piątek, 25 sierpnia 2017

45/2017 Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach, Paweł Zych, Witold Vargas


Studiując rodzime baśnie, podania i legendy, odnosimy nieodparte wrażenie, iż nasi przodkowie kochali niesamowite opowieści. Przez setki lat historii naszego kraju powstał olbrzymi, barwny i ludny świat polskich wierzeń ludowych. Pięknie ilustrowany przez Pawła Zycha i Witolda Vargasa Bestiariusz jest skromną próbą zilustrowania tego bogactwa i ukazania choćby jego części współczesnemu Czytelnikowi. Zapraszamy do podróży śladami opowieści naszych przodków, mitów pełnych słowiańskiej magii tak rzadko obecnej we współczesnej polskiej kulturze.
Opis ze strony wydawnictwa
Książkę Bestiariusz słowiański pożyczyłam od koleżanki, która określiła ją mianem ciekawej bajki na dobranoc. Przeczytałam ją bardzo szybko i muszę stwierdzić, że koleżanka miała absolutną rację - jest to uroczy, pięknie ilustrowany leksykon wiedzy o nadprzyrodzonych istotach, w które wierzyli nasi przodkowie. 

Każdy potwór ma swój opis - krótszy, dłuższy, czasem zabawny, czasem trochę straszny - zależy to o stanie wiedzy na temat danego stwora i jego charakteru. W Bestiariuszu słowiańskim znajdziemy istoty wywodzące się z czasów rzymskich, a także potwory, w które wiara była powszechna jeszcze w XIX wieku, rozstrzał czasowy jest więc bardzo duży.

Książka ma format nieco większy niż standardowy i twardą okładkę, co sprawia, że idealnie nada się na prezent. No i do tego te wspaniałe ilustracje utrzymane w ciepłych żółciach, brązach i pomarańczach. Można nią obdarować właściwie każdego, kto wykazuje zainteresowanie tematem, począwszy od dziesięciolatków. Należy jednak pamiętać, że nie jest to kompletne kompendium wiedzy, a raczej wprowadzenie mające wprowadzić w temat zainteresowanego laika. To właśnie jest mój największy zarzut: za duża skrótowość. Taka ilość informacji spokojnie wystarczy dzieciom, ale ja chciałabym czegoś więcej: niekoniecznie opracowania naukowego, ale tak powiedzmy dwukrotnie dłuższego tekstu przy każdym potworze. Wtedy dałoby się tę książkę bardziej czytać, a nie tylko oglądać. Moja ocena to 4/5. Cieszę się, że tematy dotyczące naszej przedchrześcijańskiej przeszłości przebijają się coraz bliżej głównego nurtu, jednak nie kupiłabym dla siebie tej konkretnej książki, a inne pozycje z tej serii przeczytam tylko wtedy, kiedy przypadkiem wpadną mi w ręce.

Poniżej kilka ilustracji z Bestiariusza słowiańskiego, w końcu są one mocną stroną tej książki, więc szkoda byłoby ich nie pokazać:


Bies wygląda jak żywcem wyjęty z Wiedźmina 3, taka wielka leśna bestia.


Zdarzają się też o wiele ładniejsze istoty...


Kotokształtny chochlik, tego jeszcze nie widziałam.


Węże były ważnymi zwierzętami dla naszych przodków, zapewniały szczęście i bogactwo (poza tym tępiły myszy, więc czasem były po prostu hodowane w domach).

środa, 23 sierpnia 2017

44/2017 Rozgrywka Cienia, Tad Williams (Marchia Cienia tom II)


Mrok wypełzł zza dotychczasowej granicy i armia Ludzi Zmierzchu podeszła pod Zamek Marchii Południowej. Tymczasem książę Barrick, nękany do obłędu koszmarnymi snami, dotknięty zaklęciem bezwzględnej pani Yasammez, przekroczył Granicę Cienia. Tam przyszło mu się zmierzyć z istotami dziwniejszymi i straszniejszymi niż sama śmierć... Księżniczka Briony zaś, która musiała uciekać z zamku, po wielu niebezpieczeństwach dzięki pomocy leśnej boginki przystała do trupy aktorskiej. Na całym kontynencie mieszają się różne grupy interesów, w grę wchodzą starożytne artefakty obdarzone niewyobrażalną mocą i na dodatek budzą się uśpieni dotąd bogowie. Świat się zmienia...
Opis z okładki książki. 
To dość rzadko spotykane, ale tym razem tom drugi okazał się być lepszy niż pierwszy - tylko trochę, ale to już coś. Akcja już się nie ślimaczy, chociaż nie jest też jakoś specjalnie dynamiczna. Wszystko ładnie się rozwija i mam tylko jedno pytanie - czy nie mogło być tak od samego początku?

Wszyscy bohaterowie zmieniają swoje miejsce pobytu, a także ładnie rozwijają się jako postaci, dzięki czemu możemy ich jeszcze lepiej poznać i zrozumieć. Ucieszyłam się, że kilka postaci z drugiego planu dostało więcej czasu antenowego, co wyszło na dobre całej opowieści. O fabule nie chcę pisać, bo byłby to jeden wielki spoiler. No, może tylko stwierdzę, że jest satysfakcjonująca. Absolutnie niesatysfakcjonujące są za to miliony klisz i schematów dosłownie wylewających się z Rozgrywki Cienia. Wiem, że to jest klasyczne high fantasy, które na schematach bazuje, ale na wszystkich kocich bogów, nie uwierzę, że nie dało się tego zrobić lepiej. Jednym z głównych wyróżników dobrego fantasy jest udane światotwórstwo, które czasem Williamsowi wychodzi (tu za przykład podam chociażby lud Muskających Wodę, hybrydę ludzi i płazów z błoną pławną pomiędzy palcami, żyjący nad morzem i zajmujący się wszystkim związanym z wodą), a czasem jest tak bardzo odtwórcze, że szkoda gadać (zimna Północ, gorące Południe; lud o zwyczajach żywcem ściągniętych od Arabów i przedstawiciel tegoż ludu, który uważa, że kiedy kobieta na niego patrzy jest to równoznaczne z zaproszeniem do łóżka; dwie homoseksualne postaci, które są aktorami, no bo przecież to artyści, im wolno, a wśród przedstawicieli innych grup społecznych homoseksualizmu nie ma). Sporo było tych negatywnych przykładów, o wiele za dużo. A przecież można wykorzystać ograne motywy w kreatywny sposób, czego przykładem tutaj są czarodziejskie lustra, które bardzo przypadły mi do gustu.

Ogólnie jestem zadowolona, że postanowiłam przeczytać tę serię. Co prawda to dopiero połowa, ale mam przeczucie, że dalej będzie jeszcze lepiej. Oceniam Rozgrywkę Cienia na 3/5, bo mimo wszystko poprawa względem pierwszego tomu nie była aż tak znaczna.


To Anakin w towarzystwie pierwszego tomu. Powinnam wstawić to zdjęcie w poprzedniej recenzji, ale kompletnie o nim zapomniałam... Moja śliczna zakładka z góralskim wzorem już nie żyje, rozwaliłam ją niedługo potem.

czwartek, 17 sierpnia 2017

43/2017 Biała noc, Jim Butcher (Akta Harry'ego Dresdena tom IX)


Poznajcie Harry’ego Dresdena, pierwszego (i jedynego) chicagowskiego maga-detektywa. Okazuje się, że w naszym zwykłym świecie wprost roi się od niezwykłych, magicznych istot, które najczęściej mają z ludźmi na pieńku. I tu na scenę wkracza Harry. 
Zaniepokojona serią domniemanych samobójstw policja wzywa na pomoc Harry’ego, który na miejscu zbrodni natychmiast trafia w dziesiątkę i odkrywa magiczną skazę, której nie można z niczym pomylić. Znajduje również przeznaczoną dla niego wiadomość, która nie jest bynajmniej sympatyczna. Zabójstwa będą trwały, dopóki Harry nie zdoła powstrzymać swojego dręczyciela – tymczasem wszystkie poszlaki prowadzą do jego przyrodniego brata, co zupełnie nie ma sensu. 
Tak się nieszczęśliwie składa, że w toku śledztwa Harry ściąga sobie na kark bandę wampirów żywotnie zainteresowanych wynikami dochodzenia. Wkrótce okazuje się, że wszyscy jego przeciwnicy mają przewagę liczebną i siłową, on zaś zostaje wystawiony na groźne pokusy. Jeśli zawiedzie, jego przyjaciele zginą.
Opis fabuły ze strony wydawnictwa
To już dziewiąty tom przygód Harry'ego Dresdena. Trudno uwierzyć, że od wydarzeń z pierwszej części minęło już dziesięć lat. Trochę nie czuć tego upływu czasu, bo książki koncentrują się na wydarzeniach dziejących się w ciągu kilku-kilkunastu dni i rzadko kiedy wspominają o tym, co Harry porabia w międzyczasie. W tym tomie pojawia się retrospekcja opisująca pewien epizod z wojny pomiędzy Białą Radą a Czerwonym Dworem wampirów, ale jest to pierwszy tego typu zabieg w całym cyklu. Szkoda, ja chętnie poczytałabym trochę o codziennym życiu Harry'ego i jego zwykłych detektywistycznych zleceniach, podczas których nie musi ratować świata.

Biała noc to historia fabularnie prosta: ktoś zabija obdarzone mocą kobiety tak, żeby wyglądało to na samobójstwo, a Dresden z pomocą swojej pierwszej dziewczyny, która również została magiem-detektywem, oraz Karin Murphy musi złapać sprawcę. Sytuację komplikuje fakt, iż to on sam jest przez niektórych podejrzewany o te zbrodnie, a i jego brat zachowuje się dziwnie i ma jakieś sekrety... Całość kończy się bardzo widowiskowo wielką bitwą pomiędzy magami, wampirami z Białego Dworu, gangsterami i ghoulami. Ale to nie walka jest tu najważniejsza, lecz sam Harry i jego relacje z innymi bohaterami (zwłaszcza z bratem). Według mnie to najmocniejszy punkt cyklu, a w tym tomie dostałam szczególnie dużo takich wątków. Postać pierwszej dziewczyny Dresdena nie wzbudziła u mnie większych emocji, bo jej nie znam, a nie była tak mistrzowsko napisana, że zaczęłoby mi na niej zależeć po kilku stronach. Ot, taki miły dodatek przybliżający czytelnikowi młodość Harry'ego. Ale z całą resztą jestem już naprawdę dobrze zżyta i śledzenie ich losów sprawia mi dużą przyjemność.

W Białej nocy swój finał ma ciągnący się od kilku tomów wątek zmagań Harry;ego z siedzącym w jego głowie demonem. Nigdy nie wysuwał się on na pierwszy plan, ale był niezmiernie interesujący: gdyby demonowi udało się skusić Harry'ego do przyjęcia mrocznej mocy, jego przyjaciel Michael należący do chrześcijańskiej organizacji Rycerzy Miecza miałby obowiązek natychmiast go zabić. Trudna sytuacja, ale na szczęście autor wybrnął z niej całkiem zgrabnie: oddalił niebezpieczeństwo od naszego ulubionego maga, a jednocześnie pozostawił pewien smutek.

Ta część Akt Harry'ego Dresdena jest udana i nie ma większych wad. Oceniam ją na 4/5, bo choć to sympatyczna opowieść, to niestety nie ma tego czegoś, co wyniosłoby ją ponad dobre czytadło.

PS Oglądałam serial Akta Dresdena, nie za bardzo polecam, chyba że jako tło do prasowania, czy coś w tym stylu. 

wtorek, 8 sierpnia 2017

42/2017 Czarna kolonia, Arkady Saulski (Kroniki Czerwonej Kompanii tom I)


W niedalekiej przyszłości korporacje przejmują kontrolę nad podbojem kosmosu. Trwa terraformacja i kolonizacja Marsa, na planetę przybywają zespoły naukowców, osiedleńcy i... najemnicy, zbrojne ramię wielkich firm. Postęp technologii, nowe odkrycia, zmiana czerwonej marsjańskiej pustyni w urodzajne terytorium - to wszystko zdaje się spełnieniem marzeń ludzkości o nowym wspaniałym świecie, w którym każdy znajdzie swoje miejsce - tak przynajmniej wyglądają reklamy emitowane przez korporacje, które kontrolują planetę i procesy osiedleńcze. Co naprawdę dzieje się na Czerwonej Planecie? Ilu najemników i ile broni sprowadziły tam wielkie firmy? I najważniejsze - w jakim celu? Co takiego jest na Marsie, że najpotężniejsze korporacje chcą położyć na tym łapę? Wkrótce rozpęta się walka, bezpardonowa i krwawa, w której stawką jest przyszłość całej ludzkości.
Opis fabuły z okładki książki. 
Nudne to i głupie, 1/5. Dziękuję, dobranoc.

Nie no, napiszę coś jeszcze o książce, którą kupiłam za 5 zł i teraz szkoda mi tych wydanych pieniędzy. Już nie chodzi o to, że terraformacja Marsa w niej opisana poraża swoją skrajną głupotą (skąd się tam wzięły jakieś nowe pierwiastki i duże zwierzęta po zaledwie kilkudziesięciu latach działalności człowieka?). Nie chodzi nawet o kartonowe postaci zbudowane z samych stereotypów ani o pasjonujące inaczej opisy kul przeszywających ludzkie ciała. Ani o wielkie złe korporacje. To po prostu tak strasznie przeciętna książka, którą tak na dobrą sprawę mógłby napisać każdy z nas. Serio, wystarczyłoby tylko wybrać ulubiony gatunek i sklecić jakąś schematyczną fabułkę z elementami, na których dobrze się znamy (widać, że autor zna się na militariach), a później wysłać to do wydawnictwa i czekać na swoja książkę. Nie bronię nikomu wydawać swojej twórczości, ale amatorszczyzna nie jest tym, czego szukam w literaturze. Pragnę czytać książki prawdziwych pisarzy, którzy operują słowem o niebo lepiej ode mnie. 

Tak naprawdę w Czarnej kolonii podobał mi się jeden jedyny element: pewien żołnierz o ksywie Panda miał to sympatyczne biało-czarne stworzonko wymalowane na hełmie. To miła odmiana po tych wszystkich typowych czaszkach i drapieżnikach. Podobno druga część cyklu jest lepsza (obstawiam, że będą się w niej tłukli z kosmitami, skoro pod koniec książki udało się nawiązać z nimi kontakt przez wrota) i może kiedyś ją przeczytam. Może.

sobota, 29 lipca 2017

41/2017 Piąta fala. Ostatnia gwiazda, Rick Yancey (Piąta fala tom III)

 
Ostatni tom elektryzującej trylogii Piąta fala! Zostały cztery dni. Potem z powierzchni Ziemi zniknie wszelki ślad po człowieku. Ucieczka i ukrywanie się nie mają już sensu. Jedyną szansą dla ludzkości jest podjęcie nierównej walki z wrogim najeźdźcą. Tylko kim naprawdę jest nieprzyjaciel? Czy bohaterom uda się wypełnić ryzykowną misję? I jaką rolę w ratowaniu świata odegra Cassie? Odliczanie właśnie się rozpoczęło.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Wróciłam do tego cyklu tylko dlatego, że moim najnowszym postanowieniem jest zakończyć rozpoczęte serie - te, które uznam za warte doczytania. Trzeci tom Piątej fali załapał się ledwo, ledwo, i to tylko dlatego, że byłam ciekawa, czy najgłupsi kosmici we Wszechświecie poradzą sobie z podbojem Ziemi.

Będę trochę spoilerować, ale niestety bez tego nie dam rady wylać wszystkich moich żali nad tą książką. Oczywiście okazało się, że najlepszym sposobem na pozbycie się kosmicznych najeźdźców jest ten z Dnia Niepodległości (oczywiście mówię o oryginale z lat 90., ta ostatnia kontynuacja to porażka): wystarczy wysadzić statek-matkę i problem znika. Niestety bohaterowie Piątej fali nie dysponują bombą z zapalnikiem czasowym, więc ktoś musi się poświęcić. I tu między innymi wychodzi mój największy problem: nadmierny patos i wymuszanie wzruszenia. W pewnych momentach czułam, jakby autor krzyczał do mnie: WZRUSZ SIĘ, PRZECIEŻ TO TAKIE SMUTNE I PODNIOSŁE, MUSISZ PŁAKAĆ! Niestety, nie ze mną te numery. Owszem, przy niektórych książkach zdarza mi się uronić łzę (ewentualnie całe wiadro), ale na pewno nie są to pozycje pełne fraz jak ze stereotypowego Cohelho: Teraz to ja jestem ludzkością albo Musimy kochać, żeby ich pokonać (cytaty niedosłowne, nie chce mi się szukać właściwych, ale sens jest zachowany).

Druga wielka wada cyklu to kosmici. Podobno przylecieli uratować Ziemię przed zniszczeniem przez ludzi. Ładne mi to ratowanie, olbrzymie tsunami i bombardowanie z orbity na pewno nie zaszkodziły naszej planecie, co nie? Nie kupuję też polityki przerabiania dzieci na żywe bomby i wysyłania ich do skupisk ludzkich. Niby miało to sprawić, że ludzie przestaną sobie ufać i przez to nie będą w stanie odbudować cywilizacji, ale ja widzę tu też wymuszony dramatyzm: małe, niewinne dzieciątka eksplodują jak kamikaze, to takie WZRUSZAJĄCE! Właściwie nie wiadomo też do końca, czy na Ziemię przybyli prawdziwi kosmici, czy tylko ich elektroniczne wersje wgrywane w ludzkie ciała. Może i autor to jakoś wyjaśnił, ale pod koniec książki było mi tak bardzo wszystko jedno, że nie pamiętam już takich szczegółów.

Znalazłam jednak kilka pozytywów. Postaci były napisane całkiem w porządku, po bardzo długiej przerwie pomiędzy tomami nadal pamiętałam kto jest kim i co mniej więcej wcześniej robił. Pochwalę też obycie autora w tematach militarnych. Niestety często brak wiedzy i jakaś niechęć do researchu jest widoczna u kobiet piszących coś zahaczające o wojnę czy kosmos (np. bohaterowie lecą statkiem kosmicznym, ale o jego napędzie czy uzbrojeniu to już autorka nie wspomnie, bo po co). Miło jest poczytać o czymś, na czym autor się zna albo włożył w przygotowanie do pisania książki trochę wysiłku i się dowiedział. Doceniam też próbę poruszenia trudnego tematu, jakim jest używanie dzieci jako żołnierzy na wojnie. Młodzi ludzie są bardzo podatni na propagandę i manipulację i niestety różne ugrupowania to wykorzystują do dnia dzisiejszego.

Piąta fala dostanie ode mnie smutne 2/5. Nie była to całkowita strata czasu, ale zupełnie nic by się nie stało, gdybym nie przeczytała tej trylogii.

Nowa książka: George Lucas. Gwiezdne Wojny i reszta życia, Brian Jay Jones


Wcale nie żałuję małych księgarni. Jedna taka w moim mieście zamknęła się jakiś miesiąc temu. Nie jest mi jej szkoda bo wiem, że nie ma szansy, żebym kupiła w niej tę książkę w cenie mniejszej niż okładkowa (czyli niecałe 55 zł). Ich rolę bardzo szybko przejęły dyskonty; książki w Biedronce, Lidlu czy Media Markcie nikogo już nie dziwią. I w ten oto sposób podczas przypadkowego wypadu do Biedry nabyłam tę biografię w twardej oprawie za rewelacyjną moim zdaniem cenę niecałych 28 złotych. Tyle powinny kosztować książki zawsze, bo nie wierzę, że wydawnictwu to się nie opłaca. 

Moja kupka nieprzeczytanych znowu wzrosła do pięciu... Już miałam nadzieję, że uda mi się wyjść na zero z papierowymi książkami i zabrać się za powtórki (Saga o Wiedźminie patrzy na mnie z półki już od ponad roku i czuję, że właśnie nadchodzi na nią czas). Zwykle wybieram książki za pomocą wyliczanki, ale coś mi się wydaje, że biografia Lucasa może mi się wepchnąć bez kolejki :)

Bonusowo dodam jeszcze historię o Anakinie-złodzieju w trzech aktach:





wtorek, 25 lipca 2017

40/2017 Marchia Cienia, Tad Williams (Marchia Cienia tom I)


Przez wieki zasnuta mgłą Granica Cienia oddzielała ziemie ludzi od utraconych przez nich w wielkiej wojnie północnych terytoriów zamieszkanych przez tajemniczych Quarów. Nikt, kto przekroczył granicę, nie wrócił… Teraz zaś niepokojące pasmo mgły zaczęło zagarniać południowe tereny. 
Tymczasem panująca w Marchii Południowej rodzina królewska przeżywa kryzys: prawowity władca, Olin, przebywa w niewoli, książę regent zostaje zamordowany, a jedynymi pretendentami do tronu i obrońcami królestwa są królewskie bliźnięta, niepełnosprawny Barrick i jego siostra Briony. Narasta chaos i poczucie zagrożenia, tym bardziej, że Quarowie to nie jedyne niebezpieczeństwo. Za inną granicą czai się żądny władzy autarcha, ciemiężca Olina. Zło i zdrada, jak się wydaje, czyhają wszędzie…
Opis fabuły z okładki książki. 
Miałam z tą książką problem - ona po prostu nie chciała się zacząć. Czytam, czytam i nic się nie dzieje. Dwie trzecie Marchii Cienia to rozbudowana ekspozycja i przedstawienie postaci. Nie mam nic przeciwko takim zabiegom, wręcz uwielbiam jak świat jest rozbudowany, no ale błagam, tego nie robi się w takim stylu. Tad Williams pisze bardzo klasyczne high fantasy, więc nie znajdziemy tu scen pełnych przemocy i seksu, a i język powieści nie jest jakiś nowatorski. Mimo wszystko sądzę, że dałoby się napisać całość bardziej dynamicznie. Tak dla porównania: gdyby Władca Pierścieni był utrzymany w tym stylu, to pierwszy tom skończyłby się opuszczeniem przez Froda Bag End i pierwszym spotkaniem Upiorów Pierścienia.

Pierwsza część cyklu Marchia Cienia została wydana w 2004 roku i zdradza niepokojąco wiele wspólnego z wydaną w 1996 roku Grą o tron:

- magiczni Biali Wędrowcy żyjący za Murem stanowiący zagrożenie dla ludzi vs. magiczny lud różnych dziwadeł żyjący za Granicą Cienia stanowiący zagrożenie dla ludzi,

- wydarzenia w Westeros opisywane z perspektywy różnych postaci vs. wydarzenia w Marchii Południowej opisywane z perspektywy różnych postaci,

- dziewczyna z dziwnym imieniem (Daenerys) na innym kontynencie zmuszona do małżeństwa wbrew jej woli, która odegra dużą rolę w przyszłej fabule vs. dziewczyna z dziwnym imieniem (Qinnitan) na innym kontynencie zabrana do haremu władcy wbrew jej woli, która odegra ważną rolę w przyszłej fabule,

- południowy mistrz walki Areo jako strażnik na dworze Martellów vs. południowy mistrz walki Shaso jako dowódca na dworze Eddonów.

I na pewno znalazłoby się jeszcze mnóstwo różnych drobnych podobieństw, ale akurat to nie przeszkadzało mi za bardzo w trakcie czytania, w końcu wszyscy twórcy w mniejszym czy większym stopniu korzystają z już istniejących pomysłów i motywów. Styl obu tych książek jest zresztą na tyle odmienny, że nie da się tego uznać za plagiat.

Marchia Cienia ma za to o wiele więcej magii niż Pieśń Lodu i Ognia. Smoków co prawda nie było (jedynie jakiś stwór na kształt wiwerny), ale za to znalazło się miejsce na lud Funderlingów, czyli wcale-nie-krasnoludów: są to niskie ludziki, które mieszkają pod ziemią i zajmują się górnictwem, kamieniarką i obróbką kamieni szlachetnych. Są też Dachowcy, czyli jeszcze mniejsze ludziki mieszkające na dachach i używające szczurów w charakterze wierzchowców. Wszyscy wrogowie zza Granicy Cienia to mniej lub bardziej humanoidalne długowieczne istoty, na pewno część z nich można określić mianem elfów. Czarodziei jak dotąd nie stwierdzono (za to jest jeden całkiem ciekawy uczony medyk), ale kto wie, może pojawią się w kolejnych tomach.

Najciekawszymi postaciami są chyba Briony i Barrick, piętnastoletnie bliźnięta. Nieoczekiwanie to oni zostają regentami królestwa stojącego na krawędzi wojny. Na początku Briony wydawała się być rozsądna, ale szybko się to zmieniło. Na propozycję małżeństwa niosącego ze sobą całkiem spore korzyści strategiczne reaguje wręcz alergicznie, chociaż od dziecka widziała, że jako księżniczka nie wyjdzie za mąż z miłości. (Swoją drogą czy córki króla nie powinno się nazywać królewną? W książce była księżniczką, ale jakoś nie do końca mi to pasowało.) Potem zachowuje się jeszcze dziwniej: po przejęciu władzy zaczyna ubierać się w męskie stroje, bo wydaje jej się, że tylko tak arystokraci będą ją szanować. Mam wrażenie, że autor chciał z niej zrobić silną postać kobiecą, ale nie za bardzo wiedział jak się do tego zabrać. Umieścił w książce kilka naprawdę słabych i nieco żenujących fragmentów z założenia feministycznych, ale niestety feminizm nie polega na tym, że piętnastolatka narzeka na to, że wychowywano ją inaczej niż brata i przebiera się za mężczyznę - przynajmniej ja tak uważam. Ok, ceremonialne suknie były niewygodne i sztywne, ale o wiele lepiej wyglądałoby, gdyby Briony kazała uszyć sobie nową kieckę odzwierciedlającą jej charakter. Nie zaszkodziłoby jej też skupienie się na własnych atutach i ich rozwijanie zamiast marudzenia o tym, jaki to świat jest niesprawiedliwy dla kobiet.

Za to Barrick w trakcie trwania fabuły zmienił się na plus. Na początku miałam go za żałosnego emo chłopca użalającego się nad sobą z powodu niepełnosprawności (ma niesprawną rękę), który ma gdzieś fakt, że urodził się w rodzinie królewskiej, niczego mu nie zabraknie, może nie będzie rycerzem, ale może wykształcić się w dowolnej interesującej go dziedzinie i zostać doradcą starszego brata. Albo pić, biesiadować i uganiać się za dziewkami, gdyby miał na to ochotę. Ale potem autor nadaje tej postaci trochę głębi, na jaw wychodzą dręczące chłopaka wizje i powoli rozwijająca się choroba psychiczna. Barrick lepiej niż siostra rozumie też rolę regenta i decyduje się jechać na wojnę jako symbol władzy i pocieszenie dla ludu - chociaż przez niepełnosprawność praktycznie nie może walczyć i bardzo naraża swoje życie. Takiego Barricka kupuję i chcę dalej śledzić jego losy.

Ze względu na ten bardzo rozwlekły początek książkę czytało mi się dość źle i w pewnym momencie stwierdziłam nawet, że mam gdzieś dalszy ciąg i nie kończę tej serii. Jednak udana końcówka na tyle podwyższyła poziom całości, że ostatecznie Marchię Cienia oceniam na 3/5 i nawet przyniosłam już z biblioteki następny tom.