wtorek, 21 sierpnia 2018

24/2018 Gildia magów, Trudi Canavan (Trylogia Czarnego Maga tom I)

Co roku magowie z Imardinu gromadzą się, by oczyścić ulice z włóczęgów, uliczników i żebraków. Mistrzowie magicznych dyscyplin są przekonani, że nikt nie zdoła im się przeciwstawić, ich tarcza ochronna nie jest jednak tak nieprzenikniona jak im się wydaje. Kiedy bowiem tłum bezdomnych opuszcza miasto, młoda dziewczyna, wściekła na traktowanie jej rodziny i przyjaciół, ciska w tarczę kamieniem - wkładając w cios całą swoją złość. Ku zaskoczeniu wszystkich świadków kamień przenika przez barierę i ogłusza jednego z magów. Coś takiego jest nie do pomyślenia. Oto spełnił się najgorszy sen Gildii: w mieście przebywa nieszkolona magiczka. Trzeba ją znaleźć - i to szybko, zanim jej moc wyrwie się spod kontroli, niszcząc zarówno ją, jak i miasto.
Opis z okładki książki. 
Jestem już w takim wieku, że zamiast wczuwać się w historię i kibicować głównej bohaterce tylko kiwałam głową z politowaniem i uśmiechałam się pod nosem. Nie zapałałam do Sonei jakąś szczególną sympatią, bo uważam ją za typową przedstawicielkę gatunku nie znam się, a się wypowiem, ale ogólnie jako całość Gildia magów mi się podobała. Książka powstała w 2001 roku, a założę się o wszystkie pieniądze, że jest lepsza od wielu dziś wydawanych young adult w dekoracjach fantasy. Owszem, jest prosta i dość przewidywalna, ale nie głupia (chociaż są momenty, w których próbowała traktować mnie jak idiotkę, ale nie aż tak, bym poczuła się na serio oburzona).

Podoba mi się sposób zapisu telepatycznych dialogów: kursywą, z tyldą na początku. Jeszcze takich nie widziałam. Ale autorka znalazła jeszcze jedno, okropne zastosowanie dla kursywy...
Mamy tutaj tylko dwa wątki: Sonea próbuje za wszelką cenę uniknąć schwytania przez magów oraz magowie próbują za wszelką cenę schwytać Soneę, która pozostawiona sama sobie zacznie zagrażać całej okolicy - to tylko kwestia czasu. Gdzieś w tle książka próbuje podejmować tematykę społeczną mówiąc o konfliktach na linii biedni - bogaci, a także o odpowiedzialności władzy, ale średnio to wychodzi, a pojawiające się gdzieniegdzie pochwały złodziejstwa mnie zniesmaczyły. Muszę przyznać, że po wszystkich modnych obecnie wielowątkowych historiach z mnóstwem bohaterów (takich jak Gra o tron, Droga królów, czy cykl Cienie pojętnych, który teraz czytam) obcowanie z taką prostą fabułą było dla mnie dziwnym doświadczeniem. Książka nie jest cienka, ma ponad pięćset stron, ale odczuwam po niej duży niedosyt jeśli chodzi o informacje o świecie przedstawionym. Niby autorka opisała miasto i kraj, w którym dzieje się akcja, organizację Gildii magów i masę innych rzeczy, ale użyła do tego typowych dialogów i scenek ekspozycyjnych. Ok, rozumiem, Sonea jest nowa w świecie magii i trzeba jej wiele rzeczy wytłumaczyć, ale to tak bardzo widać... aż oczy bolą... Zdecydowanie wolę gdy autor rzuca informacje o stworzonym przez siebie świece gdzieś tam mimochodem i to czytelnik ma je sobie poskładać do kupy. Tutaj tej prostej ekspozycji było trochę za duże, myślę, że w niektórych miejscach można było odpuścić i zamienić ją na coś subtelniejszego.


Nie wiem po co, ale czasem autorka wyróżnia niektóre słowa kursywą, jakby chciała podkreślić ich znaczenie. Dzięki pani Canavan, ale mam swój rozum i potrafię sama zinterpretować tekst,
Gildia magów zawodzi pod względem opisów. Niby jakieś są, ale jak na mój gust suche takie i mało plastyczne. O wiele lepiej jest z kreacją bohaterów, może dlatego, że nie mają jakiś szczególnie rozbudowanych charakterów. Niemniej postaci skonstruowane są dobrze i nie miałam problemów z odróżnieniem od siebie tych wszystkich magów ze skomplikowanymi imionami. Sonea jest naiwna i na pewno nie zostanie moją ulubienicą, ale nadaje się na główną bohaterkę tej historii. Ma w sobie wewnętrzny konflikt: z jednej strony Gildia kojarzy się jej ze wszystkim, co najgorsze, a z drugiej tylko magowie mogą nauczyć ją kontrolować swoją moc tak, żeby nikomu nie zagrażała. Świetne były te momenty, w których mag Rothen gasił Soneę celnymi spostrzeżeniami, a ona musiała skonfrontować swój czarno-biały pogląd na świat z nowymi informacjami, które nieco się z nim gryzą. To takie urocze patrzeć na młoda kobietę, która właśnie dowiaduje się, że nie ma monopolu na prawdę i być może się myli, bo nie wie wszystkiego o świecie :) Tak jak wspominałam wcześniej: może nie będę jej kibicować, ale na pewno z ciekawością będę śledzić jej dalsze losy. 

Postacią, która ma największy potencjał, jest niewątpliwie Akkarin, czyli sam Wielki Mistrz. Ma olbrzymią moc magiczną, mimo dość młodego wieku cieszy się szacunkiem innych magów oraz posługuje się zabronioną magią krwi, co stawia go w pozycji nieco ukrytego czarnego charakteru - aczkolwiek uważam, że jest to ściema, i okaże się, że wszystkie jego posunięcia są dobrze umotywowane, albo po prostu wykonuje królewskie rozkazy. Ogólnie Akkarin po prostu nie może być zły i Sonea w końcu na to wpadnie - obstawiam, że w końcówce trzeciego tomu.

Mogę nazwać Gildię magów pozytywnym zaskoczeniem, bo jednak spodziewałam się czegoś słabszego. Jest to sprawnie napisane fantasy przeznaczone raczej dla młodszego/początkującego w tym gatunku odbiorcy. Jednak motyw nauki czarów jest jednym z moich ulubionych i zwykle jestem zainteresowana wszystkim, co go zawiera. Po prostu szkoły magii nigdy dość i tutaj też to na mnie działa - przynajmniej na razie. Założę się (a nie robiłam sobie żadnych spoilerów), że drugi tom będzie skupiał się na tym, jak Sonea radzi sobie z nauką, więc może podobać mi się jeszcze bardziej. Na razie daję Gildii magów 3/5. To niezła ocena, pozytywna, ale bez szału - czyli idealnie pasuje do tej książki. 


Dawno już nie wrzucałam zdjęć kotów... Było tak gorąco, że nie chciało im się nawet podejść do książek, którym robiłam zdjęcia. Tym razem to książka przyszła do kota, a on nawet nie raczył się ruszyć - otworzył tylko oko. Jedno...

czwartek, 16 sierpnia 2018

23/2018 Nie mamy pojęcia. Przewodnik po nieznanym wszechświecie, Jorge Cham, Daniel Whiteson

Już za chwilę dowiecie się o wszystkim, czego nie wiemy o naszym dziwnym i tajemniczym wszechświecie! Wiedza człowieka o otaczającym świecie pełna jest luk. I nie są to luki małe - takie, które można bez obaw zignorować. Mowa tu raczej o ziejących pustką otchłaniach! Tak! Aż do tego stopnia nie mamy pojęcia jak działa wszechświat! 
Ta książka to ilustrowany wstęp do największych nierozwikłanych tajemnic fizyki, ale to nie wszystko: to także pasjonująca lektura, która odczarowuje i wyjaśnia wiele rzeczy, o których bardzo dużo już wiemy: od kwarków i neutrin, przez fale grawitacyjne, aż do wybuchających czarnych dziur. Jorge i Daniel zachęcają, by spojrzeć na wszechświat jak na niezmierzony i niezbadany obszar, który wciąż możemy poznawać. A czynią to, pisząc niezwykle lekko, z ogromnym poczuciem humoru. 
Opis z okładki książki. 
Jestem pod wielkim wrażeniem: Nie mamy pojęcia to świetna książka popularnonaukowa. Koncentruje się właściwie tylko na budowie wszechświata, ale autorzy postarali się wyjaśnić to zagadnienie bardzo wyczerpująco, zarówno w skali mikro, jak i w makro. Strasznie podoba mi się to, że autorzy nie przedstawiają tu nauki jako prawdy objawionej (Hej, to jest takie i takie, a tamto dzieje się bo cośtam, i koniec, tak własnie jest, i już), ale potrafią pokazać starsze, nieaktualne już teorie, wyjaśnić obecny stan wiedzy oraz wskazać problemy i zagadnienia, które ciągle czekają na odkrycie, a na koniec stwierdzić jeszcze, że za kilkaset lat być może będziemy się śmiać z dzisiejszej nauki, bo okaże się, że wszechświat działa zupełnie inaczej, niż zakładaliśmy.


Złożone problemy fizyczne da się przedstawić za pomocą zabawnych rysunków lam...

Tak naprawdę w tej książce podobało mi się wszystko, od pojawiającego się co chwilę tytułowego stwierdzenia, przez przejrzyste i dobrze wyjaśnione zagadnienia fizyczne, do przyjemnego humoru i zabawnych ilustracji. Nie mamy pojęcia nie jest aż tak śmieszna, żeby trzeba było tarzać się po podłodze, ale w trakcie czytania uśmiech pojawiał się na mojej twarzy wielokrotnie. Pomimo lekkości i przystępności formy nie poleciłabym tej książki dzieciom, bo może okazać się dla nich po prostu zbyt trudna. Myślę, że młody człowiek w wieku licealnym może już śmiało po nią sięgać, pod warunkiem, że naprawdę interesuje się taką tematyką. Dla niezainteresowanych wszechświatem lektura Nie mamy pojęcia może być drogą przez mękę. Ja sama czasem dochodziłam do ściany, musiałam zatrzymać się, pomyśleć, przeczytać jeszcze raz albo cofnąć się do poprzednich rozdziałów. A wydawało mi się, że jestem całkiem nieźle zaznajomiona z kosmiczną tematyką... Okazało się jednak, że o ile skalę makro jako tako ogarniam, to przy mikro pojawiły się problemy, a od myślenia o kwarkach, bozonach i leptonach parował mi mózg. Panowie Jorge i Daniel są jednak tak dobrymi przewodnikami po świecie nauki, że ostatecznie udało mi się to pojąć - chociaż wiem, że za jakiś czas ta wiedza wyparuje, więc przydałoby się powtarzać tę książkę co parę miesięcy (zapewne będzie mi na to szkoda czasu). Nie mamy pojęcia zmieniło całkowicie moje błędne pojęcie o przestrzeni - podejrzewam, że było tak też w przypadku jakiś 95% czytelników.

... albo bardziej profesjonalnego diagramu (ale z zabawnym podpisem, żeby przypadkiem nie zrobiło się zbyt poważnie).
Nie mogę ocenić tej książki inaczej niż 5/5. Chciałabym, żeby powstawało więcej pozycji tego typu, żeby miała je każda biblioteka szkolna, żeby nauczyciele polecali je najbardziej zainteresowanym uczniom. I nie chodzi mi jedynie o fizykę, dobre książki popularnonaukowe przydałyby się przy nauce każdego przedmiotu.


Ależ bym nosiła taką koszulkę - oczywiście bez uprzedniej wizyty w czarnej dziurze.

środa, 1 sierpnia 2018

22/2018 Renegat, Magdalena Kozak (Wampiry w ABW tom II)

Kiedyś Jerzy Arlecki, nowy nabytek Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, nie chciał wierzyć w wampiry, ani tym bardziej w ich doborową jednostkę, chroniącą ludzi przed spragnionymi świeżej krwi renegatami. Kiedy jednak sam obudził się dla Nocy przysięgał i sobie i innym, że zawsze będzie po stronie tych dobrych i prawych. Czy zdoła dotrzymać swojej przysięgi? 
Ranny Vesper trafia w ręce renegatów, ci zaś próbują utrzymać go przy życiu. Młody nocarz jest przecież legendą, jest tym, który ośmielił się dokonać zamachu na samego Lorda Ultora. Renegaci nie mogą dopuścić, by zmarł w skutek odniesionych ran, poją go więc prawdziwą krwią. Vesper staje się pełnowymiarowym wampirem, uzależnionym od ludzkiej krwi. 
Życie w szeregach dotychczasowego przeciwnika stanowi nie lada wyzwanie. Dla jednych jest zdrajcą i mordercą, dla innych wrogiem, dla jeszcze innych niepokonanym desperado… 
Jak Vesper odnajdzie się w nowej roli? Kto kłamie a komu można zaufać, gdzie kończy się dobro a zaczyna zło? Sytuacja wydaje się bez wyjścia. Starzy przyjaciele dyszą żądzą zemsty, nowi przyjaciele to tak naprawdę starzy wrogowie, a ponad wszystkim stoją piękna kobieta i wielka polityka.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Powyższy opis dobrze streszcza fabułę tomu pierwszego oraz przybliża sytuację z tomu drugiego nie wyjawiając za wiele, ale ja niestety muszę przejść do szczegółów, więc uczciwie ostrzegam: będą spoilery.

Po pierwsze: muszę się do czegoś przyznać. W trakcie czytania Nocarza nabrałam się na nocarską propagandę. Okazało się, że Lord Ultron wiele ukrywał przed swoimi podopiecznymi, a w niektórych kwestiach perfidnie kłamał. Nieźle też wykorzystywał młode wampiry i robił im wodę z mózgu. Paradoksalnie u renegatów panowała większa wolność. Prawdziwe ludożerne wampiry nie są też aż tak uzależnione od krwi jak ćpuni od mocnego towaru. Przez jakiś czas mogą się powstrzymywać, jedni krócej, inni dłużej, ale są w stanie jako tako funkcjonować bez rozrywania gardła każdego napotkanego człowieka. Cieszę się, że obie strony konfliktu nabrały odcieni szarości, bo zawsze lepiej czyta się skomplikowaną opowieść niż zwykłą walkę tych dobrych z tymi złymi. Oczywiście domyślałam się, że renegaci nie będą dokładnie tacy, jakimi przedstawia ich Ultron, ale i tak spodziewałam się krwiopijców, którym bliżej do horrorów niż do fantastyki. Zostałam zaskoczona i bardzo się z tego cieszę, bo w innych kwestiach książka jest bardzo przewidywalna - co nie jest w tym przypadku wadą, akurat w Renegacie przewidywalność dostarczyła mi tylko więcej rozrywki.

Obserwowanie wewnętrznych rozterek Vespera ze świadomością, że w końcu przegra każdą walkę i złamie wszystkie obietnice było dla mnie bardzo zabawne. Nigdy nie zabiję człowieka, będę nienawidzić wszystkich renegatów, przy najbliższej okazji wrócę do swoich - no jakoś mu się to nie udało. Potem przy końcu, gdy renegaci wyjawiają Vesperowi swój Wielki Zły Plan, też jest wiadomo, że doniesie o nim nocarzom (w sumie każdy, który zachował jeszcze odrobinę moralności, by to zrobił, bo plan naprawdę jest Zły i Wielki), chociaż nie wiem po cholerę robił to osobiście. Chyba jednak wiem: tylko po to, żeby dać się złapać i zrobić grunt pod wydarzenia z następnego tomu.

Dwa elementy, które najbardziej chwaliłam w pierwszym tomie: humor i dobrze oddane realia, nie zawodzą również w Renegacie. Cieszy mnie zachowanie wysokiej formy, bo lubię tak sprawnie napisane książki, które czyta się dobrze i lekko. Moim zdaniem ta książka ma tylko jedną poważniejszą wadę, a jest nią brak ciekawych postaci kobiecych. Są niby dwie wampirzyce, z czego jedna jest bardzo istotna dla fabuły, ale obie są napisane dość przeciętnie. Cóż, jeśli autorka nie potrafi stworzyć interesującej bohaterki, to właściwie lepiej, że skoncentrowała się na bohaterach.

Renegat dostanie ode mnie taką samą ocenę jak Nocarz, czyli 4/5. Drugi tom utrzymał wysoką jakość pierwszego, co daje nadzieję na równie dobre zakończenie trylogii i ten czwarty, dodatkowy, z dalszymi losami Vespera (cóż, zrobiłam sobie trochę spoilerów). Książki Magdaleny Kozak są dla mnie świetną rozrywką i będę je polecać wszystkim znajomym, którzy chociaż trochę lubią fantastykę i wampiry.

Recenzja tomu I - Nocarz

Nowa książka: Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia, Ian R. MacLeod


Ostatnio wychodzi jakoś tak, że więcej kupuję niż czytam. Ale jak mam tego nie robić, skoro takie książki walają się w Biedronce za 10 złotych (właściwie za 9,99 - magia dziewiątek). Porządny papier, twarda okładka, uznane wydawnictwo i seria wydawnicza, wzięłam więc w ciemno, zwłaszcza, że znam już jedną książkę tego autora. Jego Wieki światła bardzo mi się podobały. 

Ta książka to tak naprawdę jedna powieść i siedem opowiadań. Ich opis przypomina mi dawne czasy, w których nałogowo odwiedzałam bibliotekę i brałam wszystkie dziwne opowiadania science fiction jakie udało mi się wygrzebać na półce. Często były to rzeczy słabe, ale jest kilka takich, które mimo upływu lat siedzą mi w głowie, choć nie pamiętam już tytułu ani autora. Liczę, że tutaj również znajdę coś wartego zapamiętania.

wtorek, 24 lipca 2018

Nowa książka: Harry Potter i przeklęte dziecko, J. K. Rowling, John Tiffany, Jack Thorne


Wiem już dużo o tej książce - czytałam recenzje i streszczenie. Tak dużo, że w sumie nie miałam zamiaru jej kupować, bo to fanfik, i to jeszcze nie najwyższych lotów. Ale i tak chciałam kiedyś ją przeczytać, więc kiedy w gazetce Biedronki zobaczyłam cenę - tylko 9,90 - stwierdziłam, że biorę. Nastawiłam się na wydanie kieszonkowe, a tu proszę, to pełnowymiarowa książka, co prawda w miękkiej oprawie, ale to mi zupełnie nie przeszkadza. Cena okładkowa? 39 złotych.... A teraz za dyszkę i się opłaca, dziwne, prawda?

poniedziałek, 23 lipca 2018

21/2015 Wiedźmin. Szpony i kły (antologia)


No tak. Trzydzieści lat. Wiedźmin do wynajęcia za trzy tysiące orenów. Gdy pojawił się w Wyzimie, w karczmie Pod Lisem nie był młodzieniaszkiem. Pobielałe włosy, szrama na twarzy i ten charakterystyczny, paskudny uśmiech. 
Zaczął od górnego C: trzech oprychów, potem strzyga i kolejne stwory – ludzkie bądź nieludzkie – niegodne żyć w świecie, który został nam dany. 
A potem Biały Wilk poszedł własną drogą. Ciernistą, tak bym to ujął, ale cóż, każdy uczy się na błędach. Gdzieś w oddali łypie do mnie znacząco Hollywood, ale na razie cieszmy się tym, co wyłowiła z wiedźmińskiego konkursu Nowa Fantastyka i superNOWA: jedenaście opowieści zainspirowanych losami Geralta oraz jego przyjaciółek i kamratów. 
Czytałem je z uwagą, nie ingerując. Są wśród uczestników konkursu na trzydziestkę wiedźmina ludzie bardzo utalentowani. Wkrótce stworzą własne światy bądź zanegują istniejące. Nie straćmy ich z oczu!
Opis z okładki książki. 
Piszę ten wstęp przed przeczytaniem opowiadań. Wiem o nich już całkiem sporo, czytałam kilka recenzji, a sama książka stoi u mnie na półce już pół roku. Bardzo lubię Wiedźmina, ale jakoś nie mogłam się za nią zabrać. W końcu przeczytał ją mój mąż (jego opinia to: da się czytać, ale nie jest jakoś wybitnie), więc i ja to zrobię.

Będę pisać kilka słów o każdym opowiadaniu, bo takiej antologii nie da się ocenić całościowo. Uwaga, będą spoilery.

Kres cudów, Piotr Jedliński

Mała wieś na odludziu co roku organizuje jarmark cudów, na którym można kupić mniej lub bardziej prawdziwe magiczne artefakty i wiele innych czarodziejskich śmieci. Przypadkowo znajdują się tam Geralt i Jaskier. Oczywiście pakują się w kłopoty, gdyż jeden z uczestników jarmarku próbuje wykluć jajo żar-ptaka w pobliskich ruinach... Finał pełen jest ognia i wybuchów, ale zabrakło fajnej sceny walki. W ogóle opowiadanie urywa się nagle i nie ma morału. Niby są tam ze dwa zdania o tym, że wiedźmin nie chce podejmować wyboru i się angażować, ale to nic nowego, już to znamy. 

Kres cudów jest bardzo w stylu Sapkowskiego: podobny humor, słownictwo, Jaskier i jego problemy w relacjach damsko-męskich, kapłan chcący przeprowadzić samosąd, sceptyczny Geralt. Nawet żarty o latrynie i sraniu w krzakach są zaczerpnięte z oryginału. Jak na zwycięskie opowiadanie to trochę słabo, spodziewałam się po nim więcej świeżości.

Krew na śniegu. Apokryf Koral, Beatrycze Nowicka

Opowieść o Koral i Geralcie zmagających się z potworami i złowrogą prastarą mocą w zimowej scenerii. Zabawne jest to, że na początku wiedźmin pada ofiarą dworskiej intrygi, gdyż dał się nabrać kobiecie. To takie typowe dla Geralta :) Na szczęście autorka nie próbowała na siłę podrabiać stylu Sapkowskiego. Jej humor jest o wiele delikatniejszy. Podobało mi się tu rozwinięcie postaci czarodziejki Koral znanej z Sezonu Burz. Dostała tu swoje pięć minut, wspomina się o jej pochodzeniu, przeszłości i niewesołej przyszłości, która dopiero nadejdzie. Dobry był też dylemat Geralta: czy może zaufać intuicji? Czy to pułapka? W razie pomyłki zginie niewinna osoba. To był dość prosty problem, ale właśnie czegoś takiego zabrakło mi w poprzednim opowiadaniu.


Ironia losu, Stanisław Kolanowski

Geralt zostaje wciągnięty w porachunki latawców. Te potwory są bardzo niebezpieczne i właściwie wiedźmin powinien pozwolić się im powybijać, ale ucierpieliby na tym także niewinni ludzie. Mamy tu szybką, dynamiczną akcję, a samo opowiadanie jest krótkie i bardzo przyjemne w czytaniu. Oprócz fajnych potworów Ironia losu wnosi do wiedźmińskiego uniwersum malutki przyczynek do relacji Geralta i Yennefer - naprawdę malutki, ale miło było na to natrafić.


Co dwie głowy..., Natalia Gasik

Jest zlecenie na mantikorę, która zalęgła się w kopalni złota. Potwór jest niebezpieczny, ale można na nim dobrze zarobić, więc znalazło się aż dwoje śmiałków, którzy spróbują go zabić: czarodziejka Triss Merigold i wiedźmin Lambert. Zamiast rywalizacji mamy tu przyjacielską współpracę, o której aż miło poczytać. Zamiast rubasznego humoru - wspomnienia, nostalgię i trochę smutku, albowiem akcja tego opowiadania toczy się po Sadze i główni bohaterowie uważają, że Geralt i Yennefer nie żyją, a Ciri zaginęła. Zdarzają się zabawniejsze momenty, ale jest to humor dość stonowany (który pasuje mi bardziej niż to, co Sapkowski pokazał w Sezonie burz).

Moją uwagę zwrócił sposób, w jaki autorka opisała przygotowania Lamberta do starcia z potworem i samą walkę. Odniosłam wrażenie, że były one żywcem wyciągnięte z gry komputerowej, co nie jest złe, ale świadczy o pewnym pisarskim lenistwie. Ogólnie jednak oceniam Co dwie głowy... pozytywnie, między innymi ze względu na końcówkę dającą nadzieję na przyszłość, co jest ewenementem w świecie wiedźmina, gdzie standardem są zakończenia słodko-gorzkie.


Skala powinności, Katarzyna  Gielicz

Wiedźmin Coën spotyka dziewczynę Narsi w dziwnych okolicznościach, bo oboje przyjmują to samo zlecenie na utopce. Potem przez jakiś czas bujają się razem, zabijają potwory, poznają się lepiej i takie tam, Niestety zbliża się nilfgaardzka inwazja na Królestwa Północy, a Coën uważa, że jego patriotycznym obowiązkiem jest wesprzeć Północ w walce, co, jak wiemy z Sagi, kończy się jego śmiercią w bitwie pod Brenną.

Opowiadanie to ładnie rozwija w sumie dość mało znanego z twórczości Sapkowskiego Coëna, dodaje też ciekawą postać kobiecą, czyli Narsi. W tej krótkiej formie udało się autorce zawrzeć jej historię, motywacje i częściowo nakreślić charakter. Nie jest to super złożona postać, dałoby się z niej jeszcze trochę wyciągnąć, a ja bym jeszcze chętnie o niej poczytała.

Duży plus leci do Skali powinności za sposób narracji wzięty z Sagi, którego nie było w poprzednich opowiadaniach - chodzi mi o gwałtowne przeskoki w czasie, miejscu akcji i stylu pisania. Bardzo lubiłam te zabiegi u Sapkowskiego, pozwalały mi one poszerzyć wiedzę o świecie przedstawionym.


 Bez wzajemności, Barbara Szeląg

No i jest pierwsze opowiadanie, które mi się nie podobało. Król Cidaris ma problem z krakenami, które zatapiają statki, co hamuje rozwój handlu w jego małym królestwie. Postanawia więc ożenić swojego syna z dziwną dziewczyną znalezioną w morzu, którą uważa za wysłanniczkę krakenów - i to ma doprowadzić do sojuszu Cidaris i morskich potworów oraz ustania ataków. Na ślub sprasza najsłynniejszych bardów, wśród których są Jaskier i główna bohaterka opowiadania o imieniu Ellen. Ślub kończy się wielką katastrofą a Ellen zakochuje się w królewskim strażniku, który jest ofiarą jakiegoś nieudanego magicznego eksperymentu. Strażnik też kończy w nieciekawy sposób, Ellen rozpacza i znika, a Jaskier zajmuje się jej młodszą siostrą. I tyle. Nic ciekawego, tylko krakeny się cieszą, bo się nażarły rozbitkami z zatopionych statków.

Nic mnie tu nie porwało, ani dziwny pomysł na fabułę, ani postaci, ani bezsensowne wg mnie zakończenie. Porównuje sobie Bez wzajemności do poprzednich opowiadań i zastanawiam się, co ono robi w tym zbiorze.

Lekcja samotności, Przemysław Gul

A to mi się spodobało bardzo. Historia o szkoleniu młodych czarodziejek z retrospekcjami bitwy pod Sodden, świetnie napisana i skonstruowana fabularnie. Posiada też coś, czego brak wielu opowiadaniom z tego zbioru, czyli morał. Może to za duże słowo, ale Lekcja samotności do czegoś prowadzi, ma puentę.

Strasznie spodobał mi się opis bitwy pod Sodden, chętnie przeczytałabym coś dłuższego tego autora utrzymane w podobnych klimatach. Dobrym pomysłem było też obsadzenie w głównych rolach całkiem nowych, wymyślonych postaci, czekałam na to od początku tej książki. Co prawda pojawiają się tu najbardziej znani czarodzieje i czarodziejki wiedźmińskiego uniwersum, ale nie mają nawet jednej kwestii mówionej.

Nie będzie śladu, Tomasz Zliczewski

Dwóch chłopów-weteranów postanawia zbadać sprawę potwora grasującego w lesie, bo wieś po wojnie biedna i na wiedźmina mieszkańców nie stać. A ludzie giną coraz częściej... W sprawę wmieszany jest chłopak - przybłęda przygarnięty po wojnie przez jednego z głównych bohaterów. Rozwiązanie zagadki nie jest oczywiste, ostatecznie wiedźmin jednak się pojawia (to chyba Eskel, nie był wymieniony z imienia), największymi potworami okazują się ludzie, a zakończenie niesie miłą dla czytelnika nadzieję na odrodzenie wiedźmińskiego fachu. Bardzo dobra historia, według mojego męża najlepsza z całego zbioru.


Dziewczyna, która nigdy nie płakała, Andrzej W. Sawicki

A więc tak: nie wierzę w to opowiadanie. Nie wierzę, że elfka Toruviel aż tak się zmieniła i wręcz pokochała ludzi, i to w tak krótkim czasie. Nie wierzę, że nie przejęła się śmiercią swoich elfich towarzyszy. Nie wierzę też w bezinteresowność, miłosierdzie, humanizm i nienaganny język bandy wieśniaków. Za dużo tu pozytywnych i dobrych rozwiązań. Autor to jedyny uznany pisarz w tym zbiorze, ale według mnie nie popisał się lepiej niż, że tak powiem, amatorzy. Zawiódł mnie pomysł, bo do wykonania nie mam zastrzeżeń.

Tak na marginesie dodam jeszcze, że zawsze byłam team elfy i fajnie byłoby, gdyby elfy Aen Elle faktycznie znalazły działające Wrota Światów i zaprowadziły w świecie wiedźmina porządek - czytałabym takiego fanfika jak dzika.

Ballada o Kwiatuszku, Michał Smyk

Jest to jedyne opowiadanie co do którego miałam jakieś oczekiwania. No bo Jaskier pojawia się jako duch za każdym razem kiedy jego była uprawia seks - to musi być zabawne... Oczekiwałam więc humoru, i nawet trochę go dostałam, ale tylko na początku. Bo opowiadanie to jest tak naprawdę smutną historią dręczonej kobiety, która sama nie potrafi przeciwstawić się przemocy. Jaskier oczywiście pomaga swojej byłej - chociaż nie jest to łatwe, bo jest przecież tylko duchem. Wszystko kończy się dobrze, ale Kwiatuszek nie była jedyną kobietą, której Jaskier przysięgał miłość silniejszą niż śmierć...

Mimo tego, że Ballada o Kwiatuszku nieco odbiegła od moich wyobrażeń, czytało mi się ją dobrze i spokojnie mogę ją określić mianem udanej opowieści.

Szpony i kły, Jacek Wróbel

To był dobry pomysł: ukazanie dobrze znanego z Ostatniego życzenia starcia wiedźmina ze strzygą z perspektywy potwora. Wykonanie też jest dobre i generalnie jest to jedno z fajniejszych opowiadań w całym zbiorze. Strzyga jest nieludzka i potworna, Geralt musi się naprawdę nieźle natrudzić w walce - ale przecież jest wiedźminem, więc zna się na rzeczy.Tak naprawdę w Szponach i kłach nie podeszła mi tylko jedna rzecz: Wielojaźń, czyli połączone umysły myszy i szczurów, którymi rządzi strzyga. To było dziwne, a opowiadanie było za krótkie, żebym mogła się z tym oswoić.

Po przeczytaniu wszystkich opowiadań z antologii mam kilka przemyśleń:

* To był chyba konkurs na najlepszą kopię Sapkowskiego, a nie na najlepsze opowiadanie - zwycięski Kres cudów jest mega podobny w stylu do oryginału, ale nie ma niestety mocnej, dającej do myślenia końcówki

* Moje ulubione opowiadanie to Lekcja samotności, a najmniej podobała mi się Dziewczyna, która nigdy nie płakała

* Dziwi mnie, że nie było żadnego opowiadania z akcją osadzoną w Nilfgaardzie albo w Kovirze (moje ulubione lokacje, chociaż gdybym musiała mieszkać w tym świecie, to wybrałabym Toussaint), a także to, że twórcy rzadko decydowali się na to, by bohaterami ich opowieści uczynić wymyślone przez nich postaci, przeważnie trzymali się mocno książkowego kanonu.

* Ja generalnie niezbyt przepadam za tak krótkimi opowiadaniami, które nie są ze sobą bezpośrednio związane. Zaczęłam się wkręcać, a tu historia się kończy...

* Wydawnictwo superNOWA trochę się poprawiło od czasu Sezonu burz, bo okładka Szponów i kłów przynajmniej ma skrzydełka. Ale i tak czarny kolor wyciera się na rogach i brzegach, a po dwóch przeczytaniach książka ma zagięcia z tyłu i z przodu. Przynajmniej każde opowiadanie zostało zilustrowane przyjemną dla oka grafiką - te według mnie najładniejsze umieściłam powyżej.

* Większość historii podobała mi się, ale nie znalazłam w tym zbiorze nic wybitnego, więc oceniam go na 4/5. Te opowiadania są przeznaczone raczej dla hardkorowych fanów Wiedźmina, jeśli ktoś chciałby dopiero zacząć czytać o Geralcie, to lepiej niech sięgnie po oryginalną twórczość Sapkowskiego.

sobota, 21 lipca 2018

20/2018 Północ, Erin Hunter (Wojownicy. Nowa przepowiednia tom I)

 
Mrok, Powietrze, Woda i Niebo staną się jednością... by odmienić las na zawsze. 
Klany dzikich kotów od wielu księżyców żyły w pokoju – jednak przodkowie mają dla nich przerażające wieści. Nadchodzi nowa przepowiednia i nieznane wcześniej zagrożenie. Młody wojownik, Jeżynowy Pazur, nieoczekiwanie dla siebie, zostaje wskazany jako ten, od którego zależy los wszystkich klanów.
Opis fabuły: lubimyczytac.pl 
Kolejna książka o wojowniczych kotach za mną. Tym razem kilku przedstawicieli wszystkich czterech klanów musi współpracować ze sobą by przetrwać trudną podróż podjętą na polecenie Klanu Gwiazdy. Stawka jest wysoka - przetrwanie wszystkich kotów.

Klany będą musiały zacząć działać wspólnie i jest to dla mnie dobra wiadomość, bo mam już dość kociego rasizmu i dyskryminacji ze względu na przynależność klanową. Nie będzie to łatwe, ale z całą pewnością wykonalne. Głównym bohaterom powieści się udało, więc i inni w końcu dojdą do porozumienia. 

Koty wybrane do udziału w misji  mają różne charaktery, co sprawia, że interakcje między nimi są bardzo intensywne. Często się kłócą i ostro dyskutują, lecz zawsze potrafią się dogadać. Są to przedstawiciele młodego pokolenia, gdyż od wydarzeń z Wojowników minęło już trochę czasu. Las był bezpieczny, koty dorastały bez większych przeszkód. Teraz wszystko się zmieni - i to już w kolejnym tomie. Fajnie, że fabuła rozkręciła się tak szybko i autorki (przypominam, że Erin Hunter to pseudonim grupy pisarek tworzących te opowieści) nie czekały z większymi wydarzeniami aż do finału.

Czepię się teraz drobnego szczegółu: nie podoba mi się, że córka Ognistej Gwiazdy jest ruda tak samo jak jej ojciec. U kotów rudy kolor sierści występuje prawie wyłącznie u samców. Kociczka może być ruda, ale jest to dość rzadkie - musi odziedziczyć odpowiednie geny od obojga rodziców, znacznie bardziej prawdopodobny jest tricolor albo szylkret. Autorki w ogóle podchodzą bardzo kreatywnie do sprawy umaszczenia kotów. Jeden jest biały z łapami w kolorze czarnym aż wpadającym w granat. Koty biało-czarne umaszczone są raczej odwrotnie: ciemne na wierzchu z jasnym spodem (łapami, brzuchem, kołnierzem). Chyba, że chodzi tu o maść typu point, gdzie tułów kota jest jasny, a kolor występuje na łapach, ogonie i głowie... Ja jednak myślę, że wygląd bohaterów jest kreowany przez autorki w oparciu o trzy zasady: ma być bajecznie, oryginalnie i dobrze wyglądać na fanartach.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko książka dla dzieci, ale mi się Północ podobała na tyle, że daję jej 4/5. Urzekł mnie zwłaszcza humor, którego było tu zdecydowanie więcej niż w pierwszym kocim cyklu. Jedyne, co mi tu nie pasowało, to zakończenie i super mądry borsuk ex machina. Myślę, że dałoby się lepiej spuentować tę całą wyprawę. Ogólnie chętnie wrócę do przygód Jeżynowego Pazura i spółki bo naprawdę fajnie się o nich czyta.

Moje recenzje innych książek Erin Hunter tutaj.