), kręcenie i dystrybucję filmów w formacie cyfrowym zamiast na tradycyjnej taśmie (to akurat było przeciętnie dobre, filmu nakręconego cyfrowo w HD nie da się przerobić na format 4K, który już niebawem będzie telewizyjnym standardem, za to przy filmie nakręconym klasycznie da się zwiększać rozdzielczość bez strat w jakości obrazu), czy chociażby taki drobiazg, jak przesunięcie napisów na koniec filmu, co wcześniej było nie do pomyślenia. George Lucas dostrzegł również potencjał w sprzedaży gadżetów związanych z filmem - nikt wcześniej nie robił tego na taką skalę i z takim powodzeniem. Ma swój wkład również w powstanie rozbuchanych kampanii reklamowych mających zainteresować widza filmem. Ja osobiście nie lubię działań marketingowych i uparcie odmawiam zobaczenia chociażby trailera najnowszych Gwiezdnych Wojen, chociaż na sam film wybiorę się na 100%.

W biografii nie zapomniano o młodości i życiu prywatnym Lucasa, a także o innych jego filmach - dla wielu osób Indiana Jones jest o niebo lepszy od Gwiezdnych Wojen. Podoba mi się też podkreślanie związków Lucasa z innymi wybitnymi twórcami, m. in. Francisem Fordem Coppolą i Stevenem Spielbergiem, którzy razem tworzyli pełne pomysłów środowisko filmowe i niejednokrotnie wzajemnie się wspierali. Charakter Lucasa został dobrze nakreślony. Po skończeniu lektury nie mam wątpliwości, że to ponadprzeciętny filmowiec kochający montaż i nienawidzący pisać scenariuszy, który chce mieć wszystko pod kontrolą i nie dopuszcza do siebie krytyki. Cokolwiek robi, będzie to zrobione tak, jak chce, lub wcale. Nie lubi Hollywood i wielkich wytwórni i zrobił wszystko, by się od nich uniezależnić. To nieśmiały i niepozorny introwertyk, który lubi wyścigi samochodowe i realizuje się jako ojciec czwórki dzieci. Po przeczytaniu jego biografii mam wrażenie, jakbym naprawdę go znała, i to chyba największa pochwała, jaką można dać temu typowi literatury.

Autor książki, Brian Jay Jones, podszedł do tematu poważnie i fachowo, a przy tym mam wrażenie, że sam jest fanem Gwiezdnych Wojen. W miejscach, gdzie opisuje przejściowe trudności w ich kręceniu, a potem ich przezwyciężanie, a także sukces, jaki filmy odniosły na całym świecie, czuć autentyczną radość i entuzjazm. Potrafi też spojrzeć na Lucasa krytycznym okiem i wytknąć jego wady. Duży plus przyznaję za rozbudowaną bibliografię, przypisy i indeks, dzięki którym spokojnie można użyć tej książki przy pisaniu prac naukowych czy też potraktować jako punkt wyjścia do dalszych poszukiwań wiedzy. Całość oceniam na 5/5 i od teraz będę z nią porównywać każdą kolejną przeczytaną biografię.


Dobry, pożyteczny Anakin. Kiedy zostawisz na chwilę książkę samą, on już zadba o to, żeby przypadkiem się nie zamknęła. To, że nie chciał zejść, to już inna historia.

środa, 1 listopada 2017

53/2017 Wyjście z cienia, Janusz A. Zajdel


W osiemdziesiąt lat po pierwszym kontakcie z Obcymi życie na Ziemi toczy się normalnie. Panuje pokój, dobra są rozdzielane dość równomiernie, a gospodarka jest ustabilizowana. Mało kto pamięta o zmorach poprzedniej epoki: o przeludnieniu, głodzie, niedoborze energii i dewastacji środowiska. O astronomicznych sumach przeznaczanych na wydatki zbrojeniowe, na nikomu niepotrzebne badania kosmiczne. Po Wielkiej Wojnie zlikwidowano dawne i zawiłe podziały terytorialne i zastąpiono je nowymi - kwadratami. Nad bezpieczeństwem Ziemi czuwają mieszkańcy Proximy Centaura, którzy rozbili inwazyjna flotę bestialskich Elgomajów. To dzięki pomocy Proksów ludzie zorganizowali się od nowa, to krążące na okołoziemskich orbitach statki Obcych chronią Ziemię przed ponownym atakiem. Proksowie już nie muszą bezpośrednio ingerować w ziemskie sprawy. 
Ludzie potrafią się już upilnować sami, dla niepokornych i zbyt dociekliwych czekają obozy pracy. Proksowie dyskretnie nas obserwują, w każdej chwili gotowi udzielić braterskiej pomocy...
Opis z okładki książki. 
Co tu dużo mówić: zawiodła mnie ta książka. Nie dlatego, że jest zła. Jest po prostu przeznaczona dla innej, dużo młodszej i mniej obeznanej z tego typu literaturą grupy docelowej.

Za przykład weźmy chociażby głównego bohatera, którym jest piętnastolatek o imieniu Tim. Chłopak dopiero zaczyna odkrywać prawdę o otaczającym go świecie i gościach z innej planety, która dziwnym trafem różni się od prawdy przekazywanej młodym ludziom w szkole. Pomysł dobry, ale gorzej z wykonaniem - już dawno nie czytałam książki, która próbowałaby mi coś tak łopatologicznie wyjaśnić. Analogie do komunizmu w Polsce są tak jasne, że zdają się świecić własnym światłem. Mnóstwo taniego dydaktyzmu, mało subtelności i nieprzewidywalności - to największe minusy Wyjścia z cienia.

Książka ma kilka jasnych punktów. Bardzo spodobało mi się porównanie ludzkości wykorzystywanej przez kosmitów do pszczół kontrolowanych przez pszczelarza. Dobra jest też koncepcja tajemniczości Obcych, o których nie wiadomo właściwie nic. Ziemscy naukowcy zrzeszeni w tajnym stowarzyszeniu próbują ich rozpracować i ustalić słabe punkty, ale szło im jakoś średnio - przez osiemdziesiąt lat nie udało im się dowiedzieć niczego konkretnego. Cóż, przynajmniej niektórzy się starali, bo większości ludzi żyło się całkiem nieźle. Może nie szałowo, ale człowiek pozbawiony większych ambicji mógł sobie spokojnie przeżyć całe życie. Gorzej z tymi, którzy próbowali się buntować, byli zsyłani do specjalnych stref i zmuszani do pracy na rzecz Obcych. Najlepsze było to, że to sami ludzie pilnowali porządku i karali niepokornych, by nie narazić się kosmicznym przyjaciołom. Panowała istna autocenzura i nastrój paranoi, który Zajdel opisał świetnie.

Nie mogę zrozumieć tego, jak autor napisał postaci kobiece, których jest aż cztery. Jedna z nich to dziewczyna Tima, z którą ten spędza czas po szkole i rozmawia na przeróżne tematy, od codziennych spraw po wątpliwości związane z Proksami. Dziewczyna pojawia się w kilku momentach książki i służy głównie do tego, żeby wprowadzić ekspozycyjne dialogi, ale to jest w miarę ok. Jest też staruszka zbierająca grzyby w lesie w jednej epizodycznej scence oraz matka i ciotka bohatera, dwie bezimienne kobiety służące do przyniesienia jedzenia i wychodzenia z domu w czasie, gdy mężczyźni muszą naradzić się w Ważnych Sprawach. Gdyż działaniem w ruchu oporu zajmują się w tej książce tylko mężczyźni, co jest dziwne i nienaturalne i nie da się wytłumaczyć czasami, w których Wyjście z cienia powstało (przełom lat 70. i 80.). Przecież w Komitecie Obrony Robotników działały kobiety, tak samo jak we wczesnej Solidarności - i Zajdel nie mógł o tym nie wiedzieć żyjąc wtedy w Polsce i przy okazji będąc jednym z solidarnościowych działaczy. Jedna czy dwie pełnokrwiste postaci kobiece zupełnie by tej książce nie zaszkodziły. No cóż, to były inne czasy, wtedy nikt nie zwróciłby na to uwagi. Zresztą mam wrażenie, że grupą docelową byli chłopcy i było jasne, że w książce dla chłopców to przedstawiciele ich płci musieli robić fajne rzeczy. Trochę to głupie, bo spokojnie można było zachęcić do lektury również dziewczęta i dać im żeńskie wzory do naśladowania, ale cóż, tak autor chciał, więc tak jest.

Drugą dziwną kwestią jest sprawa równowagi ekologicznej na Ziemi. Obcy nie lubią mrówek, więc są one tępione i zostało ich już niewiele. Obcy podzielili świat na kwadraty strzeżone przez wieżyczki z laserami. Ptaki nie zrozumiały koncepcji nowego podziału terytorialnego i większość gatunków została laserowo wystrzelana, zostały tylko te osiadłe. Nie jestem ekspertem, ale podejrzewam, że wyginięcie większości mrówek i ptaków doprowadziłoby do katastrofy i załamania ekosystemów i skutki takiego działania powinny być jakoś opisane, tymczasem czegoś takiego w książce nie spotykamy. Może trochę się czepiam, bo jest to socjologiczne science fiction i cały świat przedstawiony jest tylko pretekstem do ukazania pewnych zjawisk, ale jednak życzyłabym sobie większej rzetelności.

Teraz pora na podsumowanie: generalnie nie polecam, ale nie mogę uznać Wyjścia z cienia za złą książkę. Tak, jak już wspominałam na początku, jest to historia prosta i skierowana do konkretnego odbiorcy, a ja jednak wolę bardziej uniwersalne opowieści. Moja ocena to 3/5.

środa, 18 października 2017

52/2017 Ambasadoria, China Miéville


Ambasadoria to miasto sprzeczności położone na krańcach zbadanego wszechświata. Avice Benner Cho jest nawigatorką na statku podróżującym w wiecznym nurcie, morzu czasoprzestrzeni rozciągającym się pod dnem codziennej rzeczywistości. Po wielu latach powraca na swoją rodzinną planetę. Ludzie nie są tu jedyną inteligentną rasą, a Avice nawiązuje niewytłumaczalną więź z Gospodarzami – tajemniczymi istotami niezdolnymi do kłamstwa. Jedynie niewielka grupka genetycznie zmodyfikowanych Ambasadorów włada ich językiem, umożliwiając kontakt pomiędzy dwoma społecznościami. Jednak gdy na planetę przebywa nowy Ambasador, krucha równowaga zawisa na włosku. By zapobiec tragedii i nieuchronnej wojnie ras, Avice musi osobiście porozumieć się z Ariekenami, dobrze wiedząc, że to niemożliwe…
Opis z okładki książki. 
To już trzecia książka tego autora, którą udało mi się przeczytać, i jak dotąd wszystkie były dobre, chociaż całkowicie się od siebie różniły. Miasto i miasto to poważna i skłaniająca do refleksji fantastyka połączona z powieścią detektywistyczną, Kraken to szalone urban fantasy dostarczające mnóstwo frajdy, a Ambasadoria jest kawałkiem dobrej hard sf z ciekawymi pomysłami dotyczącymi podróżowania w kosmosie i porozumiewania się pomiędzy różnymi gatunkami. To, co łączy te książki, to oryginalność i niesamowita wyobraźnia autora. 

Teraz może pojawić się trochę spoilerów, bo bez nich ciężko byłoby mi napisać cokolwiek o tej powieści, ale postaram się je ograniczyć do niezbędnego minimum, żeby nie psuć wam przyjemności z czytania, jeśli się na to zdecydujecie. Zacznę może od samego miejsca akcji: Ambasadoria to (w większości) ludzkie miasto położone na planecie Obcych. Jest kolonią imperium Bremen. Znajduje się na obrzeżach poznanego świata, w miejscu pozornie pozbawionym znaczenia, ale będącym dobrą bazą wypadową w razie konieczności podjęcia misji badawczych w nieznane, dlatego też Bremen czuwa i nie chce wybicia się Ambasadorii na niepodległość. Miasto utrzymuje się głównie z wymiany handlowej z miejscowymi, którzy mają bajerancką, mega zaawansowaną biotechnologię, jest też ośrodkiem badań naukowych nad ich przedziwnym językiem. Porozumieć można się z nimi tylko wtedy, kiedy dwoje ludzi psychicznie blisko ze sobą związanych, wręcz mających wspólny umysł, przemówi jednocześnie - inaczej słyszą tylko bełkot, który w ogóle nie kojarzy im się z próbami komunikacji. Dlatego też w Ambasadorii hoduje się idealne klony, dodatkowo połączone ze sobą za pomocą technologii, które zostają Ambasadorami i prowadzą wszelkie rozmowy z Obcymi Ariekenami. Ambasadoria wydaje się być samowystarczalna i zaczyna olewać Bremen, co niezbyt podoba się metropolii i skutkuje przysłaniem nowego Ambasadora, który jest inny i swoimi specyficznymi właściwościami doprowadza do tragedii. Ogólnie autor poświęcił mnóstwo miejsca na rozważania o lingwistyce, i to tak szczegółowe, że czasami nie łapałam, o co dokładnie chodzi. Brawa za research, mały minus za przystępność.

Kolejnym ważnym elementem książki jest jej główna bohaterka, czyli Avice. W retrospekcjach poznajemy jej dzieciństwo i młodość, a potem towarzyszymy w ciężkich chwilach w czasach kryzysu. Jest całkiem zwyczajna, jako dziecko wzięła udział w językowej ceremonii Ariekenów, co dało jej pewne względy i szansę wyrwania się z rodzimej planety. Avice zostaje więc nawigatorem i spędza kilka lat na nawigowaniu statków kosmicznych w Nurcie. W międzyczasie poznaje mężczyznę, który jest lingwistą zafascynowanym językiem Ariekenów. Postanawiają pobrać się i wrócić do Ambasadorii, a potem zaczynają dziać się te wszystkie dziwne rzeczy. Na przykładzie przypadków z życia głównej bohaterki autor wyjaśnia czytelnikom kilka kwestii związanych z wykreowanym przez siebie uniwersum. Najciekawszy jest chyba Nurt, czyli coś w stylu podprzestrzeni umożliwiającej szybkie przemieszczanie się po Wszechświecie. Niestety opis jest dość mglisty i nie poznajemy szczegółowej mechaniki tego zjawiska. Biorąc pod uwagę, że Nurt jest pozostałością po dwóch poprzednich Wszechświatach, jest niebezpieczny, można z niego nie wyjść cało, a w najbardziej groźnych miejscach jakaś nieznana wszystkim rozumnym rasom cywilizacja poustawiała coś w rodzaju ostrzegawczych latarni morskich, czytałabym z wielką satysfakcją całą książkę poświęconą podróżom przez Nurt jakiegoś statku z fajną załogą. Ale niestety, Nurtu jest mało, za to lingwistyki nie brakuje. Druga rzecz, na którą chcę zwrócić uwagę, to szeroko rozumiana ludzka obyczajowość. Akcja Ambasadorii dzieje się w dalekiej przyszłości, tak dalekiej, że już niewielu pamięta, gdzie leży Ziemia, a liczenie czasu ziemskimi godzinami i latami uważane jest za przejaw niepotrzebnego ekscentryzmu, wszyscy normalni ludzie już dawno przerzucili się na standardowe kilogodziny. Można by przypuszczać, że przez tyle lat jakoś zmieniły się normy społeczne - i tak jest, ale te nowe, wymyślone przez autora, jakoś nieszczególnie do mnie przemówiły. W mieście Ambasadoria dzieci są niejako własnością państwa, ich wychowaniem zajmuje się specjalny ośrodek oraz tzw. rodzice zmianowi. Na pierwszy rzut oka oryginalne, ale skojarzyło mi się jakoś z państwowymi domami dziecka z ZSRR okresu stalinizmu :) Nie jest to powszechna praktyka, w większości Wszechświata potomstwem opiekują się biologiczni rodzice, więc żadna to innowacja. Podobnie rzecz ma się ze stosunkami damsko-męskimi: Avice zawarła ze swoim wybrankiem kontrakt małżeński, wspomniano też, że była w innych związkach małżeńskim z osobami obojga płci. Śluby i rozwody to i u nas nic dziwnego, może ich zawarcie wymaga trochę  więcej zachodu, ale jeśli ktoś chciałby mieć w życiu wiele mężów/żon, to generalnie nic nie stoi na przeszkodzie. Bycie mężatką nie przeszkodziło Avice zostać kochanką jednego z Ambasadorów, więc i pod tym względem książka nie jest szczególnie odkrywcza, takie rzeczy zdarzały się od zawsze. I będą się zdarzać, więc może China Miéville poszedł tym tropem? Nie wiem, gdyż nie poświęcił sprawom życia codziennego i rodzinnego za wiele miejsca, za to o lingwistyce rozpisywał się na wiele stron.

Właściwie wszystko, o czym pisałam dotychczas, dzieje się w pierwszej połowie książki i w retrospekcjach. Druga część książki robi się mroczniejsza, poważniejsza, porusza problemy postępowania w czasie kryzysu, walki o władzę, oraz oczywiście lingwistyki. Autor chyba naprawdę zafiksował się na punkcie języka i komunikacji, gdyż cała powieść jest na nich oparta. I mi się to nawet podoba, byłam w stanie to kupić i się wciągnąć, ale niestety nie do końca. Brakowało mi wyjaśnienia niektórych spraw - jeśli w książce pojawia się zdanie typu: Próbowaliśmy uprawiać seks, ale oczywiście nic z tego nie wyszło, to jednak chciałabym dowiedzieć się, dlaczego było to tak oczywiste; zwłaszcza, że ta sama postać nie miała problemów z innymi partnerami. Jakaś niekompatybilność biologiczna? Nie mam pojęcia, autor już do tego nie wrócił. Dodatkowe 50 stron wyszłoby Ambasadorii na dobre (chociaż istnieje ryzyko, że te strony zostałyby zapełnione rozważaniami nad językiem). Ciężko było mi się wgryźć w świat przedstawiony, ze względu na często pojawiające się retrospekcje początkowo nie za bardzo wiadomo, o co chodzi, ale kiedy już się wkręciłam, to zrobiło się świetnie. Daję ocenę 4/5 i polecam wszystkim, którzy mają dość schematów w literaturze science fiction, chcą przeczytać coś naprawdę innego, no i nie boją się lingwistyki. 

czwartek, 5 października 2017

51/2017 Mroczniejszy odcień magii, V. E. Schwab (Odcienie magii tom I)


Witajcie w Szarym Londynie – brudnym i nudnym, pozbawionym magii, rządzonym przez szalonego króla Jerzego III. Istnieje też Czerwony Londyn, w którym w równej mierze szanuje się życie i magię, oraz Biały, miasto wycieńczone wojnami o magię. A niegdyś, dawno temu, istniał jeszcze Czarny Londyn... Teraz jednak nikt o nim nawet nie wspomina. 
Oficjalnie, Kell jest podróżnikiem z Czerwonego Londynu – jednym z ostatnich magów, którzy potrafią przemieszczać się pomiędzy światami – i działa jako posłaniec między Londynami i ambasador czerwonego królestwa rodziny Mareshów. Nieoficjalnie, uprawia przemyt – bardzo niebezpieczne hobby, o czym przekonuje się na własnej skórze, kiedy wpada w pułapkę wraz z zakazanym przedmiotem z Czarnego Londynu. Ucieka więc do Szarego, gdzie z kolei naraża się Lili Bard, złodziejce o wielkich aspiracjach. To właśnie z nią Kell wyrusza w podróż do alternatywnej krainy, której stawką jest uratowanie wszystkich światów…
Opis fabuły z okładki książki.  
Mroczniejszy odcień magii to książka, która w zeszłym roku przetoczyła się przez blogosferę i pozostawiła po sobie masę pozytywnych recenzji. Już wtedy postanowiłam ją przeczytać. I była to dobra decyzja. 

Książka sprawia wrażenia napisanej dla nieco młodszego odbiorcy. Główni bohaterowie mają około dwudziestu lat i mało skomplikowane charaktery. Pomysł na równoległe Londyny jest ciekawy, ale nie znajdziemy tu rozbudowanego światotwórstwa jak chociażby u Georga R. R. Martina. Nie są to jednak wady, przecież nie każda książka fantasy musi być 1000-stronicową cegłą z dziesiątkami postaci o super złożonej psychice. Autorce udało się zawrzeć interesujący pomysł na czterystu stronach. Jest to dobry wstęp do trylogii, która zapewne poszerzy naszą wiedzę o tym uniwersum.

Sama historia, choć dość prosta, jest niezmiernie ciekawa i wciągnęła mnie od razu. Koncept światów równoległych, magia, zmagania pomiędzy magami, a nawet zaczarowana wielostronna kurtka Kella - jakże mi się to spodobało! Mroczniejszy odcień magii jest wyrazisty i ma swój klimat, który bardzo przypadł mi do gustu.

Jak już wspominałam, postaci w tej książce nie są zbyt skomplikowane. Kell jest magiem, który posiada bardzo rzadką umiejętność - potrafi przechodzić pomiędzy światami. Z tego względu został wychowany przez rodzinę królewską z Czerwonego Londynu i zajmuje się przenoszeniem korespondencji do innych Londynów. Z tego powodu zdarza mu się strzelić focha - tak naprawdę jestem nikim, gdyby nie moja magia, to nie chcieliby mieć ze mną nic wspólnego, jestem tylko narzędziem - i w sumie ma wiele racji. Kell jest jeszcze młody, ma 21 lat, więc takie narzekanie jest uzasadnione, chociaż rodzina królewska traktuje go bardzo dobrze (no, może poza tym małym incydentem z wymazywaniem pamięci o prawdziwej rodzinie), a z księciem pozostaje w prawdziwie braterskiej relacji. Generalnie jednak bardzo polubiłam tę postać i nie mam do niej większych zastrzeżeń. No, może Kell odrobinę za szybko opanował magię bitewną, której wcześniej się nie uczył, ale to drobiazg, który mogę spokojnie zaakceptować.

Inaczej ma się sprawa z Lilą, główną postacią kobiecą. Jest ona mieszkanką Szarego Londynu, czyli tego najbardziej zwyczajnego, który zapomniał o magii. Oraz genialną, nieuchwytną złodziejką, której praktycznie wszystko się udaje. Jestem zdania, że autorka przedobrzyła z Lilą i zamiast pełnokrwistej bohaterki opisała jakąś heroinę. Rozumiem, że kiedy usłyszała o magii i światach równoległych, natychmiast zapragnęła dowiedzieć się o tym jak najwięcej, sama bym tak zrobiła. Ale świetnie kradnie, umie się bić, ma ciętą ripostę na każdą okazję, jest trochę chamska i bardzo niezależna - za dużo tego dobrego i już naprawdę niewiele dzieli w moich oczach Lilę od rasowej Mary Sue. Na szczęście ta granica nie została przekroczona i  mam wrażenie, że w kolejnych tomach Lila jeszcze się wyrobi i nabierze trochę głębi. Autorka zaspoilerowała mi już kilka istotnych części na jej temat (w tak subtelny sposób, że chyba tylko człowiek bez jednego oka by tego nie zauważył), więc jej powrót jest praktycznie pewny.

Inni bohaterowie są mocno drugoplanowi i pozbawieni ciekawych charakterów. Złe bliźniacze rodzeństwo rządzące Białym Londynem jest tak stereotypowe, że szkoda gadać. Rhy, książę Czerwonego Londynu, zapowiada się całkiem nieźle i także obstawiam rozbudowanie jego postaci w kontynuacjach Mroczniejszego odcienia magii. Okropnie razi mnie jednak dysproporcja pomiędzy liczbą postaci żeńskich i męskich. Kobiet, które mają jakiekolwiek kwestie mówione, jest zaledwie cztery. Pojawia się piąta, ale jest tylko wspomniana przez Kella. Za to mężczyzn tak na szybko naliczyłam piętnastu. Nie wiem skąd to wynika, ale przy czytaniu odniosłam wrażenie, że jest tylko Lila i otaczający ją tłum mężczyzn, co jest strasznie sztuczne i generalnie nie wiem, dlaczego autorka tak to rozegrała - zwłaszcza, że w żadnym z Londynów kobiety nie są dyskryminowane i zmuszane do siedzenia w domu, co w pewien sposób tłumaczyłoby taki stan rzeczy. Czekam na poprawę w kontynuacji.

O fabule nie będę się rozwodzić zbyt długo, bo łatwo byłoby o spoiler. Jest ona niezbyt skomplikowana, ale nie głupia. Wielu rzeczy można się szybko domyślić, ale przy takiej lekkiej rozrywkowej powieści nie jest to niewybaczalna wada. Duży plus za to, że Mroczniejszy odcień magii można przeczytać jako pojedynczą, zamkniętą historię, a drugi za to, że pokazuje, że można napisać niezłe fantasy mieszczące się na czterystu stronach.

Książka ta nie jest idealna, ale nie wywołała u mnie irytacji. Mogę ją polecić komuś, kto wcześniej nie miał styczności z fantasy, a chciałby przeczytać coś w tym klimacie. Oceniam Mroczniejszy odcień magii na 4/5. Światy, które stworzyła autorka, wciągnęły mnie i mam ochotę odkrywać je dalej.

środa, 27 września 2017

50/2017 Dallas '63, Stephen King


22 listopada 1963 roku w Dallas padły trzy strzały, które zabiły prezydenta Kennedy'ego i zmieniły świat. A gdyby tak można było temu zapobiec? 
Jake Eppinig to nauczyciel angielskiego w Lisbon Falls. Al, właściciel lokalnego baru, zdradza mi tajemnicę: jego spiżarnia jest portalem do roku 1958. Powierza Jake'owi szaloną - i, co jeszcze bardziej szalone, wykonalną - misją ocalenia prezydenta Kennedy'ego. Tak oto Jake zaczyna swoje nowe życie jako George Amberson, życie w świecie Elvisa i JFK, amerykańskich krążowników szos i rock and rolla, gniewnego samotnika nazwiskiem Lee Harvey Oswald i Sadie Dunhill, pięknej szkolnej bibliotekarki, która zostaje miłością życia Jake'a - życia wbrew wszelkim normalnym regułom czasu. 
Opis fabuły ze skrzydełka okładki książki.
To mój powrót do Dallas '63 po czterech czy pięciu latach. Pierwszy raz znalazłam tę powieść w bibliotece, później na półce w antykwariacie. Kupiłam ją i od tamtej pory stała sobie spokojnie . Ale już od jakiegoś czasu korciło mnie, żeby do niej wrócić, zwłaszcza że została mi w pamięci jako jedna z lepszych książek Kinga. Ostatnio obejrzałam jaj serialową adaptację 22.11.63, nakręconą w duchu oryginału. Serial jest średni, uproszczony (jak to zwykle bywa ze wszystkim kręconym na podstawie książek), ale spokojnie da się oglądać. Pod koniec nawet udało się mu wywołać u mnie emocje - oczywiście finał był chyba najwierniejszy oryginałowi, więc to zapewne właśnie dlatego.

Co do książki: można twierdzić, że jest to powieść science-fiction, no bo przecież motorem napędowym fabuły są podróże w czasie, ale tak naprawdę jest to piękna powieść obyczajowa znakomicie obrazująca życie na Południu USA na przełomie lat 50. i 60. XX wieku. Na szczęście nie jest to laurka wystawiona tym pięknym czasom, w których wszyscy byli mili, uczynni, kobiety piekły ciasta, a mężczyźni chodzili z synami na polowania. King znakomicie oddał ducha tamtych lat, ze wszystkimi ich wadami i zaletami.

Główny bohater Jake Epping to biały mężczyzna i jemu było względnie łatwo odnaleźć się w tamtej rzeczywistości, ale i tak nie uniknął problemów związanych m. in. ze swoim nieformalnym związkiem z Sadie. Mnie, jako kobiecie, byłoby już nieco ciężej. Myślę, że nie mogłabym się ubierać i zachowywać tak, jak to robię na co dzień, bo mogłoby się to skończyć nawet utratą pracy. Już nie wspomnę o tym, że osoba o kolorze skóry innym niż biały miałaby totalnie przerąbane. Tak więc składam Kingowi wielkie gratulacje, że zdecydował się na opis realistyczny, uwzględniający plusy i minusy tamtych czasów.

Dallas '63 jest więc dobrym źródłem wiedzy o obyczajowości tamtej epoki, ale wątek fantastyczny też daje radę. Podróże w czasie to fajny temat, wykorzystany tu wyjątkowo wdzięcznie. Uniemożliwienie zabójstwa Kennedy'ego to cel szlachetny, ale jakie mogą być konsekwencje? Czy w ogóle da się zmienić przeszłość? To ciekawe zagadnienia, które są dobrze rozwinięte. Odnoszę wrażenie, że tunele czasowe są jakoś powiązane z cyklem Mroczna Wieża. Mistyczny Człowiek Z Żółtą Kartką również do niego pasuje. W sumie wiele pozycji z twórczości Kinga jest z nim powiązanych. Wyłapałam też wiele nawiązań do To, chociaż tej książki jeszcze nie czytałam. Ale teraz, przy okazji premiery świetnej ekranizacji tego horroru, Internet jest pełen informacji i chcąc nie chcąc znam już główne założenia tej powieści. To i Bastion są moimi wyrzutami sumienia, ostatnimi z najbardziej znanych książek Stephena Kinga, których jeszcze nie przeczytałam, ale na pewno kiedyś to zrobię. King to jeden z moich ulubionych pisarzy, jak dotąd tylko jedna z jego książek nie spełniła moich oczekiwań - była to Komórka z tymi swoimi dziwnymi technologicznymi zombie i bezsensownym zakończeniem.

Spodobało mi się, że King nie wykorzystał jednej z licznych teorii spiskowych dotyczących zamachu na Kennedy'ego, lecz trzymał się oficjalnej wersji, co do której, jak wspomniał, po przeanalizowaniu wielu materiałów źródłowych ma 98% pewności. Nie miałam żadnych problemów by uwierzyć w to, że Lee Harvey Oswald, ten zafascynowany komunizmem, wychowany przez toksyczną matkę człowiek o niskim poczuciu własnej wartości, mógłby z zimną krwią zastrzelić prezydenta tylko dlatego, żeby udowodnić światu, że jest zdolny do wielkich (w jego mniemaniu) rzeczy.

Po kilku latach moja opinia o Dallas '63 się nie zmieniła. To nadal świetna książka, która dała mi wiele satysfakcji i ofiarowała dobry wątek obyczajowy - co jest dość niezwykłe, bo najczęściej takie zwyczajne ludzkie motywy mnie niezbyt interesują. Oceniam na 5/5 i polecam (bardziej książkę, serial trochę mniej), aczkolwiek z zastrzeżeniem, że dla lepszego rozumienia treści przyda się znajomość historii USA. 

piątek, 15 września 2017

49/2017 Drobna przysługa, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom X)

Od blisko roku nikt nie próbował zabić Harry’ego Dresdena. Jego życie wreszcie staje się nieco bardziej spokojnie. Przyszłość zaczyna wyglądać różowo. Jednakże przeszłość rzuca bardzo długi cień. 
Zawarta dawno temu umowa uczyniła Harry’ego dłużnikiem Mab, władzczyni Zimowego Dworu sidhe, Królowej Powietrza i Ciemności. A teraz Mab upomina się o spłatę długu. To tylko drobna przysługa, ale Harry nie może odmówić jej wyświadczenia… a to może sprawić, że znajdzie się między śmiertelnym wrogiem a równie przerażającą sojuszniczką. Jego umiejętności i jego lojalność zostaną poddane najsurowszej z prób. 
Nie powinno go to zaskakiwać. Wszystko szło po prostu za dobrze.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
To już moje dziesiąte spotkanie z Harrym i muszę przyznać: z biegiem czasu coraz bardziej się do niego przyzwyczajam. Drobna przysługa niczym nie odstaje od reszty serii i zgrabnie komponuje się z dobrze już znanym uniwersum. Punktem wyjścia całej historii jest układ, jaki Harry zawarł z władczynią Zimowego Dworu elfów, ale błaha z pozoru sprawa oczywiście zaczyna się komplikować. Harry próbuje doprowadzić do rozejmu pomiędzy Białą Radą a Denarianami (którzy są pierońsko niebezpiecznymi piekielnymi demonami). Oczywiście wszelkie pokojowe starania kończą się katastrofą oraz porwaniem Archiwum, która miała być bezstronną obserwatorką i gwarantem pokoju (Archiwum to personifikacja całej wiedzy ludzkości, tyle że w ciele małej dziewczynki). Rozróba opisana jest bardzo efektownie, w pięknych dekoracjach: oceanarium, a potem małe wysepki na jeziorze Michigan pełne tajemniczych ruin, które będą zapewne ważne w kolejnych tomach cyklu. Większość bohaterów pojawiła się już kiedyś na kartach Akt Dresdena, ale autor rozszerzył trochę swoje uniwersum: pojawiły się nowe gatunki stworów zamieszkujących Nigdynigdy, dowiedzieliśmy się więcej o Denarianach, a także na scenę wkroczyły moce niebiańskie i archanioły. Pojawiły się też kolejne wzmianki o Czarnej Radzie - złej organizacji, z którą Dresden w końcu zapewne będzie musiał się zmierzyć.

Życie uczuciowe Harry'ego trochę się rozwinęło: co prawda nie jest z Karrin Murphy (chociaż nie są sobie obojętni), ale za to udaje mu się mały romansik ze Strażniczką Luccio, która technicznie rzecz biorąc jest jego szefową. Ciekawa jestem, czy ten wątek będzie miał kontynuację. Brakowało mi dwóch rzeczy: wilkołaków i codziennego życia Dresdena. O ile o wilkołakach autor chwilowo zapomniał, ale myślę, że jeszcze kiedyś wrócą, tak szara codzienność i zwykłe sprawy nigdy nie były priorytetem tej serii i chyba muszę o tym zapomnieć. Ciężko mi napisać coś więcej o tej książce, gdyż klimatem nie odbiega ona od poprzednich a ja nie chcę się zbytnio powtarzać, więc poniżej podrzucę tylko linki do wcześniejszych recenzji. Drobna przysługa to książka solidna, daję jej 4/5 i żałuję, że nie mam talentu plastycznego, bo tak się wkręciłam w to uniwersum, że chętnie stworzyłabym jakieś fanarty. Może więc wymyślę sobie jakieś fanfiction (tylko wymyślę, bo nigdy nie chce mi się ich zapisywać).

Recenzja tomów I - IV

środa, 13 września 2017

48/2017 Wielki marsz, Richard Bachman


Mroczna alegoryczna wizja przyszłości Stanów Zjednoczonych. 

Stu chłopców wyrusza w morderczy marsz - meta będzie tam, gdzie padnie przedostatni z nich. Tu nie ma miejsca na sportową rywalizację, ludzkie uczucia ani na fair play, ponieważ gra toczy się o bardzo wysoką stawkę. Najwyższą z możliwych. 
Opis fabuły: lubimyczytac.pl
Właściwie to ciężko jest coś napisać na temat Wielkiego marszu (no może poza tym, że pod pseudonimem Richard Bachman ukrywa się dobrze znany Stephen King), bo po jego przeczytaniu dosłownie mnie zamurowało i potrzebowałam trochę czasu, by przestać obsesyjnie myśleć o tej historii. Ta opowieść o stu chłopcach biorących udział w wyścigu, który może przetrwać tylko jeden, dostarcza niesamowitych emocji i wzbudza mnóstwo uczuć. Czytałam tę kultową już książkę pierwszy raz i czułam przede wszystkim niezdrową fascynację - to chyba nie świadczy o mnie najlepiej i obawiam się, że w świecie Wielkiego marszu stałabym gdzieś w tłumie wzdłuż trasy i dopingowała zawodników.

Fabuła jest dość prosta: główny bohater Ray Garraty decyduje się wystartować w Wielkim marszu. W trakcie trwania tych makabrycznych zawodów poznaje innych uczestników i ich motywacje, dowiadujemy się też wiele o jego przeszłości i obserwujemy eliminacje kolejnych odpadających z wyścigu chłopców. Kartki książki przewracały mi się właściwie same i walczyłam z pokusą, by zajrzeć na ostatnią stronę i sprawdzić, czy Ray wygra. A może będzie drugi i polegnie po epickiej walce? Nie zakładałam innych możliwości, w końcu Ray jest naszym przewodnikiem w tej opowieści i wiadome jest, że musi doprowadzić nas do końca, bardziej lub mniej szczęśliwego. Udało mi się wytrwać bez sprawdzania, więc i tutaj nie będę spoilerować.

Bachman/King mistrzowsko oddał charaktery uczestników marszu oraz łączące ich relacje. Współczujemy im, dopingujemy, nienawidzimy, wręcz idziemy wraz z nimi przez lesiste wzgórza Maine. Jeszcze lepsze są relacje pomiędzy idącymi chłopcami a organizatorem marszu, Majorem. Jest on postacią wręcz kultową, legendarną; idolem nastolatków, którzy pragną jego uznania. Jednak kiedy padają pierwsze ofiary, koledzy zaczynają umierać powaleni strzałem w głowę po trzech ostrzeżeniach, chłopcy zaczynają rozumieć, w co tak naprawdę się wpakowali, a początkowe uwielbienie Majora zamienia się w czystą nienawiść.

Jednak najbardziej interesuje mnie świat, w którym została umieszczona cała akcja. Co też się stało z USA, że ulubioną rozrywką milionów jest coroczne patrzenie na śmierć 99 młodzieńców? W jakim świecie taki zwyrodnialec jak Major mógł zostać idolem tłumów, a nastolatki same zapisują się do zawodów, które są niczym innym, jak długim i męczącym samobójstwem? Dlaczego w kraju, który kiedyś opierał się na wolności jednostki, każda krytyka władzy wiąże się z rychłą wizytą smutnych panów w środku nocy i zabraniem nie wiadomo dokąd? Czas akcji to na oko lata 60. - 70. Wiadomo, że w latach 50. miały miejsce jeszcze jakieś walki z Niemcami z użyciem broni atomowej w tle, co na pewno miało wpływ na wytworzenie się totalitarnego systemu w USA - i to właściwie tyle (to i tak o 100% więcej, niż dowiedziałam się w Drodze McCarthego na temat przyczyn apokalipsy). Chętnie przeczytałabym coś jeszcze rozgrywającego się w tym złowrogim uniwersum. Bachman/King napisał Uciekiniera dziejącego się w podobnych makabrycznych realiach, opartego na podobnym pomyśle (reality show, w którym tytułowy uciekinier musi przez 30 dni ukrywać się przed wszystkimi, w tym przed elitarną jednostką pościgową, gdyż wszyscy chcą go zabić), ale nie jestem pewna, czy akcja tej książki rozgrywa się w dokładnie tym samym świecie, co Wielki marsz

Mam tylko jedno malutkie zastrzeżenie - pod koniec akcja przyspiesza, pojawiają się przeskoki czasowe - jak dla mnie finał nastąpił trochę za szybko (czyżbym chciała dłużej napawać się cierpieniem uczestników?), ale w sumie i tak dobrze wiemy, co dzieje się w głowie Garratego. Generalnie jednak ta książka to prawdziwie poruszające arcydzieło i już wiem, że na pewno do niej wrócę. 5/5.


Czytałam Wielki marsz w pierwszym polskim wydaniu z 1992 roku. Przede wszystkim rzuca się w oczy wielkie nazwisko Kinga, pseudonim jest malutki i niemal schowany gdzieś poniżej. Bo King sprzeda się lepiej. Zresztą w nowym wydaniu jest tak samo. Ja osobiście uważam, że jeśli twórca zdecydował się napisać coś pod pseudonimem, to powinniśmy to uszanować, ewentualnie dodać prawdziwe nazwisko gdzieś obok, dokładnie odwrotnie niż na powyższym zdjęciu. Zastanawiacie się, co to za sznurki na książce? Moja biblioteka szyje w ten sposób wszystkie książki w miękkich okładkach, żeby zabezpieczyć je przed rozsypaniem. Pomysłowe, działa, ale za każdym razem mnie to bawi, w innych bibliotekach się z czymś takim nie spotkałam.


To wydanie ma swoje plusy: bardzo dogodne rozmieszczenie tekstu na stronie oraz wygodną, nieco zaokrągloną czcionkę. Dzięki temu dobrze mi się czytało i żałuję, że teraz już się tak nie wydaje...

poniedziałek, 11 września 2017

Nowe książki: trylogia Odrodzone królestwo, Elżbieta Cherezińska


W miniony weekend Empik znowu zaserwował nam promocję trzy książki w cenie dwóch. Zwykle staram się z niej skorzystać, bo to dobra okazja na uzupełnienie księgozbioru w dość rozsądnych cenach. Zaszalałam więc i kupiłam tę trylogię w twardych okładkach. Słyszałam o tych książkach wiele dobrego, jest to ponoć napisana z rozmachem i pełna intryg powieść historyczna z elementami fantasy, czyli coś, co może mi się bardzo spodobać. 


Tu zbliżenie na Tarkina.


I jeszcze całość leżąca na półce.

niedziela, 10 września 2017

47/2017 Brygady duchów, John Scalzi


Brygady Duchów to elitarne jednostki specjalne Kolonialnych Sił Obrony – ich żołnierze zostali stworzeni z DNA zmarłych. Wykorzystywani są w najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych misjach KSO. Są młodzi, silni, szybcy i pozbawieni skrupułów. 
Wszechświat jest dla ludzkości niebezpiecznym miejscem – a ma się stać jeszcze groźniejszy. Trzy obce rasy, z którymi ludzie starli się już wcześniej, zawarły sojusz, który ma powstrzymać kosmiczną ekspansję homo sapiens. Obcym pomaga renegat Charles Boutin, naukowiec, który poznał wszystkie największe tajemnice militarnego sukcesu KSO. By zwyciężyć, KSO muszą dowiedzieć się, dlaczego Boutin przeszedł na stronę wroga. 
Jared Dirac jest jedynym człowiekiem, który może znaleźć odpowiedź na to pytanie – jest nadnaturalną hybrydą, stworzoną na podstawie DNA Boutina. Mózg Jareda powinien móc uzyskać dostęp do elektronicznych wspomnień Boutina. Transplantacja pamięci kończy się fiaskiem i zostaje on przydzielony do Brygad Duchów. 
Na początku Jared wydaje się być doskonałym żołnierzem, kiedy jednak wspomnienia Boutina zaczynają w nim odżywać, intuicyjnie zaczyna rozumieć przyczyny jego zdrady. Zawzięcie polując na swojego „ojca”, musi również stawić czoło konsekwencjom swoich własnych wyborów. Czasu jest coraz mniej: sojusz trzech obcych ras przygotowuje ofensywę, a niektórzy z wrogów ludzkości szykują jej coś o wiele gorszego od zwykłej wojny...
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Brygady duchów technicznie rzecz biorąc są drugą częścią serii zapoczątkowanej książką Wojna starego człowieka, jednak ja będę uparcie odmawiać nazywania tego cyklem. Bardziej trafne jest stwierdzenie, że obie te powieści dzieją się w tym samym uniwersum. Brygady duchów są napisane lepiej, sprawniejszym językiem, mają bardziej przemyślaną strukturę, a główny bohater Wojny... pojawia się w nich dwa razy, i to ledwie wspomniany przez inne postaci. Spokojnie można byłoby przeczytać tę książkę bez znajomości poprzedniej i nic się nie straci, najważniejsze sprawy dotyczące świata przedstawionego są tu ponownie wyjaśnione.

No i przede wszystkim: Brygady duchów to książka pod każdym względem lepsza, z ciekawszym bohaterem, poruszająca bardziej interesującą tematykę (chociaż transfer świadomości i wszelkie problemy z nim związane nie są dla mnie jakoś szczególnie kontrowersyjne). Czyta się ją szybko i przyjemnie. To taka typowa dobra rozrywka w stylu science fiction: lekka, ale nie za głupia, angażująca, ale nie wymagająca całkowitego skupienia. Trochę nie kupuję technologii, wygląda bardziej na owoc wyobraźni autora niż na prawdopodobną wizję przyszłości. Autor próbuje tłumaczyć to przejęciem niektórych rozwiązań od obcych ras, ale nadal nie czuję się przekonana.

Historie Johna Scalziego są kameralne, skupione wokół osoby głównego bohatera. Na szczęście przez całą książkę przewija się motyw wojny z trzema rasami Obcych naraz, a pod koniec dostajemy zapowiedź czegoś jeszcze większego... Kosmiczne konflikty i klimat rasowej space opery - już nie mogę się doczekać i na pewno przeczytam dalszy ciąg.

Dużym minusem książki jest jej wydanie, a właściwie brak nowego wydania. Wojnę starego człowieka przeczytałam już w nowej szacie graficznej i w innym tłumaczeniu, Brygady duchów jeszcze nie doczekały się modernizacji. Może to właśnie przez odmienne tłumaczenia te dwie książki nie chcą mi się złożyć w spójny cykl? Jeśli wydawnictwo Akurat zdecyduje się wydać Brygady duchów w nowej wersji, to na pewno je kupię i przeczytam całość jeszcze raz.

Książkę oceniam na 4/5 i liczę na więcej akcji i rozmachu w przyszłości. Scalzi może nie dorówna Podlewskiemu, którego uwielbiam za Głębię, ale stać go na napisanie porządnej powieści science fiction, którą będę miała ochotę przeczytać.

czwartek, 31 sierpnia 2017

46/2017 Przedksiężycowi, Anna Kańtoch (tom II i III)



Oto świat składający się z wielu wersji. Większość wionie grozą przemijania. Ale jest też jedno wspaniałe, piękne oblicze. Niedoskonali mieszkańcy lądują w niszczejącej wersji, wybrani awansują. A nad wszystkim pieczę sprawują Przeksiężycowi. Oto świat, w którym nie ma miejsca na indywidualność. Wszystko podporządkowane jest sztuce... i chęci przetrwania Oto Lunopolis, gdzie mieszkańcy żyją chwilą, przerażeni wizją wyroku, który da im namiastkę szczęścia lub pogrąży w rozpaczy i entropii, gdzie naturalnym jest, iż ludzi w przeszłości, mimo że jeszcze nie umarli, bliscy uznają za martwych? 
Kim są Przedksiężycowi, istoty, które decydują o życiu i śmierci każdego istnienia? Od czego zależy śmierć lub życie każdego człowieka?
Odpowiedzi może być wiele...
Opis: lubimyczytac.pl
Na samym początku muszę się do czegoś przyznać: uwielbiam tak napisane książki. Te plastyczne opisy pozwalające mojej wyobraźni wejść na najwyższe obroty (widać tu postęp względem pierwszej części)... Bohaterowie mają mocno zarysowane charaktery i wyraźne motywacje. Fabuła opiera się na oryginalnych pomysłach, a schematy wykorzystuje w sposób twórczy. No i najważniejsze - wciąga tak, że nie sposób się oderwać.

Największą wadą Przedksiężycowych jest podzielenie ich na trzy części i wydanie osobno. Marzy mi się porządne, jednotomowe wydanie w większym formacie i twardej okładce, bo tak właśnie powinno się poznawać tę historię. Niestety nie miałam dostępu do wszystkich części naraz i tego żałuję, bo pierwszy tom trochę traci jeśli od razu nie przejdzie się dalej. Jest w nim za mało akcji, żeby uznać go za dobrze wyważoną całość. Drugi i trzeci czytałam już łącznie i moje wrażenia były o wiele lepsze. Nowe wydanie przydałoby się tym bardziej, że Fabryka Słów wypuściła tylko pierwszy tom w całkiem fajnej okładce. Wydawnictwo Powergraph wydało co prawda całość, ale z tym dziwnym mechanoidem przypominającym C3PO z Gwiezdnych Wojen, który to wcale a wcale mi się nie podoba, a Lunapolis w tle zupełnie nie przypomina tego, które sobie wyobrażałam.

Nie lubię zbyt przewidywalnych opowieści. Niektóre tropy są tak oczywiste, że udaje mi się odgadnąć ich rozwinięcie jak tylko się na nie natknę. Ale nie lubię też przesady w drugą stronę. Nie cieszy mnie kryminał, w którym mordercą okazuje się być osoba wspomniana raz w trzecim rozdziale, a żeby dostrzec jej wszystkie powiązania ze sprawą trzeba książkę przeczytać dziesięć razy. Przedksiężycowi to idealny kompromis pomiędzy tymi skrajnościami. Niektóre rozwiązania były dla mnie zaskakujące, a w przypadku innych domyślałam się w idealnym momencie, na zasadzie: o czyżby ten koleś był w to zamieszany? I po chwili okazywało się, że faktycznie był. Nie po połowie książki, ale właśnie po chwili, kilku- kilkunastu stronach, więc nie było to w ogóle męczące.

Ciężko byłoby napisać coś o fabule i rozwoju bohaterów nie posuwając się do zrobienia ogromnych spoilerów, pozostanę więc przy ogólnikach. Zaskoczyło mnie to, że autorka nie poszła w stronę romansu lub bliskiej współpracy Finnena i Kairy. Wręcz przeciwnie, ta dwójka oddala się od siebie coraz bardziej i trzyma się ze sobą raczej z konieczności, niż z sympatii. To poczucie coraz większego wzajemnego nieporozumienia potęguje jeszcze brak narracji z punktu widzenia Kairy - Poznajemy motywacje Finnena, ale poczynania dziewczyny wydają się być mocno niejasne. Zresztą dowiadujemy się o Kairze takich rzeczy, że przestaje się nam jawić jako kryształowo czysta postać o dobrych zamiarach... Zamotała nam tu autorka, i to w taki sposób, aby dać kilka odpowiedzi, ale też postawić wiele nowych pytań.

W drugim i trzecim tomie jest więcej Daniela Pantalekisa, pojawia się też inny statek kosmiczny wraz z załogą. Ucieszyły mnie te momenty, przypomniały o tym, że jest to science-fiction i to dziejące się w bardzo dalekiej przyszłości. Wielkim plusem książki jest wiszący nad Lunapolis klimat nieufności i niepokoju społecznego, który w pewnym momencie przeradza się w prawdziwą rebelię. Generalnie mam wrażenie, że nazwa Lunapolis sprawdziłaby się lepiej jako tytuł, to miasto odgrywa w powieści o wiele większą rolę niż ci tajemniczy Przedksiężycowi, o których ostatecznie prawie nic się nie dowiedzieliśmy.

Nagroda im. Zajdla, którą otrzymał pierwszy tom, jest tu jak najbardziej na miejscu, a ja osobiście rozciągnęłabym ją na całą książkę. Nie zauważyłam jakiś większych wad czy fabularnych głupotek, wręcz przeciwnie, Przedksiężycowi są tak spójni i logiczni, że niejedna powieść mogłaby się od nich uczyć. Samo zakończenie skojarzyło mi się z Mroczną Wieżą Kinga poprzez wykorzystanie motywu z pętlą czasu, co idealnie pasuje do miasta rozwarstwionego na wiele kopii istniejących w różnych czasach. Może w tym przypadku sprawdziła się zasada, że bardziej lubimy to, co już znamy, (a pierwszy tom dogłębnie przedstawił mi świat i postaci), ale kolejne części bardziej wypełnione akcją oceniam o wiele lepiej i daje im zdecydowanie zasłużone 5/5.

piątek, 25 sierpnia 2017

45/2017 Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach, Paweł Zych, Witold Vargas


Studiując rodzime baśnie, podania i legendy, odnosimy nieodparte wrażenie, iż nasi przodkowie kochali niesamowite opowieści. Przez setki lat historii naszego kraju powstał olbrzymi, barwny i ludny świat polskich wierzeń ludowych. Pięknie ilustrowany przez Pawła Zycha i Witolda Vargasa Bestiariusz jest skromną próbą zilustrowania tego bogactwa i ukazania choćby jego części współczesnemu Czytelnikowi. Zapraszamy do podróży śladami opowieści naszych przodków, mitów pełnych słowiańskiej magii tak rzadko obecnej we współczesnej polskiej kulturze.
Opis ze strony wydawnictwa
Książkę Bestiariusz słowiański pożyczyłam od koleżanki, która określiła ją mianem ciekawej bajki na dobranoc. Przeczytałam ją bardzo szybko i muszę stwierdzić, że koleżanka miała absolutną rację - jest to uroczy, pięknie ilustrowany leksykon wiedzy o nadprzyrodzonych istotach, w które wierzyli nasi przodkowie. 

Każdy potwór ma swój opis - krótszy, dłuższy, czasem zabawny, czasem trochę straszny - zależy to o stanie wiedzy na temat danego stwora i jego charakteru. W Bestiariuszu słowiańskim znajdziemy istoty wywodzące się z czasów rzymskich, a także potwory, w które wiara była powszechna jeszcze w XIX wieku, rozstrzał czasowy jest więc bardzo duży.

Książka ma format nieco większy niż standardowy i twardą okładkę, co sprawia, że idealnie nada się na prezent. No i do tego te wspaniałe ilustracje utrzymane w ciepłych żółciach, brązach i pomarańczach. Można nią obdarować właściwie każdego, kto wykazuje zainteresowanie tematem, począwszy od dziesięciolatków. Należy jednak pamiętać, że nie jest to kompletne kompendium wiedzy, a raczej wprowadzenie mające wprowadzić w temat zainteresowanego laika. To właśnie jest mój największy zarzut: za duża skrótowość. Taka ilość informacji spokojnie wystarczy dzieciom, ale ja chciałabym czegoś więcej: niekoniecznie opracowania naukowego, ale tak powiedzmy dwukrotnie dłuższego tekstu przy każdym potworze. Wtedy dałoby się tę książkę bardziej czytać, a nie tylko oglądać. Moja ocena to 4/5. Cieszę się, że tematy dotyczące naszej przedchrześcijańskiej przeszłości przebijają się coraz bliżej głównego nurtu, jednak nie kupiłabym dla siebie tej konkretnej książki, a inne pozycje z tej serii przeczytam tylko wtedy, kiedy przypadkiem wpadną mi w ręce.

Poniżej kilka ilustracji z Bestiariusza słowiańskiego, w końcu są one mocną stroną tej książki, więc szkoda byłoby ich nie pokazać:


Bies wygląda jak żywcem wyjęty z Wiedźmina 3, taka wielka leśna bestia.


Zdarzają się też o wiele ładniejsze istoty...


Kotokształtny chochlik, tego jeszcze nie widziałam.


Węże były ważnymi zwierzętami dla naszych przodków, zapewniały szczęście i bogactwo (poza tym tępiły myszy, więc czasem były po prostu hodowane w domach).