niedziela, 19 listopada 2017

54/2017 George Lucas. Gwiezdne Wojny i reszta życia, Brian Jay Jones


Luke Skywalker, Han Solo, Indiana Jones i człowiek, który ich wymyślił, George Lucas - genialny filmowiec i najbardziej wpływowa postać w historii kina. 
25 maja 1977 roku do zaledwie trzydziestu dwóch amerykańskich kin został wprowadzony niskobudżetowy niezależny film science-fiction. Wymyślone, napisane i wyreżyserowane przez mało znanego twórcę George'a Lucasa Gwiezdne Wojny niespodziewanie pobiły wszelkie rekordy oglądalności. Zmieniły też kinematografię, zapoczątkowując nowy sposób produkcji i promocji filmów, a przede wszystkim zrewolucjonizowały świat efektów specjalnych. Lucas, inspirowany przez innowatorów takich jak Francis Ford Coppola czy Steven Spielberg, korzystał z najnowszych osiągnięć techniki i ciągle ulepszał swoje dzieła. Tak jak jego filmy i bohaterowie weszli do kanonu kinematografii, tak on sam stał się uwielbianą przez miliony ikoną kina.
Opis z okładki książki. 
Na samym początku odniosę się może do okładkowego opisu tej książki, który przytaczam wyżej: owszem, ludzie (w tym ja) uwielbiają i kochają Gwiezdne Wojny, ale wątpię, by te uczucia przenosiły się bezpośrednio na ich twórcę. Jest wręcz odwrotnie, fani nie mogą wybaczyć Lucasowi ciągłego grzebania w Epizodach IV-VI, zmieniania wydźwięku niektórych scen (przecież wiadomo, że to Han strzelił pierwszy, i żadna argumentacja nie przekona mnie, że od zawsze miało być inaczej), nadmiaru cyfrowych efektów specjalnych w Epizodach I-III, irytującego Jar-Jara, drewnianego Haydena Christiansena, bezsensownych midichlorianów mających wyjaśnić Moc, czy też nawet sprzedania praw do serii wytwórni Disneya. Oczywiście wiadomo, że wszystkim się nie dogodzi i zawsze ktoś będzie narzekał, ale w tych zarzutach jest mnóstwo racji. Ja również uważam, że Lucas mógł zrobić pewne rzeczy inaczej, ale po lekturze jego biografii przynajmniej zrozumiałam, dlaczego dokonał akurat takich wyborów. I za to bardzo książce i jej autorowi dziękuję - za zrozumienie twórcy jednej z moich ulubionych filmowych serii.

Lubię Gwiezdne Wojny, to już wiadomo. Lubię też filmy i nie ograniczam się do ich oglądania, interesuję się również kwestiami technicznymi: montażem, scenografią, efektami specjalnymi, muzyką. Nie jestem wielką ekspertką, ale pewne rzeczy potrafię zauważyć i cieszę się nimi w trakcie seansu. Wszystkim zainteresowanym filmowym tematem polecam youtubowy kanał Marcina Łukańskiego Na Gałęzi, który w przystępny i bardzo interesujący sposób wyjaśnia wiele ciekawych kwestii technicznych. Książka łącząca ze sobą Gwiezdne Wojny i szerzej pojęty film wydawała się być dla mnie idealna - i tak też właśnie było. Sam tytuł biografii sugeruje, co będzie jej głównym tematem. Faktycznie, większość książki Brian Jay Jones poświęcił powstawaniu i kręceniu słynnej kosmicznej sagi. Poznajemy mnóstwo informacji i anegdot na temat pisania scenariusza, castingów, tworzenia planów filmowych i efektów specjalnych, a także promocji i dystrybucji gotowych filmów. Jednym słowem: wszystko, czego oczekiwałam.

 Ale to jeszcze nie koniec, książka zaoferowała mi więcej. Szczególnie spodobały mi się fragmenty o działaniach przemysłu filmowego w zakresie finansowania i produkcji oraz wszelkie wzmianki o działalności George'a Lucasa jako innowatora. Lucas przewidział wiele rzeczy, m. in. upowszechnienie kaset video i dobrego sprzętu do kręcenia amatorskich filmików oraz uzyskanie masowego dostępu do filmów i seriali przez Internet - tę ideę dziś realizuje chociażby Netflix. Włożył też wiele pracy, by wcielić swoje pomysły w życie: to Lucasowi zawdzięczamy lepsze udźwiękowienie filmów i lepszą jakość dźwięku w salach kinowych, powszechne cyfrowe efekty specjalne (to jego firma, Industrial Light & Magic stworzyła technologię i programy potrzebne do generowania komputerowych efektów, a później zdobyła worek Oscarów za swoją działalność), kręcenie i dystrybucję filmów w formacie cyfrowym zamiast na tradycyjnej taśmie (to akurat było przeciętnie dobre, filmu nakręconego cyfrowo w HD nie da się przerobić na format 4K, który już niebawem będzie telewizyjnym standardem, za to przy filmie nakręconym klasycznie da się zwiększać rozdzielczość bez strat w jakości obrazu), czy chociażby taki drobiazg, jak przesunięcie napisów na koniec filmu, co wcześniej było nie do pomyślenia. George Lucas dostrzegł również potencjał w sprzedaży gadżetów związanych z filmem - nikt wcześniej nie robił tego na taką skalę i z takim powodzeniem. Ma swój wkład również w powstanie rozbuchanych kampanii reklamowych mających zainteresować widza filmem. Ja osobiście nie lubię działań marketingowych i uparcie odmawiam zobaczenia chociażby trailera najnowszych Gwiezdnych Wojen, chociaż na sam film wybiorę się na 100%.

W biografii nie zapomniano o młodości i życiu prywatnym Lucasa, a także o innych jego filmach - dla wielu osób Indiana Jones jest o niebo lepszy od Gwiezdnych Wojen. Podoba mi się też podkreślanie związków Lucasa z innymi wybitnymi twórcami, m. in. Francisem Fordem Coppolą i Stevenem Spielbergiem, którzy razem tworzyli pełne pomysłów środowisko filmowe i niejednokrotnie wzajemnie się wspierali. Charakter Lucasa został dobrze nakreślony. Po skończeniu lektury nie mam wątpliwości, że to ponadprzeciętny filmowiec kochający montaż i nienawidzący pisać scenariuszy, który chce mieć wszystko pod kontrolą i nie dopuszcza do siebie krytyki. Cokolwiek robi, będzie to zrobione tak, jak chce, lub wcale. Nie lubi Hollywood i wielkich wytwórni i zrobił wszystko, by się od nich uniezależnić. To nieśmiały i niepozorny introwertyk, który lubi wyścigi samochodowe i realizuje się jako ojciec czwórki dzieci. Po przeczytaniu jego biografii mam wrażenie, jakbym naprawdę go znała, i to chyba największa pochwała, jaką można dać temu typowi literatury.

Autor książki, Brian Jay Jones, podszedł do tematu poważnie i fachowo, a przy tym mam wrażenie, że sam jest fanem Gwiezdnych Wojen. W miejscach, gdzie opisuje przejściowe trudności w ich kręceniu, a potem ich przezwyciężanie, a także sukces, jaki filmy odniosły na całym świecie, czuć autentyczną radość i entuzjazm. Potrafi też spojrzeć na Lucasa krytycznym okiem i wytknąć jego wady. Duży plus przyznaję za rozbudowaną bibliografię, przypisy i indeks, dzięki którym spokojnie można użyć tej książki przy pisaniu prac naukowych czy też potraktować jako punkt wyjścia do dalszych poszukiwań wiedzy. Całość oceniam na 5/5 i od teraz będę z nią porównywać każdą kolejną przeczytaną biografię.


Dobry, pożyteczny Anakin. Kiedy zostawisz na chwilę książkę samą, on już zadba o to, żeby przypadkiem się nie zamknęła. To, że nie chciał zejść, to już inna historia.

środa, 1 listopada 2017

53/2017 Wyjście z cienia, Janusz A. Zajdel


W osiemdziesiąt lat po pierwszym kontakcie z Obcymi życie na Ziemi toczy się normalnie. Panuje pokój, dobra są rozdzielane dość równomiernie, a gospodarka jest ustabilizowana. Mało kto pamięta o zmorach poprzedniej epoki: o przeludnieniu, głodzie, niedoborze energii i dewastacji środowiska. O astronomicznych sumach przeznaczanych na wydatki zbrojeniowe, na nikomu niepotrzebne badania kosmiczne. Po Wielkiej Wojnie zlikwidowano dawne i zawiłe podziały terytorialne i zastąpiono je nowymi - kwadratami. Nad bezpieczeństwem Ziemi czuwają mieszkańcy Proximy Centaura, którzy rozbili inwazyjna flotę bestialskich Elgomajów. To dzięki pomocy Proksów ludzie zorganizowali się od nowa, to krążące na okołoziemskich orbitach statki Obcych chronią Ziemię przed ponownym atakiem. Proksowie już nie muszą bezpośrednio ingerować w ziemskie sprawy. 
Ludzie potrafią się już upilnować sami, dla niepokornych i zbyt dociekliwych czekają obozy pracy. Proksowie dyskretnie nas obserwują, w każdej chwili gotowi udzielić braterskiej pomocy...
Opis z okładki książki. 
Co tu dużo mówić: zawiodła mnie ta książka. Nie dlatego, że jest zła. Jest po prostu przeznaczona dla innej, dużo młodszej i mniej obeznanej z tego typu literaturą grupy docelowej.

Za przykład weźmy chociażby głównego bohatera, którym jest piętnastolatek o imieniu Tim. Chłopak dopiero zaczyna odkrywać prawdę o otaczającym go świecie i gościach z innej planety, która dziwnym trafem różni się od prawdy przekazywanej młodym ludziom w szkole. Pomysł dobry, ale gorzej z wykonaniem - już dawno nie czytałam książki, która próbowałaby mi coś tak łopatologicznie wyjaśnić. Analogie do komunizmu w Polsce są tak jasne, że zdają się świecić własnym światłem. Mnóstwo taniego dydaktyzmu, mało subtelności i nieprzewidywalności - to największe minusy Wyjścia z cienia.

Książka ma kilka jasnych punktów. Bardzo spodobało mi się porównanie ludzkości wykorzystywanej przez kosmitów do pszczół kontrolowanych przez pszczelarza. Dobra jest też koncepcja tajemniczości Obcych, o których nie wiadomo właściwie nic. Ziemscy naukowcy zrzeszeni w tajnym stowarzyszeniu próbują ich rozpracować i ustalić słabe punkty, ale szło im jakoś średnio - przez osiemdziesiąt lat nie udało im się dowiedzieć niczego konkretnego. Cóż, przynajmniej niektórzy się starali, bo większości ludzi żyło się całkiem nieźle. Może nie szałowo, ale człowiek pozbawiony większych ambicji mógł sobie spokojnie przeżyć całe życie. Gorzej z tymi, którzy próbowali się buntować, byli zsyłani do specjalnych stref i zmuszani do pracy na rzecz Obcych. Najlepsze było to, że to sami ludzie pilnowali porządku i karali niepokornych, by nie narazić się kosmicznym przyjaciołom. Panowała istna autocenzura i nastrój paranoi, który Zajdel opisał świetnie.

Nie mogę zrozumieć tego, jak autor napisał postaci kobiece, których jest aż cztery. Jedna z nich to dziewczyna Tima, z którą ten spędza czas po szkole i rozmawia na przeróżne tematy, od codziennych spraw po wątpliwości związane z Proksami. Dziewczyna pojawia się w kilku momentach książki i służy głównie do tego, żeby wprowadzić ekspozycyjne dialogi, ale to jest w miarę ok. Jest też staruszka zbierająca grzyby w lesie w jednej epizodycznej scence oraz matka i ciotka bohatera, dwie bezimienne kobiety służące do przyniesienia jedzenia i wychodzenia z domu w czasie, gdy mężczyźni muszą naradzić się w Ważnych Sprawach. Gdyż działaniem w ruchu oporu zajmują się w tej książce tylko mężczyźni, co jest dziwne i nienaturalne i nie da się wytłumaczyć czasami, w których Wyjście z cienia powstało (przełom lat 70. i 80.). Przecież w Komitecie Obrony Robotników działały kobiety, tak samo jak we wczesnej Solidarności - i Zajdel nie mógł o tym nie wiedzieć żyjąc wtedy w Polsce i przy okazji będąc jednym z solidarnościowych działaczy. Jedna czy dwie pełnokrwiste postaci kobiece zupełnie by tej książce nie zaszkodziły. No cóż, to były inne czasy, wtedy nikt nie zwróciłby na to uwagi. Zresztą mam wrażenie, że grupą docelową byli chłopcy i było jasne, że w książce dla chłopców to przedstawiciele ich płci musieli robić fajne rzeczy. Trochę to głupie, bo spokojnie można było zachęcić do lektury również dziewczęta i dać im żeńskie wzory do naśladowania, ale cóż, tak autor chciał, więc tak jest.

Drugą dziwną kwestią jest sprawa równowagi ekologicznej na Ziemi. Obcy nie lubią mrówek, więc są one tępione i zostało ich już niewiele. Obcy podzielili świat na kwadraty strzeżone przez wieżyczki z laserami. Ptaki nie zrozumiały koncepcji nowego podziału terytorialnego i większość gatunków została laserowo wystrzelana, zostały tylko te osiadłe. Nie jestem ekspertem, ale podejrzewam, że wyginięcie większości mrówek i ptaków doprowadziłoby do katastrofy i załamania ekosystemów i skutki takiego działania powinny być jakoś opisane, tymczasem czegoś takiego w książce nie spotykamy. Może trochę się czepiam, bo jest to socjologiczne science fiction i cały świat przedstawiony jest tylko pretekstem do ukazania pewnych zjawisk, ale jednak życzyłabym sobie większej rzetelności.

Teraz pora na podsumowanie: generalnie nie polecam, ale nie mogę uznać Wyjścia z cienia za złą książkę. Tak, jak już wspominałam na początku, jest to historia prosta i skierowana do konkretnego odbiorcy, a ja jednak wolę bardziej uniwersalne opowieści. Moja ocena to 3/5.

środa, 18 października 2017

52/2017 Ambasadoria, China Miéville


Ambasadoria to miasto sprzeczności położone na krańcach zbadanego wszechświata. Avice Benner Cho jest nawigatorką na statku podróżującym w wiecznym nurcie, morzu czasoprzestrzeni rozciągającym się pod dnem codziennej rzeczywistości. Po wielu latach powraca na swoją rodzinną planetę. Ludzie nie są tu jedyną inteligentną rasą, a Avice nawiązuje niewytłumaczalną więź z Gospodarzami – tajemniczymi istotami niezdolnymi do kłamstwa. Jedynie niewielka grupka genetycznie zmodyfikowanych Ambasadorów włada ich językiem, umożliwiając kontakt pomiędzy dwoma społecznościami. Jednak gdy na planetę przebywa nowy Ambasador, krucha równowaga zawisa na włosku. By zapobiec tragedii i nieuchronnej wojnie ras, Avice musi osobiście porozumieć się z Ariekenami, dobrze wiedząc, że to niemożliwe…
Opis z okładki książki. 
To już trzecia książka tego autora, którą udało mi się przeczytać, i jak dotąd wszystkie były dobre, chociaż całkowicie się od siebie różniły. Miasto i miasto to poważna i skłaniająca do refleksji fantastyka połączona z powieścią detektywistyczną, Kraken to szalone urban fantasy dostarczające mnóstwo frajdy, a Ambasadoria jest kawałkiem dobrej hard sf z ciekawymi pomysłami dotyczącymi podróżowania w kosmosie i porozumiewania się pomiędzy różnymi gatunkami. To, co łączy te książki, to oryginalność i niesamowita wyobraźnia autora. 

Teraz może pojawić się trochę spoilerów, bo bez nich ciężko byłoby mi napisać cokolwiek o tej powieści, ale postaram się je ograniczyć do niezbędnego minimum, żeby nie psuć wam przyjemności z czytania, jeśli się na to zdecydujecie. Zacznę może od samego miejsca akcji: Ambasadoria to (w większości) ludzkie miasto położone na planecie Obcych. Jest kolonią imperium Bremen. Znajduje się na obrzeżach poznanego świata, w miejscu pozornie pozbawionym znaczenia, ale będącym dobrą bazą wypadową w razie konieczności podjęcia misji badawczych w nieznane, dlatego też Bremen czuwa i nie chce wybicia się Ambasadorii na niepodległość. Miasto utrzymuje się głównie z wymiany handlowej z miejscowymi, którzy mają bajerancką, mega zaawansowaną biotechnologię, jest też ośrodkiem badań naukowych nad ich przedziwnym językiem. Porozumieć można się z nimi tylko wtedy, kiedy dwoje ludzi psychicznie blisko ze sobą związanych, wręcz mających wspólny umysł, przemówi jednocześnie - inaczej słyszą tylko bełkot, który w ogóle nie kojarzy im się z próbami komunikacji. Dlatego też w Ambasadorii hoduje się idealne klony, dodatkowo połączone ze sobą za pomocą technologii, które zostają Ambasadorami i prowadzą wszelkie rozmowy z Obcymi Ariekenami. Ambasadoria wydaje się być samowystarczalna i zaczyna olewać Bremen, co niezbyt podoba się metropolii i skutkuje przysłaniem nowego Ambasadora, który jest inny i swoimi specyficznymi właściwościami doprowadza do tragedii. Ogólnie autor poświęcił mnóstwo miejsca na rozważania o lingwistyce, i to tak szczegółowe, że czasami nie łapałam, o co dokładnie chodzi. Brawa za research, mały minus za przystępność.

Kolejnym ważnym elementem książki jest jej główna bohaterka, czyli Avice. W retrospekcjach poznajemy jej dzieciństwo i młodość, a potem towarzyszymy w ciężkich chwilach w czasach kryzysu. Jest całkiem zwyczajna, jako dziecko wzięła udział w językowej ceremonii Ariekenów, co dało jej pewne względy i szansę wyrwania się z rodzimej planety. Avice zostaje więc nawigatorem i spędza kilka lat na nawigowaniu statków kosmicznych w Nurcie. W międzyczasie poznaje mężczyznę, który jest lingwistą zafascynowanym językiem Ariekenów. Postanawiają pobrać się i wrócić do Ambasadorii, a potem zaczynają dziać się te wszystkie dziwne rzeczy. Na przykładzie przypadków z życia głównej bohaterki autor wyjaśnia czytelnikom kilka kwestii związanych z wykreowanym przez siebie uniwersum. Najciekawszy jest chyba Nurt, czyli coś w stylu podprzestrzeni umożliwiającej szybkie przemieszczanie się po Wszechświecie. Niestety opis jest dość mglisty i nie poznajemy szczegółowej mechaniki tego zjawiska. Biorąc pod uwagę, że Nurt jest pozostałością po dwóch poprzednich Wszechświatach, jest niebezpieczny, można z niego nie wyjść cało, a w najbardziej groźnych miejscach jakaś nieznana wszystkim rozumnym rasom cywilizacja poustawiała coś w rodzaju ostrzegawczych latarni morskich, czytałabym z wielką satysfakcją całą książkę poświęconą podróżom przez Nurt jakiegoś statku z fajną załogą. Ale niestety, Nurtu jest mało, za to lingwistyki nie brakuje. Druga rzecz, na którą chcę zwrócić uwagę, to szeroko rozumiana ludzka obyczajowość. Akcja Ambasadorii dzieje się w dalekiej przyszłości, tak dalekiej, że już niewielu pamięta, gdzie leży Ziemia, a liczenie czasu ziemskimi godzinami i latami uważane jest za przejaw niepotrzebnego ekscentryzmu, wszyscy normalni ludzie już dawno przerzucili się na standardowe kilogodziny. Można by przypuszczać, że przez tyle lat jakoś zmieniły się normy społeczne - i tak jest, ale te nowe, wymyślone przez autora, jakoś nieszczególnie do mnie przemówiły. W mieście Ambasadoria dzieci są niejako własnością państwa, ich wychowaniem zajmuje się specjalny ośrodek oraz tzw. rodzice zmianowi. Na pierwszy rzut oka oryginalne, ale skojarzyło mi się jakoś z państwowymi domami dziecka z ZSRR okresu stalinizmu :) Nie jest to powszechna praktyka, w większości Wszechświata potomstwem opiekują się biologiczni rodzice, więc żadna to innowacja. Podobnie rzecz ma się ze stosunkami damsko-męskimi: Avice zawarła ze swoim wybrankiem kontrakt małżeński, wspomniano też, że była w innych związkach małżeńskim z osobami obojga płci. Śluby i rozwody to i u nas nic dziwnego, może ich zawarcie wymaga trochę  więcej zachodu, ale jeśli ktoś chciałby mieć w życiu wiele mężów/żon, to generalnie nic nie stoi na przeszkodzie. Bycie mężatką nie przeszkodziło Avice zostać kochanką jednego z Ambasadorów, więc i pod tym względem książka nie jest szczególnie odkrywcza, takie rzeczy zdarzały się od zawsze. I będą się zdarzać, więc może China Miéville poszedł tym tropem? Nie wiem, gdyż nie poświęcił sprawom życia codziennego i rodzinnego za wiele miejsca, za to o lingwistyce rozpisywał się na wiele stron.

Właściwie wszystko, o czym pisałam dotychczas, dzieje się w pierwszej połowie książki i w retrospekcjach. Druga część książki robi się mroczniejsza, poważniejsza, porusza problemy postępowania w czasie kryzysu, walki o władzę, oraz oczywiście lingwistyki. Autor chyba naprawdę zafiksował się na punkcie języka i komunikacji, gdyż cała powieść jest na nich oparta. I mi się to nawet podoba, byłam w stanie to kupić i się wciągnąć, ale niestety nie do końca. Brakowało mi wyjaśnienia niektórych spraw - jeśli w książce pojawia się zdanie typu: Próbowaliśmy uprawiać seks, ale oczywiście nic z tego nie wyszło, to jednak chciałabym dowiedzieć się, dlaczego było to tak oczywiste; zwłaszcza, że ta sama postać nie miała problemów z innymi partnerami. Jakaś niekompatybilność biologiczna? Nie mam pojęcia, autor już do tego nie wrócił. Dodatkowe 50 stron wyszłoby Ambasadorii na dobre (chociaż istnieje ryzyko, że te strony zostałyby zapełnione rozważaniami nad językiem). Ciężko było mi się wgryźć w świat przedstawiony, ze względu na często pojawiające się retrospekcje początkowo nie za bardzo wiadomo, o co chodzi, ale kiedy już się wkręciłam, to zrobiło się świetnie. Daję ocenę 4/5 i polecam wszystkim, którzy mają dość schematów w literaturze science fiction, chcą przeczytać coś naprawdę innego, no i nie boją się lingwistyki. 

czwartek, 5 października 2017

51/2017 Mroczniejszy odcień magii, V. E. Schwab (Odcienie magii tom I)


Witajcie w Szarym Londynie – brudnym i nudnym, pozbawionym magii, rządzonym przez szalonego króla Jerzego III. Istnieje też Czerwony Londyn, w którym w równej mierze szanuje się życie i magię, oraz Biały, miasto wycieńczone wojnami o magię. A niegdyś, dawno temu, istniał jeszcze Czarny Londyn... Teraz jednak nikt o nim nawet nie wspomina. 
Oficjalnie, Kell jest podróżnikiem z Czerwonego Londynu – jednym z ostatnich magów, którzy potrafią przemieszczać się pomiędzy światami – i działa jako posłaniec między Londynami i ambasador czerwonego królestwa rodziny Mareshów. Nieoficjalnie, uprawia przemyt – bardzo niebezpieczne hobby, o czym przekonuje się na własnej skórze, kiedy wpada w pułapkę wraz z zakazanym przedmiotem z Czarnego Londynu. Ucieka więc do Szarego, gdzie z kolei naraża się Lili Bard, złodziejce o wielkich aspiracjach. To właśnie z nią Kell wyrusza w podróż do alternatywnej krainy, której stawką jest uratowanie wszystkich światów…
Opis fabuły z okładki książki.  
Mroczniejszy odcień magii to książka, która w zeszłym roku przetoczyła się przez blogosferę i pozostawiła po sobie masę pozytywnych recenzji. Już wtedy postanowiłam ją przeczytać. I była to dobra decyzja. 

Książka sprawia wrażenia napisanej dla nieco młodszego odbiorcy. Główni bohaterowie mają około dwudziestu lat i mało skomplikowane charaktery. Pomysł na równoległe Londyny jest ciekawy, ale nie znajdziemy tu rozbudowanego światotwórstwa jak chociażby u Georga R. R. Martina. Nie są to jednak wady, przecież nie każda książka fantasy musi być 1000-stronicową cegłą z dziesiątkami postaci o super złożonej psychice. Autorce udało się zawrzeć interesujący pomysł na czterystu stronach. Jest to dobry wstęp do trylogii, która zapewne poszerzy naszą wiedzę o tym uniwersum.

Sama historia, choć dość prosta, jest niezmiernie ciekawa i wciągnęła mnie od razu. Koncept światów równoległych, magia, zmagania pomiędzy magami, a nawet zaczarowana wielostronna kurtka Kella - jakże mi się to spodobało! Mroczniejszy odcień magii jest wyrazisty i ma swój klimat, który bardzo przypadł mi do gustu.

Jak już wspominałam, postaci w tej książce nie są zbyt skomplikowane. Kell jest magiem, który posiada bardzo rzadką umiejętność - potrafi przechodzić pomiędzy światami. Z tego względu został wychowany przez rodzinę królewską z Czerwonego Londynu i zajmuje się przenoszeniem korespondencji do innych Londynów. Z tego powodu zdarza mu się strzelić focha - tak naprawdę jestem nikim, gdyby nie moja magia, to nie chcieliby mieć ze mną nic wspólnego, jestem tylko narzędziem - i w sumie ma wiele racji. Kell jest jeszcze młody, ma 21 lat, więc takie narzekanie jest uzasadnione, chociaż rodzina królewska traktuje go bardzo dobrze (no, może poza tym małym incydentem z wymazywaniem pamięci o prawdziwej rodzinie), a z księciem pozostaje w prawdziwie braterskiej relacji. Generalnie jednak bardzo polubiłam tę postać i nie mam do niej większych zastrzeżeń. No, może Kell odrobinę za szybko opanował magię bitewną, której wcześniej się nie uczył, ale to drobiazg, który mogę spokojnie zaakceptować.

Inaczej ma się sprawa z Lilą, główną postacią kobiecą. Jest ona mieszkanką Szarego Londynu, czyli tego najbardziej zwyczajnego, który zapomniał o magii. Oraz genialną, nieuchwytną złodziejką, której praktycznie wszystko się udaje. Jestem zdania, że autorka przedobrzyła z Lilą i zamiast pełnokrwistej bohaterki opisała jakąś heroinę. Rozumiem, że kiedy usłyszała o magii i światach równoległych, natychmiast zapragnęła dowiedzieć się o tym jak najwięcej, sama bym tak zrobiła. Ale świetnie kradnie, umie się bić, ma ciętą ripostę na każdą okazję, jest trochę chamska i bardzo niezależna - za dużo tego dobrego i już naprawdę niewiele dzieli w moich oczach Lilę od rasowej Mary Sue. Na szczęście ta granica nie została przekroczona i  mam wrażenie, że w kolejnych tomach Lila jeszcze się wyrobi i nabierze trochę głębi. Autorka zaspoilerowała mi już kilka istotnych części na jej temat (w tak subtelny sposób, że chyba tylko człowiek bez jednego oka by tego nie zauważył), więc jej powrót jest praktycznie pewny.

Inni bohaterowie są mocno drugoplanowi i pozbawieni ciekawych charakterów. Złe bliźniacze rodzeństwo rządzące Białym Londynem jest tak stereotypowe, że szkoda gadać. Rhy, książę Czerwonego Londynu, zapowiada się całkiem nieźle i także obstawiam rozbudowanie jego postaci w kontynuacjach Mroczniejszego odcienia magii. Okropnie razi mnie jednak dysproporcja pomiędzy liczbą postaci żeńskich i męskich. Kobiet, które mają jakiekolwiek kwestie mówione, jest zaledwie cztery. Pojawia się piąta, ale jest tylko wspomniana przez Kella. Za to mężczyzn tak na szybko naliczyłam piętnastu. Nie wiem skąd to wynika, ale przy czytaniu odniosłam wrażenie, że jest tylko Lila i otaczający ją tłum mężczyzn, co jest strasznie sztuczne i generalnie nie wiem, dlaczego autorka tak to rozegrała - zwłaszcza, że w żadnym z Londynów kobiety nie są dyskryminowane i zmuszane do siedzenia w domu, co w pewien sposób tłumaczyłoby taki stan rzeczy. Czekam na poprawę w kontynuacji.

O fabule nie będę się rozwodzić zbyt długo, bo łatwo byłoby o spoiler. Jest ona niezbyt skomplikowana, ale nie głupia. Wielu rzeczy można się szybko domyślić, ale przy takiej lekkiej rozrywkowej powieści nie jest to niewybaczalna wada. Duży plus za to, że Mroczniejszy odcień magii można przeczytać jako pojedynczą, zamkniętą historię, a drugi za to, że pokazuje, że można napisać niezłe fantasy mieszczące się na czterystu stronach.

Książka ta nie jest idealna, ale nie wywołała u mnie irytacji. Mogę ją polecić komuś, kto wcześniej nie miał styczności z fantasy, a chciałby przeczytać coś w tym klimacie. Oceniam Mroczniejszy odcień magii na 4/5. Światy, które stworzyła autorka, wciągnęły mnie i mam ochotę odkrywać je dalej.

środa, 27 września 2017

50/2017 Dallas '63, Stephen King


22 listopada 1963 roku w Dallas padły trzy strzały, które zabiły prezydenta Kennedy'ego i zmieniły świat. A gdyby tak można było temu zapobiec? 
Jake Eppinig to nauczyciel angielskiego w Lisbon Falls. Al, właściciel lokalnego baru, zdradza mi tajemnicę: jego spiżarnia jest portalem do roku 1958. Powierza Jake'owi szaloną - i, co jeszcze bardziej szalone, wykonalną - misją ocalenia prezydenta Kennedy'ego. Tak oto Jake zaczyna swoje nowe życie jako George Amberson, życie w świecie Elvisa i JFK, amerykańskich krążowników szos i rock and rolla, gniewnego samotnika nazwiskiem Lee Harvey Oswald i Sadie Dunhill, pięknej szkolnej bibliotekarki, która zostaje miłością życia Jake'a - życia wbrew wszelkim normalnym regułom czasu. 
Opis fabuły ze skrzydełka okładki książki.
To mój powrót do Dallas '63 po czterech czy pięciu latach. Pierwszy raz znalazłam tę powieść w bibliotece, później na półce w antykwariacie. Kupiłam ją i od tamtej pory stała sobie spokojnie . Ale już od jakiegoś czasu korciło mnie, żeby do niej wrócić, zwłaszcza że została mi w pamięci jako jedna z lepszych książek Kinga. Ostatnio obejrzałam jaj serialową adaptację 22.11.63, nakręconą w duchu oryginału. Serial jest średni, uproszczony (jak to zwykle bywa ze wszystkim kręconym na podstawie książek), ale spokojnie da się oglądać. Pod koniec nawet udało się mu wywołać u mnie emocje - oczywiście finał był chyba najwierniejszy oryginałowi, więc to zapewne właśnie dlatego.

Co do książki: można twierdzić, że jest to powieść science-fiction, no bo przecież motorem napędowym fabuły są podróże w czasie, ale tak naprawdę jest to piękna powieść obyczajowa znakomicie obrazująca życie na Południu USA na przełomie lat 50. i 60. XX wieku. Na szczęście nie jest to laurka wystawiona tym pięknym czasom, w których wszyscy byli mili, uczynni, kobiety piekły ciasta, a mężczyźni chodzili z synami na polowania. King znakomicie oddał ducha tamtych lat, ze wszystkimi ich wadami i zaletami.

Główny bohater Jake Epping to biały mężczyzna i jemu było względnie łatwo odnaleźć się w tamtej rzeczywistości, ale i tak nie uniknął problemów związanych m. in. ze swoim nieformalnym związkiem z Sadie. Mnie, jako kobiecie, byłoby już nieco ciężej. Myślę, że nie mogłabym się ubierać i zachowywać tak, jak to robię na co dzień, bo mogłoby się to skończyć nawet utratą pracy. Już nie wspomnę o tym, że osoba o kolorze skóry innym niż biały miałaby totalnie przerąbane. Tak więc składam Kingowi wielkie gratulacje, że zdecydował się na opis realistyczny, uwzględniający plusy i minusy tamtych czasów.

Dallas '63 jest więc dobrym źródłem wiedzy o obyczajowości tamtej epoki, ale wątek fantastyczny też daje radę. Podróże w czasie to fajny temat, wykorzystany tu wyjątkowo wdzięcznie. Uniemożliwienie zabójstwa Kennedy'ego to cel szlachetny, ale jakie mogą być konsekwencje? Czy w ogóle da się zmienić przeszłość? To ciekawe zagadnienia, które są dobrze rozwinięte. Odnoszę wrażenie, że tunele czasowe są jakoś powiązane z cyklem Mroczna Wieża. Mistyczny Człowiek Z Żółtą Kartką również do niego pasuje. W sumie wiele pozycji z twórczości Kinga jest z nim powiązanych. Wyłapałam też wiele nawiązań do To, chociaż tej książki jeszcze nie czytałam. Ale teraz, przy okazji premiery świetnej ekranizacji tego horroru, Internet jest pełen informacji i chcąc nie chcąc znam już główne założenia tej powieści. To i Bastion są moimi wyrzutami sumienia, ostatnimi z najbardziej znanych książek Stephena Kinga, których jeszcze nie przeczytałam, ale na pewno kiedyś to zrobię. King to jeden z moich ulubionych pisarzy, jak dotąd tylko jedna z jego książek nie spełniła moich oczekiwań - była to Komórka z tymi swoimi dziwnymi technologicznymi zombie i bezsensownym zakończeniem.

Spodobało mi się, że King nie wykorzystał jednej z licznych teorii spiskowych dotyczących zamachu na Kennedy'ego, lecz trzymał się oficjalnej wersji, co do której, jak wspomniał, po przeanalizowaniu wielu materiałów źródłowych ma 98% pewności. Nie miałam żadnych problemów by uwierzyć w to, że Lee Harvey Oswald, ten zafascynowany komunizmem, wychowany przez toksyczną matkę człowiek o niskim poczuciu własnej wartości, mógłby z zimną krwią zastrzelić prezydenta tylko dlatego, żeby udowodnić światu, że jest zdolny do wielkich (w jego mniemaniu) rzeczy.

Po kilku latach moja opinia o Dallas '63 się nie zmieniła. To nadal świetna książka, która dała mi wiele satysfakcji i ofiarowała dobry wątek obyczajowy - co jest dość niezwykłe, bo najczęściej takie zwyczajne ludzkie motywy mnie niezbyt interesują. Oceniam na 5/5 i polecam (bardziej książkę, serial trochę mniej), aczkolwiek z zastrzeżeniem, że dla lepszego rozumienia treści przyda się znajomość historii USA. 

piątek, 15 września 2017

49/2017 Drobna przysługa, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom X)

Od blisko roku nikt nie próbował zabić Harry’ego Dresdena. Jego życie wreszcie staje się nieco bardziej spokojnie. Przyszłość zaczyna wyglądać różowo. Jednakże przeszłość rzuca bardzo długi cień. 
Zawarta dawno temu umowa uczyniła Harry’ego dłużnikiem Mab, władzczyni Zimowego Dworu sidhe, Królowej Powietrza i Ciemności. A teraz Mab upomina się o spłatę długu. To tylko drobna przysługa, ale Harry nie może odmówić jej wyświadczenia… a to może sprawić, że znajdzie się między śmiertelnym wrogiem a równie przerażającą sojuszniczką. Jego umiejętności i jego lojalność zostaną poddane najsurowszej z prób. 
Nie powinno go to zaskakiwać. Wszystko szło po prostu za dobrze.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
To już moje dziesiąte spotkanie z Harrym i muszę przyznać: z biegiem czasu coraz bardziej się do niego przyzwyczajam. Drobna przysługa niczym nie odstaje od reszty serii i zgrabnie komponuje się z dobrze już znanym uniwersum. Punktem wyjścia całej historii jest układ, jaki Harry zawarł z władczynią Zimowego Dworu elfów, ale błaha z pozoru sprawa oczywiście zaczyna się komplikować. Harry próbuje doprowadzić do rozejmu pomiędzy Białą Radą a Denarianami (którzy są pierońsko niebezpiecznymi piekielnymi demonami). Oczywiście wszelkie pokojowe starania kończą się katastrofą oraz porwaniem Archiwum, która miała być bezstronną obserwatorką i gwarantem pokoju (Archiwum to personifikacja całej wiedzy ludzkości, tyle że w ciele małej dziewczynki). Rozróba opisana jest bardzo efektownie, w pięknych dekoracjach: oceanarium, a potem małe wysepki na jeziorze Michigan pełne tajemniczych ruin, które będą zapewne ważne w kolejnych tomach cyklu. Większość bohaterów pojawiła się już kiedyś na kartach Akt Dresdena, ale autor rozszerzył trochę swoje uniwersum: pojawiły się nowe gatunki stworów zamieszkujących Nigdynigdy, dowiedzieliśmy się więcej o Denarianach, a także na scenę wkroczyły moce niebiańskie i archanioły. Pojawiły się też kolejne wzmianki o Czarnej Radzie - złej organizacji, z którą Dresden w końcu zapewne będzie musiał się zmierzyć.

Życie uczuciowe Harry'ego trochę się rozwinęło: co prawda nie jest z Karrin Murphy (chociaż nie są sobie obojętni), ale za to udaje mu się mały romansik ze Strażniczką Luccio, która technicznie rzecz biorąc jest jego szefową. Ciekawa jestem, czy ten wątek będzie miał kontynuację. Brakowało mi dwóch rzeczy: wilkołaków i codziennego życia Dresdena. O ile o wilkołakach autor chwilowo zapomniał, ale myślę, że jeszcze kiedyś wrócą, tak szara codzienność i zwykłe sprawy nigdy nie były priorytetem tej serii i chyba muszę o tym zapomnieć. Ciężko mi napisać coś więcej o tej książce, gdyż klimatem nie odbiega ona od poprzednich a ja nie chcę się zbytnio powtarzać, więc poniżej podrzucę tylko linki do wcześniejszych recenzji. Drobna przysługa to książka solidna, daję jej 4/5 i żałuję, że nie mam talentu plastycznego, bo tak się wkręciłam w to uniwersum, że chętnie stworzyłabym jakieś fanarty. Może więc wymyślę sobie jakieś fanfiction (tylko wymyślę, bo nigdy nie chce mi się ich zapisywać).

Recenzja tomów I - IV

środa, 13 września 2017

48/2017 Wielki marsz, Richard Bachman


Mroczna alegoryczna wizja przyszłości Stanów Zjednoczonych. 

Stu chłopców wyrusza w morderczy marsz - meta będzie tam, gdzie padnie przedostatni z nich. Tu nie ma miejsca na sportową rywalizację, ludzkie uczucia ani na fair play, ponieważ gra toczy się o bardzo wysoką stawkę. Najwyższą z możliwych. 
Opis fabuły: lubimyczytac.pl
Właściwie to ciężko jest coś napisać na temat Wielkiego marszu (no może poza tym, że pod pseudonimem Richard Bachman ukrywa się dobrze znany Stephen King), bo po jego przeczytaniu dosłownie mnie zamurowało i potrzebowałam trochę czasu, by przestać obsesyjnie myśleć o tej historii. Ta opowieść o stu chłopcach biorących udział w wyścigu, który może przetrwać tylko jeden, dostarcza niesamowitych emocji i wzbudza mnóstwo uczuć. Czytałam tę kultową już książkę pierwszy raz i czułam przede wszystkim niezdrową fascynację - to chyba nie świadczy o mnie najlepiej i obawiam się, że w świecie Wielkiego marszu stałabym gdzieś w tłumie wzdłuż trasy i dopingowała zawodników.

Fabuła jest dość prosta: główny bohater Ray Garraty decyduje się wystartować w Wielkim marszu. W trakcie trwania tych makabrycznych zawodów poznaje innych uczestników i ich motywacje, dowiadujemy się też wiele o jego przeszłości i obserwujemy eliminacje kolejnych odpadających z wyścigu chłopców. Kartki książki przewracały mi się właściwie same i walczyłam z pokusą, by zajrzeć na ostatnią stronę i sprawdzić, czy Ray wygra. A może będzie drugi i polegnie po epickiej walce? Nie zakładałam innych możliwości, w końcu Ray jest naszym przewodnikiem w tej opowieści i wiadome jest, że musi doprowadzić nas do końca, bardziej lub mniej szczęśliwego. Udało mi się wytrwać bez sprawdzania, więc i tutaj nie będę spoilerować.

Bachman/King mistrzowsko oddał charaktery uczestników marszu oraz łączące ich relacje. Współczujemy im, dopingujemy, nienawidzimy, wręcz idziemy wraz z nimi przez lesiste wzgórza Maine. Jeszcze lepsze są relacje pomiędzy idącymi chłopcami a organizatorem marszu, Majorem. Jest on postacią wręcz kultową, legendarną; idolem nastolatków, którzy pragną jego uznania. Jednak kiedy padają pierwsze ofiary, koledzy zaczynają umierać powaleni strzałem w głowę po trzech ostrzeżeniach, chłopcy zaczynają rozumieć, w co tak naprawdę się wpakowali, a początkowe uwielbienie Majora zamienia się w czystą nienawiść.

Jednak najbardziej interesuje mnie świat, w którym została umieszczona cała akcja. Co też się stało z USA, że ulubioną rozrywką milionów jest coroczne patrzenie na śmierć 99 młodzieńców? W jakim świecie taki zwyrodnialec jak Major mógł zostać idolem tłumów, a nastolatki same zapisują się do zawodów, które są niczym innym, jak długim i męczącym samobójstwem? Dlaczego w kraju, który kiedyś opierał się na wolności jednostki, każda krytyka władzy wiąże się z rychłą wizytą smutnych panów w środku nocy i zabraniem nie wiadomo dokąd? Czas akcji to na oko lata 60. - 70. Wiadomo, że w latach 50. miały miejsce jeszcze jakieś walki z Niemcami z użyciem broni atomowej w tle, co na pewno miało wpływ na wytworzenie się totalitarnego systemu w USA - i to właściwie tyle (to i tak o 100% więcej, niż dowiedziałam się w Drodze McCarthego na temat przyczyn apokalipsy). Chętnie przeczytałabym coś jeszcze rozgrywającego się w tym złowrogim uniwersum. Bachman/King napisał Uciekiniera dziejącego się w podobnych makabrycznych realiach, opartego na podobnym pomyśle (reality show, w którym tytułowy uciekinier musi przez 30 dni ukrywać się przed wszystkimi, w tym przed elitarną jednostką pościgową, gdyż wszyscy chcą go zabić), ale nie jestem pewna, czy akcja tej książki rozgrywa się w dokładnie tym samym świecie, co Wielki marsz

Mam tylko jedno malutkie zastrzeżenie - pod koniec akcja przyspiesza, pojawiają się przeskoki czasowe - jak dla mnie finał nastąpił trochę za szybko (czyżbym chciała dłużej napawać się cierpieniem uczestników?), ale w sumie i tak dobrze wiemy, co dzieje się w głowie Garratego. Generalnie jednak ta książka to prawdziwie poruszające arcydzieło i już wiem, że na pewno do niej wrócę. 5/5.


Czytałam Wielki marsz w pierwszym polskim wydaniu z 1992 roku. Przede wszystkim rzuca się w oczy wielkie nazwisko Kinga, pseudonim jest malutki i niemal schowany gdzieś poniżej. Bo King sprzeda się lepiej. Zresztą w nowym wydaniu jest tak samo. Ja osobiście uważam, że jeśli twórca zdecydował się napisać coś pod pseudonimem, to powinniśmy to uszanować, ewentualnie dodać prawdziwe nazwisko gdzieś obok, dokładnie odwrotnie niż na powyższym zdjęciu. Zastanawiacie się, co to za sznurki na książce? Moja biblioteka szyje w ten sposób wszystkie książki w miękkich okładkach, żeby zabezpieczyć je przed rozsypaniem. Pomysłowe, działa, ale za każdym razem mnie to bawi, w innych bibliotekach się z czymś takim nie spotkałam.


To wydanie ma swoje plusy: bardzo dogodne rozmieszczenie tekstu na stronie oraz wygodną, nieco zaokrągloną czcionkę. Dzięki temu dobrze mi się czytało i żałuję, że teraz już się tak nie wydaje...

poniedziałek, 11 września 2017

Nowe książki: trylogia Odrodzone królestwo, Elżbieta Cherezińska


W miniony weekend Empik znowu zaserwował nam promocję trzy książki w cenie dwóch. Zwykle staram się z niej skorzystać, bo to dobra okazja na uzupełnienie księgozbioru w dość rozsądnych cenach. Zaszalałam więc i kupiłam tę trylogię w twardych okładkach. Słyszałam o tych książkach wiele dobrego, jest to ponoć napisana z rozmachem i pełna intryg powieść historyczna z elementami fantasy, czyli coś, co może mi się bardzo spodobać. 


Tu zbliżenie na Tarkina.


I jeszcze całość leżąca na półce.

niedziela, 10 września 2017

47/2017 Brygady duchów, John Scalzi


Brygady Duchów to elitarne jednostki specjalne Kolonialnych Sił Obrony – ich żołnierze zostali stworzeni z DNA zmarłych. Wykorzystywani są w najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych misjach KSO. Są młodzi, silni, szybcy i pozbawieni skrupułów. 
Wszechświat jest dla ludzkości niebezpiecznym miejscem – a ma się stać jeszcze groźniejszy. Trzy obce rasy, z którymi ludzie starli się już wcześniej, zawarły sojusz, który ma powstrzymać kosmiczną ekspansję homo sapiens. Obcym pomaga renegat Charles Boutin, naukowiec, który poznał wszystkie największe tajemnice militarnego sukcesu KSO. By zwyciężyć, KSO muszą dowiedzieć się, dlaczego Boutin przeszedł na stronę wroga. 
Jared Dirac jest jedynym człowiekiem, który może znaleźć odpowiedź na to pytanie – jest nadnaturalną hybrydą, stworzoną na podstawie DNA Boutina. Mózg Jareda powinien móc uzyskać dostęp do elektronicznych wspomnień Boutina. Transplantacja pamięci kończy się fiaskiem i zostaje on przydzielony do Brygad Duchów. 
Na początku Jared wydaje się być doskonałym żołnierzem, kiedy jednak wspomnienia Boutina zaczynają w nim odżywać, intuicyjnie zaczyna rozumieć przyczyny jego zdrady. Zawzięcie polując na swojego „ojca”, musi również stawić czoło konsekwencjom swoich własnych wyborów. Czasu jest coraz mniej: sojusz trzech obcych ras przygotowuje ofensywę, a niektórzy z wrogów ludzkości szykują jej coś o wiele gorszego od zwykłej wojny...
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Brygady duchów technicznie rzecz biorąc są drugą częścią serii zapoczątkowanej książką Wojna starego człowieka, jednak ja będę uparcie odmawiać nazywania tego cyklem. Bardziej trafne jest stwierdzenie, że obie te powieści dzieją się w tym samym uniwersum. Brygady duchów są napisane lepiej, sprawniejszym językiem, mają bardziej przemyślaną strukturę, a główny bohater Wojny... pojawia się w nich dwa razy, i to ledwie wspomniany przez inne postaci. Spokojnie można byłoby przeczytać tę książkę bez znajomości poprzedniej i nic się nie straci, najważniejsze sprawy dotyczące świata przedstawionego są tu ponownie wyjaśnione.

No i przede wszystkim: Brygady duchów to książka pod każdym względem lepsza, z ciekawszym bohaterem, poruszająca bardziej interesującą tematykę (chociaż transfer świadomości i wszelkie problemy z nim związane nie są dla mnie jakoś szczególnie kontrowersyjne). Czyta się ją szybko i przyjemnie. To taka typowa dobra rozrywka w stylu science fiction: lekka, ale nie za głupia, angażująca, ale nie wymagająca całkowitego skupienia. Trochę nie kupuję technologii, wygląda bardziej na owoc wyobraźni autora niż na prawdopodobną wizję przyszłości. Autor próbuje tłumaczyć to przejęciem niektórych rozwiązań od obcych ras, ale nadal nie czuję się przekonana.

Historie Johna Scalziego są kameralne, skupione wokół osoby głównego bohatera. Na szczęście przez całą książkę przewija się motyw wojny z trzema rasami Obcych naraz, a pod koniec dostajemy zapowiedź czegoś jeszcze większego... Kosmiczne konflikty i klimat rasowej space opery - już nie mogę się doczekać i na pewno przeczytam dalszy ciąg.

Dużym minusem książki jest jej wydanie, a właściwie brak nowego wydania. Wojnę starego człowieka przeczytałam już w nowej szacie graficznej i w innym tłumaczeniu, Brygady duchów jeszcze nie doczekały się modernizacji. Może to właśnie przez odmienne tłumaczenia te dwie książki nie chcą mi się złożyć w spójny cykl? Jeśli wydawnictwo Akurat zdecyduje się wydać Brygady duchów w nowej wersji, to na pewno je kupię i przeczytam całość jeszcze raz.

Książkę oceniam na 4/5 i liczę na więcej akcji i rozmachu w przyszłości. Scalzi może nie dorówna Podlewskiemu, którego uwielbiam za Głębię, ale stać go na napisanie porządnej powieści science fiction, którą będę miała ochotę przeczytać.

czwartek, 31 sierpnia 2017

46/2017 Przedksiężycowi, Anna Kańtoch (tom II i III)



Oto świat składający się z wielu wersji. Większość wionie grozą przemijania. Ale jest też jedno wspaniałe, piękne oblicze. Niedoskonali mieszkańcy lądują w niszczejącej wersji, wybrani awansują. A nad wszystkim pieczę sprawują Przeksiężycowi. Oto świat, w którym nie ma miejsca na indywidualność. Wszystko podporządkowane jest sztuce... i chęci przetrwania Oto Lunopolis, gdzie mieszkańcy żyją chwilą, przerażeni wizją wyroku, który da im namiastkę szczęścia lub pogrąży w rozpaczy i entropii, gdzie naturalnym jest, iż ludzi w przeszłości, mimo że jeszcze nie umarli, bliscy uznają za martwych? 
Kim są Przedksiężycowi, istoty, które decydują o życiu i śmierci każdego istnienia? Od czego zależy śmierć lub życie każdego człowieka?
Odpowiedzi może być wiele...
Opis: lubimyczytac.pl
Na samym początku muszę się do czegoś przyznać: uwielbiam tak napisane książki. Te plastyczne opisy pozwalające mojej wyobraźni wejść na najwyższe obroty (widać tu postęp względem pierwszej części)... Bohaterowie mają mocno zarysowane charaktery i wyraźne motywacje. Fabuła opiera się na oryginalnych pomysłach, a schematy wykorzystuje w sposób twórczy. No i najważniejsze - wciąga tak, że nie sposób się oderwać.

Największą wadą Przedksiężycowych jest podzielenie ich na trzy części i wydanie osobno. Marzy mi się porządne, jednotomowe wydanie w większym formacie i twardej okładce, bo tak właśnie powinno się poznawać tę historię. Niestety nie miałam dostępu do wszystkich części naraz i tego żałuję, bo pierwszy tom trochę traci jeśli od razu nie przejdzie się dalej. Jest w nim za mało akcji, żeby uznać go za dobrze wyważoną całość. Drugi i trzeci czytałam już łącznie i moje wrażenia były o wiele lepsze. Nowe wydanie przydałoby się tym bardziej, że Fabryka Słów wypuściła tylko pierwszy tom w całkiem fajnej okładce. Wydawnictwo Powergraph wydało co prawda całość, ale z tym dziwnym mechanoidem przypominającym C3PO z Gwiezdnych Wojen, który to wcale a wcale mi się nie podoba, a Lunapolis w tle zupełnie nie przypomina tego, które sobie wyobrażałam.

Nie lubię zbyt przewidywalnych opowieści. Niektóre tropy są tak oczywiste, że udaje mi się odgadnąć ich rozwinięcie jak tylko się na nie natknę. Ale nie lubię też przesady w drugą stronę. Nie cieszy mnie kryminał, w którym mordercą okazuje się być osoba wspomniana raz w trzecim rozdziale, a żeby dostrzec jej wszystkie powiązania ze sprawą trzeba książkę przeczytać dziesięć razy. Przedksiężycowi to idealny kompromis pomiędzy tymi skrajnościami. Niektóre rozwiązania były dla mnie zaskakujące, a w przypadku innych domyślałam się w idealnym momencie, na zasadzie: o czyżby ten koleś był w to zamieszany? I po chwili okazywało się, że faktycznie był. Nie po połowie książki, ale właśnie po chwili, kilku- kilkunastu stronach, więc nie było to w ogóle męczące.

Ciężko byłoby napisać coś o fabule i rozwoju bohaterów nie posuwając się do zrobienia ogromnych spoilerów, pozostanę więc przy ogólnikach. Zaskoczyło mnie to, że autorka nie poszła w stronę romansu lub bliskiej współpracy Finnena i Kairy. Wręcz przeciwnie, ta dwójka oddala się od siebie coraz bardziej i trzyma się ze sobą raczej z konieczności, niż z sympatii. To poczucie coraz większego wzajemnego nieporozumienia potęguje jeszcze brak narracji z punktu widzenia Kairy - Poznajemy motywacje Finnena, ale poczynania dziewczyny wydają się być mocno niejasne. Zresztą dowiadujemy się o Kairze takich rzeczy, że przestaje się nam jawić jako kryształowo czysta postać o dobrych zamiarach... Zamotała nam tu autorka, i to w taki sposób, aby dać kilka odpowiedzi, ale też postawić wiele nowych pytań.

W drugim i trzecim tomie jest więcej Daniela Pantalekisa, pojawia się też inny statek kosmiczny wraz z załogą. Ucieszyły mnie te momenty, przypomniały o tym, że jest to science-fiction i to dziejące się w bardzo dalekiej przyszłości. Wielkim plusem książki jest wiszący nad Lunapolis klimat nieufności i niepokoju społecznego, który w pewnym momencie przeradza się w prawdziwą rebelię. Generalnie mam wrażenie, że nazwa Lunapolis sprawdziłaby się lepiej jako tytuł, to miasto odgrywa w powieści o wiele większą rolę niż ci tajemniczy Przedksiężycowi, o których ostatecznie prawie nic się nie dowiedzieliśmy.

Nagroda im. Zajdla, którą otrzymał pierwszy tom, jest tu jak najbardziej na miejscu, a ja osobiście rozciągnęłabym ją na całą książkę. Nie zauważyłam jakiś większych wad czy fabularnych głupotek, wręcz przeciwnie, Przedksiężycowi są tak spójni i logiczni, że niejedna powieść mogłaby się od nich uczyć. Samo zakończenie skojarzyło mi się z Mroczną Wieżą Kinga poprzez wykorzystanie motywu z pętlą czasu, co idealnie pasuje do miasta rozwarstwionego na wiele kopii istniejących w różnych czasach. Może w tym przypadku sprawdziła się zasada, że bardziej lubimy to, co już znamy, (a pierwszy tom dogłębnie przedstawił mi świat i postaci), ale kolejne części bardziej wypełnione akcją oceniam o wiele lepiej i daje im zdecydowanie zasłużone 5/5.

piątek, 25 sierpnia 2017

45/2017 Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach, Paweł Zych, Witold Vargas


Studiując rodzime baśnie, podania i legendy, odnosimy nieodparte wrażenie, iż nasi przodkowie kochali niesamowite opowieści. Przez setki lat historii naszego kraju powstał olbrzymi, barwny i ludny świat polskich wierzeń ludowych. Pięknie ilustrowany przez Pawła Zycha i Witolda Vargasa Bestiariusz jest skromną próbą zilustrowania tego bogactwa i ukazania choćby jego części współczesnemu Czytelnikowi. Zapraszamy do podróży śladami opowieści naszych przodków, mitów pełnych słowiańskiej magii tak rzadko obecnej we współczesnej polskiej kulturze.
Opis ze strony wydawnictwa
Książkę Bestiariusz słowiański pożyczyłam od koleżanki, która określiła ją mianem ciekawej bajki na dobranoc. Przeczytałam ją bardzo szybko i muszę stwierdzić, że koleżanka miała absolutną rację - jest to uroczy, pięknie ilustrowany leksykon wiedzy o nadprzyrodzonych istotach, w które wierzyli nasi przodkowie. 

Każdy potwór ma swój opis - krótszy, dłuższy, czasem zabawny, czasem trochę straszny - zależy to o stanie wiedzy na temat danego stwora i jego charakteru. W Bestiariuszu słowiańskim znajdziemy istoty wywodzące się z czasów rzymskich, a także potwory, w które wiara była powszechna jeszcze w XIX wieku, rozstrzał czasowy jest więc bardzo duży.

Książka ma format nieco większy niż standardowy i twardą okładkę, co sprawia, że idealnie nada się na prezent. No i do tego te wspaniałe ilustracje utrzymane w ciepłych żółciach, brązach i pomarańczach. Można nią obdarować właściwie każdego, kto wykazuje zainteresowanie tematem, począwszy od dziesięciolatków. Należy jednak pamiętać, że nie jest to kompletne kompendium wiedzy, a raczej wprowadzenie mające wprowadzić w temat zainteresowanego laika. To właśnie jest mój największy zarzut: za duża skrótowość. Taka ilość informacji spokojnie wystarczy dzieciom, ale ja chciałabym czegoś więcej: niekoniecznie opracowania naukowego, ale tak powiedzmy dwukrotnie dłuższego tekstu przy każdym potworze. Wtedy dałoby się tę książkę bardziej czytać, a nie tylko oglądać. Moja ocena to 4/5. Cieszę się, że tematy dotyczące naszej przedchrześcijańskiej przeszłości przebijają się coraz bliżej głównego nurtu, jednak nie kupiłabym dla siebie tej konkretnej książki, a inne pozycje z tej serii przeczytam tylko wtedy, kiedy przypadkiem wpadną mi w ręce.

Poniżej kilka ilustracji z Bestiariusza słowiańskiego, w końcu są one mocną stroną tej książki, więc szkoda byłoby ich nie pokazać:


Bies wygląda jak żywcem wyjęty z Wiedźmina 3, taka wielka leśna bestia.


Zdarzają się też o wiele ładniejsze istoty...


Kotokształtny chochlik, tego jeszcze nie widziałam.


Węże były ważnymi zwierzętami dla naszych przodków, zapewniały szczęście i bogactwo (poza tym tępiły myszy, więc czasem były po prostu hodowane w domach).

środa, 23 sierpnia 2017

44/2017 Rozgrywka Cienia, Tad Williams (Marchia Cienia tom II)


Mrok wypełzł zza dotychczasowej granicy i armia Ludzi Zmierzchu podeszła pod Zamek Marchii Południowej. Tymczasem książę Barrick, nękany do obłędu koszmarnymi snami, dotknięty zaklęciem bezwzględnej pani Yasammez, przekroczył Granicę Cienia. Tam przyszło mu się zmierzyć z istotami dziwniejszymi i straszniejszymi niż sama śmierć... Księżniczka Briony zaś, która musiała uciekać z zamku, po wielu niebezpieczeństwach dzięki pomocy leśnej boginki przystała do trupy aktorskiej. Na całym kontynencie mieszają się różne grupy interesów, w grę wchodzą starożytne artefakty obdarzone niewyobrażalną mocą i na dodatek budzą się uśpieni dotąd bogowie. Świat się zmienia...
Opis z okładki książki. 
To dość rzadko spotykane, ale tym razem tom drugi okazał się być lepszy niż pierwszy - tylko trochę, ale to już coś. Akcja już się nie ślimaczy, chociaż nie jest też jakoś specjalnie dynamiczna. Wszystko ładnie się rozwija i mam tylko jedno pytanie - czy nie mogło być tak od samego początku?

Wszyscy bohaterowie zmieniają swoje miejsce pobytu, a także ładnie rozwijają się jako postaci, dzięki czemu możemy ich jeszcze lepiej poznać i zrozumieć. Ucieszyłam się, że kilka postaci z drugiego planu dostało więcej czasu antenowego, co wyszło na dobre całej opowieści. O fabule nie chcę pisać, bo byłby to jeden wielki spoiler. No, może tylko stwierdzę, że jest satysfakcjonująca. Absolutnie niesatysfakcjonujące są za to miliony klisz i schematów dosłownie wylewających się z Rozgrywki Cienia. Wiem, że to jest klasyczne high fantasy, które na schematach bazuje, ale na wszystkich kocich bogów, nie uwierzę, że nie dało się tego zrobić lepiej. Jednym z głównych wyróżników dobrego fantasy jest udane światotwórstwo, które czasem Williamsowi wychodzi (tu za przykład podam chociażby lud Muskających Wodę, hybrydę ludzi i płazów z błoną pławną pomiędzy palcami, żyjący nad morzem i zajmujący się wszystkim związanym z wodą), a czasem jest tak bardzo odtwórcze, że szkoda gadać (zimna Północ, gorące Południe; lud o zwyczajach żywcem ściągniętych od Arabów i przedstawiciel tegoż ludu, który uważa, że kiedy kobieta na niego patrzy jest to równoznaczne z zaproszeniem do łóżka; dwie homoseksualne postaci, które są aktorami, no bo przecież to artyści, im wolno, a wśród przedstawicieli innych grup społecznych homoseksualizmu nie ma). Sporo było tych negatywnych przykładów, o wiele za dużo. A przecież można wykorzystać ograne motywy w kreatywny sposób, czego przykładem tutaj są czarodziejskie lustra, które bardzo przypadły mi do gustu.

Ogólnie jestem zadowolona, że postanowiłam przeczytać tę serię. Co prawda to dopiero połowa, ale mam przeczucie, że dalej będzie jeszcze lepiej. Oceniam Rozgrywkę Cienia na 3/5, bo mimo wszystko poprawa względem pierwszego tomu nie była aż tak znaczna.


To Anakin w towarzystwie pierwszego tomu. Powinnam wstawić to zdjęcie w poprzedniej recenzji, ale kompletnie o nim zapomniałam... Moja śliczna zakładka z góralskim wzorem już nie żyje, rozwaliłam ją niedługo potem.

czwartek, 17 sierpnia 2017

43/2017 Biała noc, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom IX)


Poznajcie Harry’ego Dresdena, pierwszego (i jedynego) chicagowskiego maga-detektywa. Okazuje się, że w naszym zwykłym świecie wprost roi się od niezwykłych, magicznych istot, które najczęściej mają z ludźmi na pieńku. I tu na scenę wkracza Harry. 
Zaniepokojona serią domniemanych samobójstw policja wzywa na pomoc Harry’ego, który na miejscu zbrodni natychmiast trafia w dziesiątkę i odkrywa magiczną skazę, której nie można z niczym pomylić. Znajduje również przeznaczoną dla niego wiadomość, która nie jest bynajmniej sympatyczna. Zabójstwa będą trwały, dopóki Harry nie zdoła powstrzymać swojego dręczyciela – tymczasem wszystkie poszlaki prowadzą do jego przyrodniego brata, co zupełnie nie ma sensu. 
Tak się nieszczęśliwie składa, że w toku śledztwa Harry ściąga sobie na kark bandę wampirów żywotnie zainteresowanych wynikami dochodzenia. Wkrótce okazuje się, że wszyscy jego przeciwnicy mają przewagę liczebną i siłową, on zaś zostaje wystawiony na groźne pokusy. Jeśli zawiedzie, jego przyjaciele zginą.
Opis fabuły ze strony wydawnictwa
To już dziewiąty tom przygód Harry'ego Dresdena. Trudno uwierzyć, że od wydarzeń z pierwszej części minęło już dziesięć lat. Trochę nie czuć tego upływu czasu, bo książki koncentrują się na wydarzeniach dziejących się w ciągu kilku-kilkunastu dni i rzadko kiedy wspominają o tym, co Harry porabia w międzyczasie. W tym tomie pojawia się retrospekcja opisująca pewien epizod z wojny pomiędzy Białą Radą a Czerwonym Dworem wampirów, ale jest to pierwszy tego typu zabieg w całym cyklu. Szkoda, ja chętnie poczytałabym trochę o codziennym życiu Harry'ego i jego zwykłych detektywistycznych zleceniach, podczas których nie musi ratować świata.

Biała noc to historia fabularnie prosta: ktoś zabija obdarzone mocą kobiety tak, żeby wyglądało to na samobójstwo, a Dresden z pomocą swojej pierwszej dziewczyny, która również została magiem-detektywem, oraz Karin Murphy musi złapać sprawcę. Sytuację komplikuje fakt, iż to on sam jest przez niektórych podejrzewany o te zbrodnie, a i jego brat zachowuje się dziwnie i ma jakieś sekrety... Całość kończy się bardzo widowiskowo wielką bitwą pomiędzy magami, wampirami z Białego Dworu, gangsterami i ghoulami. Ale to nie walka jest tu najważniejsza, lecz sam Harry i jego relacje z innymi bohaterami (zwłaszcza z bratem). Według mnie to najmocniejszy punkt cyklu, a w tym tomie dostałam szczególnie dużo takich wątków. Postać pierwszej dziewczyny Dresdena nie wzbudziła u mnie większych emocji, bo jej nie znam, a nie była tak mistrzowsko napisana, że zaczęłoby mi na niej zależeć po kilku stronach. Ot, taki miły dodatek przybliżający czytelnikowi młodość Harry'ego. Ale z całą resztą jestem już naprawdę dobrze zżyta i śledzenie ich losów sprawia mi dużą przyjemność.

W Białej nocy swój finał ma ciągnący się od kilku tomów wątek zmagań Harry;ego z siedzącym w jego głowie demonem. Nigdy nie wysuwał się on na pierwszy plan, ale był niezmiernie interesujący: gdyby demonowi udało się skusić Harry'ego do przyjęcia mrocznej mocy, jego przyjaciel Michael należący do chrześcijańskiej organizacji Rycerzy Miecza miałby obowiązek natychmiast go zabić. Trudna sytuacja, ale na szczęście autor wybrnął z niej całkiem zgrabnie: oddalił niebezpieczeństwo od naszego ulubionego maga, a jednocześnie pozostawił pewien smutek.

Ta część Akt Harry'ego Dresdena jest udana i nie ma większych wad. Oceniam ją na 4/5, bo choć to sympatyczna opowieść, to niestety nie ma tego czegoś, co wyniosłoby ją ponad dobre czytadło.

PS Oglądałam serial Akta Dresdena, nie za bardzo polecam, chyba że jako tło do prasowania, czy coś w tym stylu. 

wtorek, 8 sierpnia 2017

42/2017 Czarna kolonia, Arkady Saulski (Kroniki Czerwonej Kompanii tom I)


W niedalekiej przyszłości korporacje przejmują kontrolę nad podbojem kosmosu. Trwa terraformacja i kolonizacja Marsa, na planetę przybywają zespoły naukowców, osiedleńcy i... najemnicy, zbrojne ramię wielkich firm. Postęp technologii, nowe odkrycia, zmiana czerwonej marsjańskiej pustyni w urodzajne terytorium - to wszystko zdaje się spełnieniem marzeń ludzkości o nowym wspaniałym świecie, w którym każdy znajdzie swoje miejsce - tak przynajmniej wyglądają reklamy emitowane przez korporacje, które kontrolują planetę i procesy osiedleńcze. Co naprawdę dzieje się na Czerwonej Planecie? Ilu najemników i ile broni sprowadziły tam wielkie firmy? I najważniejsze - w jakim celu? Co takiego jest na Marsie, że najpotężniejsze korporacje chcą położyć na tym łapę? Wkrótce rozpęta się walka, bezpardonowa i krwawa, w której stawką jest przyszłość całej ludzkości.
Opis fabuły z okładki książki. 
Nudne to i głupie, 1/5. Dziękuję, dobranoc.

Nie no, napiszę coś jeszcze o książce, którą kupiłam za 5 zł i teraz szkoda mi tych wydanych pieniędzy. Już nie chodzi o to, że terraformacja Marsa w niej opisana poraża swoją skrajną głupotą (skąd się tam wzięły jakieś nowe pierwiastki i duże zwierzęta po zaledwie kilkudziesięciu latach działalności człowieka?). Nie chodzi nawet o kartonowe postaci zbudowane z samych stereotypów ani o pasjonujące inaczej opisy kul przeszywających ludzkie ciała. Ani o wielkie złe korporacje. To po prostu tak strasznie przeciętna książka, którą tak na dobrą sprawę mógłby napisać każdy z nas. Serio, wystarczyłoby tylko wybrać ulubiony gatunek i sklecić jakąś schematyczną fabułkę z elementami, na których dobrze się znamy (widać, że autor zna się na militariach), a później wysłać to do wydawnictwa i czekać na swoja książkę. Nie bronię nikomu wydawać swojej twórczości, ale amatorszczyzna nie jest tym, czego szukam w literaturze. Pragnę czytać książki prawdziwych pisarzy, którzy operują słowem o niebo lepiej ode mnie. 

Tak naprawdę w Czarnej kolonii podobał mi się jeden jedyny element: pewien żołnierz o ksywie Panda miał to sympatyczne biało-czarne stworzonko wymalowane na hełmie. To miła odmiana po tych wszystkich typowych czaszkach i drapieżnikach. Podobno druga część cyklu jest lepsza (obstawiam, że będą się w niej tłukli z kosmitami, skoro pod koniec książki udało się nawiązać z nimi kontakt przez wrota) i może kiedyś ją przeczytam. Może.

sobota, 29 lipca 2017

41/2017 Piąta fala. Ostatnia gwiazda, Rick Yancey (Piąta fala tom III)

 
Ostatni tom elektryzującej trylogii Piąta fala! Zostały cztery dni. Potem z powierzchni Ziemi zniknie wszelki ślad po człowieku. Ucieczka i ukrywanie się nie mają już sensu. Jedyną szansą dla ludzkości jest podjęcie nierównej walki z wrogim najeźdźcą. Tylko kim naprawdę jest nieprzyjaciel? Czy bohaterom uda się wypełnić ryzykowną misję? I jaką rolę w ratowaniu świata odegra Cassie? Odliczanie właśnie się rozpoczęło.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Wróciłam do tego cyklu tylko dlatego, że moim najnowszym postanowieniem jest zakończyć rozpoczęte serie - te, które uznam za warte doczytania. Trzeci tom Piątej fali załapał się ledwo, ledwo, i to tylko dlatego, że byłam ciekawa, czy najgłupsi kosmici we Wszechświecie poradzą sobie z podbojem Ziemi.

Będę trochę spoilerować, ale niestety bez tego nie dam rady wylać wszystkich moich żali nad tą książką. Oczywiście okazało się, że najlepszym sposobem na pozbycie się kosmicznych najeźdźców jest ten z Dnia Niepodległości (oczywiście mówię o oryginale z lat 90., ta ostatnia kontynuacja to porażka): wystarczy wysadzić statek-matkę i problem znika. Niestety bohaterowie Piątej fali nie dysponują bombą z zapalnikiem czasowym, więc ktoś musi się poświęcić. I tu między innymi wychodzi mój największy problem: nadmierny patos i wymuszanie wzruszenia. W pewnych momentach czułam, jakby autor krzyczał do mnie: WZRUSZ SIĘ, PRZECIEŻ TO TAKIE SMUTNE I PODNIOSŁE, MUSISZ PŁAKAĆ! Niestety, nie ze mną te numery. Owszem, przy niektórych książkach zdarza mi się uronić łzę (ewentualnie całe wiadro), ale na pewno nie są to pozycje pełne fraz jak ze stereotypowego Cohelho: Teraz to ja jestem ludzkością albo Musimy kochać, żeby ich pokonać (cytaty niedosłowne, nie chce mi się szukać właściwych, ale sens jest zachowany).

Druga wielka wada cyklu to kosmici. Podobno przylecieli uratować Ziemię przed zniszczeniem przez ludzi. Ładne mi to ratowanie, olbrzymie tsunami i bombardowanie z orbity na pewno nie zaszkodziły naszej planecie, co nie? Nie kupuję też polityki przerabiania dzieci na żywe bomby i wysyłania ich do skupisk ludzkich. Niby miało to sprawić, że ludzie przestaną sobie ufać i przez to nie będą w stanie odbudować cywilizacji, ale ja widzę tu też wymuszony dramatyzm: małe, niewinne dzieciątka eksplodują jak kamikaze, to takie WZRUSZAJĄCE! Właściwie nie wiadomo też do końca, czy na Ziemię przybyli prawdziwi kosmici, czy tylko ich elektroniczne wersje wgrywane w ludzkie ciała. Może i autor to jakoś wyjaśnił, ale pod koniec książki było mi tak bardzo wszystko jedno, że nie pamiętam już takich szczegółów.

Znalazłam jednak kilka pozytywów. Postaci były napisane całkiem w porządku, po bardzo długiej przerwie pomiędzy tomami nadal pamiętałam kto jest kim i co mniej więcej wcześniej robił. Pochwalę też obycie autora w tematach militarnych. Niestety często brak wiedzy i jakaś niechęć do researchu jest widoczna u kobiet piszących coś zahaczające o wojnę czy kosmos (np. bohaterowie lecą statkiem kosmicznym, ale o jego napędzie czy uzbrojeniu to już autorka nie wspomnie, bo po co). Miło jest poczytać o czymś, na czym autor się zna albo włożył w przygotowanie do pisania książki trochę wysiłku i się dowiedział. Doceniam też próbę poruszenia trudnego tematu, jakim jest używanie dzieci jako żołnierzy na wojnie. Młodzi ludzie są bardzo podatni na propagandę i manipulację i niestety różne ugrupowania to wykorzystują do dnia dzisiejszego.

Piąta fala dostanie ode mnie smutne 2/5. Nie była to całkowita strata czasu, ale zupełnie nic by się nie stało, gdybym nie przeczytała tej trylogii.

Nowa książka: George Lucas. Gwiezdne Wojny i reszta życia, Brian Jay Jones


Wcale nie żałuję małych księgarni. Jedna taka w moim mieście zamknęła się jakiś miesiąc temu. Nie jest mi jej szkoda bo wiem, że nie ma szansy, żebym kupiła w niej tę książkę w cenie mniejszej niż okładkowa (czyli niecałe 55 zł). Ich rolę bardzo szybko przejęły dyskonty; książki w Biedronce, Lidlu czy Media Markcie nikogo już nie dziwią. I w ten oto sposób podczas przypadkowego wypadu do Biedry nabyłam tę biografię w twardej oprawie za rewelacyjną moim zdaniem cenę niecałych 28 złotych. Tyle powinny kosztować książki zawsze, bo nie wierzę, że wydawnictwu to się nie opłaca. 

Moja kupka nieprzeczytanych znowu wzrosła do pięciu... Już miałam nadzieję, że uda mi się wyjść na zero z papierowymi książkami i zabrać się za powtórki (Saga o Wiedźminie patrzy na mnie z półki już od ponad roku i czuję, że właśnie nadchodzi na nią czas). Zwykle wybieram książki za pomocą wyliczanki, ale coś mi się wydaje, że biografia Lucasa może mi się wepchnąć bez kolejki :)

Bonusowo dodam jeszcze historię o Anakinie-złodzieju w trzech aktach:





wtorek, 25 lipca 2017

40/2017 Marchia Cienia, Tad Williams (Marchia Cienia tom I)


Przez wieki zasnuta mgłą Granica Cienia oddzielała ziemie ludzi od utraconych przez nich w wielkiej wojnie północnych terytoriów zamieszkanych przez tajemniczych Quarów. Nikt, kto przekroczył granicę, nie wrócił… Teraz zaś niepokojące pasmo mgły zaczęło zagarniać południowe tereny. 
Tymczasem panująca w Marchii Południowej rodzina królewska przeżywa kryzys: prawowity władca, Olin, przebywa w niewoli, książę regent zostaje zamordowany, a jedynymi pretendentami do tronu i obrońcami królestwa są królewskie bliźnięta, niepełnosprawny Barrick i jego siostra Briony. Narasta chaos i poczucie zagrożenia, tym bardziej, że Quarowie to nie jedyne niebezpieczeństwo. Za inną granicą czai się żądny władzy autarcha, ciemiężca Olina. Zło i zdrada, jak się wydaje, czyhają wszędzie…
Opis fabuły z okładki książki. 
Miałam z tą książką problem - ona po prostu nie chciała się zacząć. Czytam, czytam i nic się nie dzieje. Dwie trzecie Marchii Cienia to rozbudowana ekspozycja i przedstawienie postaci. Nie mam nic przeciwko takim zabiegom, wręcz uwielbiam jak świat jest rozbudowany, no ale błagam, tego nie robi się w takim stylu. Tad Williams pisze bardzo klasyczne high fantasy, więc nie znajdziemy tu scen pełnych przemocy i seksu, a i język powieści nie jest jakiś nowatorski. Mimo wszystko sądzę, że dałoby się napisać całość bardziej dynamicznie. Tak dla porównania: gdyby Władca Pierścieni był utrzymany w tym stylu, to pierwszy tom skończyłby się opuszczeniem przez Froda Bag End i pierwszym spotkaniem Upiorów Pierścienia.

Pierwsza część cyklu Marchia Cienia została wydana w 2004 roku i zdradza niepokojąco wiele wspólnego z wydaną w 1996 roku Grą o tron:

- magiczni Biali Wędrowcy żyjący za Murem stanowiący zagrożenie dla ludzi vs. magiczny lud różnych dziwadeł żyjący za Granicą Cienia stanowiący zagrożenie dla ludzi,

- wydarzenia w Westeros opisywane z perspektywy różnych postaci vs. wydarzenia w Marchii Południowej opisywane z perspektywy różnych postaci,

- dziewczyna z dziwnym imieniem (Daenerys) na innym kontynencie zmuszona do małżeństwa wbrew jej woli, która odegra dużą rolę w przyszłej fabule vs. dziewczyna z dziwnym imieniem (Qinnitan) na innym kontynencie zabrana do haremu władcy wbrew jej woli, która odegra ważną rolę w przyszłej fabule,

- południowy mistrz walki Areo jako strażnik na dworze Martellów vs. południowy mistrz walki Shaso jako dowódca na dworze Eddonów.

I na pewno znalazłoby się jeszcze mnóstwo różnych drobnych podobieństw, ale akurat to nie przeszkadzało mi za bardzo w trakcie czytania, w końcu wszyscy twórcy w mniejszym czy większym stopniu korzystają z już istniejących pomysłów i motywów. Styl obu tych książek jest zresztą na tyle odmienny, że nie da się tego uznać za plagiat.

Marchia Cienia ma za to o wiele więcej magii niż Pieśń Lodu i Ognia. Smoków co prawda nie było (jedynie jakiś stwór na kształt wiwerny), ale za to znalazło się miejsce na lud Funderlingów, czyli wcale-nie-krasnoludów: są to niskie ludziki, które mieszkają pod ziemią i zajmują się górnictwem, kamieniarką i obróbką kamieni szlachetnych. Są też Dachowcy, czyli jeszcze mniejsze ludziki mieszkające na dachach i używające szczurów w charakterze wierzchowców. Wszyscy wrogowie zza Granicy Cienia to mniej lub bardziej humanoidalne długowieczne istoty, na pewno część z nich można określić mianem elfów. Czarodziei jak dotąd nie stwierdzono (za to jest jeden całkiem ciekawy uczony medyk), ale kto wie, może pojawią się w kolejnych tomach.

Najciekawszymi postaciami są chyba Briony i Barrick, piętnastoletnie bliźnięta. Nieoczekiwanie to oni zostają regentami królestwa stojącego na krawędzi wojny. Na początku Briony wydawała się być rozsądna, ale szybko się to zmieniło. Na propozycję małżeństwa niosącego ze sobą całkiem spore korzyści strategiczne reaguje wręcz alergicznie, chociaż od dziecka widziała, że jako księżniczka nie wyjdzie za mąż z miłości. (Swoją drogą czy córki króla nie powinno się nazywać królewną? W książce była księżniczką, ale jakoś nie do końca mi to pasowało.) Potem zachowuje się jeszcze dziwniej: po przejęciu władzy zaczyna ubierać się w męskie stroje, bo wydaje jej się, że tylko tak arystokraci będą ją szanować. Mam wrażenie, że autor chciał z niej zrobić silną postać kobiecą, ale nie za bardzo wiedział jak się do tego zabrać. Umieścił w książce kilka naprawdę słabych i nieco żenujących fragmentów z założenia feministycznych, ale niestety feminizm nie polega na tym, że piętnastolatka narzeka na to, że wychowywano ją inaczej niż brata i przebiera się za mężczyznę - przynajmniej ja tak uważam. Ok, ceremonialne suknie były niewygodne i sztywne, ale o wiele lepiej wyglądałoby, gdyby Briony kazała uszyć sobie nową kieckę odzwierciedlającą jej charakter. Nie zaszkodziłoby jej też skupienie się na własnych atutach i ich rozwijanie zamiast marudzenia o tym, jaki to świat jest niesprawiedliwy dla kobiet.

Za to Barrick w trakcie trwania fabuły zmienił się na plus. Na początku miałam go za żałosnego emo chłopca użalającego się nad sobą z powodu niepełnosprawności (ma niesprawną rękę), który ma gdzieś fakt, że urodził się w rodzinie królewskiej, niczego mu nie zabraknie, może nie będzie rycerzem, ale może wykształcić się w dowolnej interesującej go dziedzinie i zostać doradcą starszego brata. Albo pić, biesiadować i uganiać się za dziewkami, gdyby miał na to ochotę. Ale potem autor nadaje tej postaci trochę głębi, na jaw wychodzą dręczące chłopaka wizje i powoli rozwijająca się choroba psychiczna. Barrick lepiej niż siostra rozumie też rolę regenta i decyduje się jechać na wojnę jako symbol władzy i pocieszenie dla ludu - chociaż przez niepełnosprawność praktycznie nie może walczyć i bardzo naraża swoje życie. Takiego Barricka kupuję i chcę dalej śledzić jego losy.

Ze względu na ten bardzo rozwlekły początek książkę czytało mi się dość źle i w pewnym momencie stwierdziłam nawet, że mam gdzieś dalszy ciąg i nie kończę tej serii. Jednak udana końcówka na tyle podwyższyła poziom całości, że ostatecznie Marchię Cienia oceniam na 3/5 i nawet przyniosłam już z biblioteki następny tom.