wtorek, 25 lipca 2017

40/2017 Marchia Cienia, Tad Williams (cykl Marchia Cienia tom I)


Przez wieki zasnuta mgłą Granica Cienia oddzielała ziemie ludzi od utraconych przez nich w wielkiej wojnie północnych terytoriów zamieszkanych przez tajemniczych Quarów. Nikt, kto przekroczył granicę, nie wrócił… Teraz zaś niepokojące pasmo mgły zaczęło zagarniać południowe tereny. 
Tymczasem panująca w Marchii Południowej rodzina królewska przeżywa kryzys: prawowity władca, Olin, przebywa w niewoli, książę regent zostaje zamordowany, a jedynymi pretendentami do tronu i obrońcami królestwa są królewskie bliźnięta, niepełnosprawny Barrick i jego siostra Briony. Narasta chaos i poczucie zagrożenia, tym bardziej, że Quarowie to nie jedyne niebezpieczeństwo. Za inną granicą czai się żądny władzy autarcha, ciemiężca Olina. Zło i zdrada, jak się wydaje, czyhają wszędzie…
Opis fabuły z okładki książki. 
Miałam z tą książką problem - ona po prostu nie chciała się zacząć. Czytam, czytam i nic się nie dzieje. Dwie trzecie Marchii Cienia to rozbudowana ekspozycja i przedstawienie postaci. Nie mam nic przeciwko takim zabiegom, wręcz uwielbiam jak świat jest rozbudowany, no ale błagam, tego nie robi się w takim stylu. Tad Williams pisze bardzo klasyczne high fantasy, więc nie znajdziemy tu scen pełnych przemocy i seksu, a i język powieści nie jest jakiś nowatorski. Mimo wszystko sądzę, że dałoby się napisać całość bardziej dynamicznie. Tak dla porównania: gdyby Władca Pierścieni był utrzymany w tym stylu, to pierwszy tom skończyłby się opuszczeniem przez Froda Bag End i pierwszym spotkaniem Upiorów Pierścienia.

Pierwsza część cyklu Marchia Cienia została wydana w 2004 roku i zdradza niepokojąco wiele wspólnego z wydaną w 1996 roku Grą o tron:

- magiczni Biali Wędrowcy żyjący za Murem stanowiący zagrożenie dla ludzi vs. magiczny lud różnych dziwadeł żyjący za Granicą Cienia stanowiący zagrożenie dla ludzi,

- wydarzenia w Westeros opisywane z perspektywy różnych postaci vs. wydarzenia w Marchii Południowej opisywane z perspektywy różnych postaci,

- dziewczyna z dziwnym imieniem (Daenerys) na innym kontynencie zmuszona do małżeństwa wbrew jej woli, która odegra dużą rolę w przyszłej fabule vs. dziewczyna z dziwnym imieniem (Qinnitan) na innym kontynencie zabrana do haremu władcy wbrew jej woli, która odegra ważną rolę w przyszłej fabule,

- południowy mistrz walki Areo jako strażnik na dworze Martellów vs. południowy mistrz walki Shaso jako dowódca na dworze Eddonów.

I na pewno znalazłoby się jeszcze mnóstwo różnych drobnych podobieństw, ale akurat to nie przeszkadzało mi za bardzo w trakcie czytania, w końcu wszyscy twórcy w mniejszym czy większym stopniu korzystają z już istniejących pomysłów i motywów. Styl obu tych książek jest zresztą na tyle odmienny, że nie da się tego uznać za plagiat.

Marchia Cienia ma za to o wiele więcej magii niż Pieśń Lodu i Ognia. Smoków co prawda nie było (jedynie jakiś stwór na kształt wiwerny), ale za to znalazło się miejsce na lud Funderlingów, czyli wcale-nie-krasnoludów: są to niskie ludziki, które mieszkają pod ziemią i zajmują się górnictwem, kamieniarką i obróbką kamieni szlachetnych. Są też Dachowcy, czyli jeszcze mniejsze ludziki mieszkające na dachach i używające szczurów w charakterze wierzchowców. Wszyscy wrogowie zza Granicy Cienia to mniej lub bardziej humanoidalne długowieczne istoty, na pewno część z nich można określić mianem elfów. Czarodziei jak dotąd nie stwierdzono (za to jest jeden całkiem ciekawy uczony medyk), ale kto wie, może pojawią się w kolejnych tomach.

Najciekawszymi postaciami są chyba Briony i Barrick, piętnastoletnie bliźnięta. Nieoczekiwanie to oni zostają regentami królestwa stojącego na krawędzi wojny. Na początku Briony wydawała się być rozsądna, ale szybko się to zmieniło. Na propozycję małżeństwa niosącego ze sobą całkiem spore korzyści strategiczne reaguje wręcz alergicznie, chociaż od dziecka widziała, że jako księżniczka nie wyjdzie za mąż z miłości. (Swoją drogą czy córki króla nie powinno się nazywać królewną? W książce była księżniczką, ale jakoś nie do końca mi to pasowało.) Potem zachowuje się jeszcze dziwniej: po przejęciu władzy zaczyna ubierać się w męskie stroje, bo wydaje jej się, że tylko tak arystokraci będą ją szanować. Mam wrażenie, że autor chciał z niej zrobić silną postać kobiecą, ale nie za bardzo wiedział jak się do tego zabrać. Umieścił w książce kilka naprawdę słabych i nieco żenujących fragmentów z założenia feministycznych, ale niestety feminizm nie polega na tym, że piętnastolatka narzeka na to, że wychowywano ją inaczej niż brata i przebiera się za mężczyznę - przynajmniej ja tak uważam. Ok, ceremonialne suknie były niewygodne i sztywne, ale o wiele lepiej wyglądałoby, gdyby Briony kazała uszyć sobie nową kieckę odzwierciedlającą jej charakter. Nie zaszkodziłoby jej też skupienie się na własnych atutach i ich rozwijanie zamiast marudzenia o tym, jaki to świat jest niesprawiedliwy dla kobiet.

Za to Barrick w trakcie trwania fabuły zmienił się na plus. Na początku miałam go za żałosnego emo chłopca użalającego się nad sobą z powodu niepełnosprawności (ma niesprawną rękę), który ma gdzieś fakt, że urodził się w rodzinie królewskiej, niczego mu nie zabraknie, może nie będzie rycerzem, ale może wykształcić się w dowolnej interesującej go dziedzinie i zostać doradcą starszego brata. Albo pić, biesiadować i uganiać się za dziewkami, gdyby miał na to ochotę. Ale potem autor nadaje tej postaci trochę głębi, na jaw wychodzą dręczące chłopaka wizje i powoli rozwijająca się choroba psychiczna. Barrick lepiej niż siostra rozumie też rolę regenta i decyduje się jechać na wojnę jako symbol władzy i pocieszenie dla ludu - chociaż przez niepełnosprawność praktycznie nie może walczyć i bardzo naraża swoje życie. Takiego Barricka kupuję i chcę dalej śledzić jego losy.

Ze względu na ten bardzo rozwlekły początek książkę czytało mi się dość źle i w pewnym momencie stwierdziłam nawet, że mam gdzieś dalszy ciąg i nie kończę tej serii. Jednak udana końcówka na tyle podwyższyła poziom całości, że ostatecznie Marchię Cienia oceniam na 3/5 i nawet przyniosłam już z biblioteki następny tom.

sobota, 15 lipca 2017

39/2017 Dowody winy, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom VIII)



Poznajcie Harry’ego Dresdena, pierwszego (i jedynego) chicagowskiego maga-detektywa. Okazuje się, że w naszym zwykłym świecie wprost roi się od niezwykłych, magicznych istot, które najczęściej mają z ludźmi na pieńku. I tu na scenę wkracza Harry. 
Magowie z Białej Rady nie przepadają za nim, uważają bowiem – nie bez przyczyny – że jest bezczelny i niezdyscyplinowany. Po tym jednak, jak wojna z wampirami nieco przerzedziła ich szeregi, Harry jest im najzwyczajniej w świecie potrzebny. Dlatego właśnie w okamgnieniu zostaje przydzielony do zbadania pogłosek o czarnej magii. 
Jego drugim problemem jest córka starego przyjaciela, która zdążyła dorosnąć i wpakować się w problemy po uszy. Jej chłopak upiera się, że nie ma nic wspólnego ze zbrodnią jakby żywcem wyjętą z krwawego horroru. Pierwsze wrażenie okazuje się… całkiem trafione, o czym Harry przekonuje się, natrafiwszy na ślad złych istot żywiących się strachem. Wszystko to składa się na pracowity dzień dla maga, jego psa i gadającej czaszki imieniem Bob.
Opis fabuły ze strony wydawnictwa.
W przypadku ósmej już części Akt Harry'ego Dresdena mogłabym pójść na łatwiznę i sklecić tę recenzję z kawałków poprzednich, bo w Dowodach winy nie zaszła jakaś istotna zmiana jakościowa. Nadal jest Chicago, czary, ci źli i Harry, miejski mag, który musi wszystkich uratować Jak zwykle jesteśmy świadkami szybkiej akcji i ciekawych wydarzeń (ożywione postaci z filmów grozy wychodzą z ekranu i atakują ludzi na konwencie fantasy - czyż to nie jest świetne?), ale oprócz tego standardu znalazłam coś jeszcze lepszego. Jakoś tak się składa, że najlepiej czyta mi się te fragmenty cyklu, które skupiają się na relacjach Harry'ego z innymi bohaterami i w tym tomie było tego naprawdę dużo: Karrin Murphy, Thomas, rodzina Carpenterów Sam Harry również się trochę rozwinął. Dokładnie to lubię i w kolejnych tomach oczekuję więcej.

Podoba mi się też coraz śmielsze wyciąganie wątku wojny wampirów i Białej Rady czarodziejów bliżej pierwszego planu. Czuć, że kroi się niezła rozróba i w sumie nie mogę się już jej doczekać. Rzucę teraz małym spoilerem: Harry Dresden przyjmuje uczennicę i w następnej części musi, no ale to po prostu musi być dokładnie opisane jej szkolenie. Uwielbiam motyw nauki magii i relacji mistrz - uczeń. Może to i nieco wyświechtane, ale zawsze sprawia mi czytelniczą przyjemność - tak jak motyw pierwszego kontaktu z obcą cywilizacją w science-fiction.

Po lekturze pierwszych tomów bałam się trochę, że autor pójdzie w cały świat i nawymyśla tyle dziwności, że nie złożą mu się ładnie do kupy i nie stworzą spójnego uniwersum. Teraz mogę z całą stanowczością stwierdzić, że żadna z moich obaw się nie sprawdziła. Jim Butcher bardzo ładnie wykorzystuje postaci i wydarzenia z wcześniejszych tomów do zmontowania misternej intrygi przewijającej się przez cały cykl. I co najlepsze: wszystko wskazuje na to, że ta cała intryga dopiero się rozkręca i doczekamy się jeszcze czegoś spektakularnego. 

A teraz szybkie podsumowanie: Dowody winy dostają 4/5 i stwierdzam, że Akta Dresdena z czasen nabierają pewnej jakości i rozmachu. Będę czytać dalej, i to już niebawem. 

piątek, 7 lipca 2017

38/2017 Ostre cięcia, Joe Abercrombie


Ostre cięcia to zbiór nagradzanych historii i nowych opowiadań mistrza mrocznej fantasy, Joego Abercrombiego. Przemoc szaleje, zdrada rozkwita, a słowa są równie śmiercionośne jak oręż w tej galerii zakulisowych rozgrywek, pobocznych historii i zaskakujących zakończeń. 
Unia jest pełna drani, ale tylko jeden z nich uważa, że jest w stanie samodzielnie odnieść zwycięstwo, gdy nadciągają Gurkhulczycy: niezrównany pułkownik Sand dan Glokta. 
Curnden Gnat i jego drużyna wyruszają za Crinnę, by odzyskać tajemniczy przedmiot. Jest tylko jeden kłopot: nikt nie wie, czego właściwie szukają. 
Shevedieh, najlepsza złodziejka w Styrii, miota się między kolejnymi wpadkami i katastrofami u boku swojej najlepszej przyjaciółki, a zarazem najgorszego wroga: Javre, Lwicy z Hoskoppu. 
A po latach rozlewu krwi pełen ideałów wódz Bethod rozpaczliwie pragnie zaprowadzić pokój na Północy. Stoi mu na drodze tylko jedna przeszkoda – jego własny obłąkany podwładny, najgroźniejszy człowiek na Północy: Krwawa Dziewiątka…
Opis: lubimyczytac.pl
Zaczynałam czytać ten zbiór opowiadań z dużym zainteresowaniem, bo lubię autora i mam sentyment do uniwersum Pierwszego Prawa. Spodziewałam się powrotu do znajomych miejsc i bohaterów. Owszem, dostałam to, ale nie jestem do końca usatysfakcjonowana.

Opowiadania są do siebie podobne pod względem stylu, który można określić mianem typowego Abercrombiego. Nie znajdziemy tu niczego innowacyjnego, jedynie te elementy, które dobrze już znamy z jego wcześniejszych książek. Dobre wrażenie wywarły na mnie opowiadania z udziałem Sanda dan Glokty tuż przed dostaniem się do niewoli oraz z Logenem Dziewięciopalcym tuż przed kłótnią z Betholdem, królem Północy. Znałam już ich dalsze losy, a nowe opowieści dostarczyły szerszego tła tym postaciom.

Najlepsze wydały mi się jednak opowiadania o całkiem nowych bohaterkach: złodziejce Shev i zbiegłej ze świątyni kapłance-wojowniczce Jarve, które wnoszą do całej książki powiew świeżości. Ich historia jest najdłuższa - to aż pięć połączonych ze sobą opowiadań rozrzuconych po Ostrych cięciach. Pozwala to w jakiś sposób przejąć się ich losami, bo reszta opowiadań jest żałośnie krótka. To boli, zwłaszcza, że Abercrombie o wiele lepiej sprawdza się w długich historiach. 

Poszczególne opowiadania czytało mi się dobrze, ale książka jako całość nie wciągnęła mnie jakoś szczególnie mocno i robiłam sobie długie przerwy. Czy Ostre cięcia rzeczywiście były niezbędne? Nie wiem, ale sądzę, że przynajmniej część opowiadań spokojnie można było wykorzystać w poprzednich częściach i mogą być to jakieś rozbudowane odrzuty, które wyleciały z oryginalnych wersji po korekcie. Jednocześnie nie mam wrażenia, że był to tylko skok na kasę, a raczej pełnoprawny dodatek do głównego cyklu, który ucieszy prawdziwych fanów. Ja jednak nie jestem hardkorową fanką, bo oceniam książkę na 3/5 i spokojnie mogłabym się bez niej obyć.

Recenzje innych książek autora znajdują się tutaj

Nowa książka: Ambasadoria, China Miéville


Po przeczytaniu dwóch książek tego autora (dobre Miasto i miasto oraz świetny Kraken) nie wahałam się zbyt długo nad zakupem wypatrzonej w okazyjnej cenie Ambasadorii. Tym razem jest to opowieść w klimatach sf, ciekawe, bardzo ciekawe co też pan Miéville tym razem wymyślił. Oprócz niej mam na półce jeszcze cztery nieprzeczytane książki, więc nie wiem czy wezmę się za nią tak od razu, ale na pewno nie będzie czekać na swoją kolej dłużej niż kilka miesięcy. Kiedyś książki stały u mnie po dwa lata, ale staram się z tym walczyć i jako tako mi to wychodzi.

czwartek, 29 czerwca 2017

37/2017 Karmazynowa korona, Cinda Williams Chima (Siedem Królestw tom IV)


Tysiąc lat temu dwoje młodych kochanków zostało zdradzonych - dla Algera Waterlowa oznaczało to śmierć, dla Hanalei, królowej Fells, życie bez miłości. Teraz ponownie królestwo Fells zdaje się drżeć w posadach. Młoda królowa Raisa ana'Marianna ma poważne problemy z utrzymaniem pokoju nawet w murach własnego zamku. Napięcia między czarownikami a klanami sięgnęły zenitu. W sytuacji, gdy sąsiednie królestwa próbują wykorzystać wewnętrzne waśnie w Fells do własnych celów, Raisa liczy na zjednoczenie swojego ludu przeciwko wspólnemu wrogowi. Jednakże równie groźnym przeciwnikiem może być ten, którego królowa darzy uczuciem.  
Poruszanie się wśród meandrów polityki nigdy jeszcze nie było tak niebezpieczne, a dawny herszt ulicznego gangu Han Alister wydaje się wzbudzać wrogość zarówno klanów, jak i czarowników. Jego jedynym sojusznikiem jest Raisa. Han nie potrafi oprzeć się uczuciom wobec niej, choć wie, że to igranie z ogniem. Niebawem Han odkrywa tajemnicę, uważaną za dawno zapomnianą - informację o takiej mocy, że może zjednoczyć ludność Fells. Czy zabierze ten sekret do grobu, nie zdążywszy go wykorzystać? Wstrząsająca prawda przysłonięta powtarzanymi przez tysiąc lat kłamstwami w końcu wychodzi na jaw w tym błyskotliwym zakończeniu serii o Siedmiu Królestwach. 
Opis fabuły z lubimyczytac.pl
Karmazynowa korona to już ostatnia część cyklu fantasy Siedem Królestw. Całość trzyma równy, średni poziom, ale zakończenie wyróżnia się na plus. Więcej tu akcji, intryg, polityki i poczucia zagrożenia - chociaż to ten typ książki, w którym wiesz, że głównym bohaterom nic złego nie może się stać. 

Lubię fantasy i jakoś temu gatunkowi jestem w stanie wybaczyć więcej. Dlatego pal licho nieporadność Raisy jako królowej i pobieżne traktowanie wątków politycznych. Jest magia, zaklęcia i potężne artefakty i to w sporej ilości, gdyż Han Allister zostaje Wielkim Magiem, a później szuka legendarnego skarbca Królów Obdarzonych Mocą. To moje ulubione momenty cyklu. Do tego dodać trzeba najazd południowych władców, którzy wyczuli słabość młodej królowej i wychodzi całkiem porządne przygodowe fantasy z wątkiem romantycznym poprowadzonym o niebo lepiej niż w najgorszym pod tym względem drugim tomie.

Bohaterowie nie zaskoczyli mnie niczym nowym. Autorka od początku prowadziła ich konsekwentnie i nawet jeśli zdecydowała się w kilku przypadkach na nagłe zmiany, to tak naprawdę można się było wszystkiego domyślić pamiętając o poprzednich postawach i zachowaniach tych postaci. Ciągle twierdzę, że cała ta historia byłaby ciekawsza, gdyby Micah Bayar przeszedł większą metamorfozę i koniec końców był z Raisą, chociażby ze względu na dobro królestwa. Ale to oczywiście Han był tym jedynym od samego początku i trzeba było dodać mu wysoki urząd i królewskie pochodzenie aby stał się godny ręki Raisy (to nie żaden spoiler; to, że ci dwoje będą razem dało się wywnioskować już po przeczytaniu połowy pierwszego tomu).

Cała ta historia jest dość prosta, ale niesie ze sobą jedno ważne przesłanie: żeby wygrać trzeba zjednoczyć się i przezwyciężyć historyczne podziały  oraz wzajemną nieufność czy nawet nienawiść. Morał ten jest całkiem aktualny w dzisiejszej Polsce (chociaż my Polacy lubimy dzielić się na dwa obozy już od XVII wieku, to już jest chyba rodzaj sportu narodowego).

Karmazynową koronę przeczytałam szybko i był to miło spędzony czas, ale jedna sprawa mi zgrzytała, i to już od poprzedniego tomu: te tysiąc lat, które minęły od pokonania Króla Demona. Tysiąc jest tu chyba  liczbą wziętą tylko dlatego, że ładnie brzmi: to było tysiąc lat temu. Tyle, że to jest szmat czasu. W uniwersum Siedmiu Królestw nie wszyscy potrafią czytać i pisać. Kiedyś musiało być z tym znacznie gorzej, więc skąd te dokładne przekazy? Historia jest zafałszowana, jednak jest to wersja wymyślona przez zwycięzców przed dziesięcioma wiekami, która przetrwała bez zmian do dnia dzisiejszego. Jakoś wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Wiem, że w większości światów fantasy postęp jest znikomy i wszystko sobie trwa w stagnacji, ale nie sądzę, że nikt nie chciał nagiąć tej historii dla własnych celów, albo nie podawał się za zaginione dziecko Hanalei... Pisałam już, że cały cykl jest prosty, ale tu aż się prosi o większy realizm, żeby było to trzysta czy czterysta lat, zwłaszcza, że sprawa wciąż budzi duże emocje.

Ostatni tom cyklu dostaje ode mnie 4/5, bo sprawdził się jako dobra rozrywka ze sporą ilością magii, Jednak całość nie wychodzi poza tróję i raczej nie będę polecać Siedmiu Królestw - chociaż jeśli ktoś lubi proste, poprawnie napisane magiczne historyjki z nutą romansu, to nie widzę przeszkód. Dla mnie takie książki są znakomitym odstresowywaczem.

Recenzje pozostałych tomów cyklu:

wtorek, 27 czerwca 2017

36/2017 Evna, Siri Pettersen (Krucze pierścienie tom III)


Wyobraź sobie, że jesteś ikoną siejącego postrach ludu.
Symbolem, który go skupia wokół nienawiści i żądzy zemsty.
Że jesteś córką martwo urodzonego wodza na wygnaniu i twój los wyznacza początek końca.

Hirka przygotowuje się na spotkanie z rodziną panującą w zimnym, zhierarchizowanym świecie, który gardzi jakąkolwiek słabością. Niechętnie akceptuje swój los w nadziei, że dzięki temu uratuje Rimego, a krainy Ym będą bezpieczne. Jednak martwo urodzonych dręczy niezaspokojony głód Evny i Hirka uświadamia sobie, że wojna, którą pragnęła powstrzymać, jest nieunikniona. I tak staje wobec wyzwania dla wszystkiego, w co wierzyła i o co walczyła.
Evna to trzeci - po Dziecku Odyna i Zgniliźnie - i ostatni tom docenianego przez czytelników oraz krytyków cyklu fantasy Krucze pierścienie. Spektakularny finał, poruszający kwestię korzeni władzy i pychy. 
Opis z okładki książki. 
Po Zgniliźnie miałam pewne obawy, ale ostatecznie Evna okazała się być dobrym i interesującym (choć nieszczególnie oryginalnym) finałem serii Krucze pierścienie. Miałam też wrażenie, że ta książka została napisana lepiej, trochę sprawniej. Nie było też żadnych niepotrzebnych dłużyzn - być może autorka poprawiła swój warsztat od czasu debiutu.

Przez praktycznie większość książki Hirka mierzy się z własnym skomplikowanym pochodzeniem i powiem, że wyszło to naprawdę dobrze. Bohaterka jest młoda, a musiała odnaleźć się w ciężkiej sytuacji, w obcym świecie wśród nieprzychylnych jej osób. Ogólnie cała ta nowa kraina wraz z rządzącymi nią prawami i stosunkami społecznymi to mocna strona całej książki i bardzo mi się podobała. Miasto pod lodowcem zamieszkałe przez dumny lud Dreyri, w którym lato różni się od zimy tylko tym, że jest trochę mniej lodu, a najbardziej prestiżowe budynki zamiast piąć się w górę sięgają w głąb ogromnego krateru - opisane tak plastyczne, że już je widzę w jakiejś dobrej ekranizacji.

Całe przesłanie powieści trafia do mnie: żeby coś osiągnąć nie należy na siłę naśladować innych, ale wykorzystać swoje mocne strony (przynajmniej tak to zinterpretowałam). Tak jak przewidywałam, Hirka chciała ocalić wszystkie krainy, ale zabrała się do tego w zły sposób. Oczywiście w samą porę orientuje się, o co naprawdę chodzi i później już wszystko idzie gładko. Zabrakło trochę dramatyzmu w tym finale, został on zastąpiony pewnego rodzaju mistycyzmem - ale to taki mały minusik.

Bałam się o relacje między Rimem a Hirką, ale na szczęście przez większość książki byli zajęci ratowaniem własnych tyłków, a kiedy już się spotkali nie było między nimi większych nieporozumień. Rime obawiał się, czy Hirka wybaczy mu to, co zrobił w zakończeniu poprzedniej książki, ale ona dojrzała i zrozumiała, że było to konieczne.

Podobała mi się Evna i daję jej 4/5, podobał mi się też cały cykl Krucze pierścienie. Po pierwsze przez pewną oryginalność (chociaż akurat rudowłosa wybranka z mrocznym sekretem z przeszłości ratująca świat czy też światy to żadna nowość), po drugie przez swoje krytyczne podejście do religii i polityki. Tom drugi jest nieco słabszy, ale to już jest znana bolączka drugich tomów. Mimo tego całość mogę polecić, szczególnie tym, którzy chcieliby zacząć czytać fantasy, a nie chcą brać się za klasyków sprzed kilkunastu lub kilkudziesięciu lat i wolą przeczytać coś współczesnego.

Recenzja Dziecka Odyna (Krucze pierścienie tom I)
Recenzja Zgnilizny (Krucze pierścienie tom II)

środa, 21 czerwca 2017

35/2017 450 stron, Patrycja Gryciuk


Ktoś musi zginąć, żeby o tej książce zrobiło się głośno… 
W świecie w którym wszystko jest na sprzedaż, skrajne i drastyczne posunięcia marketingowe nie dziwią już nikogo. Ale czy ktokolwiek zdecydowałby się na zabójstwo, aby wypromować nową książkę? 
Wiktoria Moreau to królowa kryminału, która w przeddzień wyczekiwanej przez miliony czytelników premiery najnowszej książki, zostaje posądzona o zniesławienie. Zamiast cieszyć się ze spotkań z wielbicielami, uczestniczy w procesie sądowym i policyjnym śledztwie w sprawie serii morderstw popełnianych według fabuły powieści jednego z jej największych konkurentów. 
Opis z okładki książki.
Zrobiłam wyjątek i przeczytałam książkę spoza listy i generalnie spoza kręgu moich zainteresowań. Koleżanka polecała, więc od niej pożyczyłam. Niestety 450 stron nie było dobrą lekturą. Nie można też nazwać jej złą książką, bo nie było aż tak tragicznie. Sam pomysł na fabułę: pisarka od kryminałów wplątana w sprawę morderstw, do tego koncern farmaceutyczny, rzekomy plagiat i ghostwriter w tle - wszystko brzmi spoko. Ale wykonanie nie było już tak wspaniałe. 

Książka jest mieszaniną kryminału i romansu i oba te wątki są w niej równie ważne. Główna bohaterka, trzydziestopięcioletnia Wiktoria Moreau, zakochuje się w aktorze mającym grać jedną z głównych ról w ekranizacji jej powieści. Takie to standardowe, ale nie wiedzieć czemu autorka robi wielkie halo z dzielącej ich różnicy wieku - on jest 10 lat młodszy. Dziwne to, bo zamiast pokazać, że różnica wieku to żadna przeszkoda, to przy lekturze niektórych fragmentów miałam wrażenie, że główna bohaterka myśli tak: Łomatko! Co ludzie powiedzo! Ja taka stara baba i młodego mi się zachciało! Toż to nie wypada! Wypada to sztuczna szczęka jak jest źle przymocowana. Owszem, Wiktoria mogła na początku mieć wątpliwości, ale czy nie lepiej byłoby, gdyby stwierdziła: A, walić to, to moje życie, kocham go i po prostu będziemy razem bez oglądania się na innych. Ale nie, lepiej walić bezsensowną dramę przez pół książki (bezsensowną, bo przecież i tak było wiadomo, że miłość zwycięży). Tak więc w pierwszej połowie męczyłam się z wątkiem miłosnym, który pod koniec stał się nawet całkiem znośny.

Ale żeby nie było mi tak dobrze, to od połowy psuje się wątek kryminalny. Na początku książki Patrycja Gryciuk rozstawiała pionki na swojej szachownicy, a kiedy już skończył, to wszystko stało się oczywiste - lub niemal oczywiste. Niestety, tworzenie skomplikowanych i dobrych intryg średnio jej wychodzi. Podejrzanych jest niewielu, ja właściwie obstawiałam dwóch, a od pewnego momentu jednego, który okazał się mordercą. Jego motywacja była taka sobie - zainspirował się powieścią ulubionego pisarza, pracował w podobnej firmie, miał tą samą chorobę, co w książce - cóż za niezwykłe zbiegi okoliczności. A jest tam przy końcu dialog, który sugeruje, że zabijał, bo w więzieniu dostanie leki i odpowiednią kurację, czego teraz nie obejmuje jego ubezpieczenie. Gdyby autorka poszła tą drogą, byłoby o wiele ciekawiej i oryginalniej.  

Ale ok, nawet cały ten morderca nie jest jakoś specjalnie beznadziejny. Ale jednego wątku autorce nie daruję. W pewnym momencie okazuje się, że agent literacki Wiktorii Moreau ukradł jej najnowszą powieść, sprzedał konkurencji, a potem wgrał na jej komputer wersję ze zmienioną nazwą firmy farmaceutycznej - żeby prawdziwa firma farmaceutyczna miała podstawy do złożenia pozwu o zniesławienie. Tak też się stało, a przerażona wizją zapłaty wielkiego odszkodowania Wiktoria zdecydowała o wycofaniu książki dwa dni przed premierą, chociaż nakład już leżał w magazynach i było mnóstwo zamówień w przedsprzedaży. Wiktoria ma tego wszystkiego dowody: kradzież i zamianę pliku potwierdziło policyjne laboratorium. Co robi nasza pisarka? Składa wypowiedzenie i zrywa umowę z wydawnictwem, po czym zamieszkuje ze swoim misiem-pysiem gdzieś na odludziu i pisze baśni dla dzieci. No serio?! Akcja powieści dzieje się w USA, przecież wszyscy wiedzą, że to kraj pozwów i wielomilionowych odszkodowań. Przy takich dowodach każdy prawnik wywalczyłby dla Wiktorii miliony - raz: od wydawnictwa, dwa: od agenta. Przecież ona straciła kupę kasy. Nie rozumiem, po prostu nie rozumiem jak można było nie wykorzystać czegoś aż tak oczywistego...

450 stron to nie żaden koszmar literacki, ale nie poleciłabym tej książki nikomu. Jest na pewno mnóstwo lepiej napisanych romansów i multum lepszych kryminałów do wyboru. Najbardziej jednak boli, że gdyby autorka usiadła, przeczytała to jeszcze raz, dodała postaciom trochę głębi, a wydarzeniom więcej logiki, to byłoby naprawdę nieźle. Niewiele brakuje, ale przy stanie obecnym 2/5 będzie najbardziej odpowiednią oceną tej książki. 

sobota, 17 czerwca 2017

34/2017 Przedksiężycowi, Anna Kańtoch (tom I)


Lunapolis. Miasto, w którym nawet mordercy dążą do perfekcji i są art-zbrodniarzami. Dzieci zamawia się u duszoinżynierów, dorosłe beztalencia kasuje w okamgnieniu. Ludzkie odpady gniją w przeszłości. Przebudzenia dostąpią najdoskonalsi, albowiem tak chcą Przedksiężycowi. Niesprawiedliwe, wredne sukinsyny - bluźni młody malarz. Nie jest osamotniony... Czas się kończy... Świat rozpada się i rdzewieje. 
Opis z okładki książki.
To była dziwna książka. Niby science-fiction, ale świat jakby żywcem wyjęty z fantasy czy steampunku. Niby to ponad czterysta stron tekstu, ale istotnych informacji dostajemy zaskakująco mało. Jednak mimo tego Przedksiężycowi mają jakiś czar, to coś, co sprawia, że książkę czyta się dobrze. I na pewno wzbudza chęć sięgnięcia po kolejne tomy.

Jest trójka głównych bohaterów: Kaira, Finnen i Daniel Pantalekis. Kaira i Finnen to mieszkańcy Lunapolis, przedziwnego miasta zarządzanego przez tytułowych Przedksiężycowych (Czy to obcy? Jakieś istoty nadprzyrodzone? Sztuczna inteligencja? Tego się na razie nie dowiemy). Całe Lunapolis dąży do Przebudzenia, czyli szczytowego okresu rozwoju, do którego dotrwają najsilniejsi i najzdolniejsi. Przedksiężycowi chcą to zapewnić za pomocą Skoków, podczas których wszyscy niespełniający wyśrubowanych standardów zostają w tyle, uwięzieni w rozsypującej się przeszłości. Pozostałości po Skokach tworzą cały łańcuch, czy też drabinę zrujnowanych światów, częściowo jeszcze zamieszkanych, pomiędzy którymi można się przemieszczać - ale pozostali w tyle nie mogą przechodzić w górę, do mniej zniszczonych wersji światów. To właśnie w noc Skoku artysta Finnen poznaje Kairę, córkę ekscentrycznego bogacza. Dziewczyna próbuje wyrwać się spod władzy ojca - tyrana, więc zauroczony nią Finnen pomaga jej upozorować śmierć, a później razem zaangażowali się w pomoc uwięzionym w przeszłości. Odkrywają przy tym kilka sekretów ich dziwnego świata. Daniel Pantalekis jest zaś jedynym ocalałym z załogi statku kosmicznego, który rozbił się w jednej z przeszłości Lunapolis. Nie zna miejscowego języka ani zwyczajów i jest zdany tylko na siebie. Powoli zaczyna rozgryzać zasady rządzące tym miejscem, potrafi też przemieszczać się pomiędzy różnymi wersjami miasta i podejrzewa istnienie jego finalnej, niezniszczonej wersji. Niestety aż do końca książki bohaterowie nie spotkali się ze sobą - a szkoda, bo byłoby to mocne zakończenie stawiające dobre podwaliny pod następny tom.

Fabuła w Przedksiężycowych płynie sobie leniwie. Owszem, coś się dzieje, a wydarzenia te są ciekawe i istotne, ale dla autorki ważniejsze było wyczerpujące przedstawienie postaci i całego tła. Bohaterowie, nawet ci drugoplanowi, są świetnie nakreśleni. Podoba mi się też sposób wykreowania społeczeństwa Lunapolis. Cała struktura społeczna jest tam zachwiana, nie ma klasycznych rodzin i związków międzyludzkich - no bo skoro Skok może  nam zabrać ukochaną osobę, to bez sensu jest być z kimś blisko i potem cierpieć. Dla nas jest to nie do pomyślenia, ale to logiczna konsekwencja takiej kreacji świata. Mam małe zastrzeżenia co do opisów: są całkiem niezłe, szczególnie te poświęcone zrujnowanej i płonącej przeszłości, ale te dotyczące samego Lunapolis mogłyby być trochę bardziej obrazowe. Temat jest tak wdzięczny, aż prosi się o soczyste opisy, przy których czytelnik poczułby się praktycznie jak w kinie, Niestety było tylko dobrze, nie świetnie.

Ciężko mi ocenić tę książkę. Zaraz po przeczytaniu myślałam o 3/5, ale ostatecznie dam 4/5, głównie za te oryginalne pomysły drabiny światów i stosunków społecznych. Jestem zaintrygowana na tyle, że niebawem wezmę się za kolejne tomy - a o to chyba właśnie autorce chodziło.

środa, 14 czerwca 2017

33/2017 Martwy rewir, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom VII)


Poznajcie Harry’ego Dresdena, pierwszego (i jedynego) chicagowskiego maga-detektywa. Okazuje się, że w naszym zwykłym świecie wprost roi się od niezwykłych, magicznych istot, które najczęściej mają z ludźmi na pieńku. I tu na scenę wkracza Harry. 
Na szczęście, nie jest w swojej roli osamotniony. Wprawdzie większość ludzi nie wierzy w magię, ale w chicagowskiej policji istnieje Wydział Dochodzeń Specjalnych, którym kieruje serdeczna przyjaciółka Harry’ego, Karrin Murphy. WDS zajmuje się… niezwykłymi sprawami. 
I właśnie z powodu Karrin Harry udaje się na cmentarz Graceland na potajemne spotkanie z wampirzycą imieniem Mavra. Mavra dysponuje materiałami, które mogłyby zniszczyć karierę Karrin, i ma jedno bardzo proste żądanie: chce dostać Słowo Kemmlera i posiąść związaną z nim moc. Najpierw jednak Harry musi się dowiedzieć, co dokładnie zgodził się jej dostarczyć. W ten właśnie sposób rozpoczyna się jego wyścig z czasem i sześciorgiem nekromantów, którego stawką jest nie tylko Słowo, lecz także powstrzymanie Halloween, w czasie którego umarli naprawdę powstaną z grobów.
Opis fabuły z lubimyczytac.pl 
Ta recenzja będzie krótka, bo Martwy rewir to taki typowy Dresden - jest ciekawie, jest zabawnie, jest miło, ale w sumie nie ma niczego nadzwyczajnego. To już siódma część serii i można odczuwać pewne zmęczenie, ale Jim Butcher wymyślił tak szybką i pogmatwaną intrygę, że nie miałam czasu się nudzić.

Głównymi motywami tego tomu są nekromanci i układ z wampirzycą. Wampirzycę Mavrę już znamy, za to nekromanci są czymś nowym: interesującym i niebezpiecznym. Zagrożenie z ich strony zostało przedstawione całkiem realistycznie, Harry nie raz myślał, że nie da rady, ale zrobi, co będzie mógł i przynajmniej umrze robiąc to, co słuszne. Oczywiście nie zginął, bo przed nami jeszcze wiele tomów jego przygód, ale kilka razy naprawdę solidnie oberwał. I tu mam mały problem - wiem, że Dresden to mag, może się lepiej goi i szybciej dochodzi do siebie, panuje nad bólem, itp. - ale mimo wszystko jest to bardzo naciągane. Fabuły wszystkich książek cyklu rozgrywają się w ciągu kilku dni, może warto byłoby je trochę rozciągnąć, żeby nasz niezniszczalny główny bohater miał czas na mały odpoczynek?

Jeśli mamy nekromantów, to i zombie się znajdzie. Generalnie nie lubię nieumarłych, ale te były bardziej magiczne niż przeciętne żywe trupy i nawet mi się podobały. A jak najlepiej walczyć z hordami zombie? Stworzyć większe zombie, czyli ożywić tyranozaura. Tak, Harry Dresden na dinozaurze vs. zombie i nekromanci - to było świetne, chyba najbardziej zapadająca w pamięć scena z całego cyklu.

Oczywiście książka dostanie ode mnie plusa za twórcze wykorzystywanie motywów i postaci pojawiających się w poprzednich częściach. W Martwym rewirze też znalazły się wątki, które na pewno będą wykorzystane w przyszłości. Uniwersum żyje i wszystko się ze sobą zgrabnie łączy. Całość oceniam na 3/5, bo oprócz dinozaura i przybliżenia trochę struktury czarodziejskich władz nie dostałam niczego nowego. To po prostu stary, dobry Dresden, w sam raz do przeczytania latem.

niedziela, 11 czerwca 2017

32/2017 Zgnilizna, Siri Pettersen (Krucze pierścienie tom II)


Wyobraź sobie, że zostałeś wygnany do nieznanego  świata. Bez tożsamości. Bez rodziny. Bez pieniędzy. I powoli zaczynasz sobie uświadamiać, kim tak naprawdę jesteś. 
Hirka utknęła w umierającym świecie, rozdarta pomiędzy łowcami ludzi, martwo urodzonymi oraz tęsknotą za swoim przyjacielem Rimiem. W wielkomiejskiej rzeczywistości jest łatwym łupem, ale walka o przetrwanie blednie w obliczu tego, co ma nastąpić, gdy Hirka zda sobie sprawę z tego, kim jest.  
Zgnilizna to kontynuacja wychwalanego przez krytyków i czytelników Dziecka Odyna, powieść, której stronice zapełniają zachłanność, lęk przed śmiercią i zemsta. 
Opis z okładki książki. 
Zgnilizna to drugi tom Kruczych pierścieni - cyklu fantasy inspirowanego mitologią skandynawską, który zdobył w Polsce sporą popularność. Pierwszy tom czytałam już jakiś czas temu, spodobał mi się na tyle, że postanowiłam kupić całą trylogię.

Niestety w Zgniliźnie nie uświadczyłam już tego świetnego klimatu z części pierwszej. Akcja większości  powieści toczy się nie w magicznym Ym, lecz w naszym świecie, który przedstawiony jest jako skażony i umierający - może to właśnie dlatego klimat siadł. Generalnie cała książka jest mroczniejsza i pesymistyczna. Wiadomo, Hirka dojrzewa, ma większe problemy, stawka w całej grze idzie w górę. Ja to wszystko rozumiem, ale trochę się tego nie spodziewałam.

Większe zarzuty mam do tempa powieści. Dzieje się dużo, szybko i od pewnego momentu czytelnik nie ma czasu na złapanie oddechu. Na początku jest w porządku, wątek Hirki przeplata się z wątkiem Rimego w Ym, wszystko jest wyważone i czyta się to naprawdę dobrze. Ale potem mamy już straszny nawał wydarzeń: jadą tu, potem tam, wracają, lecą helikopterem: Anglia, Włochy, Dania, Norwegia - no trochę tego za dużo. Szkoda, że autorka nie zainwestowała w wycięcie lub połączenie ze sobą części wydarzeń.

Najbardziej jednak przeszkadzał mi wątek miłosny. O ile w Dziecku Odyna był on użyty bardzo umiejętnie i znakomicie pasował do reszty powieści, tak tutaj za każdym razem, kiedy Hirka lub Rime zaczynali myśleć o swojej drugiej połówce, miałam wrażenie, że wyłączały im się mózgi i umiejętność logicznego myślenia. Niestety mam wrażenie, że w trzeciej części będzie jeszcze więcej pierdzielenia nieszczęśliwie zakochanych nastolatków, bo na końcu tego tomu autorka zaserwowała nam potężną teen dramę.

Narzekam sobie i narzekam, ale przecież tak naprawdę książka mi się podobała. Hirka stopniowo odkrywająca prawdę o swoim pochodzeniu - to było dobre. Historia dwóch braci o niezwykłych możliwościach walczących ze sobą o dostęp do Evny jest wciągająca i chcę poznać jej zakończenie. Ciekawi mnie też, czy Hirka zdoła uratować wszystkie światy, jak przystało na typową rudowłosą heroinę fantasy, czy będzie musiała zadowolić się jedynie utrzymaniem pokoju w Ym. Podobało mi się też zachowanie Hirki w naszym świecie i sposób, w jaki starała się wyjaśnić sobie nieznane technologie i zjawiska, Siri Pettersen pominęła pierwsze miesiące jej pobytu na Ziemi i cały proces aklimatyzacji, Trochę szkoda, bo to miało spory potencjał komediowy. No i jeszcze wielkie brawa dla autorki za to, że towarzyszem głównej bohaterki uczyniła mężczyznę po trzydziestce i relacja między nimi jest partnerska, nie romantyczna. Oszczędziło mi to męki przedzierania się przez trójkąt miłosny.

Dam Zgniliźnie 3/5, bo jest to książka trochę słabsza od Dziecka Odyna. Mam nadzieję, że ta słabość to tylko syndrom drugiego tomu i w finale trylogii dostanę coś naprawdę ekstra. Pomimo kilku wad książkę czytało mi się dobrze i płynnie, więc na pewno nie będę nikogo zniechęcać do zapoznania się z tą serią, To dobra fantastyka, która przez większość czasu nie traktuje czytelnika jak idioty, i szkoda tylko, że nie jest trochę bardziej ambitna. Ale biorąc pod uwagę, że Krucze pierścienie to debiut autorki, to i tak jest całkiem nieźle.

Recenzja Dziecka Odyna (Krucze pierścienie tom I)

poniedziałek, 5 czerwca 2017

31/2017 Extensa, Jacek Dukaj


Saga rodzinna z czasów ostatnich rodzin. Poetycka przypowieść transhumanistyczna. Odległa przyszłość jak baśniowa przeszłość. 
Akcja powieści rozgrywa się w Zielonym Kraju, dawnej Grenlandii. Równiny, stada koni i rancza nie powinny nikogo zmylić - Extensa opowiada o ostatniej enklawie ocalałej z kataklizmu rewolucji naukowych, zmieniających nieodwracalnie człowieka i jego środowisko. Teraz żywi obcują z umarłymi, a cudowne metamorfozy są na porządku dziennym. 
Bohater trafia do starego astronoma uprawiającego zapomnianą naukę i tak zaczyna się droga chłopca ku dorosłości - przez miłość, małżeństwo, ojcostwo, zdrady, żałoby i kompromisy - i ku gwiazdom, a także ku granicy człowieczeństwa. Poza którą niemożliwości to rzeczy jeszcze nie dość przemyślane.
Opis z okładki książki.
Jest to bardzo krótka (zaledwie 168 stron) powieść, ale w tak zwartej formie udało się Dukajowi upchać mnóstwo treści. Czego tam nie ma? Elementy sagi rodzinnej, westernu, postapokalipsy i prawdziwego twardego science fiction.

Główny bohater, który nie ma imienia, to centralna postać książki i to wokół niego wszystko się kręci. Pochodzi z rodziny hodującej konie gdzieś na szerokich stepach Zielonego Kraju. Towarzyszymy mu od dzieciństwa aż do końca, który jednak nie jest śmiercią. Wiele rzeczy w tej książce nie jest tym, czym się wydaje: czas akcji to nie koniec XIX wieku, lecz odległa przyszłość; nie jesteśmy na Dzikim Zachodzie, lecz na Grenlandii, która jest ostatnią enklawą ludzkości - przynajmniej takiej, jaką znamy obecnie. Bo świat w Extensie poszedł naprzód, i to w bardzo mroczny sposób. 

Punkt zwrotny w życiu głównego bohatera to przejście rytuału/eksperymentu naukowego, dzięki któremu (teraz robi się naprawdę dziwnie) może istnieć jednocześnie na Ziemi i gdzieś w dalekim Kosmosie, gdzie bada anomalię w Układzie Meduzy. W jego organizmie zachodzą zmiany - i to własnie tytułowa extensa. Dukaj nie zawodzi pod względem opisu kosmicznych fenomenów. Jego język jest niezwykle obrazowy, czasem stosuje tak skomplikowane zwroty i słowa, że musiałam cofać się kawałek i czytać jeszcze raz. Uwielbiam ten styl, czytanie czegokolwiek, co wyszło spod jego pióra pozostawia wrażenie obcowania z prawdziwym mistrzem. Podobne odczucia mam jeszcze przy lekturze Stanisława Lema.

Oczarowały mnie wizje extensy i przyszłości gatunku ludzkiego. W sumie sama wybrałabym tę przyszłość, zamiast tkwić w świecie pełnym ograniczeń. Często właśnie takie kontrowersyjne pomysły w literaturze science fiction dla mnie nie są wcale takie straszne, raczej jawią się jako całkiem rozsądne i fajne alternatywy. Ludzkość będzie się rozwijać, a ja nie jestem z tych, którzy kurczowo i za wszelką cenę trzymają się tradycji.

Trochę nie pasował mi opis relacji głównego bohatera z rodziną. O ile jego stosunki z siostrą, ojcem i córką zostały opisane wyczerpująco, to już przy związkach z żoną i synem czegoś zabrakło - być może kilku scen i dodatkowych stron. Wiemy, jak bohater poznał swoją żonę, ale potem od razu jest mowa o dzieciach, kryzysie i zdradach, a to już nie jest do końca wyjaśnione. Potem następuje poprawienie relacji i przedwczesna, przypadkowa śmierć żony, co jest ogromnym ciosem dla naszego głównego bohatera. Przeżywa on kilkuletnią traumę, w trakcie której opuszcza go syn, a autor zręczne zasłania się utratą pamięci, żeby tego dokładnie nie opisywać. Wątek rodzinny nie jest w tej książce najważniejszy, może stąd wynika ta skrótowość, ale jednak miło byłoby mieć pełniejszy wgląd na całą tę sytuację.

Extensa to, mimo mizernej objętości, solidny kawał pięknie napisanego science fiction. Nie jest to książka łatwa w odbiorze i trzeba odpowiednio skupić się na lekturze, jak zresztą i przy innych dziełach Jacka Dukaja. Daję 4/5, gdyż nie uświadczyłam efektu wow, ale polecam jeśli ktoś miałby ochotę na coś ambitniejszego i niebanalnego.

piątek, 2 czerwca 2017

30/2017 Ucieczka w dzicz, Erin Hunter (Wojownicy tom I)


Od wieków cztery klany wojowniczych kotów dzieliły las według praw ustanowionych przez przodków. Jednak jeden z nich odrzucił odwieczny porządek, stwarzając zagrożenie dla pozostałych. 
Bezwzględne koty z Klanu Cienia otaczają siedlisko walecznych, choć mniej licznych kotów z Klanu Pioruna. Błękitna Gwiazda, ich przywódczyni, i jej dumni wojownicy - Lwie Serce i Tygrysi Pazur - nie poddadzą się bez walki, zdecydowani bronić za wszelką cenę swoich pobratymców i młodych.  
Gdy sytuacja wydaje się beznadziejna, w lesie pojawia się zwyczajny, domowy kot, o którym mówiło proroctwo i który odmieni losy tych ziem. 
Opis z okładki książki.
Ucieczka w dzicz to nie popularnonaukowa rozprawa o kotach, więc nie mam zamiaru jakoś za bardzo się czepiać. Ale niestety są takie elementy, których nie mogę pozostawić bez komentarza.

* Wykastrowany kot to tłuścioch i leniwiec - kastracja nie zmienia charakteru kota, jeśli wcześniej był żywy i lubił zabawę, to dalej będzie szalał i dokazywał. Jeśli kot był leniem to też nie znaczy, że od razu musi utyć, wystarczy odpowiednio go karmić i zachęcać do zabawy. Wszystkich, którzy nie są przekonani, zapraszam do spędzenia 24 godzin z moim wykastrowanym Tarkinem, gwarantuję takie rozrywki jak: sprzątanie wywalonej zawartości szaf i szuflad, zamykanie drzwiczek od szafki z koszem na śmieci jakieś 500 razy (albo zastawienie jej stołkiem, jeszcze się nie nauczył odsuwać), poprawianie dywanów i firanek, wymuszanie zabawy miauczeniem i pobudka o 5:20 połączona ze skakaniem na klamkę i tłuczeniem się w drzwi. Anakin na szczęście się tak nie zachowuje, on od zawsze był grzeczny.

* Sucha karma nie ma smaku, ogólnie jest be, jedzenie jej to zuo - kocia karma jest dobra i ma intensywny smak (wiem, bo próbowałam xD), o ile jest niezwietrzała i dobra jakościowo. Moje wżerają taką o zawartości 80% mięsa i sobie chwalą. Ostatnio zabrakło im karmy i nie miały przez dwa dni. Były karmione mięsem i saszetkami, ale czegoś im brakowało, później rzuciły się na granulki jakbym je głodziła. Jak najbardziej można karmić koty suchą karmą o dobrym składzie, ale trzeba przy tym pamiętać, żeby sierściuszki dużo piły. Co do wody: w książce jest scena sugerująca, że kot woli wodę z kałuży od czystej z miski. Ogólnie koty wolą czystą, świeżą, bieżącą wodę, moje najchętniej piją z delikatnie odkręconego kranu. Więc jak myślicie, co naprawdę wybrałby kot: nagrzaną, brudną kałużę czy codziennie zmienianą, świeżą wodę z czystej miski?

* Koty wychodzą rano na obchód terenu czy na polowanie, łażą cały dzień i wracają na noc spać - koty tak naprawdę są bardzo energooszczędne i śpią nawet 18 godzin na dobę, a ich główna pora aktywności to wieczór i noc (zwłaszcza kiedy żyją dziko lub półdziko). Rzadko zapadają w mocny sen, raczej robią sobie częste lekkie drzemki. Nie są też długodystansowcami i szybko się męczą. O wiele naturalniej byłoby, gdyby koty w książce robiły obchód przez 2 - 3 dni, przystawały po drodze, drzemały na drzewach, wylegiwały się w nasłonecznionych miejscach, polowały wieczorem.

* Koty to potomkowie lwów, tygrysów i lampartów - tak można wywnioskować z pewnego fragmentu książki. Koty domowe i duże dzikie koty są spokrewnione, ale tak jak my i małpy człekokształtne, przez wspólnego, odległego w czasie przodka, więc są tylko dalekimi kuzynami.

* Koty mieszkające w lesie tworzą stada - sierściuszki mogą żyć w stadach, ale zdarza się to w wielkich miastach, gdzie jest mało przestrzeni i dużo pożywienia. W lesie to całe towarzystwo rozlazłoby się i każdy zazdrośnie pilnowałby swojego terytorium. Podczas czytania książki miałam to gdzieś z tyłu głowy i wolałabym, żeby akcja działa się w metropolii - ale las jest bardziej mistyczny i romantyczny.

Teraz koniec czepiania się, pewne rzeczy muszę pochwalić: owszem, koty żyjące w stadach pielęgnują więzy społeczne przez wzajemne wylizywanie się, i owszem, oznaczają moczem granice swojego terytorium. Inne elementy kociego życia zostały wymyślone przez autorki (bo Erin Hunter to pseudonim, pod którym ukrywają się trzy panie: Kate Cary, Cherith Baldry i Victoria Holmes). Kupiłam te pomysły: warowny koci obóz, ziołowa kocia medycyna naturalna, klany, spotkania, elementy magiczne. Ba, te elementy magiczne podobały mi się najbardziej. Świecący kamień dający przywódcy klanu 9 żyć, prorocze sny, koci przodkowie przemawiający z gwiazd: wszystko to tworzy bardzo przyjemną i tajemniczą atmosferę. 

Głównym bohaterem jest rudy domowy kot, który zamienia wygodne życie pieszczoszka na pełne niebezpieczeństw życie w lesie jako członek Klanu Pioruna. Kotełek w trakcie lektury trzykrotnie zmienia imię (Rdzawy - Ognista Łapa - Ogniste Serce), a każde z nich wyznacza nowy etap na jego drodze. Trochę podśmiewywałam się z najbardziej banalnego schematu fantasy - rudowłosego (rudosierstnego?) wybrańca - bo tutaj nasz Ogniste Serce został wybrany, by ocalić klan. Cała ta historia jest interesująca, ale trochę za mało rozwinięta. Pamiętacie Harry'ego Pottera? Zanim Harry trafił do Hogwartu autorka przedstawiała nam go przez pół książki, abyśmy mogli go dobrze poznać i polubić. Zresztą cały magiczny świat tez był opisany powoli, dokładnie i szczegółowo. Tutaj tego zabrakło. Szkoda, wielka szkoda, książka mogłaby liczyć spokojnie dodatkowo sto stron więcej.

Ucieczka w dzicz to dobry pierwszy tom cyklu, spodoba się właściwie wszystkim uzależnionym od kotów, niezależnie od wieku. Trzeba tylko przymknąć oko na pewne rzeczy i po prostu dobrze się bawić. Niestety poza lekką i miłą rozrywką książka nie oferuje niczego więcej, więc moja ocena to tylko 3/5. Autorki mogły postarać się i dołożyć więcej elementów edukacyjnych. Zapewne sięgnę po kolejne tomy, bo jestem ciekawa dalszych losów Ognistego Serca. No i ta okładka... Te książki są po prostu piękne i chcę je mieć.

Uff, było długo. ale o kotach to ja mogę gadać godzinami :)


Anakin i Tarkin. Żeby pozostać w książkowym klimacie nadaję im imiona Puszysta Gwiazda i Mroczna Łapa.

środa, 31 maja 2017

29/2017 Żniwa zła, Robert Galbraith


Robin Ellacott dostaje przesyłkę, w której z przerażeniem odkrywa odciętą kobiecą nogę. Jej szef, prywatny detektyw Cormoran Strike, zachowuje zimną krew. Spotkał już w życiu ludzi zdolnych do niewyobrażalnego okrucieństwa. Policyjne śledztwo skupia się na mężczyźnie, w którego winę Strike wątpi. Detektyw i jego asystentka biorą sprawy w swoje ręce i zagłębiają się w zdegenerowaną psychikę pozostałych podejrzanych. Czas nagli, gdyż dochodzi do kolejnych zatrważających aktów przemocy... 
Żniwa zła to trzeci tom cyklu o prywatnym detektywie Cormoranie Strike'u o jego asystentce Robin Ellacott. Piekielnie zmyślny kryminał, ale też wciągająca historia mężczyzny i kobiety, którzy znaleźli się na rozdrożu w życiu zawodowym i prywatnym.
Opis z okładki książki.
Żniwa zła. Zła to jestem ja, na cały ten wątek miłosny Robin i jej narzeczonego. Ależ mnie to irytowało! Ile można wytrzymać z gościem, który jest zazdrosny, wiecznie niezadowolony i nie potrafi poszanować potrzeb swojej kobiety? Cieszyłam się, kiedy wreszcie się rozstali, ale oczywiście musiała w końcu mu wybaczyć... Obraziłam się na książkę i odłożyłam ją na dwie godziny. Dobrze, że nie czytam romansów, bo gdyby chociaż w co drugim z nich jakiś bohater albo wątek tak mnie irytował, to czytanie szybko stałoby się mordęgą, a nie przyjemnością.

No to się wygadałam, teraz mogę przejść do normalnej recenzji. W trzecim tomie cyklu prywatny detektyw Cormoran Strike i jego sekretarka Robin muszą zmierzyć się z bardziej osobistym zagrożeniem. Ktoś przysłał do agencji odciętą nogę młodej kobiety, a Strikę od razu wytypował czterech gości, z którymi miał kiedyś na pieńku, a którzy byliby zdolni do czegoś takiego. Śledztwo opiera się głównie na sprawdzeniu wszystkich czterech podejrzanych, a są oni całkiem niezłymi psycholami. Przy okazji na jaw wychodzi wiele szczegółów z przeszłości Cormorana i Robin. Kryminalna zagadka to mocny punkt fabuły (niestety jest przeplatana tym wkurzającym romansem). Przyznaję. że nie wytypowałam mordercy, pomimo wielu podrozdziałów prowadzonych z jego punktu widzenia (oczywiście bez ujawnienia tożsamości). Ale też autorka - przypominam, że książka została napisana przez J. K. Rowling, Robert Galbraith to tylko pseudonim - zrobiła wszystko, żeby utrudnić zadanie czytelnikowi.

Zaskoczyła mnie ilość brutalności i przemocy, czegoś takiego nie było w poprzednich częściach tego cyklu. Na szczęście nie jest obrzydliwie i da się normalnie czytać.

Przyzwyczaiłam się do głównych bohaterów i cieszę się, że kolejny tom o oryginalnym tytule Lethal white jest już zapowiedziany. Na pewno obejrzę też serial produkcji telewizji BBC na podstawie książek, chociaż aktor wybrany do roli Cormorana średnio mi pasuje, młody jakiś i za bardzo urodziwy z twarzy - ale wierzę w cudowną moc charakteryzacji. Ogólnie cieszę się, że powstaje dużo seriali na podstawie książek. Ostatnio oglądałam Człowieka z Wysokiego Zamku, teraz jestem w trakcie Amerykańskich bogów i aż piszczałam z radości, gdy dowiedziałam się o planowanym Wiedźminie w wykonaniu Netflixa we współpracy z Tomkiem Bagińskim i Andrzejem Sapkowskim.

Może Żniwa zła zasługują na najwyższą ocenę, ale ja dam tylko 4/5 ze względu na wiele irytujących momentów trochę psujących mi lekturę. Ci. którzy nie są uczuleni na beznadziejne romanse, na pewno będą bardziej zadowoleni. Generalnie jednak jestem usatysfakcjonowana i mogę książkę polecić. Kto wie, może nawet kiedyś kupię sobie całą serię w twardych okładkach i będę czytać jeszcze raz?

Recenzja Wołania kukułki (I tom)
Recenzja Jedwabnika (II tom)

piątek, 26 maja 2017

28/2017 Na krawędzi zagłady, Robert J. Szmidt (Pola dawno zapomnianych bitew tom III)


Bezwzględni Obcy atakują rubieże Federacji. Ludzkość została zmuszona do chaotycznego wycofania się z dziesiątków podbitych systemów. Jedyną szansą na opóźnienie marszu wroga jest stworzenie setek fałszywych kolonii. Jeśli to nie zadziała, Flota będzie zmuszona stawić czoło najeźdźcy w serii otwartych bitew, co grozi jej unicestwieniem. Politycy nie baczą jednak na konsekwencje. Ich celem jest zachowanie władzy, nawet za cenę śmierci miliardów ludzi. Sztab trzeciego metasektora musi więc zarazem sprostać wymaganiom Rady Federacji i nie dopuścić do zagłady jedynych sił, które bronią ludzkości. Ta wojna ma jeszcze jeden wymiar - bardziej ludzki i osobisty. Major Święcki staje do walki o uratowanie kolonistów, których musiał zostawić na Delcie Ulietty...
Opis z okładki książki.
Na krawędzi zagłady to kontynuacja świetnej space opery Roberta J. Szmidta, a nawet bezpośrednia kontynuacja drugiego tomu Ucieczka z raju. Henryan uratował kolonistów, Obcy zaczynają atakować, akcja zaczyna się rozkręcać - czyli mamy tu wszystko to, co lubię. 

Historia jest przedstawiona z kilku punktów widzenia: polityków na Ziemi, wojskowych w sztabie na Rubieżach, uchodźców z Delty Ulietty i samego Henryana Święckiego, którego jednak jest rozczarowująco mało. Najbardziej podszedł mi wątek konfliktu na linii wojskowi - politycy. Politycy robią wszystko, żeby tylko utrzymać się przy korycie, co obejmuje stosowanie nielegalnych podsłuchów, zatajanie faktów, manipulację opinią publiczną oraz wysyłanie ludzi na pewną śmierć. Wojskowi są w tym układzie tymi dobrymi, dbają o swoich ludzi, stawiają się przełożonym i próbują zminimalizować straty. Jednak najgorsi są właściciele korporacji, którzy dla osiągnięcia zysków byliby w stanie nawet współpracować z Obcymi i scena, w której pani kanclerz robi z nimi porządek niesamowicie mnie usatysfakcjonowała. Autor zaskoczył mnie (pozytywnie) rozwiązaniem wątku uciekinierów z Ulietty, to było dość oryginalne i jestem ciekawa, co będzie dalej. Henryan jest tu takim Panem Idealnym, któremu wszystko wychodzi i ma najlepsze pomysły, ale ok, kupuję taką konwencję. Mało jest samej walki z Obcymi, ale ta jedyna potyczka jest dobrze wyreżyserowana. Najpierw dostajemy obszerne wyjaśnienie strategii, a później samo starce, a właściwie wyliczone co do sekundy odpalenie rakiet. Nie ma tu kosmicznych pojedynków w stylu gwieznowojennym; okręty wystrzeliwują swoją salwę zgodnie z planem i wykonują określone manewry, a ich załogi mają tylko nadzieję, że osłony wytrzymają ostrzał wroga. Przypomina to walkę łodzi podwodnych i jest bardzo przekonujące.

Trochę zawiodłam się na akcji, gdyż właściwie niewiele się tu dzieje. Henryan wypełnia misję, wraca z niej, przygotowuje się do drugiej, a następnie ją wykonuje. W tle mamy rozgrywki polityczne, dalsze losy ewakuowanych kolonistów i krótką scenkę w więzieniu, w którym nasz główny bohater siedział w pierwszym tomie. Domyślałam się, że tak będzie, kiedy zobaczyłam w księgarni internetowej, że książka ma tylko 368 stron. Brzmi to raczej jak wstęp do czegoś większego i nie wyobrażam sobie, jak Robert J. Szmidt chce zakończyć całą historię w następnym, ostatnim, tomie. Spodziewałam się większej epickości, a dostałam historię bardzo dobrą, ale kameralną. 

Akapit wyżej brzmi jak narzekanie, ale generalnie Na krawędzi zagłady nie ma większych wad i czytało mi się tę space operę naprawdę dobrze. Mam nadzieję, że całość ładnie zgra się w ostatniej części i wszystkie wątki zostaną domknięte. Daję 4/5, bo jednak ostatnio Głębia Podlewskiego była lepsza, i apeluję o więcej rozmachu w wielkim finale. 

Recenzja Łatwo być Bogiem (Pola dawno zapomnianych bitew tom I)
Recenzja Ucieczki z raju  (Pola dawno zapomnianych bitew tom II)

poniedziałek, 22 maja 2017

27/2017 Morze Drzazg, Joe Abercrombie (trylogia)


Tym razem pominę opis fabuły od wydawcy, bo jest on bardzo spoilerowy, a ja nie chcę zdradzać ważnych wydarzeń komuś, kto tej trylogii jeszcze nie czytał, a ma taki zamiar. 

Trylogia Morze Drzazg to fantasy teoretycznie skierowane do nastoletniego odbiorcy. Dlaczego teoretycznie? Bo ja jestem dziesięć lat starsza od grupy docelowej, a mimo to książki mnie zainteresowały, w niektórych momentach nawet bardziej niż dorosłe powieści tego autora.

Joe Abercrombie ma swój charakterystyczny styl, do którego już przywykłam po przeczytaniu większości jego książek z uniwersum Pierwszego Prawa. Po Morzu Drzazg spodziewałam się jednak czegoś oryginalnego. Tak też było w pierwszym i drugim tomie. Bardziej kameralna fabuła skupiona na jednej lub dwóch postaciach to już jest powiew świeżości. W Pół króla głównym bohaterem jest Yarvi, młodszy syn króla, który nie lubi walki i stereotypowo męskich rozrywek. Nie ma też do tego odpowiednich warunków fizycznych, gdyż urodził się ze zdeformowaną dłonią. Za to chłopak jest bystry i uczy się, by zostać ministrem - czyli kimś w rodzaju wykształconego dyplomaty i królewskiego doradcy. Jednak na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności to Yarvi musi zasiąść na tronie. Sprawowanie władzy nie będzie łatwe, zwłaszcza jeśli ma się bardzo ambitnego wuja... W drugim tomie (Pół świata) Yarvi wyrusza w długą podróż, by pozyskać nowych sojuszników. Towarzyszą mu między innymi waleczna i pyskata Zadra oraz żądny przygód Brand, któremu jednak z dnia na dzień przestaje się podobać wymarzone życie wojownika. To właśnie oni są głównymi postaciami i z ich punktu widzenia poznajemy całą historię. Miło było czytać o ich perypetiach, treningach, kłótniach, fochach i dogryzaniach. Nawet zawiązujący się pomiędzy nimi romans mi się podobał, bo był zgrabnie wymieszany z innymi wydarzeniami. Oczywiście autor nie porzucił postaci z pierwszej części i tutaj gdzieś w tle możemy śledzić ich dalsze losy. Pierwszy i drugi tom to dość lekkie przygodowe fantasy z bohaterami w wieku nastoletnim. Myślałam, że ta dobra tendencja utrzyma się do samego końca, ale niestety...

Tom trzeci, czyli Pół wojny, jest powrotem do typowego stylu autora. Bohaterów jest tu wielu (w tym nowa postać: anorektyczna księżniczka Skara, która w ciężkich czasach musi walczyć o swoją pozycję) i narracja została podzielona praktycznie pomiędzy wszystkich. Tematyka też zrobiła się ciężka. Yarvi nie jest w stanie dłużej odkładać starcia z Najwyższym Królem, a jeśli już musi brać udział w wojnie, to zrobi wszystko, żeby ją wygrać, a potem zagarnąć jak najwięcej władzy dla siebie. Wyraźnie widoczna jest ewolucja postaci, a zwłaszcza Yarviego, który z sympatycznego, pokojowo nastawionego młodzieńca stał się bezwzględnym politycznym graczem. Mamy tu również charakterystyczne dla Abercrombiego antywojenne nuty. Chyba jednak wolałabym, żeby zakończenie trylogii było lżejsze i bardziej pozytywne. Nie żebym miała pojęcie jakby ono miało wyglądać, ale spodziewałam się czegoś innego. 

Za to świat Morza Drzazg zupełnie mnie oczarował. Wyobrażałam go sobie w stylu skandynawskim, może trochę germańskim. Do tego doszły elementy zapożyczone ze starożytności: wiosłowe galery i niewolnictwo. No i oczywiście egzotyczne, orientalne krainy dalekiego Południa, które są już takim samym schematem w fantasy jak rudowłosi wybrańcy. Czuć, że świat żyje, w przeciągu tych kilku lat trwania akcji wiele się pozmieniało. Podobał mi się tez społeczny podział ról. Mężczyźni tradycyjnie mieli zajmować się wojaczką i uprawą roli, a kobiety prowadziły gospodarstwo domowe i różnorakie interesy. I w taki oto sposób matka Yarviego dorobiła się na handlu i jest lokalnym Billem Gatesem, bije nawet własną monetę, a siostra Branda prowadzi dobrze prosperującą kuźnię. Do tego autor dorzucił jeszcze coś ekstra: pewne elementy, które sugerują, że wspominane w książce elfy wcale nie były elfami, a ten świat to nie jakieś tam zwyczajne fantasy, ale raczej odległe postapo.

Morze Drzazg to dobra rozrywka nie tylko dla nastoletniego czytelnika. Ciekawi bohaterowie i przemyślany świat to największe zalety tej serii. Sama fabuła jest też niczego sobie, ale znalazło się kilka elementów (zwłaszcza w trzecim tomie), które chętnie bym zmieniła, ale w sumie nie wiem na co, więc i tak jestem zadowolona. Wystawiam ocenę 4/5 i trochę żałuję, że na liście została mi tylko jedna książka tego autora, bo bardzo polubiłam się z jego twórczością. 

niedziela, 21 maja 2017

26/2017 Pasterska korona, Terry Pratchett


Głęboko w Kredzie coś się poruszyło. Sowy i lisy to wyczuwają. Tiffany także, przez swoje buty. To dawny nieprzyjaciel gromadzi siły. To czas zakończeń i początków, starych przyjaciół i nowych, rozmycia granic i przesunięcia mocy. Teraz to Tiffany stoi pomiędzy światłem i ciemnością, dobrem i złem. Horda elfów szykuje się do inwazji i Tiffany musi wezwać wszystkie czarownice, by stanęły przy niej. By broniły świata. Jej świata.
Będzie rozliczenie...
Opis z okładki książki
Ostatnio nie jestem na bieżąco ze Światem Dysku, ogólnie z czterdziestu jeden tomów przeczytałam może z dwanaście. Ale nie mogłam ominąć Pasterskiej korony, no bo przecież jest to ostatnia część. I więcej już niestety nie będzie.

Początek książki był najlepszy: wzruszające pożegnanie babci Weatherwax, przywódczyni czarownic - a przynajmniej byłaby nią, gdyby czarownice miały oficjalną przywódczynię. Cykl Świat Dysku znany jest ze swojego parodystycznego stylu i wielu humorystycznych elementów, a tu proszę, taki smutek, że aż mi się łezka w oku zakręciła. Było to dla mnie zaskoczeniem, ale bardzo pozytywnym.

Główne wątki powieści to przejęcie władzy w świecie czarownic przez młodą Tiffany Obolałą oraz walka z elfami, które planują najazd na ludzi. Pojawia się też ciekawa postać: Geoffrey, pierwszy mężczyzna, który chce zostać czarownicem. Trochę słabszy był wątek starych mężczyzn uciekających przed żonami do nowego wynalazku: szopy, gdzie mogli spędzać czas według swoich upodobań. Ogólnie było to zabawne, ale myślę, że Pratchett potraktował tu małżeństwa odrobinę za bardzo stereotypowo. 

Oceniam Pasterską koronę na 5/5, i to wcale nie ze względu na sentyment do serii. Jest to po prostu bardzo dobrze napisana książka z ważnym przekazem dotyczącym wielu kwestii: przemijania, ochrony przyrody, równości ludzi, a nawet dobrych uczynków. Gdyby autor mógł nad nią popracować dłużej, to na pewno rozwinąłby bardziej wiele wątków, ale powieść nie sprawia wrażenia niedokończonej. Jedno jest pewne: Terry Pratchett będzie żył w nas tak długo, jak długo będziemy czytać jego książki.

czwartek, 18 maja 2017

Nowe książki: trylogia Krucze pierścienie oraz Na krawędzi zagłady



Ostatnio dociera do mnie sporo nowych książek. Tym razem zakupiłam trylogię Krucze pierścienie oraz trzeci tom space opery Roberta J. Szmidta Na krawędzi zagłady. Z Kruczych pierścieni czytałam tylko pierwszy tom, podobał mi się na tyle, że chciałam jak najszybciej dorwać resztę. Niestety dalszych części nie było w bibliotece, więc kupiłam całość. Czy tylko ja nie uważam tych okładek za brzydkie? Wiele razy spotkałam się z taką opinią w blogosferze. Owszem, są trochę makabryczne, ale dzięki temu bardzo oryginalne i wyróżniają się na tle tych wszystkich modnych obecnie kolorowych napisów wkomponowanych w zdjęcia obejmującej się pary czy też dziewczyny z warkoczem.

Trzeci tom Pól dawno zapomnianych bitew był zakupem obowiązkowym i wezmę się za niego jak tylko skończę czytać to, co mam aktualnie rozpoczęte - czyli najdalej pojutrze. Pierwsza część tego cyklu została niedawno przełożona na angielski i mam nadzieję, że zdobędzie popularność, bo to dobra space opera i świetny materiał na serial. Netflix wziął się za Wiedźmina, więc może kiedyś przyjdzie kolej na książki Szmidta.

Dostałam też mały gratisik od księgarni internetowej: zabawną zakładkę, ale to znowu nie są moje kolory... Dołączyła ona do innych nieużywanych zakładek, a ja nadal katuje moją sfatygowaną magnetyczną z Zakopanego.


Recenzja Dziecka Odyna (Krucze pierścienie tom I)
Recenzja Łatwo być Bogiem (Pola dawno zapomnianych bitew tom I)
Recenzja Ucieczki z raju  (Pola dawno zapomnianych bitew tom II)

poniedziałek, 15 maja 2017

25/2017 Cienioryt, Krzysztof Piskorski


W portowym mieście Południa, Serivie, każdy cień jest bramą do groźnej i niezbadanej cieńprzestrzeni, w której tunele ryją adepci tajemnych sztuk. Sześciu grandów walczy o wpływy trucizną, zdradą i stalą, małoletni król z trudem trzyma się przy władzy, a inkwizycja rośnie w siłę. Tymczasem w małej izbie przy ulicy Alaminho mieszka Arahon Caranza Martenez Y'Grenata Y'Barratora, doświadczony nauczyciel szermierki. Arahon pragnie jedynie zapewnić bezpieczeństwo bliskim i odłożyć dość pieniędzy, by opuścić miasto. Do czasu, gdy w jego ręce wpada cienioryt - wypalony na szkle obraz przedstawiający tajemniczą postać...
Opis z okładki książki.
Po świetnej powieści Czterdzieści i cztery autorstwa Krzysztofa Piskorskiego miałam duże oczekiwania co do Cieniorytu. Zwłaszcza, że książka ta zdobyła w 2013 roku Nagrodę im. J. Zajdla, czyli najwyższe wyróżnienie w polskiej fantastyce. Może nastawiłam się na zbyt wiele, bo nie do końca wszystko mi się podobało.

Na pewno muszę pochwalić niezwykłą wyobraźnię autora, który wykreował świat pełen mistycznych świateł i cieni. Świat, w którym jasna strona ma swoje odbicie w strefie mroku. Na tym założeniu opiera się cały świat przedstawiony razem z jego ustrojem społecznym, nauką i religią. Powieść nie jest zbyt długa (ok. 450 stron), ale to w zupełności wystarcza na zapoznanie się z nim. I super, że nie mamy podanego wszystkich wyjaśnień na tacy od samego początku, pozwala to wyobraźni działać na pełnych obrotach.

Miejsce akcji to wariacja na temat siedemnastowiecznego hiszpańskiego miasta portowego. Gorące dni, wąskie uliczki, targowiska, płaszcze, rapiery - to wszystko tworzy oryginalną całość. Nie jest to alternatywna historia, a raczej jakiś alternatywny wszechświat rządzący się swoimi prawami.

Główny bohater, Arahon, to trochę podupadły szermierz do wynajęcia. W młodości był sławny, ale te czasy już minęły. Teraz mieszka w biednej dzielnicy, prowadzi małą szkołę walki i przyjmuje zlecenia - o ile jeszcze ktoś sobie o nim przypomni. Arahon wplątuje się w wielki spisek, trochę przypadkowo, trochę przez zlecenie odnalezienia porwanego dziecka. Sama konstrukcja spisku obejmującego swoim zasięgiem cały świat bardzo mi się spodobała. Wszystkie elementy dobrze do siebie pasują, nie brakuje też emocjonujących scen walk i pościgów rodem z Trzech muszkieterów. Lubię takie klimaty i czytało mi się to zdecydowanie bardzo dobrze. Konstrukcja postaci również zasługuje na pochwałę, bohaterowie drugoplanowi są od siebie odróżnialni i mają wiarygodne motywacje, a sam Arahon jest wielowymiarowy i po prostu ludzki. 

Niestety książka nie porywa od razu, i to chyba jest jej największa wada. Potrzebowałam aż czterech dni, żeby przekroczyć 150 stronę. Potem akcja rozkręciła się i poszło już z górki, ale początek był ciężki. Nie spodobała mi się też sama końcówka. W zamiarze pisarza miało być zaskakujące czytelnika wielkie wow, ale ja odebrałam to raczej jako wtf. Z tych względów wystawiam Cieniorytowi ocenę 4/5, ale polecam tę książkę, bo to wielki popis wyobraźni i umiejętności operowania słowem Krzysztofa Piskorskiego.

czwartek, 11 maja 2017

Nowe książki: Ucieczka w dzicz i Czarna kolonia


Moje nowe nabytki pochodzą z wyprzedaży prowadzonej na blogu Miasto książek. Oba tytuły to pierwsze tomy serii, które chciałam przeczytać już od jakiegoś czasu. Ich cena była tak atrakcyjna, że postanowiłam je kupić i przekonać się, czy są one w moim guście i czy będę je kontynuować. 

Ucieczka w dzicz ma przepiękną okładkę. Być może jest to książka dla młodszego czytelnika, ale kto by się tym przejmował, przecież ja zawsze będę młoda duchem. No i za nic nie przepuściłabym historii o kotach. 

Czarna kolonia to space opera, na LC ma przeciętne oceny, ale jeśli tylko nie ma w niej dużych głupot i absurdów fabularnych, to pewnie będę się przy niej dobrze bawić. Mój mąż też wyraził chęć zapoznania się z tą powieścią. Recenzje obu tych książek na pewno pojawią się na blogu  zaraz po tym, jak je przeczytam. Mam nadzieję. że żadna z nich mnie nie zawiedzie.

środa, 10 maja 2017

24/2017 Głębia. Napór, Marcin Podlewski (tom III)


Wypaloną galaktyką wstrząsa kosmiczny konflikt, jakiego nie widziano od tysięcy lat. Zagrożone są nie tylko systemy gwiezdne, ale i całe galaktyczne Ramiona. Linia frontu przesuwa się w głąb Systemów Wewnętrznych. Na tym tle problemy skokowca Wstążka wydają się mało istotne, a oni sami stają się zaledwie pionkami na galaktycznej szachownicy. Ale czy na pewno? Rozpoczyna się bowiem gra, która zadecyduje o losie całego, postapokaliptycznego Wszechświata. Kosmiczny zegar tyka. Nadchodzi północ.  
Kosmos zasiedlony przez różne cywilizacje, konflikty zbrojne na skalę galaktyczną, technologie i kultury zmieniające rasę ludzką w odmienne gatunki. cieszę się, że polscy autorzy znowu piszą dobre space opery, takie jak cykl Głębia Marcina Podlewskiego. Polecam! - Tomasz Kołodziejczak 
Świat za oknem zbyt nudny, zbyt szary, zbyt nijaki? Ruszaj w Głębię jej mać! Podlewski w dobrym stylu. - Andrzej Ziemiański
Opis z okładki książki 
Głębia wciąga tak bardzo, że musiałam przeczytać tę część zaraz po skończeniu poprzedniej. Teraz nie wiem ja będę robić do premiery kolejnego tomu... Nie no, tak naprawdę to mam mnóstwo książek na liście do przeczytania, w tym najnowszą część Pól dawno zapomnianych bitew, którą mam zamiar wkrótce kupić, więc klimat science fiction cały czas będzie mi towarzyszyć.

Ale i tak ciężko będzie mi się rozstać z Wypaloną Galaktyką, załogą Wstążki i, przede wszystkim, Kirke Bloom. Tą bohaterkę lubię szczególnie, i to już od samego początku. Inteligentna, uzdolniona kobieta, która nie snuje intryg ani nie manipuluje innymi, ale szczerze mówi, czego chce i sama zabiera się do pracy, by to osiągnąć. Potrafi przy tym solidnie się wkurzyć i nieźle rzucić mięsem. No, czasem przesadza z alkoholem, ale na jej miejscu wielu zaczęłoby częściej sięgać po kieliszek. Ciekawą postacią jest też Jar/Antenat/Jedyny, czy jak tam się kazał nazywać. Nie, że go lubię, czy też mu kibicuję, bo to czystej wody psychol, ale rozumiem jego postępowanie i doceniam kreację.

Cieszy mnie bardzo spowolnienie tempa książki. Dłuższe rozdziały trzymające się jednego bohatera lub bohaterów przebywających w jednej lokacji pomagały zachować orientację w tym rozległym uniwersum. Świetnym pomysłem były też retrospekcje przedstawiające wydarzenia prowadzące do upadku Imperium Galaktycznego, rozwiały wiele wątpliwości i odpowiedziały na ważne pytania. Wreszcie rozumiem, dlaczego Głębia to kosmiczna postapokalipsa: współczesna technologia jest tylko słabą pozostałością technicznych cudów doby Imperium. Wcześniej nie czułam tej degeneracji świata. Napór wyjaśnia i zamyka wiele wątków, stawiając przy tym nowe pytania. Pojawiają się nowe zagrożenia, przy których Druga Wojna Kseno to mały pikuś. Widać jednak, że koniec tej historii jest już bliski i kolejny tom będzie tym ostatnim.

Nie będę rozpisywać się o fabule, bo każde zdanie byłoby dużym spoilerem. Napiszę tylko, że książka strasznie mi się podobała, bardziej od poprzedniego tomu. Obawiałam się trochę, że wątki mistyczne będą tu nie na miejscu, ale one idealnie się tu wpasowały. Wystawiam oczywiście ocenę 5/5 i naprawdę gorąco polecam cały cykl.