wtorek, 30 lipca 2019

15/2019 Mustaine, Dave Mustaine, Joe Layden


Dave Mustaine szczerze wyznaje, że nie raz sięgnął dna w swojej mrocznej i pokręconej, speedmetalowej wersji dickensowskiego życia. Dzieciństwo bez wspomnień, w biedzie? Zaliczone. Przemoc w rodzinie, problemy alkoholowe? Zaliczone. Religijny fanatyzm niszczący umysł (w tym przypadku skrajności świadków Jehowy oraz satanizm)? Zaliczone. Alkoholizm, uzależnienie od narkotyków, bezdomność? Zaliczone po trzykroć. Wypalenie zawodowe i niemoc artystyczna? Zaliczone. Odwyk? Zaliczone (siedemnaście razy). Doświadczenia na pograniczu życia i śmierci? To też zaliczone.
Opis z okładki książki.
Megadeth to mój ulubiony zespół z tak zwanej Wielkiej Czwórki trash metalu, więc jak mogłabym nie przeczytać autobiografii jego założyciela, Dave'a Mustaine'a?

Nie jest to książka o muzyce, więc jeżeli szukacie tu opisów poszczególnych albumów i porównań do stylu gry innych zespołów, to będziecie zawiedzeni. Tak, jak zapowiada tytuł: jest to historia jednego człowieka. A że Dave Mustaine jest cholernym egocentrykiem, to najczęściej pojawiają się tam słowa ja i mój odmieniane przez wszystkie przypadki.

Każdy ma w głowie pewien stereotyp dotyczący gwiazd rocka i w przypadku Mustaine'a jest on w stu procentach zgodny z prawdą. No, może nie zdemolował żadnego pokoju hotelowego (albo wstydził się o tym napisać), ale bynajmniej nie stronił od alkoholu, narkotyków i napalonych fanek. Mimo tego sprawował twarde rządy w zespole i nie miał oporów przed wyrzuceniem muzyka, który przesadzał z prochami czy też w inny sposób narażał jego ukochane Megadeth na straty.


Książka ma takie ładne ilustrowane wstępy do rozdziałów, ale coś jest nie tak z tym ozdobnym krojem pisma: nie ma w nim litery ź. Zamiast niej dali kropkę.
Oczywiście Dave Mustaine, jak wiele innych gwiazd, ma też historię wielu odwyków i powrotów do nałogu, a także ostatecznego przejrzenia na oczy i nawrócenia. W sumie gdyby Dave nie zaprzestał prowadzenia rozrywkowego trybu życia, to mógłby być już martwy. I tak dziwię się, że jego organizm tyle wytrzymał, ja zapewne nie przeżyłabym tak nawet miesiąca. W ogóle ja i Dave raczej nie zostalibyśmy przyjaciółmi. To człowiek ambitny, nerwowy, uparty i mówiący co tylko mu ślina na język przyniesie. Często bywało tak, że coś chlapnął, kogoś obraził, potem przepraszał, a później znów mówił to samo. I przede wszystkim ma ogromny kompleks Metalliki.

Bo Mustaine przez krótki czas był gitarzystą tego legendarnego zespołu, koncertował z nimi i brał udział w tworzeniu kilku piosenek. Można je znaleźć na pierwszych dwóch płytach Metalliki, jest tam wymieniony jako kompozytor. Został jednak wyrzucony z zespołu jeszcze przed nagraniem pierwszej płyty. Oficjalnym powodem były narkotyki, ale tak naprawdę zarówno Lars Urlich, jak i Dave Mustaine byli silnymi osobowościami z różnymi wizjami artystycznymi, a lider zespołu mógł być tylko jeden. Od tamtej pory Mustaine ma spory żal do Metalliki i robi wszystko, by być od nich lepszy. Czy mu się to udało - nie wiem, ale dzięki jego obsesji fani metalu dostali świetny zespół, jakim jest Megadeth.

Dave jest świadomy swojej obsesji i sam autoironicznie przyznaje, że Metallica prześladuje go przez całe życie i zapewne będzie to robić jeszcze po śmierci: Któregoś dnia gdy będą opuszczać moją trumnę do grobu i gdy zagrają mi coś ostatni raz (A Tout Le Monde byłoby idealne) - wtedy okaże się pewnie, że ktoś zostawił płytę Metalliki w odtwarzaczu.



A to moje płyty Megadeth - na razie tylko cztery, w przyszłości może będzie więcej.
Autobiografie to specyficzny gatunek - nigdy nie można im wierzyć w stu procentach. Ich autorzy mają tendencje do wybielania się i przemilczania niewygodnych faktów. Miałam to na uwadze podczas czytania. Jest to jednak książka, dzięki której można poczuć ten specyficzny klimat rockowej sceny lat 80., napisana z humorem i bez zadęcia. Oczekiwałam przyjemnej w odbiorze historii o jednym z moich ulubionych  zespołów i jego charyzmatycznym liderze i właśnie coś takiego dostałam. Dobrą robotę robi tu duża ilość zdjęć, czarno-białych i kolorowych. Może całość mogłaby być odrobinę dłuższa, ale to nie zarzut, jedynie spostrzeżenie. Daję 4/5 i serdecznie polecam fanom ciężkich brzmień. 


I na koniec moja ulubiona piosenka: Symphony of Destruction 

sobota, 20 lipca 2019

14/2019 Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia, Ian R. Macleod


Ta książka jest zbiorem opowiadań oraz minipowieścią, więc ciężko byłoby omówić ją jako całość. Postanowiłam potraktować ją jak zbiór wiedźmińskich opowiadań Szpony i kły i pisać krótką notkę na temat każdego utworu, a potem zbiorczo ocenić całość.

Pierwsza część książki nosi tytuł Tchorosty i inne wy-tchnienia i składa się na nią osiem opowiadań. Minipowieść zaś to Obudź się i śnij i jest całkiem pokaźnych rozmiarów, zajmuje pół tomu.

Wielkie kłamstwa

To właściwie nie jest opowiadania, lecz krótki esej, w którym autor próbuje odpowiedzieć na pytanie: dlaczego tak bardzo lubimy fikcyjne opowieści. Nie rozumiem czemu potraktowano to jak osobny utwór, idealnie sprawdziłby się w roli wstępu. No ale nic, wydawnictwo podjęło taką decyzję, nie ma się nad czym rozczulać, jedziemy dalej.

Tchorost

Opowiadanie o dziewczynie wkraczającej w dorosłość gdzieś na prowincjonalnej planecie. Sporo tu wątków obyczajowych związanych z dojrzewaniem, rodziną, pierwszymi miłościami, dlatego też wydało mi się trochę nudnawe. Ciekawymi elementami były niecodzienne zasady podróży kosmicznych, które nie są jedynie prostym pokonywaniem przestrzeni, lecz również czasu i alternatywnych rzeczywistości; a także struktura społeczna ludzkości: znakomitą większość populacji stanowią kobiety, mężczyźni są trochę ciekawostką, trochę czymś nieznanym, trochę wynaturzeniem. Nie poznajemy przyczyn tego stanu rzeczy, tak po prostu jest i już. Cała ludzka cywilizacja wydaje się być bardzo luźno oparta na kulturze arabskiej, trafiają się obcy i zwierzęta będące połączeniem maszyn i żywych organizmów. Czyta się to całkiem przyjemnie, jeśli ktoś lubi takie powolne opowieści. Tchorost ma jedną sporą wadę: męski bohater oczywiście okazuje się być skłonny do przemocy fizycznej - jakież to stereotypowe i wkurzające.

Gołoledź

Rodzina z dwójką dzieci przenosi się na obcą planetę. Ma to być dla nich nowy start - dosłownie nowy, bo planują przemienić się w jakieś skrzydlate stwory i tak żyć w tym dzikim świecie. Kobieta i dzieci transformują się, mężczyzna jednak zwleka - początkowo nie potrafi podjąć ostatecznej decyzji, potem wydarza się coś, co sprawia, że będzie musiał pozostać dłużej w ludzkiej postaci. To było interesujące opowiadanie, chociaż sam pomysł wyjściowy uważam za nieco dziwaczny. Obyło się jednak bez irytujących dłużyzn o  uczuciach, za to starczyło miejsca na udane opisy surowej górskiej przyrody obcego świata. Autor jest mistrzem klimatycznych opisów, więc mogłoby być ich nawet więcej.

Fatalna lalunia

O to była świetna rzecz, bardzo klimatyczna. Poprzednie opowiadania były czystym science fiction, a temu bliżej do twórczości Stephena Kinga, ma taki delikatny posmak horroru i tajemnicy. Akcja dzieje się w trakcie drugiej wojny światowej w jednej z angielskich baz lotniczych. Główna bohaterka pracuje tam w kuchni i szybko zostaje okrzyknięta tytułową fatalną lalunią, czyli kobietą przynoszącą pecha pilotom, którzy się z nią zadają. Do bazy tej trafia ekscentryczny pilot, uważany za tego, który zawsze ma szczęście. Czy ich supermoce jakoś na siebie wpłyną? Autor odwalił tu kawał dobrej roboty znakomicie oddając atmosferę bazy wojskowej, dynamikę życia w takim miejscu, przesądy pilotów. Naprawdę bardzo przyjemna rzecz do przeczytania, a delikatny wątek nadprzyrodzony nadaje całości dodatkowego uroku.

Południowa Sadzawka

Dziwne opowiadanie. Zaczyna się dobrze, jest klimatycznie, horrorowo-mistycznie. Są lata trzydzieste, miejsce akcji to Wielka Brytania. Uznany kompozytor muzyki klasycznej wraca do domu nocnym pociągiem. Po drodze spotyka dziwną dziewczynę, która wydaje się być nieskrępowana normami społecznymi. Wyznaje mężczyźnie, że śpi w lesie, więc ten postanawia ugościć ją u siebie. Pod wpływem dziewczyny kompozytor czuje się znów młody i pełen sił twórczych. 

Razem odwiedzają magiczną Południową Sadzawkę, w której kompozytor coś dostrzega? Przyszłość? Nic? Nie wiem, dziwnie to było opisane i nic większego z tego nie wynika. Opowiadanie urywa się szybko, wyraźnie brakowało mi czegoś pomiędzy punktem kulminacyjnym a zakończeniem. Owszem, dziewczyna była interesującym prastarym stworzeniem, a i sam proces twórczy - w tym przypadku komponowanie muzyki - został dobrze przedstawiony. Ale poza tym było w tym opowiadaniu niewiele ciekawych elementów.

Nowe spojrzenie na równanie Drake'a

Dobre, ale czemu takie smutne? W tym opowiadaniu akcja dzieje się na Ziemi gdzieś pod koniec obecnego wieku. Głównym bohaterem jest starszy mężczyzna, który wspomina swoje życie. Poświęcił je poszukiwaniu istot pozaziemskich za pomocą systemu SETI. W młodości wydawało mu się, że to już niedługo, przełom jest tuż za rogiem, za chwilę się uda, przecież nauka ciągle idzie do przodu, więc to tylko kwestia czasu... A tu mija kilkadziesiąt lat i nic. Ludzkość nie odnalazła życia w Układzie Słonecznym, więc doszła do wniosku, że nigdzie indziej też go nie ma. Postęp skręcił w stronę nanotechnologii i modyfikacji ciała. Niby są jakieś loty na Księżyc i Marsa, ale chodzi w nich jedynie o eksploatację surowców. Tylko pasjonaci w rodzaju naszego głównego bohatera mają wciąż nadzieję i nasłuchują sygnałów radiowych.

I teraz wjadą spoilery, duże spoilery, ale nie mogę inaczej. I czemu temu chłopinie po całym życiu w nadziei nie mogło się udać?! Zamiast obcego sygnału przychodzi do niego duch byłej dziewczyny, która właśnie popełniła samobójstwo. Okej, to też jest coś niespodziewanego, ale jednak wolałabym odkryć inteligentne życie gdzieś w kosmosie. Niby końcówka niczego nie przekreśla, ale mimo wszystko wciąż odbieram to opowiadanie bardzo pesymistycznie. A, i jeszcze jedno: pojawia się tu dużo odniesień do klasyki literatury i kina science fiction, za to wielki plus.

Isabel od jesieni    

Akcja tego opowiadania dzieje się w tym samym uniwersum co Tchorost, lecz setki, a może tysiące lat wcześniej. Główna bohaterka Isabel jest Kapłanką Świtu, co oznacza, że odpowiada za ustawianie luster odbijających światło centralnej gwiazdy na jej świat będący czymś w rodzaju Sfery Dysona. W owym uniwersum każdy kościół odpowiadał za inną dziedzinę nauki. Isabel zajmowała się światłem, jej sąsiadka olbrzymią biblioteką. Teoretycznie powinny chronić swoją wiedzę przed innymi, ale zakochały się w sobie i postanowiły podzielić się sekretami swoich profesji. Nie żyły długo i szczęśliwie, ich zgromadzenia dowiedziały się o zakazanym romansie i o zdradzie, i srogo je ukarały. Isabel z żalu namieszała z ustawieniem luster, co doprowadziło do skrócenia dnia i powstania pór roku w krainie wiecznego lata. Ludziom tak się to spodobało, że zapragnęli mieć zmianę pór roku na stałe, a Isabel stała się postacią na poły legendarną.

I tyle, nic ciekawego się tu nie wydarzyło. Ot miało to być poruszającą historią miłosną, ale dla mnie to jak dotąd najnudniejsze opowiadanie w tym zbiorze.

Wyspy lata

To jest ostatnie opowiadanie w tym zbiorze, ostatnie, i moim zdaniem najlepsze. Zaczyna się zwyczajnie - profesor historii z Oxfordu jest zmuszony do ukrywania swojej homoseksualnej orientacji, gdyż są lata 40. i ludziom daleko do tolerancji.Ale parę szczegółów jakoś mi się nie zgadzało, zaczęłam mieć podejrzenia, i okazało się, że zgadłam: to historia alternatywna.

Lubię czytać o alternatywnej historii i ta wizja, w której to Wielka Brytania staje się państwem totalitarnym z lokalnym Hitlerem na czele, bardzo mi się spodobała. Co prawda autor nie był oryginalny, bo geneza powstania tego utworu jest taka sama jak w przypadku nazistowskich Niemiec: otóż alianci przegrali I wojnę światową, Brytyjczycy zostali zmuszeni do zapłaty reparacji, a gospodarka podupadła. W tak trudnej sytuacji charyzmatyczny lider łatwo doszedł do władzy umiejętnie wykorzystując niezadowolenie społeczne, wskazując wrogów i winnych oraz roztaczając wizje przyszłej potęgi, W pokrętny sposób życie profesora łączy się z życiem przywódcy narodu i naprawdę podziwiam sposób, w jaki autor wymyślił tę intrygę. Może nie będę o tym więcej pisać, bo byłyby to same spoilery.

Oprócz bardzo pozytywnie zaskakującej fabuły znalazłam tu też wiele celnych spostrzeżeń na temat totalitaryzmu. Jeżeli ktoś jest zainteresowany tym tematem (ja trochę jestem), to Wyspy lata powinny przypaść mu do gustu.

Obudź się i śnij

No i wreszcie jest najdłuższy utwór z tego zbioru, czyli powieść Obudź się i śnij, która pozytywnie mnie zaskoczyła. Po opisie fabuły spodziewałam się czegoś skupionego na nowej technologii zapisywania i odtwarzania emocji, ale na szczęście okazało się, że  ważną rolę odgrywa tu stara, dobra zagadka kryminalna. Poza tym urzekł mnie klimat Hollywood, tej specyficznej Fabryki Snów, gdzie sława jest tuż za rogiem i może spotkać każdego, ale należy pamiętać, że upadek ze szczytu jest długi i bolesny.

Główny bohater to Clark Gable, który prawie stał się sławny w epoce normalnego kina, ale nie polubił się z nową technologią i ostatecznie został prywatnym detektywem, Jego najnowsze zlecenie nie jest typowe: pewna bogata kobieta wynajmuje go, by udawał jej męża. Początkowo wydaje się, że to łatwa robota, ale oczywiście wszystko się komplikuje. Pojawiają się tajemnice z przeszłości, spiski i rodzący się powoli totalitaryzm w amerykańskim stylu.

Jestem pod dużym wrażeniem tej powieści. Dawno nie czytałam czegoś tak oryginalnego, co jednocześnie tak bardzo trafiłoby w mój gust.

To już wszystkie utwory zamieszczone w tym zbiorze, nadszedł więc czas na podsumowanie. Niezbyt podeszły mi te opowiadania w stylu science fiction z akcją umieszczoną na obcych planetach, ale za to alternatywne historie były świetne i choćby dla nich można śmiało sięgnąć po tę książkę. Jeśli kiedyś zobaczycie ją na przykład na półce w bibliotece, to wypożyczenie jej nie będzie błędem. Opowiadania są na tyle różnorodne, że któreś powinno się wam spodobać, a przy tym są napisane bardzo ładnym językiem. Całą książkę oceniam na 4/5, ale zaznaczam, że Fatalna lalunia, Wyspy lata i Obudź się i śnij zasługują na najwyższą notę.

sobota, 29 czerwca 2019

Nowa książka: czerwiec 2019


Mój jedyny zakup w tym miesiącu to TV Ciał0 autorstwa Jeffa Noona. Kupiłam ją, bo należy do serii Uczta Wyobraźni wydawanej przez MAG. To już moja piąta książka z tego cyklu, ale żadnej jeszcze nie przeczytałam (chociaż jedną mam już rozpoczętą). Czytałam wcześniej jedynie Czasomierze Davida Mitchella, które to całkiem przypadły mi do gustu, ale niestety były wypożyczone i nie mam ich na półce. Wiem też, że w Uczcie Wyobraźni można spodziewać się naprawdę dziwnych i pokręconych rzeczy, ale to akurat nie jest żadna wada.

Samo TV Ciał0 na pewno będzie bardzo dziwną lekturą, przekartkowałam ją sobie i już na pierwszy rzut oka było tam dużo cyberpunku. A ja niezbyt lubię akurat tę stylistykę, ale kto wie, może akurat tym razem będzie ok. Cóż, najwyżej książkę się później sprzeda, ale jakoś ufam wydawnictwu MAG, więc z chęcią ją przeczytam.

poniedziałek, 24 czerwca 2019

13/2019 Harry Potter i przeklęte dziecko, J. K. Rowling, John Tiffany, Jack Thorne

Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej nie ma go teraz, gdy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym. 
Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, którego nigdy nie chciał przyjąć. Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło niewygodniej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony.
Opis z okładki książki. 
Lubię Pottera, i to bardzo, ale do tego dodatku do historii Chłopca, Który Przeżył jakoś wcale mnie nie ciągnęło. Najpierw przeczytałam masę niezbyt pochlebnych recenzji, potem streszczenie, w końcu nabyłam swój egzemplarz, który i tak musiał trochę na półce odstać. Czy żałuję? Nie, ale szału nie było.

Nie mam zamiaru wylewać na tę pozycję wiadra pomyj, bo na to nie zasługuje. Nie czuję też świętego oburzenia na myśl, że coś takiego powstało. Spoko, autorka poczuła potrzebę dopowiedzenia czegoś do swojej historii, niech to zrobi, jej prawo. Moim prawem jest przeczytanie Przeklętego dziecka i stwierdzenie, że nie dołączam go do headcanonu. Ot, fanfik jakich wiele w necie. Na pewno można znaleźć wiele lepszych dzieł tego typu (i tysiące gorszych), często też wykorzystują te same ograne motywy, jak podróże w czasie czy córka Voldemorta - zwłaszcza ta ostatnia jest tak uroczo opkowa, że aż mi się w trakcie czytania robiło ciepło na serduszku :)

Książka ma przepiękne złocone skrzydła na wewnętrznej stronie okładek - taki mały bajerek, który bardzo ucieszył moje oczy.
Szkoda, że Przeklęte dziecko jest takie przeciętne. Parę pomysłów wypaliło - alternatywne rzeczywistości, postaci Albusa Pottera i Scorpiusa Malfoya, sam Draco Malfoy i jego stosunek do syna. Draco okazał się być najlepszym i najtroskliwszym rodzicem tej książki. Duet młody Potter i młody Malfoy ma bardzo duży potencjał i aż chciałoby się poczytać więcej o ich niecodziennej przyjaźni. Niestety reszta jest już cięższa do zniesienia. Bohaterowie zachowują się jakby ktoś wyciął im połowę mózgu (zwłaszcza Ron i Hermiona zdają się mieć zupełnie inne charaktery). Harry momentami jest wręcz tyranem posuwającym się do gróźb i zastraszania. Ok, niby jest to wytłumaczone troską o syna, potem przeprasza i wszystko jest dobrze, ale i tak było to bardzo toksyczne, dziwne i zupełnie nie pasujące do tego Harry'ego, którego znamy. I jeszcze te wszystkie opkowe motywy, o których już nawet nie chce mi się wspominać...

Mimo wad nie cierpiałam podczas lektury Przeklętego dziecka. Czyta się go szybko i nawet przyjemnie. Forma dramatu w niczym nie przeszkodziła, mam na tyle duży zapas wyobraźni, by zwizualizować sobie wszystkie lokacje i niedopowiedzenia. Zapewne połowa fabuły zaraz wyleci mi z głowy, takie to było wszystko nijakie i mało oryginalne, ale dam pozytywną ocenę 3/5. Czy trzeba przeczytać Przeklęte dziecko? Moim zdaniem nie, można żyć bez jego znajomości i nadal nazywać się fanem Pottera. Ale oczywiście można, i nie będzie to jakieś traumatyczne przeżycie. 

niedziela, 23 czerwca 2019

12/2019 Każde martwe marzenie, Robert M. Wegner (Opowieści z meekhańskiego pogranicza tom V)


Deana d'Kllean, niegdyś Pieśniarka Pamięci i mistrzyni miecza, a dziś rządząca pustynnym księstwem wybranka Boga Ognia, stoi na progu wojny. Powstanie niewolników, które wybuchło u południowych granic państwa, zatacza coraz szersze kręgi. Genno Laskolnyk wraz ze swoim czaardanem wolnych jeźdźców wpada w sam środek wojny. Czego szuka wśród niewolników, którzy zrzucili jarzmo krwawych panów? Tymczasem tysiące mil na północ Czerwone Szóstki trafiają na tajemnicę, która pochłonęła już niejedną ofiarę. Czy odwaga górali ocali im życie? 
Meekhan spływa krwią i wydaje się, że nic nie powstrzyma płomienia, który ogarnia Imperium.
Opis z okładki książki.
Najgorsze w tej książce jest to, że teraz musimy czekać na następną ze dwa albo i trzy lata... Poza tym jest absolutnie fantastyczna - chociaż nie potrafię ocenić jej obiektywnie, bo kocham tę serię całym swoim serduszkiem.

Każde martwe marzenie jest zamknięciem pewnego etapu całej opowieści, ustawieniem pionków na szachownicy i oczekiwaniem na punkt kulminacyjny. Dostajemy odpowiedzi na wiele pytań, ale żeby nie było zbyt prosto, na ich miejsce od razu pojawiają się nowe fascynujące tajemnice. Lubię taki sposób konstruowania historii, który daje podstawy do rozważań i snucia teorii. Spodobał mi się też pewien trik pisarski zastosowany przez Roberta M. Wegnera. Od premiery poprzednich tomów minęło trochę czasu, więc trzeba jakoś czytelnikowi przypomnieć zawarte w nich wydarzenia. Zwykle wiąże się to z kilkoma rozdziałami wypełnionymi ekspozycją i z dialogami, w których bohaterowie rozmawiają o rzeczach, które już przecież doskonale znają. Tutaj autor wprowadził nową postać - cesarza Meekhanu, który odbiera meldunki szpiegów i wydaje rozkazy. Oczywiście rozdziały cesarza to również czysta ekspozycja, ale na wszystkich meekhańskich bogów, jakaż to jest świetna postać! Kregan-ber-Arlens z miejsca awansował na jednego z moich ulubieńców i musi, po prostu musi się jeszcze pojawić w następnych tomach.

A co z resztą postaci? Pojawiają się prawie wszyscy, oprócz Yatecha i Małej Kany - zapewne odegrają oni dużą rolę w kolejnej książce. Altsin trenuje bycie bogiem, udaje mu się nawet odpowiedzieć na modlitwę swojego wyznawcy (to była cudowna scena, moja ulubiona). Czerwone Szóstki próbowały wykonać cesarski rozkaz, ale krzynkę im się to nie udało. Generał Laskolnyk ze swoimi ludźmi włóczy się po dalekim Południu i bierze udział w bitwach staczanych w tropikalnej scenerii. Deana ma mały dylemat: osobiście nienawidzi niewolnictwa i najchętniej od razu by go zabroniła, ale jako władczyni Konoweryn nie może tego zrobić. A zbuntowani niewolnicy rosną w siłę... (Taka mała dygresja: mam nadzieję, że to całe Konoweryn i ościenne księstwa trafi szlag tak wielki, że nawet ten ich Agar nie będzie miał czego zbierać.) Mała Kayla od Wozaków wędruje po obcym świecie i poznaje bliżej niezwykłą rasę czterorękich istot. To, co się z nią dzieje, zdaje się potwierdzać pewną teorię SPOILER Kayla = Wielka Matka, ale kto wie, może to tylko mylenie tropów?  

Wrócę jeszcze do dwójki bohaterów, która w tym tomie szczególnie zwróciła moją uwagę. Pierwszy to Altsin, który jest najlepiej napisaną postacią cyklu. Ma najwięcej charakteru i każda jego decyzja jest dobrze uzasadniona. Widać, że jest ulubioną postacią autora, który nie ukrywa, że to właśnie od Altsina rozpoczął tworzenie tego uniwersum. Chciałabym, żeby każdy pierwszoplanowy bohater był tak dopracowany, ale wtedy każda książka cyklu musiałaby mieć coś około dwóch tysięcy stron. 

Druga bohaterka to Deana. W poprzedniej książce bardzo jej kibicowałam, a tutaj w trakcie akcji zaczęłam jej życzyć jak najgorzej. Zrobić taki zwrot w czasie trwania jednej powieści; zwrot, który jest uzasadniony charakterologicznie i fabularnie, to jest niezły wyczyn pisarski. Cały czas rozumiem Deanę, teraz po prostu już jej nie lubię. Trochę zaskoczył mnie taki obrót spraw w Konoweryn, ale to pozytywne zaskoczenie, książki przecież nie mogą być zbyt przewidywalne.

Ogólnie w pewien sposób potwierdziła się moja teoria o innych światach - teraz te światy zwalą się Meekhanowi na głowę, i te wszystkie konflikty, w które już zaangażowaliśmy się emocjonalnie, okażą się nic niewartymi ludzkimi błahostkami. Za to szykuje się srogi rozpierdziel na masową skalę, czyli coś, o czym zawsze fajnie poczytać.

No ale ja tu już wybiegam w przyszłość do następnych części, a przecież trzeba będzie jeszcze na nie poczekać... Chociaż i tak pewnie wyjdą wcześniej niż Wichry zimy :) Pisałam już na początku, że Każde martwe marzenie jest fantastyczne i je uwielbiam, więc jedyną możliwą oceną tej książki jest 5/5. Oczywiście polecam całą serię praktycznie wszystkim - niech Meekhan stanie się pozycją kultową, która będzie czytana i lubiana przez dziesięciolecia.

Moje recenzje poprzednich części: stara i nowa.

niedziela, 9 czerwca 2019

11/2019 Opowieści z meekhańskiego pogranicza, Robert M. Wegner ( tomy I - IV + Każdy dostanie swoją kozę)


Jakie to  było rewelacyjne! - to zdanie z mojej poprzedniej recenzji tych książek. I cóż mam powiedzieć teraz? To nadal prawda. Meekhan porywa, Meekhan wciąga i sprawia, że moje myśli wciąż wracają do tej historii i jej bohaterów. A za drugim razem jest nawet lepiej.

Wiedziałam już, jak potoczą się losy poszczególnych postaci, więc mogłam skupić się na większym  zarysie fabularnym całości, czyli wątkach boskich. Przyznam, iż zdążyłam zapomnieć o wielu istotnych szczegółach, więc pewne sprawy odkrywałam na nowo. Niektóre elementy tej złożonej historii wskoczyły mi już na miejsce, ale większość nadal pozostaje tajemnicą. Nic dziwnego, to dopiero polowa fabuły – autor planuje swoją serię na co najmniej osiem tomów. Myślę, że w przyszłości pojawią się wątki zahaczające o science fiction i inne światy, co niektórym fanom fantasy może nie przypaść do gustu, ale ja tam będę zadowolona. Praktycznie pewne są też podróże w czasie, a to kolejny motyw, który lubię.


Anakin i Tarkin wylegiwali się na czwartym tomie cyklu, Pamięci wszystkich słów

Udało mi się wzbudzić pozytywne uczucia do Yatecha, którego wcześniej uważałam za kretyna. Teraz spojrzałam na niego przychylniejszym okiem i chyba go trochę rozumiem. Pozostałe postaci są równie świetne jak poprzednim razem. Gdyby Robert M. Wegner zechciał kiedyś napisać prequel  przedstawiający historię generała Laskolnyka, czytałabym go jak szalona. Ten bohater powoli wyrasta na moją ulubioną postać cyklu. Niestety autor w wywiadzie stwierdził, że Meekhan jest jedną wielką zamkniętą historią i po opowiedzeniu jej nie będzie już wracał do tego uniwersum. Szkoda, ale może zamiast tego dostarczy nam jakiejś nowej zachwycającej powieści.

Myślę, że ciężko będzie znaleźć osobę, którą Opowieści z meekhańskiego pogranicza totalnie rozczarują. Owszem, można powiedzieć, że niektóre postaci są niefajne, że oczekiwało się więcej magii, więcej krwi, czy jeszcze czegoś innego. Ale większość wielbicieli fantasy stwierdzi, ze to co najmniej dobre książki. Ja twierdzę, że są wspaniałe, i stanowczo polecam je wszystkim zainteresowanym. Ocena to tylko formalność - 5/5.

piątek, 31 maja 2019

Nowe książki: maj 2019


W kwietniu notka z moimi zdobyczami książkowymi nie pojawiła się z jednego prostego powodu: miałam zakaz kupowania czegokolwiek przed moimi urodzinami :) Za to teraz mam całą kupkę cudownych książek, część dostałam, część kupiłam sama w ramach autoprezentu. Wszystkie są super.

Na górze leży sobie Księga zepsucia, pierwszy tom nowego cyklu fantasy znanego i lubianego przeze mnie Marcina Podlewskiego. Pierwsze recenzje są raczej pozytywne, więc nie powinnam być zawiedziona tą pozycją. Niżej mamy młodzieżową space operę Do gwiazd Brandona Sandersona, która zapewne dostarczy mi mnóstwa kosmicznej rozrywki, którą tak bardziej lubię. Następne Gry Nemezis, piąty tom space opery Expanse, zdążyłam już przeczytać i zrecenzować, były super. Stephen King. Instrukcja obsługi to całkiem fajny przewodnik po życiu i twórczości jednego z moich ulubionych pisarzy, poza tym ma ciekawą formę leksykonu i bardzo ładną szatę graficzną. Peanatema Neala Stephensona to książka, którą już raz czytałam, jakoś niedługo przed założeniem bloga. Zrobiła na mnie takie wielkie wrażenie, że musiałam ją mieć i przeczytać jeszcze raz. I na samym dole mamy Inne światy, antologię opowiadań polskich autorów i autorek inspirowanych obrazami Jakuba Różalskiego. Rzecz to ogromna, pięknie oprawiona i bogato ilustrowana, a i tematyka wygląda na taką, co do mnie trafi.

Szykuje się więc sporo dobrego czytania, chociaż recenzje tych pozycji pojawią się na blogu gdzieś za rok :) Wnioskuję to po moim tempie, aktualnie wyczytuję rzeczy, które kupiłam dziesięć miesięcy temu. Mogłoby być lepiej, ale lubię sobie zrobić maraton powtórek przed kolejnym tomem serii, a to jednak trochę czasu zajmuje. Ale przecież nie chodzi o ilość przeczytanych stron, lecz o dobrą zabawę - czego sobie i wam życzę jak najwięcej.